niedziela, 30 grudnia 2012

2012 - co mi zostało w pamięci?


Jaka szkoda, że dopiero od niedawna prowadzę bloga. Na pewno zapomniałam o wielu ciekawych książkach, które wpadły w tym czasie w moje ręce...

Po dokonaniu tego spisu zdałam sobie też sprawę z tego, że:
- nie wymieniłam żadnego z kryminałów, które przeczytałam w tym czasie, a było ich na pewno powyżej 30 sztuk... Jaki stąd wniosek? Chyba taki, że najwyższy czas alokować swój czas roztropniej
- najcenniejsze rzeczy odnajduję ostatnio w literaturze faktu
- potrzebuję więc więcej dobrej literatury pięknej oraz eseistyki.

Oto moi faworyci za rok 2012:

1. Michel Houellebecq Mapa i terytorium
Nareszcie mogłam przeczytać powieść współczesną, nie krzywiąc się z powodu różnych dysonansów, przeskoków, niedopasowania jednego do drugiego. Na pewno jest to rzecz bardzo jednorodna. Oparta na serwowanym mimochodem, cichutko, ale bez ustanku... zgrzycie. Wygląda na to, że nie da się dziś inaczej.  Bo jakżeż stosowniej (?) opowiadać o czasach dzisiejszych niż poprzez kicz, kryminał, przemoc, brzydotę, szarganie wszystkich świętości, pustkę emocjonalną i opowieść o sztuce kopiowania... Brak kontaktu z tu i teraz - oto diagnoza choroby współczesnego człowieka pokazana w przewrotny sposób przez Houllebecqa. Aplauz dla tego autystycznego artysty, uosobienia naszych czasów!


2. Michał Głowiński Kręgi obcości. Opowieść autobiograficzna
Pan profesor przestał być profesorem i stał się człowiekiem. Przeciekawe popatrzeć na środowisko IBL w czasach PRLi obecnych,  a na tym tle na tak długo i niepotrzebnie osamotnionego człowieka - erudytę i mola książkowego, zasymilowanego Żyda i wreszcie homoseksualistę. O tym, jak jednocześnie trudne i zarazem bardzo konieczne jest pogodzenie się ze sobą, nawet gdy świat wokół nie pomaga.




3. David Mitchell Atlas Chmur
6 opowieści o tym, jak łatwo jest zabrać komuś wolność, jak często poprawiamy sobie samopoczucie kosztem innych, jak ciągle chcemy więcej, jak nie wolno się poddawać tym presjom. Niesamowity atut w  postaci pełnokrwistych bohaterów, niebywale plastycznych scenerii, zróżnicowanego języka i doskonałych, dowcipnych dialogów.
Więcej tutaj…



4. Christopher McDougall Urodzeni biegacze
W pewnym sensie reportaż poetycki. Autor opisuje w dziennikarskim stylu swoje poszukiwanie św. Graala. Tylko, że jest to „Graal” odnoszący się nie do duchowości, lecz fizyczności człowieka. McDougall zapragnął odnaleźć odpowiedź na nurtujące go pytanie: „jak biegać długo, bez zmęczenia i kontuzji”. Autor wierzy bowiem, że człowieka można zdefiniować jako jedno ze zwierząt biegających. Co więcej jest przekonany, że możliwość długotrwałego biegu zapewniła nam prymat w świecie i w którymś momencie umożliwiła rozrost mózgu homo sapiens, co z kolei zaprowadziło nas tu, gdzie teraz jesteśmy – czyli przed ekran komputera... McDougall postanowił wrócić do natury, do biegania naturalnego. W tym celu udał się do Meksyku i odnalazł po wielu przygodach Indian Tarahumara, najbardziej wytrwałych biegaczy świata. A także innych, podobnych do siebie i równie szalonych biegaczy jak on sam: Caballo Blanco czy Scotta Jurka. Dla pragnących poznać życie inne niż „życie biurowe”. Nie tylko o bieganiu. 

5. Janusz Głowacki Good Night Dżerzi
Głowacki na poważnie z 2010 r. Trzeba mieć odwagę, żeby tknąć temat Jerzego Kosińskiego. Pokazać go takim, jakim go się znało, wiedząc, co zrobił dobrego(?) i złego(?). Książka, jak to u Głowackiego naszpikowana świetnymi dialogami, a wśród nich jest i ten:
- Cześć Żydzie, myślałeś, że się schowasz? Otóż w życiu, i jeszcze długo nie.
O wyzwaniu, jakim jest ukrywanie się w świetle reflektorów.



6. Ewa Kuryluk Frascati
Ilekroć zapędzę się teraz w okolice ul. Frascati, nigdy już nie myślę, jak tam pięknie – na wiślanej skarpie, w parku, w cieniu drzew w samym środku miasta. Kuryluk sprawiła, że myślę tylko o jej rozpaczliwym dziecięcym wołaniu z ‘małej Italii’.  Książka z 2009 r. jest równie poruszająca co poprzedzająca ją książka Goldi. To pogłębiona, choć spisana urywanymi równoważnikami zdań, niejasna i niewyprostowana, spiralna autobiografia malarki, pisarki i eseistki, której matka (ocalona z Holokaustu) cierpiała na paranoję, brat na schizofrenię, a ojciec - w domu zwany nieodmiennie i raczej groteskowo Łapką - był komunistyczną szychą. Poruszający krzyk z trzewi. Czy wrażliwość musi aż tak boleć?

7. Henryk Grynberg Pamiętnik
Słodko-gorzka autobiografia człowieka naznaczonego Holokaustem – strażnika pamięci swoich bliskich. Występy sceniczne, rozpaczliwe romansowanie, poszukiwanie grobu ojca zabitego przez sąsiada już po zakończeniu wojny, walka o byt w Stanach, pisarstwo. Wszystko to prawdziwe, odsłaniające odważnie cienie i blaski człowieczeństwa. Zachęta, żeby być sobą, za wszelką cenę. 




8. Jan Sztaudynger i Anna Kalisiewicz-Sztaudynger Chwalipięta czyli rozmowy z tatą
Cudowne, lekkie wspomnienia ujęte w dialog pomiędzy córką a sławnym ojcem. Nie do uwierzenia, że spisane w ostanich miesiącach życia poety, fraszkopisarza, autora bon motu: 'Myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia, ani godziny'. Skąd ten człowiek miał takie pokłady optymizmu i dobroduszności? Jak to dobrze , że przedwojenna erudycja nie musi oznaczać koturnu. Wspaniała forma refleksji nad światem, który, obawiam się, minął bezpowrotnie. Na pocieszenie.



