Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 stycznia 2015

John Gimlette "Teatr ryb. Podróże po Nowej Fundlandii i Labradorze"

John Gimlette Teatr ryb. Podróże po Nowej Fundlandii i Labradorze
Przeł. Hanna Pustuła-Lewicka
Seria: Orient Express
Wyd. Czarne, Wołowiec 2014

- Po co tam jedziesz?  - pytali - Tam   n i c  nie ma.


Zwykle po księgarni krążę niczym jastrząb: skupiona na poszukiwaniu zdobyczy… Tym razem niespodziewanie dostałam ataku śmiechu. Przywołałam gestem córkę z końca sali, żeby odczytać jej przedziwne zdanie z tyłu okładki: Czytelnik zaś wyrusza w brawurową podróż do nieznanej krainy dorsza.
- Brawura, podróż, kraina dorsza? Słyszałaś o czymś takim?
- Nie, ale słyszałam o „tajemniczym Don Pedro, szpiegu z krainy deszczowców”, może to coś w tym stylu? – odparła Zuza, wyczuwając, podobnie jak ja, coś nieodparcie napuszonego i przez to śmiesznego w tym zestawieniu słów.  – Podoba mi się. Musisz to przeczytać!

No, i przeczytałam! Jestem zachwycona.

Zaskoczenie, ironia, paradoksalne myślenie, inteligentny dowcip na każdej stronie - to atuty tego reportażu.  Nie zapomnę tej lektury także dlatego, że zdołała mnie zaskoczyć niezliczoną ilość razy. To była prawdziwa przygoda!

Miejsce, do którego zabiera mnie autor kojarzyło mi się dotąd tylko z psami. Trochę głupia sprawa. Labradory i nowofunlandy – aportujące psy ‘dowodne’. Sama mam labradora. Każda kałuża, dowolny ciek wodny jest jego. Ale, że Nowa Fundlandia pisze się przez -d- w środku – tego już nie wiedziałam…  Podobnie jak tego, że przez stulecia była zamorską kolonią Wielkiej Brytanii, a akces do Kanady złożyła zaledwie po II wojnie światowej. Nawet mi się to o uszy nie obiło... Przejście tak dużego terytorium z kraju do kraju… dobrowolne i bezkrwawe? Dziwne. 
Dopływam  na miejsce z autorem i co się okazuje? Że stolica tej zlodowaciałej krainy, odciętej od świata dziesiątkami tysięcy dryfujących gór lodowych leży na tej samej szerokości geograficznej co zielony Paryż. Co jest? No, jest lodowaty Prąd Labradorski. I zaczęło się…


Autor, Anglik w wieku mojego męża (ale wyglądający na znacznie starszego, co stwierdzam z niczym nieuzasadnioną satysfakcją :) jest w życiu prywatnym prawnikiem i pracuje jako adwokat osób poszkodowanych w wyniku błędów lekarskich. Kiedy sobie to uświadamiam, przeżywam kolejne zaskoczenie. Ten człowiek  zdołał mi zaimponować niesamowitą uważnością w stosunku do świata. To, że jest podróżnikiem, jest co prawda zakorzenione w jego rodzinie. Jego pradziad uczestniczył jako lekarz w wielomiesięcznej ekspedycji  na Nową Fundlandię i Labrador w 1893 roku. Był wysłannikiem tego słynnego nawiedzonego chirurga, o którym akurat teraz robi się seriale, bo zrewolucjonizował operacje wprowadzając na salę kwas karbolowy.  Pradziadek Johna Gimletta zostawił rodzinie zdjęcia z wyprawy. Przeczytajcie, jak uważnie mały John „czytał” te zdjęcia:

Zdjęcia przywiezione przez Curwena z tamtej podróży fascynowały mnie od wczesnego dzieciństwa.  […] Nie wiem, ile razy odbywałem tę podróż , w deszczowe popołudnia w czasie przerw semestralnych i słotnych weekendów. Za każdym razem dostrzegałem nowe szczegóły: bose stopy urwisów  w porcie Saint John’s; zegar na domu zbudowanym z kostek darni; ręce wytatuowane kopciem i łuskami śledzi; twarze Eskimaux, ciemne i i błyszczące jak kasztany; elegancką kamizelkę mężczyzny, który zabił swoje żony; buty z foczej skóry na nogach członków orkiestry dętej.

"Bose stopy", "kamizelka", "buty z foczej skóry..." John Gimlette okazuje się mieć to coś, co mają tylko niektórzy. On też: sam niepozorny i niewygadany, jest jak czuła antena odbiorcza. Trafia do niego to, co musi zostać wypowiedziane. Odbiera niezwykle uważnie fale innych ludzi. Tacy jak on, wsiadając do przedziału w pociągu, mogą za chwilę spodziewać się opowieści ze strony sąsiada.  W przedziale pociągu, gdzie są także inni, niezainteresowani, obojętni ludzie. A co dopiero na Nowej Fundlandii, gdzie nadal większość osad nie ma innego połączenia ze światem jak łodzią i wita gości może raz na rok!

