Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia Żydów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia Żydów. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 stycznia 2015

Szymon "Kazik" Ratajzer". Wspomnienia powstańca z warszawskiego getta"

Symcha Rotem / Szymon "Kazik" Ratajzer "Wspomnienia powstańca z warszawskiego getta"
Wstęp: Władysław Bartoszewski
Posłowie: Marek Edelman
Veda, Warszawa 2012














Ostatnio często czuję się dotknięta koniecznością poszukiwania sensu. Więcej sensu! - chciałabym niemal krzyczeć, oglądając wiadomości, słuchając radia, idąc alejkami centrum handlowego.



I wtedy przydaje się taka opowieść non fiction jak niniejsze wspomnienia Szymona Ratajzera "Kazika". Życiorys, który mnie stawia do pionu. Ten facet całe życie przeżył z sensem. Zachował się godnie w chwili próby. Podejmował właściwe, choć tragiczne decyzje. Nie odpuścił nawet na sekundę w czasach, kiedy popadnięcie w poczucie bezsensu było takie łatwe, takie łatwe...

Zaczęto mówić o tym chłopaku z Czerniakowa, powstańcu, bojowniku dopiero pod koniec XX wieku, kiedy to Anka Grupińka opublikowala Po kole. Rozmowy z żołnierzami Getta Warszawskiego. Przez kilkadziesiąt lat nikt w Polsce nie znał bohaterskiej postawy "Kazika" Ratajzera w czasie wojny.
Szymek Ratajzer

Ratajzer, Cukierman, Siewierski na Krakowskim Przedmieściu, maj 1943 - tuż po wyjściu kanałami z dogasającego getta.
Uśmiechać się trzeba, żeby żyć.

Ratajzer, chłopaczek kilkunastoletni, potem dwudziestolatek, korzystając z tego, że wyglądał i mówił jak Polak oraz powoływał się umiejętnie na przynależność do polskiego podziemia oraz robił wrażenie zdeterminowanego w tym swoim czarnym SS-mańskim płaszczu i glancowanych oficerkach, zdołał ocalić wielu swoich żydowskich braci.

Brał udział w akcjach zdobywania broni dla powstańców żydowskich, był łącznikiem "Antka" Cukiermana po aryjskiej stronie i, tak jak tamten, rozwoził po kryjówkach pieniądze na utrzymanie Żydów ukrywanych u Polaków. Pieniądze te dostarczali Żydzi amerykańscy poprzez struktury AK (Żegota). Ostatnio czytałam o tym w biografii Marcela Reicha-Ranickiego, który ocalał z żoną właśnie dzięki dostarczaniu pieniędzy przez łącznika "Antka" Cukiermana - może nawet był to "Kazik"? Bo w sumie w 1943 prowadziło tę niezwykle ryzykowną ze względu na szmalcowników działalność trzech- czterech chłopaków. Tylu ich ocalało z getta i miało "dobry wygląd".



Mam pierwsze wydanie z tą piekną okładką wykorzystującą pracę Leona Tarasewicza

Kiedy w 2002 roku przeczytałam po raz pierwszy Odczytanie listy Anki Grupińskiej, poczułam, że ta książka z biogramami to jest skarb. Od tamtej pory coraz częściej przekonuję się, że intensywność losów ludzich pokazywana w literaturze non fiction ma czasami głębię i wartość nie do doścignięcia przez fiction. Środki literackie nie są w stanie oddać niewyrażalnego.

Książka kultowa - najwyższa jakość sztuki wywiadu

Rónolegle czytałam też rozmowę z Edelmanem w  Ciągle po kole (2000) i najbardziej poruszyła mnie - już wtedy, teraz znowu - opowieść o wyjściu grupy Edelmana z kanałów na Prostej. Zorganizował to właśnie "Kazik".  (Obecnie upamiętnia to niewielki pomnik.)

Właz na Prostej, którym powstańcy z getta wyłazili "jak koty" na oczach komentujących to między sobą przechodniów

Wiele jest poruszających wprost bezgranicznie historii żydowskiego cierpienia w czasie okupacji niemieckiej, ale ja wciąż myślę o tamtej historii na Prostej. "Kazik" bierze na siebie odpowiedzialność za to, że zamknęli właz po pół godzinie i odjechali, chociaż być może był tam ktoś jeszcze na dole. Podobnie odpowiedzialnym czuje się Edelman, który wyszedł jako jeden z pierwszych. Sprzeciwiał się Kazikowi, gdy ten kazał ruszać, widząc poruszenie w budce żandarmów niemieckich na Żelaznej - ok.150 metrów od nich - ale poddał się. Podobnie Cywia Lubetkin, która po tym, jak szczęśliwie dotarli do zagajnika na skraju Puszczy Kampinoskiej koło Łomianek, chciała Kazika za tę decyzję zastrzelić. Na szczęście nie mieli chyba broni... Za to wysłali dwóch chłopaków z powrotem, po tych pozostawionych. Zostali oni niestety schwytani i zabici już na Placu Bankowym. Czyli było troje liderów w tej grupie 30 osób - ocaleńców z getta. Ale tylko "Kazik" na zewnątrz. Grupa siedziała kilka dni w kanałach, ufając, że "Kazik" ich wyciągnie i nikogo nie zostawi. "Kazik" w tym czasie natknął się na mur obojętności wobec losów tej garstki, która przeżyła powstanie w getcie. Nikt nie chciał im pomóc. Był maj 1943 roku. Żcyie w Warszawie toczyło się jak zawsze, choć w tym czasie Niemcy wysadzali bunkier Anielewicza na Miłej...


Ostatecznie "Kazik", za pieniądze, poprzez człowieka z GL wynajął od "króla szmalcowników" dwa samochody do przeprowadzek (przyjechał tylko jeden). Grupa Edelmana przyprowadzona kanałami z Franciszkańskiej pod ulicę Prostą spędziła tam przy włazie kilka dni bez jedzenia i picia. Prawdopodobnie część nie stała dostatecznie blisko włazu, może umarla z głodu i ran. Kazik, Cywia i Marek  - tacy młodzi wtedy - cierpieli jednak do końca życia z powodu wyrzutów sumienia, bo złamali obietnicę, że bez nich nie odjadą. Ale musieli odjechać i "Kazik" podjął tę decyzję.

Szymon Ratajzer po wojnie trochę oszalał... Chciał zabijać Niemców - wszystkich, jakichkolwiek. Na szczęście nie powiodły się jego plany. Wyjechał do Palestyny. I tam zaczął żyć. założył rodzinę. Przyjął nazwisko Symcha Rotem. Odniósł sukces zawodowy. Na zdjęciach śmieje się dużo. Podziwiam jego wolę życia, instynkt samozachowawczy. Jasność co do tego, co jest naprawdę ważne.




czwartek, 20 listopada 2014

Marcel Reich-Ranicki. Polskie lata

Gerhard Gnauck Marcel Reich-Ranicki. Polskie lata
Wyd. W.A.B., Warszawa 2009
Seria Fortuna i Fatum

Tym razem przyciągnęły mnie do lektury dwie rzeczy: seria wydawnicza Fortuna i Fatum (przypomniana mi przez Marlowa w jego poście o Diane Arbus) oraz chęć pogłębienia tematu recenzowania książek i recenzentów, o którym akurat ostatnio trochę rozmyślałam.

Seria W.A.B Fortuna i Fatum prezentuje się bardzo ciekawie. Poświęcona jest biografiom postaci znanych i często w jakiś sposób kontrowersyjnych. Książki, przynajmniej do niedawna były dopieszczone edytorsko (z tego słynęło W.A.B przed zmianami właścicielskimi). Na szczęście, pomimo różnych zawirowań oraz pomimo faktu, że jest poszukiwana przez wąską grupę odbiorców, seria jest kontynuowana. Już widziałam w internecie zapowiedź biografii Johna Lennona (styczeń 2015).