9. Maria Siemionow Twarzą w twarz
Wszystko wyjaśnia podtytuł: Moja droga do pierwszego pełnego przeszczepu twarzy. Książka wydana w USA w 2009 r., rok po tej epokowej operacji wykonanej pod kierownictwem polskiej profesor. Możemy zobaczyć zdjęcia pacjentki dr Semionow w Internecie. Warto poszukać świeższych niż te pierwsze, jeszcze z nadmiarami skóry, niedługo po przeszczepie. Książka opisuje cud, tak…, ale cud benedyktyńskiej pracy! Opartej o krystalicznie czyste intencje. Dla mnie najciekawsze były rozważania etyczne dotyczące przeszczepów. Proste i bezpretensjonalne wspomnienia kobiety spełnionej. Inspirujące do zastanowienia się nad swoimi wartościami i ich związkiem z pracą.

10. Stefan Klein Czas. Przewodnik użytkownika
Wymagająca lektura dla każdego, kto chciałby poznać lepiej naturę czasu, w tym także naszego „czasu wewnętrznego”. Autor (niemiecki fizyk i filozof) wydał tę pracę w 2006 r., a udostępniło ją polskim czytelnikom WAB  w bezcennej serii z Wagą z 2009. Autor przygląda się czasowi – a może człowiekowi w czasie? - z perspektywy psychologicznej, fizycznej, a także fizjologicznej. Autor nazywa wiele rzeczy, które zaledwie przeczuwamy, a na koniec proponuje ‘nową kulturę czasu’, która ma sprawić, że staniemy się jego panami. Wyzwanie pod każdym względem.

11. Remigiusz Grzela Bagaże Franza K. Podróż, której nigdy nie było
Wydana w 2004 roku powieść jest grą wyobraźni. Skonstruowana jest wokół faktów związanych z biografią Franza Kafki. Grzela pragnie zbliżyć się do niego, ale okrężną drogą, opowiadając o ludziach, którzy zetknęli się z Kafką i przez jakiś czas pełnili pewną rolę w jego życiu (aktorzy teatr jidysz z okresu fascynacji Kafki tym teatrem, jego siostry, Dora Diamant) Autor (rocznik 1977) korzysta umiejętnie z listów Kafki oraz innych dokumentów epoki. ‘Risercz’ wykonany przez autora imponuje, ale nie ciąży. Wciągająca zabawa w oświetlanie reflektorem tego, co zwykle pozostaje w cieniu.

12. Reif Larsen Świat według T.S. Spiveta
Wydana w 2009 r. w stanach Zjednoczonych przez 29-letniego absolwenta Columbia University książka inna niż wszystkie, które wcześniej widziałam i czytałam. Niezwykłe połączenie fikcji literackiej i jedynych w swoim rodzaju ilustracji (częściowo autorstwa samego Larsena!). Opowieść o chłopcu, który był genialnym kartografem i w ogóle rysownikiem wszelkiego typu schematów. Z powodu niezwykłego analitycznego talentu oraz dziwacznego w gruncie rzeczy daru patrzenia na świat poprzez  schematy, grafy, listy i wykresy zyskuje uznanie na skalę kraju. Naturalnie nikt nie przypuszcza, że tak precyzyjne dzieła wychodzą spod ręki dziecka. Potraktowany zostaje więc w korespondencji z Instytutem Smithsona jak dorosły. Kiedy dostaje zaproszenie, żeby wygłosić prelekcję akademicką, ucieka z domu – małej farmy w Montanie - i wyrusza przez całe Stany do Waszygtonu. Czytając tę powieść, miałam uczucie, jakbym nagle znalazła się w głowie kogoś, który żywi przekonanie, że naprawdę wszystko da się opisać, zmierzyć i wyjaśnić schematycznie. Ale czy wszystko? Zupełnie bezwiednie zacząłem rysować niewielką ilustrację na marginesie jej notatnika. Wiem, wiem – to straszne. Ten zeszyt należał do innej osoby, ale nie mogłem się powstrzymać. Ilustracja 'szaleństwa katalogowania' Umberto Eco. Jedyne w swoim rodzaju. Końcówka nieco zawodzi.

...w Nowym Jorku można spotkać alienistę


Caleb Carr Alienista
Nowy Jork 1896. Theodor Roosevelt nie jest jeszcze prezydentem, lecz dowodzi wydziałem policji w skorumpowanym (jak zawsze) Nowym Jorku. Jego pomocnikami w śledztwie przeciwko seryjnemu mordercy młodych prostytuujących się chłopców są: John Schuyler Moore - młodzieniec będący dziennikarzem oraz ‘czarną owcą” w bardzo bogatej rodzinie oraz lekarz psychiatra, naonczas zwany ‘alienistą’ - Węgier z pochodzenia Laszlo Kreizler. Dołącza do nich też młoda kobieta Sara, jedna z pierwszych emancypantek, pragnąca zostać policjantką ku zgrozie… praktycznie wszystkich. No cóż trafiliśmy do epoki wiktoriańskiej, drodzy Państwo. 

Książka została wydana w 1997 roku, co oznacza, że powstała na fali zainteresowania medialnego pracą 'profilerów' policyjnych. Zainteresowanie to bardzo wzmogło się na całym świecie od momentu ukazania się najpierw powieści Thomasa Harrisa (pierwsza Czerwony smok w latach 80., tł. polskie 1990), a potem filmu (Milczenie owiec z 1991) z Hannibalem Lecterem i starającymi dotrzymać mu kroku policyjnymi profilerami właśnie.

Jak na tym tle wypada Alienista?
Doceniam sugestywność scenerii nowojorskiej. Widać wypracowane w szczegółach tło, historyczne detale i pracę z mapą w ręce. Jest to precyzyjne, nawet aż za bardzo. Trzeba jednak przyznać, że dzięki temu poruszamy się wraz naszymi bohaterami w realistycznej scenografii. I trzeba jasno powiedzieć, że nie jest to sceneria z Kevina (nawet jeśli) samego w Nowym Jorku, raczej byłabym bliższa porównania tej wersji NJ z Gotham City. Bo Nowy Jork końca XIX wieku to ciemne zaułki czającego się wszędzie zła, kraina skrajnych nierówności społecznych i żywych uprzedzeń pomiędzy różnymi nacjami. Niedawno przez kraj przetoczyła się wojna secesyjna, a wielkimi krokami zbliża się wojna z Hiszpanią o ostateczny kształt USA.

Drugi cenny wątek to pokazanie początków psychologii. Znajdziemy to liczne nawiązania do najważniejszych nurtów psychologicznych: psychologii zachowań i psychologii poznawczej oraz zainteresowania sferą nieświadomą psychiki ludzkiej. Jak wiadomo zawód psychologa i psychoterapeuty ma w USA wysoki prestiż i dużo dłuższą historię niż choćby u nas w Polsce, gdzie o zastosowaniu psychologii w kryminalistyce mówi się stosunkowo od niedawna, a zdobycie takiej specjalizacji jeszcze 10 lat temu było praktycznie niemożliwe. Zresztą mało kto pamięta, ale powstanie Wydziału Psychologii np. na Uniwersytecie Warszawskim to zaledwie przełom lat 70. i 80. XX wieku.