M. in. z tego powodu mieszkańcy tamtych okolic są niezwykle ‘teatralni’ swoich reakcjach.  Czyli przesadni, ekspresyjni, głośni, radykalni, obcesowi, itd., itp.To tłumaczy słowo ‘teatr’ w tytule. A ‘dorsz’? Ooo, dorsz to jest jeszcze poważniejsza rzecz, najpoważniejsza na świecie. Do niedawna dorsz nadpływał tam milionami ton razem z Prądem Labradorskim. Teraz nie ma go – został wytrzebiony. Powiem Wam tylko, nie próbujcie robić sobie żartów z ‘ryby’ (synonim słowa ‘dorsz’), jak będziecie w tamtej okolicy. To naprawdę jest ‘kraina dorsza’, nawet, jeśli już go nie ma, a może nawet tym bardziej, że już go nie ma…


Dziwna to jest kraina. Budzi ambiwalentne odczucia. I pomyśleć, że nie zdawałam sobie sprawy, że to tam toczy się akcja Kronik portowych mojej drogiej Annie Proulx. Aktorzy i filmowcy kręcący adaptację ‘Kronik portowych’ w 2001 roku […] spędzili tu osiem tygodni najbardziej śnieżnej zimy od stu dwudziestu lat…

- Nie zadzierali nosa. Bardzo im się podobało w Trinity. Judi Dench nauczyła się piec ciasta, a troje innych kupiło sobie tu domy.

Nie wszystkie relacje filmowców były równie entuzjastyczne. Już na samym początku odkryli, że będą się musieli obyć bez cappuccino, ale w prawdziwą panikę wpędził ich dopiero bezkres pustkowia, oddzielający ich od najbliższego sklepu z sałatą. Nawet dla aktora z Walii był to zimny prysznic.

- Nie miałem pojęcia – powiedział Rhys Ifans – że Bóg stworzył tyle niczego.

Po przeczytaniu reportażu, wszystkich 568 stron (razem z opisem zdjęć), bez opuszczenia jednego zdania, powiem tak – ta kraina jest tak irracjonalna, że aż baśniowa.

Co mówi autor, kończąc swoją podróż?

Autor w opuszczonej osadzie.

Po spacerach z Johnem często wspinałem się po zboczach fiordu na samą górę, tam gdzie tajga przechodziła w tundrę. […] Była w tym jakaś brutalna piękność – a może piękna brutalność? Przyszło mi do głowy, zresztą nie po raz pierwszy, że coś jest nie w porządku z moimi reakcjami. Przebywałem w jednym z najbardziej przygnębiających miast, jakie można sobie wyobrazić, ale nie odczuwałem przygnębienia, a jedynie ciekawość. Jakby moja podróż zmieniła się w literaturę. Nie potrafiłem już chłonąć faktów inaczej niż w poczuciu oderwania – jakby naprawdę wcale mnie tam nie było. Jak mogłem być tak niewrażliwy. Przerażały mnie moje reakcje, a jednocześnie rozpierała mnie radość. Może odpowiadał za to mój własny, wypaczony charakter, a może tak kończy się każda podróż. Niewykluczone, że podróżnik jest tylko podglądaczem, poszukującym cierpienia i lęku, których zawsze doświadcza ktoś inny. […] Właśnie w jednej z takich chwil niezdecydowania spotkałem niedźwiedzia.

Gdybym nie zdawała sobie sprawy, że uznacie, że oszalałam, miałabym chęć zacytować Wam z połowę książki. Tak mi się podoba sarkazm jej autora. I jego totalny brak politycznej poprawności. Choć bez wątpliwości jest przychylny mieszkańcom, pomimo tego, że w większości są szokująco prymitywnymi ludźmi. Wykazuje mnóstwo dobrej woli i zrozumienia dla ich wad, co pozwala mu się tam świetnie odnaleźć, dogadać się z nimi i zdać nam szczegółową relację. Jednak niektóre doświadczenia przekraczają nawet jego wytrzymałość. Zaskakujące jest to, które. Np. to poniżej:

Wbrew radom przyjaciół wsiadłem do autobusu jadącego na półwysep Bonavista. Podróżowanie autobusem uważali za coś potwornie prymitywnego, jakby nieposiadanie swojego samochodu było obrazą dla ewolucji. Wyobrażam sobie, że wielu Nowofundlandczyków myśli podobnie, lękając się powrotu do przeszłości, przemoczonych nóg i mozolnego marszu.

