wtorek, 11 grudnia 2012

...głęboko współodczuwam z Schulzem

Bruno Schulz Sklepy cynamonowe

To są powiadania bardzo nowoczesne w wyrazie. Ciemne i piękne. Wyczuwalna jest wielkość tej prozy złożonej z urywków, jej siła i autentyczność, wielka osobność.

Długie ciągi zdań, jakby szeptanych do ucha w czasie snu. Część treści wydaje się zrozumiała, czytelna, opowiada nam o czymś znanym – np. o popołudniowym spacerze z matką po rynku. Pierwsze słowa Schulza… i już przenoszę się na rozgrzany i pusty plac, na którym zaczyna się akcja opowiadań. Idziemy więc w upale… Gdy nagle, bez uprzedzenia pojawiają się ciemne zdania, które mają drugie dno, jakby coś ukrywają. Słowa płyną. Są z jednej strony jak strumień świadomości, dyktowane przez wewnętrzne ja, a z drugiej formalnie kunsztowne do granic możliwości. W latach 30. XX wieku niemal nikogo w Polsce nie było stać na taką odwagę literacką, takie „bezużyteczne” szaleństwo. 

Schulz wydawał się zresztą zdawać sobie sprawę ze swojej unikalności. Liczył na bycie wydawanym. Znalazł uznanie Nałkowskiej. Odważnie zachwycał się Witkacym i Gombrowiczem. Obrazoburczość i niekonwencjonalność oraz nowatorstwo formalne,  w tym słowotwórcze,  musiały być u niego świadomym wyborem twórczym.

Skąd się wzięła jego twórczość? 
Z dzieciństwa, prowincjonalnego życia pozbawionego bodźców intelektualnych, odrzucenia społecznego, którego doświadczał… Sam nazwał swoje spojrzenie na świat  „mityzacją rzeczywistości”.

Głęboko współodczuwam z Schulzem. Jego opowieści („fragmenciki”) kojarzą mi się przede wszystkim ze sposobem, w jaki dziecko, bardzo wrażliwe intelektualnie i uczuciowo, postrzega świat dorosłych. Sklepy cynamonowe to nic innego jak zapisane po latach wspomnienia, wytwory wyobraźni małego samotnika, wybitnie utalentowanego „małego dorosłego”, dostrzegającego więcej niż inni. Różniącego się bardzo od rówieśników, które miały dobry kontakt ze sobą w grupie i żyły w czasie teraźniejszym. W prozie Schulza nie sposób znaleźć odniesienia do zabaw dziecięcych.

Do tego mamy do czynienia z dzieckiem/dorosłym pochodzącym ze zmarginalizowanej społeczności, Żyda-nie Żyda pochodzącego z zasymilowanej językowo i kulturowo rodziny  w polsko – ukraińskim miasteczku na pograniczu. Dziecko to musiało być bardzo osobne, inne... Schulz wspomina, że od małego zapełniał rysunkami każdy skrawek papieru. Możemy się domyślać, że nie uczyniło go to liderem zabaw dziecięcych… Raczej sprawiło, że spędzał większość czasu na obserwowaniu innych i na marzeniach… Na rysowaniu i czytaniu… Na przetwarzaniu prostych epizodów, błahych doświadczeń, codziennych sytuacji, nieskomplikowanych obrazków w zawiłe, tajemnicze i groźne przygody na skraju rzeczywistości.

Odbieram teksty Schulza jak snucie wspomnień, o tym, co za dnia się zdarzyło, w łóżku przed snem, kiedy ujawniają się treści leżące tuż za progiem świadomości. Dużo w tych opowieściach lęku i niezrozumienia tego, co i dlaczego robią dorośli. Wiele tam stłumionego erotyzmu wynikającego z przedwczesnych doświadczeń, takich jak np. pokazywanie mu przez starszego kuzyna pornograficznych zdjęć dziewcząt i chłopców, obserwowanie ulgi, jaką ojcu dostarcza lewatywa, później doświadczeń z domów rozpusty. W tym kontekście bardziej zrozumiałe jest powiązanie przyjemności z frustracją i cierpieniem przynoszącym w końcu chwilową ulgę.

Schulzowska proza jest nade wszystko zdominowana przez figurę ojca - niezrozumiałego, obcego, strasznego i równocześnie śmiesznego w swojej słabości. Snute przez Schulza marzenia półsenne pokazują świat zaludniony mężczyznami dziwakami - nawiedzonymi, chorymi, sportretowanymi albo nad księgami rachunkowymi albo w łóżku albo na nocniku albo właśnie z lewatywą w ręku. Cóż za charakterystyka! W żadnej z tych sytuacji mężczyzna siłą rzeczy nie jest atrakcyjny, męski właśnie. To świat mężczyzn słabych, upokorzonych, często wymagających  pomocy kobiet, ich siły.
żródło

Narzuca się powiązanie tego faktu z charakterystyczną fizycznością samego Schulza – brzydkiego, z odstającymi uszami, nieproporcjonalnie dużą głową, bardzo niskiego, wręcz chuderlawego.

Kobiety u Schulza są z kolei niedostępne, piękne, zdrowe, silne fizycznie, zaradne, pełne życia, płodne i ekspansywne. Dysproporcja w ukazaniu obu płci oraz  podkreślanie męskiej niższości jest obecne zarówno w tekstach, jak i grafikach,  i aż nadto pokazuje mentalność masochistyczną i to chyba nie tylko w sferze seksu, oraz ewidentny strach przed „pożarciem” przez kobietę. A wszystko to przy jednoczesnym ogromnym pragnieniu połączenia się z nią, ukorzenia się przed jej wyidealizowaną potęgą. Stąd stały motyw przygniecenia głowy mężczyzny przez kształtną nogę kobiety w Schulzowskich grafikach.