Popkultura, głównie amerykańska (czyli jej najważniejsze 99%), przedstawia aktualną rolę profilera policyjnego jako powszechnie szanowanego eksperta.  Można by tu wymieniać dziesiątki współczesnych filmów "z życia biura śledczego". Zaangażowanie takiego specjalisty psychologa jest obecnie uważane za oczywistość i  nieuchronnie zapewnia powodzenie śledztwa. Dlatego klimaty dziewiętnastowieczne, kiedy nie było to takie oczywiste, także w tym względzie wydały mi się ciekawe i pouczające.

Następna sprawa to fakt, że powieść kryminalna, w której ofiary mają wydłubywane oczy i obcinane genitalia, nie jest w stanie wzbudzić u dzisiejszego czytelnika oczekiwanego przez autora strachu i obrzydzenia. Podobnie sprawca będący ofiarą bezlitosnych opiekunów, to także codzienność wszelkich filmów amerykańskich. Tę wiedzę psychologiczną rzeczywiście Amerykanie świetnie sobie przyswoili.

Czyli, podsumowując: nic nowego pod słońcem, chociaż doceniam wysiłek autora. Czyta się przyjemnie, choć bez większego zaangażowania. Niewątliwie liczba szczegółów topograficznych może być przydatna, gdybyśmy chcieli zwiedzać Nowy Jork tematycznie, np. z książką w ręku. 
PS. Wiele wyjaśniła mi informacja, że autor jest sam rodowitym nowojorczykiem, a z wykształcenia jest historykiem militarystą.
______________________________
Jest to moja ostatnia książka przeczytana w grudniu w ramach wyzwania Z literą (C) w tle.

sobota, 29 grudnia 2012

....lubię odkrywać - śnienie świata i Patrul Rinpocze


Jako blogowa neofitka zachwycam się wciąż nowymi rzeczami, które znajduję w blogosferze książkowej. Wiem, to kiedyś minie, kiedyś poczuję pewnie przesyt, ale teraz pozwalam sobie cieszyć się każdego dnia. 
Przechodząc do rzeczy, odkryłam fantastyczne, inspirujące teksty na blogu autorstwa signe śnienie świata
Gdyby nie signe i jej uważna lektura, pewnie nigdy bym nie przeczytała słów autorstwa Patrula Rinpocze. 

A oto, do jakich zobowiązań noworocznych mnie on natchnął.

On pisze (jeszcze nie wiem, w jakim kontekście, ale się dowiem): 
... zachowuję stosowny dystans…
… i chowam swe przyszłe zwłoki…
 i nie mam już ochoty medytować…
… i nie mam niczego, ku czemu mógłbym zwrócić swój umysł…
… i już mnie to nie interesuje…
… i nie mam już nadziei…
… i bardzo się wstydzę…
… i nic mi za to nie grozi…
… i przestałem trwonić papier i atrament…
… i wolę być sam…
… i obstaję przy samotnym życiu…

A ja na to:
... zbliżam się
... rodzę się wciąż na nowo
... mam ochotę medytować
... jest wiele rzeczy, które wprawiają w ruch mój umysł
... mnóstwo rzeczy mnie interesuje
... wciąż mam nadzieję
... decyduję się na pewną dozę bezwstydu
... podejmuję ryzyko
... zaczerniam kolejne strony
... wolę być z kimś
... daję zgodę na wspólnotę.





piątek, 28 grudnia 2012

…gra w klasy trwa


Julio Cortazar Gra w klasy

Cortazar po latach jest tak samo wielki i tak samo… niezrozumiały jak 25 lat temu. Tylko, że mnie  to już nie martwi… Tak ma być.

Już się nie przejmuję, że niemal jak Maga nie kojarzę nazwisk poetów, pisarzy, muzyków klasycznych i jazzmanów wymienianych przez Cortazara dziesiątkami. Jako młoda dziewczyna na pewno czułam się lekko zawstydzona, że ich nie znam, albo znam tylko z nazwiska. Być może obiecywałam sobie, że sięgnę chociaż po jedną rzecz Artauda czy Crevela. Minęły lata i teraz już wiem, że właśnie po to – żeby osiągnąć ten właśnie efekt dyskomfortu u czytelnika - Cortazar to zrobił.

Mogę powiedzieć tylko tyle: kiedy czytam jego słowa, poddaję się tej dziwnej, utkanej przez niego z dziwnych słów, zachowań i postaci, materii. I przede wszystkim: Jego prozy nie da się streścić! Nawet nie próbujcie, recenzenci. Cortazar zrobił wszystko, żebyście musieli się poddać!

To po prostu próba osiągnięcia niemożliwego: Rayuela czyli Gra w klasy miała być (i jest) jednocześnie powieścią i antypowieścią. A wiecie jakie to trudne mieć kontakt z obiektem, który czymś jest i jednocześnie tym nie jest…? (I tu sami widzicie, co Cortazar robi z czytelnikiem: zaczyna on dostrzegać drugie dno, głębię tam, gdzie przedtem nawet tego nie podejrzewał. Przez Cortazara wszystko się komplikuje i obrasta dodatkowymi znaczeniami…)

Cortazar, wbrew swoim obawom, że nie jest dość pisarsko sprawny (sic!),  osiągnął w Grze w klasy niesamowity efekt zrównoważenia treści i formy. Treścią jest denuncjowanie samotności człowieka wobec człowieka,  jak sam pięknie napisał. Formę zaś stworzył jedyną w swoim rodzaju. Jego układanka, powieść, którą można czytać od początku do końca, albo skacząc ruchem konika szachowego, albo od końca do początku – dlaczego nie? – była jego fantastycznym unikatowym rozwiązaniem. Myślę, że musiał być dumny z tego genialnego chwytu formalnego. To było ważne, bo Jak zawsze, jedyną rzeczą godną uwagi jest ten diaboliczny rozziew pomiędzy formą a zawartością. 
W Grze w klasy nie ma takiego rozziewu. Jest zgodność. 

I kiedy czytam poniższe słowa z części Morelliana, to wiem, że dużo tu jest prawdy o pisarstwie samego Cortazara:
Czemu to piszę? Nie myślę jasno, niemalże w ogóle nie myślę. Strzępy, zrywy, fragmenty, wszystko to szuka nowej formy, wtedy w grę wchodzi rytm i zaczynam pisać w tym rytmie, pisać dla niego, to on mnie popycha, a nie to, co nazywamy myślą i co tworzy prozę zarówno literacką, jak i wszelką inną. To kołysanie, ten swing […]

Nie dziwię się, że Julio Cortazar sam nie wierząc do końca w siebie, aż do śmierci pracując na etacie tłumacza w UNESCO, zdołał zbudować ze słów i znaczeń niezaprzeczalne w swym autentyzmie dzieło sztuki i zyskać wyznawców na śmierć i życie.   A oni, jak jego biograf Alberto Cueste, wołają:
Cortazar, wróć. Nie zostawiaj nas! Co ci zależy!