- Będziesz jechał w towarzystwie gówniarzy i rozmaitych lebieg życiowych. – uprzedził mnie jeden ze znajomych.

 Część moich towarzyszy podróży zapewne można było nazwać gówniarzami, a większość niewątpliwie nie odniosła życiowego sukcesu. Prawie wszyscy byli otłuszczeni biedą, często przystrojoną w nierealne blondy i pomarańcze albo purpurowe pasemka. Patrząc na rządek zagłówków przede mną, miałem wrażenie, że udaję się na wycieczkę z Muppetami, ale w otaczających mnie dźwiękach nie było nic muppeciego – wyłącznie siorbanie słodkich napojów i przeżuwanie naczosów z sosem serowym ze słoika.

Czy można wyciągnąć jakiś sens z tego typu ‘brawurowych przygód w krainie dorsza’? Pewnie mi nie uwierzycie, ale tak, i to jeszcze jak.
_____________________
 Zpółki

niedziela, 26 października 2014

Colin Thubron 'Góra w Tybecie'

Colin Thubron Góra w Tybecie. Pielgrzymka na święty szczyt
(Tyt. oryg. To a Mountain in Tibet)
Tłum. Paweł Lipszyc
Wydawnictwo Czarne 2014, seria Orient Express


Książka przeczytana jednym tchem! Zdecydowałam się nie zjeść kolacji o czasie, byle tylko doczytać do końca J

Autor, Colin Thubron, jest uznanym i nagradzanym na świecie twórcą literatury podróżniczej. Ja jednak zetknęłam się z jego literaturą po raz pierwszy. Na szczęście w serii ORIENT EXPRESS wydawnictwa Czarne znalazłam więcej jego dzieł (Po Syberii, Cień Jedwabnego Szlaku, Utracone serce Azji).

Po Górę w Tybecie sięgnęłam, bo dwa dni temu obejrzałam w telewizji film o nieszczęsnej wyprawie zimowej na Broad Peak w 2013 roku, jednocześnie zwycięskiej (górę zdobyto) i tragicznej - dwóch wspinaczy (M. Berbeka i T. Kowalski) zginęło podczas zejścia. Ta wyprawa bardzo mnie porusza. Tomek Kowalski był niemal równolatkiem mojego syna, a nawet mieli wspólnych znajomych w środowisku sportów wytrzymałościowych, a z kolei Berbeka był niemal moim równolatkiem. Krótko mówiąc, temat Himalajów nie jest dla mnie obojętny. TU o mojej lekturze książki Hugo-Badera.

Tak więc obejrzałam film… i kolejny raz zszokowało mnie moje kompletne niezrozumienie dla idei wspinania się w Himalajach. Dlaczego jestem tak bardzo obojętna wobec tego pragnienia stanięcia na szczycie? Wobec Himalajów... Wobec Tybetu...Sięgnęłam na półkę, gdzie książka Thubrona - z kosmicznie wyglądającym, ośnieżonym szczytem na okładce - czekała na taką okazję.

Colin Thubron (ur. 1939 r.)
Rzecz jest o co prawda nie o wspinaczce himalajskiej, ale o wyprawie pieszej (trekkingu z przewodnikiem i kucharzem oraz momentami dodatkowym tragarzem konnym) z Simikot w Nepalu do podnóża świętej góry Kajlas w Tybecie.


Góra ta jest uznawana za świętą w tamtejszych religiach: hinduizmie, buddyzmie, dżinizmie i religii bon. Hinduiści wierzą, że jest to siedziba boga Śiwy. Znajduje się ona nie samych Himalajach, lecz w Transhimalajach w Tybecie.

Ludzie pielgrzymują do jej stóp, aby tam obejść jej podnóże (na wysokości około 6000  m n.p.m.) po okręgu długości pięćdziesięciu kilometrów, idąc pielgrzymkową trasą w kierunku ruchu wskazówek zegara. Niektórzy robią to na osiołkach, jakach, niektórzy na kolanach i padając co kilka metrów na ziemię. Wszystko to przynosi przebłaganie bóstw i odpuszczenie win doczesnych. Oczywiście używam tu niepoprawnych sformułowań z kręgu religii chrześcijańskiej. Za to  Colin Thubron wyjaśnia podstawy tych wierzeń bardzo umiejętnie, choć bez złudzeń osoby wierzącej w jakiegokolwiek boga.


A więc góra jest święta. Jejpolska nazwa to Kajlas angielska nazwa to Mount Kailash. W mitologiach jest znana jako Meru. Posłuchajcie gawędy samego Colina Thubrona o wypiętrzaniu się tamtejszych szczytów:

Tu patrzymy na dno dawnego Oceanu Tetydy. Czterdzieści pięć milionów lat temu, kiedy Plata tektoniczna Indii – wówczas stanowiących oddzielny kontynent – uderzyła w podbrzusze Azji, Ana południu wypiętrzyły się Himalaje, a ten pradawny ocean wysechł. Morskie skamieliny, do dziś występujące na płaskowyżu tybetańskim, zdradzają, że ten najwyżej położony kraj na świecie leżał niegdyś w głębi oceanu.


