Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ad hoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ad hoc. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 lutego 2015

Wydawnictwa upadają, rynek książki się kurczy


Według szacunków Polskiej Izby Książki po wprowadzeniu w pełni zmian - rządowego podręcznika - rynek wydawnictw edukacyjnych skurczy się nawet o 350 mln zł. Szacunki PIK mówią, że pracę w branży stracić może 5-6 tys. ludzi. Dla księgarń i wydawnictw może to oznaczać falę bankructw.

Zawdzięczamy to bezmyślnemu, populistycznemu interwencjonizmowi państwowemu wprowadzającemu tzw. "darmowy" podręcznik.

Bo koszty są. Krach rynku wydawniczego i księgarskiego. Znikanie firm. Znikanie miejsc pracy. W zamian nauczyciele, dzieci i rodzice dostali niechciany prezent niskiej jakości.

Więcej TU

wtorek, 30 grudnia 2014

Podsumowanie roku 2014


Niepostrzeżenie w zeszłym miesiącu minęły 2 lata mojego książkowego blogowania. Jestem w sumie zadowolona z tej przygody intelektualnej, jaką dla mnie stanowi pisanie bloga. Po dwóch latach wiem na pewno, że dzięki blogowi i mobilizacji, która dają mi lektury innych, sama czytam więcej wymagającej prozy. Więcej też myślę o tym, co przeczytałam.

Jak się okazało, obecnie najwięcej czytam literatury faktu. Myślę, że bardzo sprzyja temu doskonała praca wydawnicza Wydawnictwa Czarne. Ilość ciekawych reportaży Czarnego jest imponująca, widoczna w księgarniach i zachęcająca do sięgania po ten typ lektury, także innych wydawców.

W ramach literatury faktu najbardziej wciągającą książką w 2014 roku  była Autobiografia Chaplina. Najbardziej inspirująca z kolei była książka Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści? Oraz Góra w Tybecie.

Jeśli chodzi o literaturę piękną nie przeżyłam takiego uderzenia emocji, jak w przypadku 2013 roku i czytania Annie Proulx czy Davida Mitchella, o czym pisałam TU. Myślę, że jest to naturalna kolej rzeczy. Moje wymagania przecież nie maleją, tylko rosną, a naprawdę dobrych autorów nie jest znowu tak wielu J

W 2014 najsilniej oddziałał na mnie Cormac McCarthy w Sunset Limited.

Największy zawód sprawiły mi powieści Salmana Rushdie. Z jego esejami jest mi całkiem po drodze, ale z prozą mam niewiele punktów stycznych.

Oto moje hity lekturowe:

Podium autorów 2014
·                  Cormac McCarthy
·                  Italo Calvino
·                  Colin Thubron
·                  Joanna Bator
·                  Elisabeth Asbrink

Podium książek 2014
·                  "Sunset Limited"
·                  "Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?"
·                  "Autobiografia" Charles Chaplin
·                  "Góra w Tybecie"
·                  "Długi film o miłości. Powrót pod Broad Peak"
·                  "Buszujący w zbożu"
·                  "Japoński wachlarz. Powroty"
·                  "Zajeździmy kobyłę historii"
·                  "Samotność. Powrót do jaźni"
·                  "Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii"

Szczęśliwa jestem, że podjęłam wyzwanie Lemoriada (http://fragmentownik.blogspot.com/). Nawet kiedy zniknęło ono z eteru, nie zniknęło z mojej głowy. Moje lektury Lemowskie to:
Lem Stanisław  Dylematy
Lem Stanisław  Fiasko
Lem Stanisław  GOLEM XIV
Lem Stanisław  Okamgnienie
Lem Stanisław  Opowieści o pilocie Pirxie
Lem Stanisław Rasa drapieżców (nieopisana ).


Z biegiem lat, z biegiem dni blog staje się dla mnie coraz bardziej pamiętnikiem z lektur. Zaledwie sporadycznie miewam chęć zarekomendowania komuś lektury, która mnie zachwyciła. Raczej sama pragnę zapamiętać moje własne wrażenia i móc kiedyś do nich wrócić.