Wyróżnione cytaty pochodzą z omawianego dzieła. 
______________

Przeczytane w ramach wyzwania Z literą w tle

czwartek, 27 grudnia 2012

... robię konkurs nr 1

W związku ze zbliżającą się wielkimi krokami tysięczną odsłoną mojego bloga (dziękuję wszystkim zaglądającym i zapraszam ponownie!) oraz poprzednim wpisem o czytaniu książki na szczycie góry, zapraszam do mojego 1. konkursu. Jego tytuł to:

Najdziwniejsze miejsce do czytania?

Proszę w kilku zdaniach opisać, w jakim najdziwniejszym miejscu i sytuacji czytałeś/-łaś i dlaczego?

lubimyczytac.pl
Nagrodą jest książka wydawnictwa POLITYKA O czytaniu  Justyny Sobolewskiej. Książka jest świetna i na temat :)

Proszę o zamieszczanie odpowiedzi w komentarzach do tego posta. Jury w dwuosobowym składzie (ja i mój mąż) ogłosi, kto został zwycięzcą, w dniu 5 stycznia 2013 r.

Zapraszam do udziału!

...ludzie pragną czytać w najdziwniejszych sytuacjach

Kilian Jornet, kataloński biegacz góski uważany za najlepszego na świecie w tej ekstremalnej dyscyplinie, zapragnął przeczytać kilka zdań na szczycie góry, na którą właśnie wbiegł. Można to zobaczyć w 1:55 minucie tego niesamowitego filmu.

...zdarzają się nietrafione prezenty książkowe

I ktoś je musi przeczytać... Często jestem to ja, bo akurat nie mam z tym problemu. Chętnie przeczytam wszystko pod warunkiem, że to nie jest romansidło.

Taki pech przytrafił się Odkrywając wolność. Przeciw zniewoleniu umysłów pod redakcją Leszka Balcerowicza, która to książka nie zachwyciła swego nowego właściciela w grudniu 2012...
Trzeba było widzieć jego minę! Książka i to taka gruba? Ponad 1000 stron, tyle liter? No, nie... Św. Mikołaj wyraźnie przesadził z optymizmem w tym roku :) A na pewno zapomniał, że: Dobrymi chęciami to piekło jest wybrukowane.

Widok nieszczęśnika z kilogramowym tomem w ręce zawiedzionego na 11 punktów w skali do 10 przypomniał mi  z kolei najbardziej charakterystyczną scenkę z EMPIKu tuż przed świętami.
Co najmniej trzy razy miałam okazję podsłuchać rozmowy  telefoniczne o zbliżonej treści:

- Słychaj, jestem w EMPIKu. Czy Piotruś ucieszy się z kiążki?
- ...
- Nie? Zupełnie?
- ...
- Czyli to odpada całkowicie...
- ...
- OK. To idę do Media Markt.
.......................................................................................... 
Bo jak mówił poeta: Dziwny jest ten świat!


piątek, 21 grudnia 2012

...naszych biją (Świat Książki w tarapatach)

Nawiązując do smutnego newsa z blogu Agnieszki Książkowo, a także wspominków Beaty na Słowem Malowane oraz dyskusji, która wywiązała się na portalu natemat.pl, ja także użalę się nad Światem Książki. W przeddzień Bożego Narodzenia 2012 jego właściciel Weltbild zwolnił pracowników i wystawił aktywa Świata Książki na sprzedaż.

Życzę nam wszystkim, żeby Świat Książki znalazł nowego nabywcę, lepszych zarządzających i rozwinął na nowo skrzydła, a przynajmniej zachował swoich dotychczasowych wspaniałych autorów i swoje serie.

Moje ulubione to Muzea Świata, Biblioteka Polska XX wieku, Nowa Proza Polska oraz Lemur.

Kupowałam u nich wszystko, co wydali: Hanny Krall, Rylskiego, Głowackiego, Grynberga, Pilcha, Akunina, Juliana Barnesa oraz dużo literatury faktu. Szczególnie wdzięczna pozostanę im za Jose Saramago, w tym ostatnio wydany Mały pamiętnik w tłumaczeniu mojej drogiej nauczycielki p. Elżbiety Milewskiej.

Trzymam kciuki za to cenne na rynku polskim wydawnictwo!

czwartek, 20 grudnia 2012

...sympatyczni ludzie książki piszą


Marek Niedźwiecki Nie wierzę w życie pozaradiowe

Delikatny i samotny. Wytrwały i kompulsywny. Błyskotliwy i nieśmiały. Szczupły, niezbyt urodziwy okularnik. Bezproblemowy człowiek, który może i chciał czasami krzyczeć, ale zamiast tego wolał zająć myśli czymś innym… Wprowadził na antenę polskiego radia - i w związku z tym do polskiego krwioobiegu - setki muzycznych trendów, zespołów, wokalistów i wokalistek, hitów, „numerów”, płyt, itp.,itd. 
No i nade wszystko zawdzięczamy mu smooth jazz.

Syn rzeźnika i nauczycielki z Szadka (lokalsi mówią Szadku). Moim zdaniem ma w sobie silny rys dydaktyczny, choć pewnie by mi nie uwierzył. 

Wszystko, co zrobiło na nim wrażenie, pojawia się prędzej czy później w jego programie na antenie Trójki. Dzieli się z nami tym, co dla niego najcenniejsze. Książka Nie wierzę w życie pozaradiowe też jest zapisem takich zachwyceń.

Niedźwiecki ponad 130 razy wyjeżdżał i wracał do Polski. Miejsca, które zobaczył i pokochał, możemy zobaczyć na zdjęciach. Poznał tysiące osób. Ma ich wszystkich spisanych w pamiętniku i chętnie ich wspomina. Nawet tych, którzy sprawili, że poczuł się zakłopotany.

Bo Niedźwiecki się nie wścieka. Zakłopotanie to najmocniejszy wyraz jego niechęci.
Jest szczery i bezpretensjonalny. Nieuchronnie podliczając swoje życie, mówi: „Myślałem, że to ja wybrałem samotność, ale to raczej samotność wybrała mnie.”
Z takim głosem…. Wybraniec bogów uśmiecha się nieśmiało.

środa, 19 grudnia 2012

...trzeba nabijać statystyki

Byłam dzisiaj w naszej gminnej bibliotece.
Przy okazji zapytałam, ile jest w mojej 5 tysięcznej gminie osób, które wypożyczają minimum 1 książkę tygodniowo. Panie bibliotekarki szacują, że ok. 10 osób.