Kajlas – jako góra z łupku, nie z granitu - nie jest typowa dla szczytów himalajskich. Łupki pękają pod najmniejszym naciskiem, czy to kijka trekkingowego, czy to czekana. Jest jedyna w swoim rodzaju. Ma kopulasty, irracjonalnie geometryczny i regularny  kształt. Stoi samotnie na płaskowyżu sp. Wszystko to sprawia, że od zawsze się wyróżniała. Jej religijne znaczenie - przypisywana jej świętość, sprawiły, że POZOSTAJE NIEZDOBYTA PRZEZ CZŁOWIEKA. To jest absolutnie niezwykłe. Wysoki szczyt (6714 m n.p.m.), trudny technicznie, położony w Tybetańskim Regionie Autonomicznym kontrolowanym przez Chiny, w sumie niedaleko ośmiotysięczników typu Mount Everest pozostaje NIEZDOBYTY? W dzisiejszych czasach, kiedy wydaje się, że człowiek zostawił swoje ślady w postaci plastiku i innych śmieci, a często także trupów, już praktycznie wszędzie? Reinhold Messner próbował, ale pogoda nie pozwoliła. W 2001 władze chińskie udzieliły zezwolenia na wspinaczkę hiszpańskiemuu alpiniście Jesue M. Novasowi, jednak po fali protestów środowisk wspinaczkowych i mediów, ten zrezygnował (za Wikipedią). Odtąd już nikt się nie poważył jej tknąć, nawet siejący zniszczenie Chińczycy.

Teraz narzucające się, rzecz jasna, pytanie, co sprawiło, że Colin Thubron, starszy pan, Anglik, absolwent Eton College, zawodowy podróżnik, wybrał się na tę górę w Tybecie?

Tak o swoim marzeniu sam pisze:

Tybet rozbrzmiewa jak wspomnienie o czymś utraconym, co przetrwało z czystszej epoki; nie tyle kraj, ile obszar umysłu. […]
Krajowi towarzyszyła oniryczna aura, jakby czas się w nim zatrzymał. Podróżnicy czuli, że wracają do dzieciństwa albo wkraczają w niewinną, nieskrępowaną podświadomość. Inni porównywali podróż po Tybecie, mimo niebotycznych gór, do zejścia do podziemi, natomiast niezwykła atmosfera coraz popularniejszej Tybetańskiej księgi umarłych, wydawanej w licznych przekładach, udzieliła się także i mnie.


Reportaż Thubrona jest tylko i aż szczegółową relacją z codziennego przemierzania szlaku. Niesamowicie wciągającą relacją. Na podstawie swoich codziennych notatek autor zdołał odtworzyć każdy zakręt na trasie, każdą perspektywę na dolinę, każde załamanie terenu, każdego napotkanego człowieka. A przynajmniej stworzył takie wrażenie - podróży w skali 1:1, po prostu przeniesienie się w czasie. Absolutne mistrzostwo świata! Budowanie nastroju takimi zdaniami, jak:

Nad doliną na wschodzie zwisają łachmany nocnego deszczu.

Thubron w sposób godny najwyższego podziwu panuje nad tym, co chce napisać i jak chce to zrobić. Czytając go, czuję się jak pod najlepszą ‘specjalistyczną opieką’. Użycie czasu teraźniejszego, koncentracja na szczegółach dotyczących kolorów ubrań, chmur, trawy, rzek i skał. Niesamowicie wierne opisy zmieniającej się roślinności. Wiedza przyrodnicza, antropologiczna, kulturoznawcza, antropologiczna widoczna na każdym kroku. Wszystko to  razem złożyło się na niezwykle wymowną, malowniczą literaturę. Sprawiło, że wciągnęłam się w spokojną, medytacyjną, surową atmosferę pielgrzymki do świętej góry. Całkowicie to mną zawładnęło. Jakbym tak była.

Autor dba jednak, żeby zbytnio nie oderwać się od rzeczywistości. Jest powściągliwym realistą. Od czasu do czasu burzy nasze iluzje:

Podróż nie sprzyja refleksji, na co niegdyś liczyłem. Wędrówka jest zbyt uciążliwa, droga zbyt stroma. Każdy krok na kamiennym szlaku wymaga drobnej, półświadomej decyzji, którą podejmuje się niepostrzeżenie.