Mam kilka sztuk Fortuny i Fatum, w tym cztery na papierze oraz kilka kolejnych na e-papierze. Wszystko to razem złożyło się na fakt, że sięgnęłam po biografię niemieckiego „papieża literatury”, niepodważalnie bardzo opiniotwórczego w światku literackim celebryty, pochodzenia polskiego, zmarłego w 2013 roku.

Marcel Reich-Ranicki u schyłku długiego życia

Szczerze mówiąc dotąd nie rozumiałam, dlaczego tak znacząca dla kultury europejskiej postać, Polak z pochodzenia, jest u nas pomijany milczeniem. Teraz już wiem. Marceli Reich pracował po wojnie, jako dwudziestokilkulatek, w Ministerstwie Bezpieczeństwa Państwowego, a także w komunistycznym wywiadzie. Jako cenzor listów, jako rewindykator mienia polskiego z Niemiec, jako pracownik tajnych służb polskich na Zachodzie. Oficjalnie doszedł do stanowiska konsula polskiego w Londynie. Na bardzo krótko,kilka miesięcy zaledwie, bo został w ramach wewnętrznych czystek zwolniony z pracy, potem z partii, aresztowany na dwa tygodnie, w końcu pozbawiony możliwości oficjalnego zatrudnienia i druku. Wszystko to jednak działo się ‘między swoimi’. Zarzuty dotyczyły nielojalności wobec władz komunistycznych w Polsce. Reich, a od końca lat 40. Marceli Reich-Ranicki, przez kolejne kilka lat składał do PZPR zażalenia na tak złe traktowanie. Czuł się obywatelem wiernym linii partii.

Czyli mamy tu do czynienia z kimś, czyje postępowanie nie było nieskalane. Oj, nie. Problem polega na tym, że tak się przedstawiał przez lata Reich-Ranicki w Niemczech, dokąd uciekł z rodziną  z Polski w 1958 roku. Fałsz tej sytuacji polega na tym, że swoją reputację niezależnego krytyka literatury - i literatów – zbudował na fałszywym fundamencie. Słynął z ogromnej zasadniczości i ferowania bezlitosnych wyroków, operując podobno tylko na krańcach skali wartości: wszystko było albo dobre albo niedobre, albo czarne albo białe. Żadnych szarości. Żadnej wyrozumiałości.


Kiedy jednak w latach 90. otwarto polskie archiwa, znaleźli się Niemcy, jak np. autor niniejszej książki Gerhard Gnauck, znający polski i rozumiejący złożoność losów Polaków, Żydów i Niemców w czasie i tuż po II wojnie światowej, którzy postanowili zweryfikować legendę, którą zbudował Reich-Ranicki. Myślę, że takie stwierdzenia jak „ O tym, kto należy do literatury niemieckiej, ja decyduję.” wręcz zachęcały postronnych do próby przekłucia tego megalomańskiego balonu. Jedną z takich prac o charakterze niemal śledztwa dziennikarskiego, ale z wykorzystaniem warsztatu historyka jest właśnie książka Gnaucka, Wydana w 2009 roku równocześnie w Polsce i Niemczech, co było chyba wielkim sukcesem wydawnictwa W.A.B. Pamiętajmy, że Reich-Ranicki jeszcze wtedy żył. I wierzcie mi, nie ucieszył się z tego, że ludzie grzebią w jego życiorysie.

Kilka razy „zmiażdżył” autorów, którzy odważyli się przypomnieć mu, że pracował dla znienawidzonego przez Polaków Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. W Polsce otacza się pogardą ludzi, którzy mają na koncie pisanie donosów na kolegów z pracy. Zresztą sam Ranicki wcześniej nie raz nie wahał się atakować innych o takich właśnie życiorysach. Brzydko.

Kiedy więc w latach 90. zaczęto odsłaniać dotychczas ukryte fakty, jak wspomniałam, bardzo nie spodobało się to zainteresowanemu. Na przyklad, kiedy wypomniano mu, że dopisał sobie dwa lata studiów w Berlinie...  A tymczasem Reich był genialnym samoukiem, bez najkrótszych nawet studiów. Przykladem 'człowieka oczytanego", w którego istnienie się obecnie wątpi, niemal jak w istnienie yeti :) Trochę podkolorował ‘prześladowania ideologiczne’, jakim poddała go w Polsce PZPR w latach 50.  W rzeczywistości i on i żona mieli cały czas możliwość zarobkowania, 58-metrowe mieszkanie na Ochocie, nawet możliwość wyjazdów za granicę. Oczywiście po luksusowym życiu w roli konsula RP w Londynie, była to duża zmiana.

Na placówce

A Reich-Ranicki mierzył zawsze bardzo wysoko. To, co było jego największą zaletą, która pozwoliła mu osiągnąć kolosalny sukces (12 lat programu o literaturze w telewizji, ferowanie wyroków na książki), czyli ogromna pewność  siebie, wręcz arogancja, była też - jak często to bywa - największą jego wadą.

Naprawdę podziwiam ten rys jego charakteru, który nie pozwalał mu nigdy stawiać siebie w roli ofiary. Nigdy nie chciał być tak przedstawiany. Nawet, wyrzucenie go z pracy przedstawiał falszywie jako swoją własną decyzję. Zawsze chciał panować na sytuacją.  Mieć kontrolę. Wpływać na swój los.

A w jego przypadku świat mu nie ułatwiał zadania...

Trzeba sobie bowiem przypomnieć, że był polskim Żydem, urodzonym z matki Niemki w 1920 roku. Jako gimnazjalista trafił do rodziny matki w Berlinie. Bardzo dla mnie ciekawy jest fakt, że Reich należał do 20-tysięcznej grupy Żydów, obywateli Polski, którzy w październiku 1938 roku zostali zabrani, tak jak stali, ze swoich domów w Niemczech i odtransportowani do granicy z Polską w okolicy Zbąszynia. Marceli Reich zdołał zabrać teczkę z chusteczką do nosa i… powieścią Balzaca. Może kojarzycie to zdarzenie? Pisałam niedawno o Nocy Kryształowej w Niemczech... Była ona pośrednią konsekwencją tego właśnie zdarzenia w Zbąszyniu.

Herszel Grynszpan - wróg III Rzeszy

Noc Kryształowa nagłośniona została przez propagandę Hitlera jako odwet za zastrzelenie urzędnika ambasady niemieckiej w Paryżu dokonane przez Herszela Grynszpana, młodego chłopaczka, którego rodzina znalazła się takiej samej sytuacji, co Reich. Młody Grynszpan uznał, że jego rodzina doznała takich prześladowań podczas deportacji, okradziono ją z majątku, upokorzono przetrzymywaniem w stajniach na granicy Polski, że trzeba ją pomścić. Poszedł w eleganckim płaszczu i zastrzelił przypadkowego urzędnika niemieckiego. Sam potem zginął. Ale najważniejsze, że następnego dnia po zamachu Grynszpana, w tzw. 'sprawiedliwym odwecie' -  9 listopada 1938 roku Niemcy zniszczyli wszystkie synagogi w Niemczech i aresztowali 30 tysięcy Żydow.