Poza nimi jest pewnie kolejne 10-20 takich, które czytają te 52 pozycje rocznie, choć nie pojawiają się tak często w bibliotece. Ja sama do nich należę. Po pierwsze mam duży własny księgozbiór, po drugie dostęp do innych bibliotek, w tym urokliwego BUWu oraz potężnej Biblioteki Narodowej.

Czyli znalazłam w ten sposób ok. 30 czytelników podobnych do mnie. Pomnożę to przez niemal 2, bo jestem urodzoną optymistką. W ten oto sposób otrzymuję zgrabną liczbę 50.
Jak wiadomo matematyka nie kłamie. Liczbę maks-czytaczy, bibliofilów, książkoholików, logofagów (ich choroba to pożeractwo słowa), słowożerców, itp., itd. w mojej kochanej gminie oszacować należy na 1% jej populacji.

Popatrzmy teraz na cały nasz piękny kraj.

Gdyby przyjąć, że statystyczny polski czytelnik to osoba w wieku od 15 do 75 lat (tak się robi w badaniach czytelnictwa prasy), to zdolnych do czytania w Polszcze AD 2012 byłoby około 75% całej ludności, czyli ok. 28 mln.

Niestety mój optymizm drży w posadach, gdy czytam TU , że 54% z nich nie skorzystało z tej bezcennej umiejętności ani razu w tym roku.

Ale nie, nie poddam się! Decyduję się nadal patrzeć na świat przez różowe okulary i wyliczam oszałamiający 1% czytelników-stachanowców. Dzięki temu z pewną dozą niepewności uzyskuję w moich obliczeniach liczbę 280 tys. osób, które - mam nadzieję-  należą do mojego plemienia...



wtorek, 18 grudnia 2012

...Alberto Cueste twierdzi: bądź sobą jak Cortazar, bądź nieortodoksyjny!


Alberto Cueste Julio Cortazar

Chciałabym podziękować biografowi i przyjacielowi Cortazara za to, że uświadomił mi, że:

Julio Cortazar miał prawie 2 metry wzrostu, uszy jak elf, a twarz jak hobbit i najlepiej wypoczywał siedząc na składanym turystycznym krzesełku.
Mając już niemal 50 lat, wciąż wahał się, czy dostatecznie dobrze posiadł literackie środki wyrazu, żeby pozwolić sobie na wydanie powieści.
fot. Cordon Press
Musiał pisać, bo coś pisało w nim.
Nigdy niczego nie był pewien i na tym polega jego wyjątkowa wielkość.
Prosił Cueste, żeby, pisząc o nim, nie robił z niego mumii i pisał o nim z „należytym brakiem szacunku”.
Nie wierzył w gatunki literackie, a Grę w klasy stworzył jako antypowieść.
Był chronicznym kronopiem: „outsiderem zwróconym profilem do kultury”, tym, „co należy do rodziny kamyków uwierających w bucie, […] irytujących nawiedzonych […] oraz tych, co się przeziębiają w pełni lata. […] Są jak kichnięcie w trakcie podniosłej uroczystości […].”
Uważał, że odwiecznym wrogiem literatury i życia jest nadmierna powaga.

Julio Cortazar uważał czytelnictwo za pewien rodzaj sztuki. Utwór literacki uważał za  otwarty, wypełniający się treścią dzięki twórczej lekturze czytelnika i odbiorcy dzieła. Sam tworzył zadziwiające, nieortodoksyjne recenzje różnych dzieł sztuki (przykłady znajdziecie np. na blogu w-zaciszu-biblioteki.blogspot.com). Cueste upewnił mnie, że refleksje czytelnicze (ale uwaga, mam tu na myśli coś innego niż często spotykane próby w miarę dokładnego streszczenia książki) są i będą unikatowe i nieporównywalne. 
Cortazar nie miał nic przeciwko temu, żeby jego utwory były zaledwie pretekstem i żeby interpretacje jego własnych utworów mówiły o ich autorze równie dużo co o interpretowanym dziele. 

A więc: Nie bój się! Pozwól sobie na więcej!
__________________________________ 
Przeczytane w ramach wyzwania Z literą w tle

niedziela, 16 grudnia 2012

A mój mąż powiedział, że nie odda mi Kahnemana "Pułapki myślenia"

...dopóki sam nie przeczyta do końca.
A ja już zajrzałam, poczytałam i chcę czytać dalej.
Mąż na to, że to jedna z najbardziej wciągających rzeczy, które czytał ostatnio, i nie odda.

A więc wojna?!

sobota, 15 grudnia 2012

...tylko moli książkowych żal (Elias Canetti Auto da fe)



Elias Canetti Auto da fe

Nowatorska powieść z 1935 roku. Wielki zawód czytelniczy w 2012 roku.

W zamierzeniu autorskim studium obłędu, pochód spotwornianych postaci. W efekcie wykoncypowana narracja, sztuczne do bólu i przez to w ogóle niegroźne postaci oraz niezrozumiały sens tego wysiłku.

Niesamowity zawód, bo pierwsza scena świetna. Zarys postaci bohatera bardzo obiecujący – obsesjonat książek, mól książkowy, posiadacz największego prywatnego księgozbioru w mieście.

Niestety, pomimo wyrafinowanych pomysłów fabularnych, zindywidualizowanego języka postaci, wpływów freudowskich (Nie zemdlałem. Nie zemdlałem. - mówi bohater, ktorego własnie podnieśli z podłogi...), intensywnego wykorzystywania kiełkującej w czasie powstawania powieści wiedzy o psychopatologii jednostki i konformizmie wobec autorytetów oraz tłumów, całość jest niestrawna. Nawet nawiązania narracyjne i postaci jak z Kafki nie pomagają (Canetti wprost przyznaje się do sięgania po ten wzorzec.)

Dopiero na koniec zaskoczenie. Do powieści dołączone jest postscriptum odautorskie. Nareszcie czytanie nabiera sensu i staje się przyjemnością! To jest znany mi wspaniały Canetti - autorefleksyjny  i jednoczesnie prostolinijny - jak Elias Canetti z autobiograficznego Ocalonego języka...

Jednak jego opus magnum nie nadaje się dzisiaj do czytania.

Canetti przyznaje się, że na przełomie lat 20 i 30-tych, kiedy studiował jeszcze chemię na politechnice, opanowało go pragnienie napisania powieści, która by oddała uczucia pomylenia, splątania, niebycia sobą oraz rozpadu świata normalności, którego doświadczał, mieszkając wówczas zarówno w Wiedniu, jak i Berlinie. Wspomina, że zapalnikiem była trauma, jaką przeżył uczestnicząc w demonstracji, w której spłonął budynek ministerstwa sprawiedliwości w Wiedniu. Zginęło wtedy kilkudziesięciu robotników, ale on zapamiętał tyko człowieka w szoku, krzyczącego: „Spalą się akta! Akta spłoną!”


http://www.elias-canetti.de/
Canetti opowiada, że właśnie wtedy, w 1927 roku, zapragnął, wzorując się na Balzaku, napisać „Komedię ludzką pomyleńców”. Miało to być jego pierwsze i od razu wielkie dzieło. Obracał się w środowisku artystowskim Berlina. Przyjaźnił się z Brechtem, Musilem, Groszem, Bablem. Było to środowisko twórców radykalnie nowoczesnych, a on utożsamiał się z nimi, sam chciał sprowokować skrajny odbiór czytelników, niczym Webern i Berg w muzyce.