Także kiedy autor napotyka na swej drodze ludzi: mieszkańców wiosek, mnichów, na koniec chińskich żołnierzy i nawet obcokrajowców, którzy tak jak on dotarli do Kajlas, iluzja Arkadii musi rozpłynąć się w obliczu tragicznej rzeczywistości. Opis zachowań ludzkich, ludzkiej nędzy działa jak kontrapunkt dla metafizyki, która pojawia się w naszej lekturze w sposób nieunikniony. Oto np. współcześni mnisi buddyjscy:

Mnisi się bardzo podniecają [oglądając mecze piłki nożnej w telewizji] . […] Chodziło o Manchester United. Wszyscy mnisi uwielbiają piłkę nożną. Wczoraj złościli się podczas meczu Ligi Mistrzów. Barcelona pokonała Manchester United, a wszyscy mnisi kochają Manchester United. Szkoda, że nie widziałeś, jak sprzeczali się przed telewizorem.


Góra w Tybecie ma także bardzo skondensowana i powściągliwą, ale znaczącą warstwę osobistą. Autorowi zmarła niedawno matka. Jest teraz ostatni ze swojego rodu. Kiedy idzie po szlaku nad przepaścią i braknie mu tchu, przypomni sobie, jak podawał tlen umierającej matce. Kiedy na mapie dostrzeże znajomą nazwę powróci wspomnieniem do swego arystokratycznego ojca, brytyjskiego oficera, który stacjonował w Indiach i urządzał tam polowania. Kiedy spojrzy na skałę – wyglądającą jak w Alpach – wspomni młodą siostrę, która zginęła porwana przez lawinę w Alpach. Kiedy się jest na szlaku do Kajlas, Tybetańska księga umarłych czyta się sama.

Posłuchajcie więc o Kajlas:

Mimo swej ogromnej masy ta góra jest światłem. Według ludowych wierzeń tybetańskich przyleciała tu z innej nieznanej krainy - wiele tybetańskich gór lata – i została umocowana flagami modlitewnymi oraz łańcuchami, zanim diabły zdążyły wciągnąć ją pod ziemię. Później, aby niebiańscy bogowie nie unieśli Kaljas i nie zwrócili jej tam, skąd pochodziła, Budda przybił ją do ziemi czterema odciskami stopy.

Czy warto zdecydować się na ogromny wysiłek pielgrzymki? Nie pytaj góry… Ona Ci nie odpowie. Milczy i milczeć będzie, nieporuszona.

Wywiad z autorem, dla zainteresowanych.




piątek, 19 września 2014

Słodko-gorzka samotność Portugalczyka

Iza Klementowska Samotność Portugalczyka 
Seria: Reportaż
Wyd. Czarne
 Wołowiec 2014

Już w dniu premiery książka Klementowskiej znalazła się u mnie na biurku. Syn pobiegł i kupił, żeby być pierwszy z tym prezentem dla mnie J Wszyscy w domu wiedzą, że Portugalia była, jest i będzie moją wielką miłością. Że gdybym mogła, przeprowadziłabym się tam choćby dziś. Może nie do Lizbony, ale gdzieś na północ kraju, gdzie klimat bardziej atlantycki, a mniej śródziemnomorski.

Samotność Portugalczyka ma dobry tytuł, bo jest on zgrabną (choć nie jestem pewna czy zamierzoną) trawestacją tytułu filmu z Hoffmanem Samotność długodystansowca, o którym wielu słyszało  (choć raczej niewielu obejrzało do końca), a do tego zapowiada jakąś tajemnicę, drugie dno, czy może raczej jakiegoś trupa w szafie.

I rzeczywiście Samotność zaskakuje doborem tematów. Nie ma w niej nic o urodzie tej krainy. Żadnych oczekiwancyh obrazków z folderu reklamowego. Wiele zaś o tematach mało znanych, pomijanych, czasami wręcz niespodziewanych dla większości czytelników.

Jakie to nietypowe tematy porusza Iza Klementowska? Na co kładzie nacisk w swoich reportażach, jeśli nie na pocztówkową wręcz urodę tego pięknego kraju na zachodnim krańcu Europy? 

Na postkolonialną przeszłość. Na traumatyczną pamięć o wojnie w Angoli i Mozambiku. Na ujawniający się  coraz większą siłą rasizm. Na wciąż nierozliczone zbrodnie reżimu Salazara. Na dziedzictwo strachu i nieufności wdrukowanego przez zbrodnicze „gestapo” portugalskie (czyli PIDE), które słynęło ze stosowania metod spisanych potem w podręcznikach CIA i stosowanych tak udatnie np. w Guantanamo. Na niejasnej tajemnicy, której Lizbona nie chce odsłonić przed nikim obcym. Na kompleksach Portugalczyków. Na ich swoistej łagodności, tak innej niż machismo Hiszpanów. Na katolicko-konserwatywnych poglądach na temat roli kobiety utrwalanych jeszcze w latach 70. Nie tylko przez tradycję, ale nawet przez konstytucję kraju! Na niezwykłych wydarzeniach z czasów wojny, kiedy to pojedynczy dyplomata portugalski - kierując się swoim sumieniem - zdołał uratować tysiące istnień ludzkich. Na portugalskim temperamencie świetnie oddanym przez pojęcie saudade – mieszanki swoistej tęsknoty za czymś i pogodzenia się z tym, że to nieosiągalne. Mowa tu o portugalskim byciu miłym, niekonfliktowym, do pewnego stopnia otwartym na innych, ale w chwilach próby i tak szukającym spokoju - za wszelką cenę - i bezpiecznych rozwiązań.