Marceli Reich, obywatel polski, mieszkaniec Niemiec

A tymczasem co zrobił wysadzony z wagonu z rozhisteryzowanym tłumem 18-letni Marceli Reich? Podszedł do policjanta, skorzystał, że wciąż nieźle mówił po polsku, zapytał, czy może stąd wyjść. Wtedy jeszcze kordon nie był zamknięty. Musiał mieć jednak na bilet kolejowy. Zadzwonił ze stacji do rodziny, przesłali mu telegraficznie pieniądze i następnego dnia był już w Warszawie…

Bo Marceli Reich-Ranicki nigdy nie panikował. Miał zimną krew. Chciał żyć. Czytać, pisać i chodzić do filharmonii. I oprócz okresu, kiedy siedział pod podłogą w kryjówce po ucieczce z getta, tak właśnie robił. Nawet w getcie, choć było tam 300 tysięcy Żydów, to on miał tyle siły przebicia, że dostał zatrudnienie jako tłumacz niemieckiego w Judenracie. Mieszkał długo w najlepszej lokalizacji w getcie - na Chłodnej róg Żelaznej, gdzie urządzał wieczorki melomana. Nawet zrecenzował kilka koncertów orkiestr występujących na domowych koncertach w początkowym okresie istnienia getta. 

Już wtedy był bardzo wymagającym, surowym i bezwzględnym krytykiem. W swojej biografii napisał, że nie powinien być tak surowy... No, ja myślę. Jednak to był cały on. Był wybitnie inteligentny i wiedział to. Miał niesamowitą łatwość oceniania innych i formułowania ostrych sądów. Był przenikliwy i niezawisły. I uważał, że należy mu się sukces, że zawsze ma rację.

Władysław Bartoszewski ujął tę ambiwalencję w jednym zdaniu: „Był genialnym karierowiczem.” Rzeczywiście był genialny i bardzo silny mentalnie. I potrafil ustawić się w każdej sytuacji. Empatia nie była chyba jego mocną stroną.

Początek lat 50. XX wieku

Wracając do jakże ciekawej biografii Reicha-Ranickiego. Gnauck nazywa swoją pracę próbą portretu, zaledwie szkicem, niemniej jest ona pełna perełek, które już zawsze będą przedrukowywane. Np. bezcenne są rozmowy z mocno starszą już córką państwa Gawinów, u których ukrywali się Marceli z przyszłą żoną Teofilą, też Żydówką. To był cud, że nikt ich nie wydał przez prawie 2 lata. Głodowali, bo wiadomo było, że brakowało pieniędzy, ale też dlatego, że  nie można było robić nadmiernie dużych zakupów – choćby chleba, żeby nie ściągnąć na rodzinę podejrzeń. W owym czasie, jak wiadomo z doskonałych opracowań Centrum Zagłady Żydów, najczęściej denuncjowali sąsiedzi sąsiadów i to na tej podstawie, że ktoś zaczął kupować gazetę, a sam nie przedtem nie czytał, albo przynosił do domu więcej wiader wody, albo za często wynosiło się z domu nieczystości do szamba… Tak, sąsiedzi byli uważni w tamtych czasach…

Równie interesujące są historie ze środka Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Naprawdę, nie dziwię się, że w Polsce są rzesze młodych historyków, którzy doktoryzują się na podstawie donosów zarchiwizowanych w IPN. To jest lektura – szmirowata niesamowicie – ale wciągająca jak serial telewizyjny. Oczywiście wymagająca – obowiązkowo - szerszego oglądu rzeczywistości.

I tak jest też z życiorysem Marcelego Reich–Ranickiego, który do końca życia rozmawiał po polsku z żoną i urodzonym w Polsce synem Andrzejem (obecnie Andrew). Ale za Polaka się pod koniec życia nie uważał. Zdecydował, że jego ojczyzną będzie literatura niemiecka. Czy nam się to podoba, czy nie.

___________________________ 
Z półki


sobota, 8 listopada 2014

Martin Gilbert 'Noc kryształowa'

Martin Gilbert Noc kryształowa. Preludium do zagłady
Tłum. Jacek Lang
Wydawnictwo Replika Axis, Poznań 2010

Dzisiaj przypada kolejna rocznica Kristallnacht z 1938 roku. Noc potłuczonego szkła, o której już (zdaje się) nie uczą w szkołach. 

Jednej nocy i w ciągu następnego dnia na terytorium hitlerowskich Niemiec, dołączonej Austrii i zaanektowanych za zgodą Europy czechosłowackich Sudetach (zajętych jak dziś Krym ‘na prośbę’ tamtejszych Niemców) zaczął się Holokaust.


Autor książki, sir Martin Gilbert, posiadł dar pisania bardzo skrótowego i treściwego. Jednocześnie nie idzie na łatwiznę: nie ma zalewu dat i nazw. Swoją książkę skomponował z czterech głównych części: przestawienia niekwestionowanych faktów dotyczących tematu, pokazania przyczyn i konsekwencji Nocy kryształowej, podania przykładów bohaterskich obrońców Żydów oraz końcowego zestawu map. Wielkim atutem są cytaty ze świadectw uczestników wydarzeń. Widać, że bardzo bliskim mu wątkiem są dziecięce ofiary wojny. Sam jako kilkulatek został ewakuowany z Anglii do Kanady w ramach programu ratowania dzieci żydowskich. Dzięki tej zrozumiałej inklinacji autora mamy w książce opowiedzianych sporo nieznanych faktów dotyczących dobrych ludzi dających schronienie dzieciom żydowskim.


Gilbert jest niezwykle płodnym autorem. Przede wszystkim zasłynął jako biograf Winstona Churchilla. Ma też na koncie także takie tytuły jak I Wojna Światowa, II Wojna Światowa.  Duże tytuły, prawda? Po przeczytaniu w dwa wieczory książki o Nocy Kryształowej - podkreślę, że wspanialego czytania - bez najmniejszego znużenia, jestem absolutnie gotowa uwierzyć, że jego pozostałe pozycje można bezpiecznie brać do ręki. Bo ten autor pisze tylko to, co ważne. Selekcja materiału jest imponująca. Logika wywodu godna podziwu. Obrazowość tekstu przemawia do wyobraźni. No i te mapy - doskonałe, pomocne. Dopiero zobaczenie na uproszczonym rysunku miejsc, gdzie dokonano zniszczeń pokazuje… masową skalę tego procederu. Skalę podporządkowania się fuhrerowi i jego obsesyjnej ideologii. A już najbardziej przejmująca jest mapka transportów niemieckich Żydów do pierwszych obozów śmierci pod Rygą z zaznaczonymi  godzinami przyjazdów, które były jakże skrupulatnie przestrzegane... Dzięki temu maszyna śmierci działała jak naoliwiona, jeszcze zanim zajął się nią buchalter Eichmann…
Szef bojówek SA, najwierniejszej służby Hitlera

Od 1933 roku Hitler i jego ludzie pracowali propagandowo, żeby uczynić z Żydów niemieckich podludzi. Ze współczesnych badań psychologicznych i socjologicznych wiemy, że odebranie godności  - w tym cech ludzkich -  wrogowi ułatwia jego późniejsze zabijanie. Paradoksem jest, jak względnie niewielu Żydów było w Niemczech - ok. 500 tys. we wszystkich częściach III Rzeszy – co stanowiło mniej niż 1% całej populacji. Jednak wokół problemu rozwiązania kwestii żydowskiej ogniskowała się polityka i ideologia hitlerowska już od 1933 r. Żydzi stali się kozłami ofiarnymi. Niemcy ‘aryjscy’ potrzebowali wewnętrznego wroga. Odzyskiwali dobre samopoczucie po przegranej wojnie. Tak to działa.