To wyjaśnia, skąd Canetti wziął ten panoptikon ludzki, szaleństwo, nieludzkie, pozbawione empatii  reakcje, monstrualne pragnienie wykorzystania i upokorzenia człowieka przez człowieka, a nawet seksualne perwersje, które stanowią  leitmotiv powieści. Rozumiem więc już jego intencje... Wykonanie mnie jednak nie zachwyca...

Rozumiem więc, skąd w powieści, która dopiero od czasów tłumaczenia angielskiego nosi  pociągający i wielce obiecujący tytuł Auto da fe (z portugalskiego ”akt wiary”, „oficjalne wyznanie wiary wymuszone przez inkwizycję”, a potocznie kojarzy się z płonącym stosem), pojawia się tak wiele chorobliwych, prowokujących, budzących często uczucie sprzeciwu czy obrzydzenia  motywów. Przedtem powieść miała nosić prosty tytuł Kant płonie, w rzeczywistości rozpoczęła swój żywot jako Die Blendung (wieloznaczne słowo oznaczające m.in. oślepiające światło, utkwiony wzrok). Nosiła także tytuły robocze Mól książkowy i Pożar. Bo te dwa ostatnie motywy zapoczątkowały powieść. Reszta rozwinęła się i "pisała" niespodziewanie dla samego autora…

Nie mogę się powstrzymać, żeby nie patrzeć teraz na tę powieść jak na dzieło z okresu Sturm Und Drang autora. Jakby wziął się za rzecz nie dla niego. Jakbym miała do czynienia z próbką, pokazem determinacji pisarskiej („stać mnie”) i dobrą wprawką formalną. Wierzę, kiedy Canetti przyznaje się, że w czasie rocznej pracy nad Auto da fe, chciał wielokrotnie zakończyć pracę, rzucić wszystko i tylko siłą woli dociągnął do sceny palenia książek w epilogu, z myślą o której zaczął w ogóle pisać...

Tylko moli książkowych i książek szkoda… Bo to naprawdę nie o nich mowa... 


_________________________________
Przeczytane w ramach wyzwania Z literą w tle

piątek, 14 grudnia 2012

...warto przed końcem świata

Nawiązując do szeroko anonsowanego końca świata, tak oto rzecze Krzysztof Varga: 

Jak już umierać, to przynajmniej oczytanym. 

Tznajdziesz krótkie uzasadnienie polecanych przez niego lektur.
źródło
źródło
źródło











A Ty co byś wybrał/wybrała?

czwartek, 13 grudnia 2012

...13 grudnia to Dzień Księgarza

Pragnę uczcić ten ginący gatunek. Już prawie nie spotyka się księgarzy...
źródło: bwphotography.pl

Po tym, jak zlikwidowano księgarnię LIBER w BUWie, pozostała mi już tylko jedna Pani w Prusie i księgarze w księgarni na Nowym Świecie (obecnie MATRAS - kiedyś Leksykon - księgarnia z kotem i to żywym).

Zastąpili ich sprzedawcy zadrukowanego i oprawionego papieru (dawniej zwanego książką).

Czego można się spodziewać po sprzedawcy w księgarni?
- umiejętności sprawnego  dżwigania i ustawiania produktów na półkach i stosach oraz koszach wyprzedażowych
- umiejętności obsługi kasy fiskalnej i terminala kart płatniczych
- wiedzy, co jest w promocji
- umiejętności wyszukiwania produktu w bazie danych, ale wyłącznie pod warunkiem podania dokładnego tytułu lub przeliterowania nazwiska (nawet jeśli jest to Marquez czy Proust)
- umiejętności dobrania wielkości torebki do wielkości produktu
- oraz zaproponowania dodatkowych gadżetów przy kasie.

Czego nie można oczekiwać?
- że sami czytają
 - że kumają, o czym mówisz
- zrozumienia, że nie zachwycasz się produktem, który "wszyscy teraz kupują"
- że potrafiliby ułożyć ksiązki tematycznie, czy w jakikolwiek inny wyrozumowany sposób
- że orientują się, w jakiej epoce dany produkt (dawniej zwany  książką) został wydany po raz pierwszy
- że potrafią powiązać dany produkt z jakimś zjawiskiem kulturowym, zdarzeniem literackim, nurtem myślowym, epoką
- że kojarzą wydawnictwa z czymkolwiek innym niż marża.

Księgarze, dla których byliśmy żywymi, przeżywającymi literaturę czytelnikami, a nie tylko konsumentami konfekcji literackiej. Oni zaś dla nas - partnerami w rozmowie, doradcami...

Cześć Waszej pamięci!





środa, 12 grudnia 2012

..."Gdy dorosnę, chcę mieć bibliotekę."

Elias Canetti Auto da fe
Elias Canetti

Część pierwsza
Głowa bez świata

SPACER

- Co tu robisz, chłopcze?
- Nic. 
- Więc po co tu stoisz?
- Tak sobie.
- Umiesz już czytać? 
- Naturalnie!
[...]
- Zawsze czytam. Ojciec odbiera mi książki. 
[...]
- Gdy dorosnę, chcę mieć bibliotekę. Będą tam musiały być wszystkie książki, we wszystkich językach [...].


Pycha!

wtorek, 11 grudnia 2012

...głęboko współodczuwam z Schulzem

Bruno Schulz Sklepy cynamonowe

To są powiadania bardzo nowoczesne w wyrazie. Ciemne i piękne. Wyczuwalna jest wielkość tej prozy złożonej z urywków, jej siła i autentyczność, wielka osobność.

Długie ciągi zdań, jakby szeptanych do ucha w czasie snu. Część treści wydaje się zrozumiała, czytelna, opowiada nam o czymś znanym – np. o popołudniowym spacerze z matką po rynku. Pierwsze słowa Schulza… i już przenoszę się na rozgrzany i pusty plac, na którym zaczyna się akcja opowiadań. Idziemy więc w upale… Gdy nagle, bez uprzedzenia pojawiają się ciemne zdania, które mają drugie dno, jakby coś ukrywają. Słowa płyną. Są z jednej strony jak strumień świadomości, dyktowane przez wewnętrzne ja, a z drugiej formalnie kunsztowne do granic możliwości. W latach 30. XX wieku niemal nikogo w Polsce nie było stać na taką odwagę literacką, takie „bezużyteczne” szaleństwo. 