Trzeba oddać sprawiedliwość Klementowskiej i bardzo docenić, że nie poddala się urokowi tego kraju i przyjrzała mu się naprawdę wnikliwiej niż czyni to zwykły turysta. Koncentruje się co prawda głównie na Lizbonie, ale doskonale pokazała przemianę z prowincjonalnego, spokojnego miasta w metropolię targaną wwnętrznymi napięciami, będącym efektem kryzysu gospodarczego, napływu cudzoziemcow, emigracji i reemigracji młodych. Ja sama byłam w Lizbonie po raz pierwszy zaledwie 12 lat po rewolucji Goździków, w 1986 roku. Lizbona w porównaniuz z Madrytem wydawała się  prowincjonalną dziurą. Było raczej biednie, a miejscami nawet nędznie z powodu pozostałości po okresie stagnacji gospodarczej i kulturalnej z okresu dykatatury Salazara i Caetano. Np. w centrum miasta, tuż przy pierwszej galerii handlowej Amoreiras stały  jeszce lepianki, przed którymi facet na bosaka śpiewał tęskne fado, goląc się... Miasto było jednak stuprocentowo bezpieczne dla młodej dziewczyny.

Kilka lat temu, kiedy tam byłam ostatni raz (niestety), miasto okazało się podzielone na dzielnice białych bogatych, białych biednych, czarnych z Afryki i Arabów. W okolicy pewnych stacji metra byłam niekiedy jedyną białą, samotną kobietą. Kierowcy autobusów okazywali się w większości Ukraińcami. Plaże zapełniali Rosjanie. Ulice pełne były hałaśliwych i pijanych Angoli. A zagadnięty na przystanku Portugalczyk wprost mnie zapytał, czemu to jego jego pytam o drogę, skoro jest on jest czarny... Que?

Klementowska jest, co widać na każdym kroku, ze stajni reporterskiej Szczygła. Książka jest dobra, bo pełna szczegółów, tak że nawet studenci iberystyki na jej przeczytaniu zyskają. A jednocześnie nie ucieka od stylizacji literackich, żeby oddać w sposób nieco poetycki niewątpliwe piękno i słodycz Portugalii i Portugalczyków. Autorka prezentuje doskonałą znajomości realiów zarówno historii politycznej kraju (ach te wzorcowo przetłumaczone nazwy partii), jak i niuansów wspólczesności. Brak jej może tylko wyczucia lingwistycznego. Kiedy przywołuje różne słowa o polskim brzemieniu znaczące 'em portugues' coś zaskakująco innego, wybiera nieco nieidealnie. Na samochód rzeczywiście mówi się ‘carro’, ale na pewno nie ośmieszymy się, mówiąc 'auto'. Jeszcze w latach 80. używano słowa ‘auto’ (od ‘automovel’). 'Auto' z kolei to nade wszystko 'akt', 'podniosłe wystąpienie', a nie 'protokół'. A mulatów (pisanych jednakowoż małą literą :) nazywa się z brazylijska ‘pardo’, z pewnością częściej niż ‘mulato’. Muszę też powiedzieć, że uważam odmianę nazwiska Pessoa (np. nie ma Pessoi) za rażącą. To brzmi jak... "kakała" - może to dlatego... :)

Lektura obowiązkowa dla każdego lusofila (nie mylić z rusofilem.)




poniedziałek, 2 czerwca 2014

Broad Peak. Powrót

Jacek Hugo-Bader Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak
[Wyd. Znak]

Hit i to mocny. "Hit" znaczy po angielsku "uderzenie". W przypadku tej książki i jej wpływu na mnie jest to uderzenie nawet nie młotkiem tylko czekanem. Uderzenie trafione: w głowę i serce.

Szeroka góra, wielka kamienna krowa, nie to co elegancka, wysmukła, "dymiąca" K2. Ludzie kręcący się bez celu po bazie z rękami w kieszeniach. Ludzie zamarzający z radiotelefonem w dłoni i odpiętym rakiem. Saturacja to klucz. Dziewięćdziesiąt procent sukcesu to głowa, dziewięć to nogi i jeden to ręce. Na szczyt i dzida w dół! Szczelina do przeskoczenia, szczelina do wpadnięcia, szczelina do pochowania. Odmrożenia, amputacja. Deterioracja. Świetlista góra poraża blaskiem przez kilka minut dziennie. "Chcę zapisać się w historii świata." Milcz o tej górze, twoje usta są za małe... 