Trudno było jednak tak od razu zwrócić masy ludzkie przeciw dotyczczasowym dobrym sąsiadom. Żydzi niemieccy byli zakorzenieni na tych terenach od czasów rzymskich, w większości zasymilowani. Należeli najczęściej do klasy mieszczańskiej, uprawiali wolne zawody. Nie było tam subkultury sztetla, ruchów chasydzkich, biedoty żydowskiej odróżniającej się wyglądem, językiem i kulturą od rodowitych Niemców. Za to było wielu zasłużonych obywateli, w tym bohaterskich żołnierzy Wielkiej Wojny.

Ale wystarczyło 5 lat wytrwalej propagandy, przemówień, filmów, artykułów prasowych, wystaw poświęconych ideologii streszczającej się w haniebnych słowach: Żyd to nie jest człowiek, Żyd to jest wesz, którą trzeba i można zgnieść. Za tym szło ustawodawstwo – kilkanaście, z czasem nawet ponad 20 ustaw rocznie odbierających stopniowo prawa obywatelskie, zawodowe, w końcu ludzkie Żydom niemieckim. Najsłynniejsze z nich to Ustawy Norymberskie z września 1935 o ochronie czystości rasy aryjskiej skierowane przeciw Żydom, Cyganom i czarnym. Pisałam o nich TU.

Obojętność wobec krzywdy żydów stała się normą.

To z powodu tej długotrwałej ‘pracy nad nienawiścią’ stało się możliwe to, co zdarzyło się w nocy z 9 na 10 listopada 1938. Stopniowo zobojętniano Niemców na krzywdę Żydów - grupy wybranej do spełnienia roli kozła ofiarnego. Pierwszą częścią działań było pokazanie, że Żydzi nie mają praw do swojej własności i do swoich miejsc kultu. Zorganizowane grupy, na rozkaz, także grupy szkolne pod wodzą nauczycieli (sic!) i grupy podrostków niszczyły mienie żydowskie. Przede wszystkim synagogi, w tym architektoniczne perły, zabytki. Zniszczono wtedy ponad 1000 (słownie tysiąc) obiektów. Prawie wszystkie… Zwoje Tory były wdeptywane w ziemię, cenne elementy wystroju kradzione pod lufami pistoletów. Druga część polegała na niszczeniu, a następnie rekwirowaniu majątku prywatnego Żydów, w tym szczególnie sklepów – gdzie skupiono się na przyjemności wybijania szyb i palenia. Po czym zmuszano pierwotnych właścicieli żydowskich do przekazywania praw własności nowym aryjskim właścicielom oraz wypłacania im (!) odszkodowań za zniszczenia w obiektach. Czujecie tę perwersję? Trzeci etap to były aresztowania mężczyzn żydowskich i zamknięcie ich w obozach koncentracyjnych (już wtedy istniejących na terenie Niemiec). Udało się wtedy wsadzić do obozów (np. Dachau) ¼ Żydów płci męskiej.

Cynizm faszystów polegał na tym, że żądali od Żydów niemożliwego: żeby zniknęli z ‘ich kraju’ i jednocześnie, w tym samym czasie, żeby nie wyjeżdżali. Zabierano im paszporty, nie udzielano wiz.

Była w tym jakaś obsesja, perwersyjna satysfakcja, posłuszeństwo autorytetom, które doprowadziły, jak wiemy, do wymordowania milionów ludzi. Z tym nie mogę się pogodzić.

________________________
Z półki


wtorek, 16 kwietnia 2013

...odczytuję listę powstańców z getta warszawskiego


Anka Grupińska Odczytanie listy

Odczytanie listy to przejmujące w swojej prostocie wspomnienie o powstańcach żydowskich z Warszawy. Książka zawiera tylko ich zdjęcia i biogramy. Żadnej martyrologii i płaczu. 

Paradoksalnie sięgnęłam po tę pozycję w księgarni - 10 lat temu - z powodu okładki wykorzystującej pracę Leona Tarasewicza, którego kocham miłością pierwszą. Moje wydanie to drugie wydanie książki  Grupińskiej, z 2003 roku (Wydawnictwo Literackie). [Pierwsze ukazało się rok wcześniej. Moje jest już uzupełnione o nowe nazwiska.]

Lista została sporządzona przez autorkę na podstawie tzw. listy londyńskiej, czyli listy spisanej przez Cywię Lubetkin, Antka Cukiermana i Marka Edelmana w czerwcu 1943 roku i przekazanej do Londynu. Zawiera ona nazwiska wyłącznie bojowców z ŻOBu, czyli Żydowskiej Organizacji Bojowej. [W getcie była jeszcze inna grupa zbrojna - ŻZW.]

Niesamowicie mi się robi na sercu, gdy pomyślę, że w nocy z 18 na 19 kwietnia 1943 roku stanęły do boju tylko 22 grupy po ok. 10-12 osób…



Losy ich są godne zapamiętania. Kilkoro przeżyło, z czego tylko Edelman został w Polsce. Przez wszystkie lata swojego życia Edelman był strażnikiem grobów swoich towarzyszy broni. Stawiał się tam zawsze tego samego dnia, w kwietniu, zawsze zatrzymując się na kopcu usypanym na miejscu bunkra Mordechaja Anielewicza, a potem już zawsze zaczynając od chwili milczenia pod Pomnikiem Bohaterów Getta. Patrzył na świat z tamtego miejsca. Robił tak co roku, oprócz jednego, kiedy zatrzymano w areszcie domowym w stanie wojennym. Najczęściej sam, albo z rodziną, albo z przyjaciółmi, czasami z przybyłymi specjalnie na ten dzień Żydami polskimi z zagranicy. Tak minęło 50 lat. 
Od końcówki lat 90. zaczęli mu towarzyszyć mieszkańcy Warszawy. Początkowo wstydliwie, poźniej bardziej otwarcie, szli za nim spod Pomnika Bohaterów Getta na Umschlagplatz z żonkilami w dłoni…



W Odczytaniu listy wszystkie historie są interesujące, bo pokazują Żydów warszawskich przez pryzmat ich życiorysów, ich planów, ich wyborów. Największe wrażenie zrobiły na mnie historie Antka Cukiermana, Cywii Lubetkin i Kazika Ratajzera, obecnie Symchy Rotema – jednego z ostatnich żyjących bojowców ŻOBu, chłopaka o ‘świetnym wyglądzie’, łącznika Antka Cukiermana  ze światem zewnętrznym. Kazika, który wyprowadził Edelmana i jego grupę z getta przez właz na Prostej.

Edelmana już nie ma. Symcha Rotem - "Kazik" Ratajzer przyjeżdża na 70. rocznicę Powstania zbiegającą się z datą otwarcia Muzeum Żydów Polskich.


Na ich stronie przeczytałam, że zapraszają w dniu otwartym - 21 kwietnia 2013 r. -  o godz. 19.00 na premierę filmu Joanny Król i Karoliny Dzięciołowskiej Ocaleni. Czas trwania: 55 minut.
___________________________
 Z literą w tle

niedziela, 14 kwietnia 2013

...trzeba to ocalić


Mikołaj Grynberg Ocaleni z XX wieku

Autor jest z wykształcenia psychologiem, zajmuje się jednak pisaniem i fotografią. Sam jest potomkiem żydowskiego chłopca, który wraz z ojcem  - przedwojennym lekarzem - uciekł z warszawskiego getta, ukrywał się na Marymoncie, a potem w obawie przed niezdrowym zainteresowaniem sąsiadów uciekł na piechotę aż do Izabelina pod Puszczą Kampinoską, gdzie dotrwali, obaj na aryjskich papierach, do końca wojny.
A ja akurat mieszkam w tej okolicy…

Ocaleni z XX wieku to 25 historii Żydów, 25 relacji spisanych jeden do jednego podczas pobytu autora w Izraelu. Wszystkie są opatrzone pojedynczym, aktualnym czarno-białym zdjęciem zrobionym Leicą.