Schulz wydawał się zresztą zdawać sobie sprawę ze swojej unikalności. Liczył na bycie wydawanym. Znalazł uznanie Nałkowskiej. Odważnie zachwycał się Witkacym i Gombrowiczem. Obrazoburczość i niekonwencjonalność oraz nowatorstwo formalne,  w tym słowotwórcze,  musiały być u niego świadomym wyborem twórczym.

Skąd się wzięła jego twórczość? 
Z dzieciństwa, prowincjonalnego życia pozbawionego bodźców intelektualnych, odrzucenia społecznego, którego doświadczał… Sam nazwał swoje spojrzenie na świat  „mityzacją rzeczywistości”.

Głęboko współodczuwam z Schulzem. Jego opowieści („fragmenciki”) kojarzą mi się przede wszystkim ze sposobem, w jaki dziecko, bardzo wrażliwe intelektualnie i uczuciowo, postrzega świat dorosłych. Sklepy cynamonowe to nic innego jak zapisane po latach wspomnienia, wytwory wyobraźni małego samotnika, wybitnie utalentowanego „małego dorosłego”, dostrzegającego więcej niż inni. Różniącego się bardzo od rówieśników, które miały dobry kontakt ze sobą w grupie i żyły w czasie teraźniejszym. W prozie Schulza nie sposób znaleźć odniesienia do zabaw dziecięcych.

Do tego mamy do czynienia z dzieckiem/dorosłym pochodzącym ze zmarginalizowanej społeczności, Żyda-nie Żyda pochodzącego z zasymilowanej językowo i kulturowo rodziny  w polsko – ukraińskim miasteczku na pograniczu. Dziecko to musiało być bardzo osobne, inne... Schulz wspomina, że od małego zapełniał rysunkami każdy skrawek papieru. Możemy się domyślać, że nie uczyniło go to liderem zabaw dziecięcych… Raczej sprawiło, że spędzał większość czasu na obserwowaniu innych i na marzeniach… Na rysowaniu i czytaniu… Na przetwarzaniu prostych epizodów, błahych doświadczeń, codziennych sytuacji, nieskomplikowanych obrazków w zawiłe, tajemnicze i groźne przygody na skraju rzeczywistości.

Odbieram teksty Schulza jak snucie wspomnień, o tym, co za dnia się zdarzyło, w łóżku przed snem, kiedy ujawniają się treści leżące tuż za progiem świadomości. Dużo w tych opowieściach lęku i niezrozumienia tego, co i dlaczego robią dorośli. Wiele tam stłumionego erotyzmu wynikającego z przedwczesnych doświadczeń, takich jak np. pokazywanie mu przez starszego kuzyna pornograficznych zdjęć dziewcząt i chłopców, obserwowanie ulgi, jaką ojcu dostarcza lewatywa, później doświadczeń z domów rozpusty. W tym kontekście bardziej zrozumiałe jest powiązanie przyjemności z frustracją i cierpieniem przynoszącym w końcu chwilową ulgę.

Schulzowska proza jest nade wszystko zdominowana przez figurę ojca - niezrozumiałego, obcego, strasznego i równocześnie śmiesznego w swojej słabości. Snute przez Schulza marzenia półsenne pokazują świat zaludniony mężczyznami dziwakami - nawiedzonymi, chorymi, sportretowanymi albo nad księgami rachunkowymi albo w łóżku albo na nocniku albo właśnie z lewatywą w ręku. Cóż za charakterystyka! W żadnej z tych sytuacji mężczyzna siłą rzeczy nie jest atrakcyjny, męski właśnie. To świat mężczyzn słabych, upokorzonych, często wymagających  pomocy kobiet, ich siły.
żródło

Narzuca się powiązanie tego faktu z charakterystyczną fizycznością samego Schulza – brzydkiego, z odstającymi uszami, nieproporcjonalnie dużą głową, bardzo niskiego, wręcz chuderlawego.

Kobiety u Schulza są z kolei niedostępne, piękne, zdrowe, silne fizycznie, zaradne, pełne życia, płodne i ekspansywne. Dysproporcja w ukazaniu obu płci oraz  podkreślanie męskiej niższości jest obecne zarówno w tekstach, jak i grafikach,  i aż nadto pokazuje mentalność masochistyczną i to chyba nie tylko w sferze seksu, oraz ewidentny strach przed „pożarciem” przez kobietę. A wszystko to przy jednoczesnym ogromnym pragnieniu połączenia się z nią, ukorzenia się przed jej wyidealizowaną potęgą. Stąd stały motyw przygniecenia głowy mężczyzny przez kształtną nogę kobiety w Schulzowskich grafikach.

Słowa klucze do mojej lektury Schulza to: piękno, niedostępność, gorycz, samotność.

Język jego metaforyki jest niepodrabialny. Popatrzmy, jak Schulz opisuje zwyczajny, dojrzały słonecznik: Ogromny słonecznik, wydźwignięty na potężnej łodydze i chory na elephantiasis, czekał w żółtej żałobie ostatnich, smutnych dni żywota, uginając się pod przerostem potwornej korpulencji. (część Sierpień, Sklepy cynamonowe) Słodki ciężar dojrzałych nasion? O nie! Słoniowacizna, brak harmonii, dziwactwo… 
Ja to czytam: Zobacz, piękno ono nigdy nie jest bez skazy. Ono też często niesie w sobie coś  spotworniałego, zniekształconego. Przyciąga, tak, ale jednocześnie odstrasza.  Z kolei coś, co wydaje się początkowo brzydkie, może mieć swoją piękną odsłonę. Może to jest apel? Rozejrzyjcie się, spójrzcie nie tylko na to, co piękne na pierwszy rzut oka. Nie idźcie na łatwiznę… 

Ten talent do dostrzegania skazy na tym, co przyjęło się uznawać za piękne, widoczny jest w całej jego twórczości.

ze zbiorów Muzeum Literatury w Warszawie
Niedostępność ideału. Rzućmy okiem na najbardziej znany obraz Brunona Schulza, ten z chasydem i pięknymi damami na spacerze. Zwykle podkreśla się wyidealizowanie wizerunku kobiet, fetysz ich nóg, łydek, stóp odzianych w buciki i pożądliwe spojrzenie młodego Żyda. Jednak i chasyd jest zbyt piękny, żeby był prawdziwy – on także uosabia coś niedostępnego dla autora, w pełni zlaicyzowanego Żyda. Na obrazie jest niewidoczna, ale wyczuwalna jeszcze trzecia osoba, ta która podgląda chasyda i damy. To ona zazdrości tego momentu perwersyjnej, bo podszytej lękiem nieznanego, komitywy pomiędzy tymi kobietami i mężczyzną - odległymi społecznie od siebie jak dwie komety. W takiej właśnie sytuacji był sam Schulz – obcy dla swoich, nigdy nie stał się do końca swój dla klasy intelektualistów i artystów polskich, do których w rzeczywistości należał. Pragnienie połączenia, utożsamienia się, zawładnięcia uwagą jednak było stale u niego obecne.