Było ich czterech. Uroczy chłopak. Stary, ale trochę słaby, odmrożony. Silny i milczący. Szybki i mocny. Dwóch najsilniejszych przeżyło. Gadatliwy robi sobie słit focię z ręki. Dlaczego wychodzicie o 5, trzeba wyjść o 3!? Brat. Rodzice. Dziewczyna. Dzieci. Koledzy. Ksywka "Siekierka" mówi wszystko. Denisowi Urubko zginęło już  w sumie ponad 30 kolegów ze szlaku. Oświadczyny na szczycie? To jest nieprofesjonalna motywacja. Nie powinni się rozdzielać. Mieli zginąć razem? Każdy sika, gdzie popadnie. Zarzynanie kury, kozy, wreszcie jaka przyprowadzonego tu ze sobą. Wyżarł wszytkie żele? Osiem dni w ścianie z jedzeniem na pięć. Ściągnąć ciało. Ważyło ze dwieście kilo... Wyklepać  na tacy napis ku pamięci. "Poco loco"? No, chyba nie "poco"... Hejterzy. Polski Związek Alpinizmu. Polskie piekło. Walka o przetrwanie. Instynkt. Każdy jest tam sam. Odwaga. Pokora. Pycha. Bohaterstwo. Tchórzostwo. A góry patrzą.

Książka-reportaż, który musiał powstać. Między innymi dlatego, że mamy takiego Jacka Hugo-Badera. Podróżnika przemierzającego zimą Syberię, maratończyka, samotnika i ojca dzieciom, zainteresowanego ekstremalnymi sytuacjami, zdolnego zbliżyć się do Broad Peak i do himalaistów. Choć z trudem. Tak heremetyczny jest to świat. Dzięki Hugo-Baderowi podglądamy go trochę jak przez dziurkę od klucza. 

Byłam zdziwiona, że książkę wydało nie Czarne, które dotąd wydało wszystkie książki Badera. Teraz wiem, że to dlatego, że udział wpogrzebowej misji Jacka Berbeki "Siekierki" budził zbyt wiele kontrowersji, a nawet silnego oporu. Niewielu chciało wesprzeć tę upiorną misję. 

Jednak chyba dobrze, że się ona odbyła. Ciało Tomka Kowalskiego przestało być swoistą przeszkodą na szlaku. Choć pamiętajmy, że na innych szczytach trupy himalaistów pozostają "drogowskazami" na wieki.



Jacek Hugo-Bader ur. 1957

Edit: 

A tak wygląda najlepszy aktualnie himalaista świata wspomniany Denis Urubko po swoim ostatnim sukcesie - zdobyciu Kanczendzongi 15 maja 2014. Siłacz?


http://www.polskieradio.pl/43/265/Artykul/1131015,Kolejny-atak-na-szczyt-Kanczendzongi-Polak-ma-wejsc-wspolnie-z-Baskiem

środa, 14 sierpnia 2013

Evelyn Waugh "Daleko stąd. Podróż afrykańska"- pigułka na dobry humor

Evelyn Waugh Daleko stąd. Podróż afrykańska

Warto zatem choć przez chwilę rozważyć ewentualność, że w niewybaczalnym i niewytłumaczalnym przekonaniu Anglosasów o wyższości własnej rasy kryje się coś istotnego.
Evelyn Waugh

Niepoprawne, ale jakże urocze. Dokładnie tak jak  cała ta książka. Nie zgadzam się z jego poglądami, ale śmieję się, kiedy je czytam. Jak on to robi? Inteligentny autor, który ma chyba dostęp do jakichś tabletek z poczuciem humoru i kąśliwą ironią.

Całkowicie niepoprawna, obarczona stereotypami opowieść o zawadiackiej podróży za 500 funtów, którą Waugh przedsięwziął chyba wyłącznie z nienawiści do nudy i rutyny. Akredytował się jako dziennikarz i wyruszył z wilgotnego i mglistego Albionu wprost na gorącą pustynię Abisynii, żeby uczestniczyć w pompatycznej, a zarazem zupełnie pozbawionej znaczenia (przynajmniej zdaniem Waugh’na) intronizacji cesarza Hajle Sylassje (pisownia oryginalna). Zdaje się, że zdarzenie to nie specjalnego miało znaczenia politycznego dla świta, ale jakże było kulturotwórcze, żeby przypomnieć choćby tych, którzy o Hajle Sellasje potem pisali… Mamy rok 1930. Dalszy ciąg kaprysu i młody Anglik odwiedza także Kenię i Ugandę oraz, w ramach przypadków podróżnych, okoliczne krainy.