Słowa klucze do mojej lektury Schulza to: piękno, niedostępność, gorycz, samotność.

Język jego metaforyki jest niepodrabialny. Popatrzmy, jak Schulz opisuje zwyczajny, dojrzały słonecznik: Ogromny słonecznik, wydźwignięty na potężnej łodydze i chory na elephantiasis, czekał w żółtej żałobie ostatnich, smutnych dni żywota, uginając się pod przerostem potwornej korpulencji. (część Sierpień, Sklepy cynamonowe) Słodki ciężar dojrzałych nasion? O nie! Słoniowacizna, brak harmonii, dziwactwo… 
Ja to czytam: Zobacz, piękno ono nigdy nie jest bez skazy. Ono też często niesie w sobie coś  spotworniałego, zniekształconego. Przyciąga, tak, ale jednocześnie odstrasza.  Z kolei coś, co wydaje się początkowo brzydkie, może mieć swoją piękną odsłonę. Może to jest apel? Rozejrzyjcie się, spójrzcie nie tylko na to, co piękne na pierwszy rzut oka. Nie idźcie na łatwiznę… 

Ten talent do dostrzegania skazy na tym, co przyjęło się uznawać za piękne, widoczny jest w całej jego twórczości.

ze zbiorów Muzeum Literatury w Warszawie
Niedostępność ideału. Rzućmy okiem na najbardziej znany obraz Brunona Schulza, ten z chasydem i pięknymi damami na spacerze. Zwykle podkreśla się wyidealizowanie wizerunku kobiet, fetysz ich nóg, łydek, stóp odzianych w buciki i pożądliwe spojrzenie młodego Żyda. Jednak i chasyd jest zbyt piękny, żeby był prawdziwy – on także uosabia coś niedostępnego dla autora, w pełni zlaicyzowanego Żyda. Na obrazie jest niewidoczna, ale wyczuwalna jeszcze trzecia osoba, ta która podgląda chasyda i damy. To ona zazdrości tego momentu perwersyjnej, bo podszytej lękiem nieznanego, komitywy pomiędzy tymi kobietami i mężczyzną - odległymi społecznie od siebie jak dwie komety. W takiej właśnie sytuacji był sam Schulz – obcy dla swoich, nigdy nie stał się do końca swój dla klasy intelektualistów i artystów polskich, do których w rzeczywistości należał. Pragnienie połączenia, utożsamienia się, zawładnięcia uwagą jednak było stale u niego obecne.

Gdyby Schulz żył w innych czasach… 

Miejsce śmierci Brunona Schulza. 
Jego zwłoki leżały pod murkiem cały dzień.
Po pierwsze by żył! Nie zabiłby go dwoma strzałami w tył głowy 100 metrów od jego dawnego domu, przy murku na Rynku w Drohobyczu jakiś umundurowany nazistowski prostak…








Zarabiałby na swoim wyjątkowym talencie. Nie musiałby znosić upokorzeń nielubianej pracy nauczycielskiej (rysunek i roboty ręczne)…

Znalazłby bratnią duszę w sferze erotycznej.

 Znalazłby niespodziewane metafory dla wielu rzeczy, zjawisk, których nie dane mu było przeżyć…


PS. Muszę podpytać córkę, jakie tematy poruszyli, "przerabiając" Sklepy cynamonowe w szkole... I pójść na Rzeczywistość przesuniętą do Muzeum Lliteratury!


5 komentarzy:

  1. W szkole mówi się o oniryzmie, czasie mitycznym, obsesyjnej symbolice ojca, ptaków, manekinów. Bogatej metaforyce.
    Nie mówi się o stosunku do cielesności, erotyzmie pdszytym sadomasochizmem, poczuciu obcości, wpływie pogranicza i prowincji, nienawiści do zawodu nauczyciela, holokauście, trudach bycia geniuszem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja niedawno przeczytałam ponownie "Sklepy cynamonowe" i uderzyło mnie to, czego przedtem nie dostrzegałam albo zdążyłam już o tym zapomnieć - groza, bolesna obfitość, wyobcowanie, coś pokątnego w ludzkiej egzystencji. Oczywiście jest to również proza urzekająca, błyskotliwa, migocąca - myślę o niej trochę tak, jak narrator myślał o sklepach cynamonowych (z czarodziejskimi szkatułkami, lunetami, osobliwymi książkami) - jako o czymś w taki sposób wyjątkowym.

    Poruszyła mnie końcówka tego wpisu. Jaka szkoda, że zostało nam tylko "gdyby"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, cała egzystencja Schulza jest jakoś tak... chyłkiem poruszająca.

      Właśnie dowiedziałam się na http://slowemmalowane.blogspot.com/, że ukaże się coś nowego o nim:
      Świat Książki wyda Wiesława Budzyńskiego Schulz pod kluczem.

      Usuń
  3. Ciekawe, nie wiedziałam o tym.

    OdpowiedzUsuń
  4. Znalazłam wspaniałą stronkę Instytutu Książki poświęconą Schulzowi http://brunoschulz.eu/

    Znajdziemy tu np, tekst o odczytaniu psychoanaliztycznym prozy Schulza autorstwa Pawła Dybla. Super!

    OdpowiedzUsuń

Zastrzegam sobie prawo do moderowania komentarzy, gdy uznam to za stosowne.