Gdyby Schulz żył w innych czasach… 

Miejsce śmierci Brunona Schulza. 
Jego zwłoki leżały pod murkiem cały dzień.
Po pierwsze by żył! Nie zabiłby go dwoma strzałami w tył głowy 100 metrów od jego dawnego domu, przy murku na Rynku w Drohobyczu jakiś umundurowany nazistowski prostak…








Zarabiałby na swoim wyjątkowym talencie. Nie musiałby znosić upokorzeń nielubianej pracy nauczycielskiej (rysunek i roboty ręczne)…

Znalazłby bratnią duszę w sferze erotycznej.

 Znalazłby niespodziewane metafory dla wielu rzeczy, zjawisk, których nie dane mu było przeżyć…


PS. Muszę podpytać córkę, jakie tematy poruszyli, "przerabiając" Sklepy cynamonowe w szkole... I pójść na Rzeczywistość przesuniętą do Muzeum Lliteratury!


poniedziałek, 10 grudnia 2012

…ja frunę! „Atlas chmur”

David Mitchell Atlas Chmur


Ostatnio nieczęsto zdarza mi się następująca sytuacja:
Za kwadrans mam umówione spotkanie… Ale ja właśnie sobie czytam. Myślę: „Jeszcze tylko 5 minut, tylko do końca rozdziału…” Za chwilę kolejne spojrzenie na zegarek i… jak to minęło pół godziny?

Jeśli chcesz przeżyć coś takiego, spróbuj z Atlasem chmur.

Jestem przekonana, że to książka, która na trwale zagości w kanonie lektur obowiązkowych ludzi myślących. Wyśmienita rzecz. Wyróżnia ją niezwykła sugestywność stworzonych światów, wręcz filmowe obrazowanie, postaci wybitnie przemawiające do wyobraźni - każda z charakterem, ale żadna nieskazitelna. Fabularność wręcz domagająca się sfilmowania, pozwalająca na głębokie zanurzenie się, jakiego oczekują współcześni czytelnicy, przyzwyczajeni do historii wciągających bez reszty. Do tego mamy kunsztowną formę nawiązującą do nowoczesnych form muzycznych. Sześć opowieści, z których pięć przerwanych jest w połowie, szósta stanowi kulminację i jednocześnie oś całości, a pozostałe kontynuowane są w odwrotnym porządku.

Atlas chmur to tytuł książki i jednocześnie utworu muzycznego napisanego przez jednego z protagonistów. Takich zapętleń i nawiązań jest w tej powieści mnóstwo. Jako współczesny czytelnik doskonale się w tych nawiązaniach czuję. Przeskoki z jednego świata do innego oddalonego w czasie o sto i więcej lat dobrze oddają przyspieszenie, jakiemu jesteśmy stale poddawani. Mitchell jednym epizodem kreśli obraz danej epoki, jednym dialogiem zapoznaje nas z bohaterem, zmuszając, aby zainteresować się jego losem natychmiast. Opowieść wciąga nas jak wir.

Moim ulubieńcem został Robert Frobisher, utalentowany, a może nawet genialny muzyk, kompozytor, a jednocześnie infantylny szaławiła, zostawiający po sobie wyłącznie długi. Ironiczne powiedzonka Roberta, który dostrzega raz więcej niż inni, innym razem pozostaje ślepy na oczywistości. Uroczy chłopak, walczący o niezależność, o złożonej tożsamości seksualnej. Mój błyskotliwy ulubieniec, który źle kończy, niestety…

Ale dlaczego te opowiastki tak mnie wciągnęły w gruncie rzeczy?

Po pierwsze z powodu idealnej harmonii pomiędzy treścią i formą.

Rzecz cała dotyczy jednego z dotkliwszych problemów człowieczeństwa: jest to zbiór opowieści o niewoleniu jednych przez drugich. Nie jest to błaha problematyka, a w Atlasie chmur Mitchell nie waha się nazwać rzeczy po imieniu: zbyt łatwo stajemy się bezmyślnymi wyzyskiwaczami innych. Od zawsze rządzi nami chęć posiadania, zysku, władzy i łatwej przyjemności. Popatrzmy na siebie… Jak bardzo podatni jesteśmy na ideologię: „Masz prawo chcieć więcej, jeszcze więcej”. Zastanówmy się, do czego to nas doprowadzi….

Forma, prosta i kunsztowna zarazem.

Język? Zróżnicowany, zniuansowany i przede wszystkim swobodny. Mitchell bez wątpliwości ma wybitny dar językowy (wiadomo, że był nauczycielem angielskiego dla obcokrajowców) oraz doświadczenia zanurzenia w innych kulturach. Przeczytałam, że na co dzień dokucza mu jąkanie się. Wiem też, że często jąkanie (jako dolegliwość o naturze psychicznej) dotyczy mówienia tylko w ojczystym języku. Mitchell opuścił Anglię, ma za sobą lata życia we Włoszech, Japonii. Obecnie osiedlił się w Irlandii. To może nieco tłumaczyć, dlaczego pisząc, z taką niezwykłą łatwością „mówi językami”. 

Czytanie tej prozy sprawiało mi fizyczną wręcz przyjemność, bo czytając, miałam niezmąconą pewność, że autor jest w swoim żywiole. On tryska pomysłami, czy chodzi o postaci i ich charaktery, czy o fabuły, historyjki, epizody, czy o scenografie. Nie wyciska swojego pisania jak pasty z w połowie pustej tubki. Mitchell nagniata tubkę swojej twórczości z całą siłą, bo ma tego wszystkiego w sobie pełno… 

A czytelnik ma tylko rozprostować skrzydła i frunąć!

David Stephen Mitchell (ur. 1969 w Southport, Lancashire), brytyjski pisarz.  Autor 4 powieści postaci, z których dwie były nominowane do najważniejszej brytyjskiej nagrody literackiej, Bookera. Studiował literaturę angielską i amerykańską na Uniwersytecie Kent. Przez rok mieszkał na Sycylii, następnie przeniósł się do Japonii, gdzie uczył języka angielskiego. Obecnie mieszka w Irlandii razem z żoną Keiko i dwójką dzieci.

Napisał:
§  Widmopis (Ghostwritten, 1999, wyd. polskie 2003)
§  sen_numer_9 (number9dream, 2001, wyd. polskie 2002)
§  Atlas chmur (Cloud Atlas, 2004, wyd. polskie 2006)
§  Konstelacje (Black Swan Green, 2006, wyd. polskie 2007)