Niesamowity zmysł obserwacji autora, zmysł dotyczący szczegółów zachowania, ubioru, nastroju zdarzeń, stosunków społecznych oraz zaskakująco dobre rozeznanie w życiu politycznym makroregionu budzi podziw.  Dowcipne i lakoniczne, kiedy trzeba, teksty, w których autor popisuje się wirtuozerskimi wprost skrótami myślowymi.  Trudno tu streszczać cokolwiek - Afryka to jak wiadomo, kraina magiczna i kloaczna zarazem. Ale może zaciekawi Was może zupełnie poboczny watek polski :)  Polacy wpadają Waugh’nowi w oko  dwa razy: na statku jako „Polacy z saniami” (na równi ze Skandynawami) oraz przy okazji detalicznej relacji z samej uroczystości koronacyjnej cesarza. Sięga ona w swoim przepychu szczytów absurdu. Jak pokazuje to Waugh? 
Wymienia m.in. wszystkie odgrywane w całości hymny, z których polski „pobił wszystkie na głowę w długości w ilości zwrotek”.  Dostrzeżenie tego drobnego faktu  i przytoczenie go pokazuje, jak Waugh potrafi trafiać w sedno jedną frazą, jedną metaforą… Jak jednym przykładem udaje mu się skwitować daną nację czy osobę.  (A swoją drogą wygralibyśmy wówczas w tych zawodach tylko dlatego, że Rosjanie nie uznali za stosowne przysłać swojej delegacji :)

Pojawiają się także próby zdystansowania się, przeanalizowania i krytycznego ustosunkowania się do historii kolonialnej Korony Brytyjskiej. Oczywiście na tyle, na ile jest to dostępne młodemu beneficjentowi owego kolonializmu, mimowolnie przywiązanego do cywilizacji w formie zaproponowanej (odrobinę siłowo, nieprawdaż?) przez jego ziomków.

Szczególnie interesujący wydał mi się autoportret autora, który w nagłym przypływie introspekcji zamieścił Waugh w Daleko stąd. Jak wiadomo, od siebie nie można uciec, nawet będąc w Afryce:
Gdy jednemu znajomemu zazdroszczę umiejętności dostosowania się do różnych środowisk, innemu – doświadczeń kosmopolity, kolejnemu – niezłomnej odporności na sentymentalizm i humbug, jeszcze innemu – wolności od konwencjonalnych uprzedzeń, ostatniemu zaś – bystrego zarządzania finansami i doskonale zaplanowanej gościnności; kiedy zdaję sobie sprawę, że cokolwiek się ze mną dzieje i jakkolwiek bym nad tym nie ubolewał, nigdy nie stanę się „cynicznym światowcem”, o jakich czytuję w powieściach […]; że zawsze się będę czuł niezręcznie z dziewięcioma na dziesięć napotkanych osób; że zawsze doszukam się czegoś alarmującego lub odrażającego w rzeczach, które większość ludzi uważa za warte zachodu, i czegoś zdumiewającego w ich hierarchii wartości; że moja podatność na małe katastrofy i niesprawiedliwości życiowe będzie się raczej zwiększać, a nie zmniejszać […]

Cenię sobie taką szcerość. Waugh jest celnym obserwatorem także siebie samego i swoich reakcji na świat. Brawo. Za ironią i dowcipem (iście angileskim) kryje się powaga, poczucie niedopasowania i nadzwyczajna przenikliwość. Stąd dar dostrzegania tego, co - dla większości – pozostaje na zawsze ukryte, bo oczywiste. jesli teraz popatrzę na tę niewinną twarzyszkę delikatnego młodzieńca, typowego przedstawiciela "klasy próżniaczej", który patrzy na mnie z okładki książki, robi się jeszce ciekawiej.

Już nie mogę się doczekać, jak gdzieś upoluję jego najbardziej znane dzieło Znowu w Brideshad (Brideshad Revisited)!

Mam nadzieję także sięgać teraz częściej po reportaże. Planowałam sobie jeszcze, kiedy czytałam Kapuścińskiego, żeby sięgnąć po innych reprezentantów „wielkiego reportażu”. Evelyn Waugh był na mojej krótkiej liście. Mam też zgromadzone kilka rzeczy Tiziano Terzaniego.  Kogo by tu jeszcze?

____________________________________
Wyzwanie Czytamy serie wydawnicze… [d. Świat Książki, obecnie Wielka Litera], seria Strefy* Strefa Reportażu
Z literą w tle [litera W]

Trójka e-pik: książka z kontynentu afrykańskiego (miejsce akcji/pochodzenie autora)