Autentyczność rozmowy, wyraziste charaktery bohaterów relacji, różnorodność historii i artystyczne zdjęcie oddające charakter postaci wyróżniają tę pozycję pośród innych, których ukazuje się w Polsce i na świecie na tyle dużo, że niektórzy mówią o przesycie, a np. Jacek Dehnel wskazuje wręcz na pojawienie się kiczu w tych opowieściach. Rzeczywiście, relacje te są przecież ciągle o tym samym... Są w gruncie rzeczy zawsze wariantem tej samej opowieści – o niezasłużonej ofierze. I zgoda, że ich multiplikacja niesie groźbę pojawienia się znużenia, a nawet poczucia banalności opisywanych śmierci – ale, pamiętajmy, tylko w kategoriach formalnych! 
Wydaje mi  się, że przy tak trudnej tematyce opór pojawiający się nawet u najbardziej wrażliwego czytelnika, jest naturalny. Tak działa empatia. Tak działają neurony lustrzane. Przeżywamy cierpienie razem z opowiadającymi. To boli. To jest ponad ludzką wytrzymałość. Poza tym we mnie budzi się wstyd za szmalcowników, bo wiadomo, że to oni stanowili największe zagrożenie, gdy możliwości Niemców się kończyły… To oni mogli rozpoznać Żyda wtedy, gdy hitlerowcy już nie dawali rady rozpoznać niuansów np. w mowie. To nie hitlerowcy byli w stanie wypatrzeć, że ktoś kupuje więcej chleba niż dotąd, czy że nosi w wiadrze więcej wody do picia i mycia, niż kiedyś…

Trzeba czytać te relacje, żeby oddać hołd ofiarom i nie zamykać oczu na rzeczywistość, taką jaka była.

Relacje Grynberga wnoszą do gatunku koncentrację na osobie, która opowiada, na tym, jaka jest  współcześnie. Język oddaje charaktery staruszków, niekiedy bardzo wyraziste. Wszyscy oni nie przypadkiem przetrwali, ich energia życiowa budzi podziw. Większość  nadal mówi świetnie po polsku – co więcej, niektórzy mówią wyrafinowanym polskim. Czyli wyraziste postaci, odlegle od naszego wyobrażenia „ofiar”. Do tego autor pokazuje swoje spotkania z ocalonymi z całą ich dramaturgią, z całym procesem psychologicznym, który zachodzi pomiędzy młodym przybyszem z Polski, a uciekinierami z niej. Przez to każda rozmowa jest inna i naświetla inny aspekt życia zarówno przedwojennego, wojennego, jak i powojennego tych Polaków żydowskiego pochodzenia.

Niesamowite, że przeżyli tę gehennę i potrafią się śmiać. Mogę się tego od nich uczyć. 
_____________________ 
Z półki i Z literą w tle


sobota, 6 kwietnia 2013

...ktoś kiedyś wymyślił alfabet

Lawrence Kushner Księga liter. Mistycznyczny alef-bet
przekład Piotr Paziński
opracowanie graficzne i skład: Jakub Kowalski

Książka rarytas da bibliofilów. Jej tematem są kolejne litery najstarszego alfabetu głoskowego czyli alfabetu hebrajskiego. Około 700 r.  p.n.e. stał się on podstawą dla alfabetu greckiego z jego alfą i betą. Ten z kolei zainicjował łacinę, a potem - nie minęło więcej niż 1000 lat - i zaczęli korzystać z liter także Słowianie znad Wisły :)

Ciekawostka dla czytelnika polskiego - czyta się tę książkę od tyłu, tak jak robią to Żydzi. Udało mi się wypatrzeć tę pozycję, nietypową na rynku polskim (tekst po polsku z okładką i stroną tytułową od tyłu), na majowych Targach Książki w PKiN. 

[Muszę się tu przyznać, że czasami myślę o sobie nie' mól książkowy', nie 'miłośnik książek', ale wręcz 'pożeracz słowa', czyli 'logofag'. Bo 'słowo' to po grecku 'logos' (gr. λόγος), a 'fagia' to 'pożeranie'. W ogóle mam wielką atencję dla wileoznacznego pojęcia logos. Nie mogę się w tym miejscu powstrzymać, żeby nie przytoczyć początku Ewangelii św. Jana (Jan 1,1-3):

Na początku było Słowo,
a Słowo było u Boga,
i Bogiem było Słowo.
Ono było na początku u Boga.
Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało,
co się stało.


Jest to jeden z najpiękniejszych cytatów, jaki znam. Każde zetknięcie z tymi poetyckimi frazami porusza mnie niemalże do łez. Ciekawe, że te odczucia dzieli ks. prof. Chrostowski, którego (w części autobiograficzną) książkę Bog, Biblia, Mesjasz wypatrzyłam właśnie dzisiaj w księgarni :)]

Ale wracajmy do Księgi liter Kushnera, amerykańskiego pisarza religijnego, rabina z San Fransisco, wykładowcy w Berkley. 


Każda litera afabetu hebrajskiego ma u Kushnera swój własny rozdział, w którym opisywana jest - nie bójmy się tego słowa - z miłością i zachwytem. Ten fakt podkreśla przemyślane opracowanie graficzne i typograficzne oraz wybitne tłumaczenie. Kushner spisuje tu swoje impresje, skojarzenia, do których skłania go odczytywanie danej litery oraz wiedza o jej użyciu, znaczeniu, przypisanej jej wartości liczbowej zgodnie z tradycją żydowską. A ta traktuje litery bardzo poważnie i...poetycko. Wygląda to np. tak: 

Taw (tu litera taw) to litera, którą Bóg dzieli z człowiekiem. Potrzeba dzielenia się była przyczyną stworzenia liter. [...]

He (tu litera he) prawie brzmi. To brzmienie wydychanego powietrza. Najbardziej naturalny dźwięk żywej istoty. [...]

Szin (tu litera szin) wygląda jakby była roztrzaskana. [...]

Księga liter została po raz pierwszy wydana w Stanach w 1975 r. i stała się tam bestsellerem. Traktowano ją trochę jak książkę o kaligrafii, trochę jak tekst poetycki, a trochę jak kabalistyczny. Isaac Bashevis Singer ją  docenił: „To księga miłości do żydowskich liter. Pozwala nam odczuć to, o czym kabaliści wiedzieli zawsze: że litery alfabetu nie są zwyczajnymi znakami, lecz symbolami naszej historii, naszej filozofii, żydowskiego życia."

Krótko mówiąc, jedyne w swoim rodzaju. Dla miłośników historii pisma, miłośników liter, alfabetów, książek, starożytnych języków obcych, a także zainteresowanych samym hebrajskim. Czyli dla 'filologów'. I znowu mamy 'logos'...

środa, 3 kwietnia 2013

...chciałabym być jak Indiana Jones



J.R. Porter Jezus Chrystus. Człowiek i Bóg
tłum. Marcin Stopa
konsultacja: prof. dr hab. Michał Wojciechowski, 
wyd. Świat Książki 2007

Vendyl Jones Manuskrypty z Qumran. Historia prawdziwego Indiany Jonesa
wyd. Świat Książki 2011



Dobrze się złożyło, że miałam na półce obie te pozycje i mogłam po nie sięgnąć w okresie Wielkanocy, tuż po lekturze fikcyjnej (choć opartej na faktach biblijnych) opowieści Niezłomny z Nazaretu – powieści historycznej o politycznych kontekstach ukrzyżowania Jezusa.

Postać historycznego Jezusa jest absolutnie fascynująca, podobnie jak archeologia Bliskiego Wschodu. Tematyka jest bardzo obszerna.

Album J. R. Portera Jezus Chrystus przyciągnął kiedyś moją uwagę w księgarni Świata Książki z powodu okładki. Przedstawia ona popularny wizerunek Jezusa ukrzyżowanego, który można kiedyś było nabyć w czasie odpustów w moich rodzinnych okolicach podgrójeckich. Zresztą razem w komplecie z wizerunkiem Matki Boskiej. Takie dwa obrazy w ciężkich ramach, dość duże, ciemne i pełne słodyczy w wyrazie, wisiały przez większość mojego dzieciństwa w domu mojego dziadka nad łóżkiem, w którym sypiałam w wakacje...  Była to pierwsza rzecz, jaką widziałam  po otwarciu oczu... Niestety wydawca nie pokusił się o napisanie czegokolwiek o ilustracji z okładki... A ja tak chciałabym wiedzieć, kto to namalował?

Ale wracajmy do meritum, sam album Portera może stanowić podstawę do wielomiesięcznych samodzielnych studiów biblijnych… Podzielony jest na 5 głównych części:
Tło wydarzeń
Życie Jezusa
Nauczanie
Interpretacje
Jezus w sztuce.


Oczywiście skupiłam się  na  2 pierwszych częściach. Znalazłam tu klarowne wyjaśnienia i mapy, co mi bardzo pomogło lepiej zrozumieć tamte czasy i kontekst śmierci Jezusa.

Praca Portera jest o tyle interesująca, że jest napisana zrozumiałym językiem bez wtrętów i slangu teologicznego tak charakterystycznego dla wcześniej czytanych przeze mnie opracowań katolickich. Porter jest emerytowanym profesorem teologii uniwersytetów w Oxfordzie i Exeter, ale wywodzi się z kościoła anglikańskiego. Dlatego nie ma problemów z pisaniem wprost o żydowskich korzeniach i judaistycznym tle zarówno losów, jak i nauczania Joszuy bar Jozefa – jak zapewne zwracano się do Jezusa w jego czasach.

Lektura warta kontynuacji, z tym, że przez miesiące, a może i lata. Jeśli starczy mi wytrwałości, żeby poświęcić na to jeden wieczór tygodniowo, to połączę to ze studiowaniem nowowydanego Wiekiego Atlasu Biblijnego VOCATIO. Mapy i widoki miejsc akcji zawsze mi pomagają  lepiej ją zrozumieć, bo jestem wzrokowcem.

Równocześnie przeczytałam superinteresującą i pouczającą historię amerykańskiego archeologa i znawcy Biblii, także Hebrajskiej, tym razem należącego do Baptystów – zmarłego w 2010 r. Vendyla Jonesa pt. Manuskrypty z Qumran.

Jaką ciekawą biografię miał ten człowiek! Zasłynął jako poszukiwacz Arki Przymierza w grotach Qumran nad Morzem Martwym. W swoich poszukiwaniach kierował się przede wszystkim wskazówkami dotyczącymi skrytek ze skarbami zapisanymi na tzw. Zwoju Miedzianym 3Q15 z Qumran (obiekt znaleziony na półce skalnej w jaskini nr 3, jako ostatnie 15. znalezisko). Są to 2 rolki blachy miedzianej (99,9% czystej miedzi) z napisami w języku hebrajskim (odmiany misznaickiej, czyli nie starobiblijnej, ale potocznej z czasów 1 w n.e.) zawierające opis 64 miejsc (wg Jonesa 32, ale każde opisane dwukrotnie), w których ukryto skarby Świątyni Jerozolimskiej przed jej zniszczeniem w 1 w. n.e. przez Rzymian. Chodzi o tony złotych i srebrnych monet, inne cenne kruszce, elementy wystroju świątynnego, tkaniny z cennej purpury (łącznie z haczykami do ich zawieszenia :), oraz naczynia liturgiczne, szaty kapłanów, wonności, balsamy namaszczające. Jones twierdzi, że ich znalezienie doprowadzi do znalezienia także Arki Przymierza.


Podczas kilkudziesięciu lat wykopalisk w Qumran nad Morzem Martwym udało mu się – wyłącznie dzięki sponsorom prywatnym – znaleźć jedną z takich kryjówek i dotrzeć w niej do poziomu, gdzie znajdował się świetnie zachowany dzban z cennym balsamem o nieznanym składzie – wciąż nadającym się do namaszczania - oraz do magazynu wonności w postaci 600 kg czerwonego proszku, nawet dziś doskonałego jako kadzidło. Dla człowieka współczesnego, ignoranta jeśli chodzi o czasy biblijne - brzmi to… skromnie. Jakiś tam garnek i jakiś tam proszek… Dla kogoś znającego zapisy biblijne, znaczenie rytualne oraz to,  jak cenne były składniki tych mikstur, oraz fakt, że uważano je za skarby, jest bardzo znaczące, że znaleziono je w bardzo trudnodostępnej grocie na pustyni, na brzegu Morza Martwego – w najniżej położonym miejscu na kuli ziemskiej, w odległości około 30 km od Świątyni Jerozolimskiej. Wydaje się, że groty w Qumran mogą kryć jeszcze niejedną tajemnicę.

Jednak nie to okazało się dla mnie najciekawszew książce Jonesa. Absolutnym hitem była dla mnie jego autobiograficzna opowieść o tym, jak stał się archeologiem biblijnym. 

Aż mnie coś skręcało i swędziało w środku, kiedy czytałam o jego dzieciństwie, a potem dorosłości w drodze do Qumran. A trzeba Wam wiedzieć, że Vendyl Jones to chłopak ze wsi, konkretnie z Teksasu. Miał być farmerem, jak większość jego krewnych – przede wszystkim - kombajnistą. I był z nim zresztą przez 3 lata. Poza tym umiał jeszcze tylko jedną rzecz – znał Biblię na pamięć, bo matka pierwszy raz przeczytała mu ją, jeszcze będąc z nim w ciąży, kierując do brzucha prowizoryczną tubę z gazety… Dziesięcioletni Vendyl szczególnie upodobał sobie fragment drugiej Księgi Machabejskiej 2 Mch 2,1-8, opisującej, jak prorok Jeremiasz ukrył Arkę Przymierza. Wtedy Vendyl zapamiętał, że bliskość Arki zwiastować będzie znalezienie któregokolwiek z przedmiotów ukrytych razem z nią przez Jeremiasza. Wtedy złożył matce przyrzeczenie, że jeśli są one gdzieś ukryte na naszej planecie, to on je odnajdzie.

Po prostu kocham takie historie. To jest o pasji, o poczuciu misji i klarownej pewności co do sensu swojego życia, czyż nie?

Jones trafił z czasem na jakąś prowincjonalną uczelnię teologiczną, został prezbitrem kościoła baptystycznego. Przez 15 lat prowadził studia nad Pismem świętym. Ożenił się, miał pięcioro dzieci. Któregoś dnia uznał, że musi zacząć uczyć się od Żydów, języka hebrajskiego i Biblii Hebrajskiej. Wyjechał z całą rodziną do Ziemi Świętej. Przez kolejne 15 lat studiował z nauczycielami żydowskimi, który wcale nie wyrywali się, żeby uczyć chrześcijanina, ale widząc jego wiedzę, dobre intencje i pasję, robili to. Historia życia jego rodziny w Izraelu, wojen, licznych przypadków i zrządzeń losu naprawdę zasługuje na film. Zresztą podobieństwo między Vendylem a Indianą Jonesem Spielberga i Lucasa podobno nie jest przypadkowa, a sam Vendyl Jones jest filmem zachwycony, bo zwraca on uwagę na to, że trzeba szukać Arki Przymierza.

Podziwiam tego człowieka, przede wszystkim dlatego, że do wszystkiego doszedł sam – a każdy następny krok na drodze do swojego celu musiał okupić pracą cięższą niż np. lokalni badacze. Że przełamał wiele barier i był żywym dowodem na to, że pozostając chrześcijaninem, można poznać tajemnice judaizmu dla dobra świata.
 ______________________
 Wyzwanie z półki

środa, 27 marca 2013

...o "Niezłomnym z Nazaretu"


Ryszard Kurylczyk Niezłomny z Nazaretu

Powieść historyczna o czasach Jezusa utrzymana w konwencji archaizowanych dialogów.

Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie i na moim mężu ta nieobszerna 70-stronicowa powieść, kiedy kupiliśmy ją w 1988 r. Muszę powiedzieć, że czytając ją wówczas, byliśmy oszołomieni erudycją autora i jego niezwykłym punktem widzenia, po który sięgnął, żeby zbliżyć się nieco do tajemnicy Jezusa. [O wrażeniu, które ta książka na nas zrobiła, świadczy też fakt, że zachowaliśmy ją przez te wszystkie lata w naszych zbiorach.] Kurylczyk ujął bowiem historię Jezusa nietypowo, zaskakująco - oczami jego wrogów, a nie wyznawców. O Jezusie „proroku, a może nawet mesjaszu” się mówi, o Jezusie „wichrzycielu” się myśli, nad Jezusem „prowokatorem” się głowi, Jezus „nauczyciel” jest debatowany. A Jezus milczy i robi swoje, daleki.

Kurylczyk, jak sam zaznacza, powziął zamysł napisania tej książki mając lat 24, a zrealizował go, mając lat 42. W tym czasie poświęcił 14 lat studiując czasy starożytne, w tym nie tylko Nowy Testament, ale przede wszystkim historiografię rzymską. Udało mu się perfekcyjnie wystylizować język (zresztą swoją wcześniejszą  książkę o Persach przedstawił wydawcom jako nowe tłumaczenie tekstów staroperskich (sic!). Tekst przybiera postać dialogów, listów lub przemówień, a głos oddany zostaje trzem najważniejszym władcom regionu: Poncjuszowi Piłatowi (pewna zbieżność z Mistrzem i Małgorzatą), Herodowi Antypasowi i władcy Syrii Witeliuszowi. Nie brakuje też dyskusji toczonych w Sanhedrynie. W zaskakujących rolach pojawią się u  Kurylczyka Jan Chrzciciel, Judasz i  Weronika.

Niezwykłość tej prozy  polega na braku teologii, a koncentracji na odbiorze zachowań Jezusa, Żyda, Galilejczyka, poddanego cesarza Tyberiusza. Mamy przed sobą powieść polityczną - powieść o człowieku, który miał w sobie taką moc, że zagrażał władzy. Kurylczyk zdecydował się pokazać świat współczesny Jezusowi z Nazaretu w konwencji dramatu walki o władzę, o strefy wpływów i idące za tym prestiż i bogactwo.

A Jezus? Jest jednocześnie wszechobecny i nieobecny. Ludzie mu wspólcześni nie pojmują jego zachowania, obawiają się go i przypisują mu z tego powodu niecne intencje. Mierzą jego czyny swoją miarą. Wypowiadają się o jego postępowaniu bez zrozumienia, doszukując się w nim drugiego dna, nie przyjmując do wiadomości, że oto pojawia się nowy światopogląd, nowa duchowość, nowa moralność.

Analizuje się każdy jego krok, śledzi i knuje przeciwko niemu. Każda z zaangażowanych w  mord na Jezusie stron przypisuje mu sprzeczne ze sobą intencje: równocześnie chęć obalenia rzymskiego imperium, odebrania władzy aktualnemu panującemu (z rzymskiego nadania) władcy żydowskiemu, ale i bunt przeciw Sanhedrynowi i regułom przez niego chronionym, co traktowane jest jako zniszczenie statusu żydowskiego narodu wybranego.

Czyli o Jezusie non stop się mówi i jednocześnie non stop wymyka się on wglądowi swoich przyszłych  oprawców – przede wszystkim tych umywających ręce… Umyka im intelektualnie, emocjonalnie, duchowo – pozostaje poza sferą ich pojmowania…


Raz tylko mamy „zbliżenie” na Jezusa - w chwili ukrzyżowania widzimy go po prostu jako człowieka cierpiącego katusze. Nie ma słów. Jest człowiek, którego wrogowie nie docenili, sądząc, że zdołają go zabić.

Do tego trzeba przyznać, że powieść ma doskonałą konstrukcję. Widać tu rękę inżyniera – erudyty, którym (z pierwszego wykształcenia) jest Kurylczyk.  Historia rozpisana została na 12 godzin, które przybliżają świat do niezasłużonej kaźni Jezusa, pięknie tu nazwanego Niezłomnym z Nazaretu.

[PS. Cieszę się, że zetknęłam się z utworami Kurylczyka w latach 80., kiedy nie był jeszcze tym, kim jest teraz. Dziwnie to może brzmi, ale obawiam się, że dziś nie sięgnęłabym po Niezłomnego... Aż wstyd się przyznać - z powodu pewnych uprzedzeń… Kurylczyk bowiem interesował się władzą i jej uwarunkowaniami nie tylko teoretycznie, ale i praktycznie… 
Mianowicie, już po ukończeniu kolejnych studiów i napisaniu swoich sztandarowych powieści z okresu  sięgającego najdalej XIII wieku, „poszedł w ministry”. Był wojewodą  słupskim, pomorskim, a nawet – literalnie - wiceministrem infrastruktury… Myślę, że ten fakt by mnie skutecznie odstraszył od lektury jego utworów. Boję się cynizmu, do którego nieuchronnie prowadzi polityka.]

Niezłomny z Nazaretu robi wrażenie i dziś. A to za sprawą nietuzinkowego ujęcia, pełnego powściągliwości, skłaniającego do myślenia o małości ludzkiej i jednocześnie o niewymownej wielkości Jezusa i jego roli w historii ludzkości.

czwartek, 7 marca 2013

...Inkwizycja hiszpańska w wydaniu pop



Arturo Perez-Reverte W cieniu inkwizycji 
(oryg. Limpieza de sangre)
tłum. Filip Łobodziński

Trochę się namęczyłam z tą powieścią przygodową… Brzmi to jak oksymoron – męczący odpoczynek J Brnęłam przez tę historyjkę, jakbym przedzierała się w śniegu po pas szczególnie przez pierwszą część. Nudne to jest dla mnie niestety.…

Wzięłam się za Perez-Reverte, bo chciałam przeczytać coś w ramach rozrywki i do tego na literę P. Poza tym jest to jedna z książek o Inkwizycji czekająca już od dawna na mojej półce. Tytuł oryginalny brzmi Czystość krwi. Co za zbieg okoliczności… Tuż po lekturze doskonałej książki o Losach żydowskich żołnierzy Hitlera, która dotyczy bardzo zbliżonego zagadnienia, a mianowicie planowych i zinstytucjonalizowanych prześladowań wobec Żydów i ich potomków w czasie II wojny światowej, trafiła w moje ręce powieść przygodowa osadzona ok. 1620 r., ale na ten sam temat…

Chwalebna to intencja, że autor podjął próbę zbeletryzowania tego motywu, stanowiącego plamę na honorze Hiszpanii wieków XV-XVIII. Narratorem opowieści jest wspominający dawne czasy Bask Inigo - wychowanek kapitana Diego Alatriste – dawniej żołnierza, obecnie zawodowego zabijaki. W czasie, kiedy toczy się akcja Inigo ma zaledwie 13 lat. W wyniku pewnej intrygi skierowanej przeciwko Alatriste jego podopieczny Inigo trafia wprost z bójki ulicznej do kazamatów Świętego Oficjum. Oskarżony o tzw. judaizowanie i spiskowanie przeciwko chrześcijańskiemu królestwu Hiszpanii ma spłonąć na stosie. Ale od czego jest heros, główna postać serii dzieł Pereza-Reverte -  małomówny kapitan Alatriste! Jego spryt i determinacja zaprowadzą go do właściwych ludzi na szczytach władzy. Tam okaże się, że główny oskarżyciel w procesie sam ma przodków Żydów, i że da się go zaszantażować i małego uwolnić.

Tę historyjkę autor rozpisuje na 250 stronach, pełnych: siedzenia w tawernach, chwytania za rapier albo lewak (krótką broń leworęczną) z byle powodu, spotkań z dawnymi towarzyszami broni, wizyt na korridzie i spacerowania po ulicach Madrytu.

Gdzie tu szybkie tempo akcji, skomplikowana intryga, próby charakteru, dowcipne skontrastowane postaci? W wydaniu Perez-Reverte już samo chodzenie po ulicach Madrytu ma świadczyć o bohaterstwie kapitana Alatriste, bo oznacza ryzykowanie życia w każdym zaułku, a to z powodu grasujących rzezimieszków (czmychających jednakowoż po  kichnięciu Alatriste), a to lejących się z okien na ulicę nieczystości...

Niestety taka objętość dzieła Pereza-Reverte nie daje się też wytłumaczyć ani malowniczością opisu miast hiszpańskich (jak można nie zająknąć się nawet słowem o tym, jak wygląda Toledo?), ani charakterystycznym klimatem i rodzajowością Madrytu i okolic (gdyby nie napomknięta korrida, równie dobrze historia mogłaby się toczyć w Paryżu), ani nawet wyjątkowością czasów pod panowaniem Filipa IV  (choć komplikacje po połączeniu z koroną portugalską i walka o zjednoczenie wciąż odrębnych krain wchodzących w skład Królestwa Hiszpanii pod koroną Habsburgów zostają wspomniane). Jednak wszystkiemu brak kolorytu Hiszpanii, jej zapachów, smaków i kolorów. Na domiar złego ilustracje do polskiego wydania zostały wystylizowane na obrazki z życia muszkieterów francuskich, a bohater wygląda jak Cyrano de Bergerac…

Teraz słowo o bohaterach. I tu muszę wspomnieć, że jednym z bohaterów powieści obok kapitana i jego giermka, jest sam Francisco de Quevedo, autor m.in. powieści łotrzykowskiej Żywot młodzika niepoczciwego (La Vida del Buscón llamado Don Pablos, 1626).
Wspaniały to wzór! Niestety absolutnie niedościgły dla autora W cieniu inkwizycji. Mam Żywot na półce, więc nie omieszkałam zerknąć i sobie przypomnieć. Szczególnie postać małomównego kapitana Alatriste wydaje się po tej konfrontacji drewniana jak kłoda. Opisuje go zbyt wiele przymiotników, a zbyt mało działań, które uzasadniałyby jego legendę jako zbira z zasadami.

Trudno mi także wybaczyć autorowi wybranie na ofiarę Inkwizycji 13-letniego dziecka. Oceniam to na pójście na łatwiznę. Bardzo to wzruszające, ale nieprawdziwe, podobnie jak zgarnięcie Inigo nocą z ulicy (niemal jakby zrobiło to Gestapo…). W rzeczywistości wśród ofiar Inkwizycji zdecydowanie dominowały kobiety, a aresztowanie niemal zawsze było efektem sąsiedzkiego donosu lub zeznania wydobytego dzięki torturom.

[Bo to jest właśnie cała tajemnica antyżydowskiego (ale nie tylko) działania Świętego Oficjum na Płw. Iberyjskim (i jednocześnie podobieństwo z działaniami instytucji nazistowskich)! 
Była to zorganizowana akcja przeciwko mniejszościowej grupie społecznej, przeciwko ludziom, którzy odróżniali się wyraźnie od pozostałych królewskich poddanych (religią i obyczajowością). To zapewniało skuteczność akcji - bardzo ułatwiało ich wyłapywanie. Celem było wskazanie tej grupy jako wspólnego wroga, jednoczącego (także tożsamościowo) pozostałych. Chodziło więc o pewnego rodzaju zastępcze skanalizowanie energii społecznej, poprzez danie zajęcia najgorszym instynktom ludzkim. Nie bez znaczenia były także przyczyny ekonomiczne, w tym przypadku początkowo chodziło  o przejęcie majątków po rodach żydowskich wygnanych z Portugalii i Kastylii, Aragonu i Katalonii oraz nasilającą się walkę konkurencyjną na europejskim rynku finansowym pomiędzy bankierami z półwyspu, a bankierami weneckimi. Perez- Reverte  trochę o tej grze wpływów w zachodniej Europie XVII wieku wspomina, co zaliczam na plus tej opowiastki.
Do tego Inkwizycja dawała możnym tamtego świata możliwość usuwania wrogów politycznych na życzenie - wystarczyło rzucić oskarżenie o 'nieczystą krew'. Było to więc wygodne narzędzie eliminowania przeciwników.]

Perez-Reverte odnosi się też do uprzedzeń religijnych, które zawsze są zaledwie pretekstem do wywołania wojny czy konfliktu i zawsze gwarantują 100% skuteczność. Dlatego są często wykorzystywane w cynicznej grze o władzę. Zawsze się sięga po szarganie świętości, kiedy trzeba odwrócić uwagę od rzeczywistych problemów społecznych. Czy nie tak jest  najłatwiej manipulować całymi społeczeństwami – właśnie powołując się na względy religijne, bardzo ważne z punktu widzenia jednostek?

Pamiętajmy, że ok. 1620-30 r. Hiszpania panowała nad wielką częśćią znanego świata (całą Ameryką Południową), król wraz niewielką grupką możnowładzców - arystokracji i dostojników kościelnych dysponowali władzą absolutną, a kiesa królewska była pełna dzięki wpływom z kolonii własnych i portugalskich. 
Do pełni szczęścia pozostawało jeszcze zapewnić zajęcie pospólstwu. 

Dlatego ówcześni Hiszpanie nie ustają w podglądaniu swoich sąsiadów. Czy aby nie unikają oni wieprzowiny? Czy aby nie zmieniają koszuli w sobotę, a nie  niedzielę? To wystarcza, żeby napisać donos (stając się bezpiecznym ‘krewniakiem’ inkwizycji), który doprowadzi do uwięzienia delikwenta. Potem już idzie gładko… Inkwizytorzy ‘wypełniają swoją powinność’, aplikują tortury wg zaleceń podręcznika dla inkwizytorów, spisują i archiwizują każde słowo, w końcu w trakcie auto da fe (wyznania wiary) w najlepszym przypadku upokarzają publicznie, w najgorszym palą żywcem na stosie.

Taką też historię chciał nakreślić Arturo Perez-Reverte, tylko ciurka ta historia ‘jak krew z nosa’. 
Przede mną jeszcze Szachownica flamandzka Pereza-Reverte… Oby była to żwawsza lektura.
___________________
Przeczytane w ramach wyzwań:  Z literą w tle i Z półki