Najważniejsze  jest, że pisanie pomaga mi przemyśleć pewne rzeczy. Zawsze tak było. Dopóki nie spiszę swoich przemyśleń, nie wiem do końca, co ja tak naprawdę myślę :) 
Będę więc  kontynuować. Lubię rozważać różne kwestie, czasami wręcz abstrakcyjne. Patrząc na etykiety blogowe, wiele można dowiedzieć się o preferencjach jego autora. Spojrzenie na moje etykiety zdradza moje upodobanie do zastanawiania się nad problemami współczesności. Pasjonują mnie takie tematy jak: kultura wysoka vs kultura niska, edukacja, komercjalizacja zjawisk dotąd będących poza zasięgiem praw rynkowych, zmiany na rynku książki, proces pisania, osobowość twórcy oraz sam proces czytania.

Zdaję sobie sprawę, że blogowanie oznacza coś więcej niż pisanie postów. Często myśli się i mówi o blogowaniu jako o społeczności Podkreśla się, że ważne jest animowanie życia blogowego, jego popularność, klikalność, zachęcanie czytelników do komentowania, odpowiadanie  na komentarze. W tym  niestety  jestem słaba. Przy tej i innych okazjach dostrzegam, że pozbawiona jestem talentu prowadzenia  ‘small talk'u’.  Jasne, że moja aktywność jako "blogera-animatora" w sposób naturalny ewoluowała. Początkowo starałam się bardziej. W pierwszym roku blogowania byłam bardziej wkręcona i robiłam nawet konkursy promujące mój blog :) Następnie zaangażowałam się w prowadzenie wyzwania Czytam serie wydawnicze. To była super przygoda i naprawdę miało to sens. Sprawiało mi to przyjemność. 

Obecnie te wszystkie akcje straciły dla mnie nieco na znaczeniu. Najważniejsza stała się kwestia posiadania swojego miejsca w sieci świata. Osobnego miejsca. Raczej osamotnionego miejsca.

Nie planuję pojawienia się na facebooku, choć blog jest przecież medium internetowym - niczym więcej, ale i niczym mniej. Być może wypadałoby korzystać z możliwości… Tym bardziej, kiedy patrzę na to, jak smartfony zmieniły dostęp do informacji,  korzystania z Internetu. Widzę u córki w iphonie ciągłe aktualizowanie się fb, instagramu na ekranie, ogrom podsuwanych, łatwo dostępnych możliwości. Zdaję sobie sprawę, że moja postawa jest anachroniczna i nie sprzyja zwiększaniu liczby czytelników. Ale cóż… Nie tylko w tej sprawie zachowuję się staroświecko J Zdecydowałam i mój blog nie pojawi się na fb. Jest to pewne utrudnienie dla osób z pokolenia mojej córki, których życie jest w dużym stopniu organizowane przez media społecznościowe, ale trudno. Mam nadzieję, że osoby zainteresowane i tak jakoś do mnie trafią. 

Kolejnym dylematem, który musiałam roztrzygnąć w tym roku, była sprawa powtarzających się – bywało, że kuszących jak diabli - propozycji otrzymywania książek z wydawnictw. Aktualnie przydałyby mi się takie oszczędności finansowe, oj, przydały. Mogłabym też zaangażować się w promocję naprawdę dobrych książek, wartościowych wydawnictw. Jednak obawiam się konsekwencji takiej decyzji. Tak się składa, że na co dzień pracuję w firmie handlowej i promocja via media społecznościowe jest mi znana od podszewki. Wiem, że istnieje realne ryzyko, że pisanie na zamówienie niepostrzeżenie może zmienić blog prywatny w półprofesjonalny lub wręcz ćwierćprofesjonalny. Zdaję sobie sprawę, że profesjonalna jakość pisania o książkach (tak jak ja sama ją postrzegam i szanuję) jest dla mnie poza zasięgiem, a inne pisanie w ramach zlecenia nie interesuje mnie.Tymczasem przyjemność płynąca z posiadania pełnej autonomii i niezależności na swoim blogu byłaby zagrożona. 

Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy widzą to tak radykalnie. Np. mój mąż nie bierze tych zagrożeń tak bardzo poważnie, a za to chętnie widziałby na półce książki, na jakie nas teraz nie stać :) Jednak ja potrzebuję mieć w czasie wolnym od zawodowych zmagań z niewidzialną ręką rynku jakieś miejsce całkowicie od nich wolne.

Książki i pisanie o czytaniu to dla mnie pretekst do lepszego poznania zarówno siebie, jak i innych. Lubię także przy tej okazji czegoś się nauczyć, czegoś nowego dowiedzieć. Cenię sobie szczerość  wypowiedzi i wyrazistość poglądów. Najbardziej lubię, kiedy lektura staje się dla blogera pretekstem do wyrażenia swojej opinii o świecie.

Cieszę się, że ktoś poświęca czas, żeby czytać to, co piszę. Serdecznie dziękuję za towarzyszenie mi na mojej blogowej drodze.

Pozdrawiam Was i życzę Wam Szczęśliwego Nowego Roku 2015. Wspaniałych lektur!

Edit: Zapomnialam rozliczyć się z wyzwania Z półki 2014. Miałam w planach przeczytanie 31 książek kupionych przed 1 stycznia 2014, a udało mi się przeczytać zaledwie 21. Ale za to zacnych. Poza tym muszę pamiętać, że w tym roku  w  o g ó l e   n i e   c z y t a ł a m   przez 3 miesiące. A to w związku z narodzinami, jedna po drugiej, moich dwóch pierwszych wnuczek Oleńki i Zosieńki. Ostatni raz taka abstynencja czytelnicza zdarzyła mi się po narodzinach pierwszego syna, 27 lat temu...



sobota, 6 grudnia 2014

Spisane myśli

Bardzo spodobały mi się pytania Kaye do LBA. Bardzo inspirujące. Idealne na sobotni wieczór :) A sama Kaye zachęciła, żeby odpowiadać, jeśli się ma ochotę.
Dziękuję za inspirację. Oto moje spisane myśli, nieproszone, ale czemu nie?

1. Czy prowadzenie bloga zmieniło w jakikolwiek sposób Twoje nawyki lub preferencje czytelnicze?

W pewnym stopniu tak. Po pierwsze zaczęłam więcej myśleć o wydawcach książek i rynku książki. Przez to zainteresowałam się bardziej seriami wydawniczymi jako efektem myśli redaktorskiej. Staram się obecnie nie poprzestawać na poznaniu tylko jednej książki z serii. Lubię zrozumieć, jaka myśl łączy dane książki w serię. Po drugie czytam więcej książek, które kupiłam jakiś czas temu i zazwyczaj tylko pobieżnie przejrzałam tuż po zakupie. Zawdzięczam to udziałowi w wyzwaniu Z półki. W tym roku przymierzałam się do przeczytania 31 dawno zakupionych książek, ale patrząc realnie, będę zadowolona, jak osiągnę poziom 23 książek zdjętych z własnej półki. Często oddaję je potem do biblioteki. Po trzecie dzięki blogerom sięgnęłam po 'Sunset Limited' Cormaca McCarthy'ego. I nie poprzestanę na tym.

2. Co najbardziej lubisz w blogowaniu o książkach?

Impulsy intelektualne, które przynosi mi blogowanie i czytanie innych blogów. Jak powiedział Don DeLillo:
Nie wiem, co myślę o niektórych sprawach, dopóki nie siądę i nie spróbuję o nich napisać.

3. Czego najbardziej nie lubisz w książkowej blogosferze?

Jest kilka blogów, z których czytania zdecydowałam się zrezygnować, ponieważ zanadto się skomercjalizowały. Interesują mnie teksty bezinteresowne, prywatne upodobania i subiektywne odczucia. Autentyczne przeżycia mola książkowego mają dla mnie największą wartość. Powiązanie swojej pasji z rynkiem i jego prawami nie jest złe samo w sobie. Nie odpowiada mi jednak w przypadku czytania książek. Mówię oczywiście o nieprofesjonalistach, w tym o mnie samej. Doszłam do wniosku, że dla mnie czytanie jest zbyt ważne, żeby je komercjalizować. Ktoś mądry kiedyś powiedział, że: Ustalenie ceny na coś ważnego może obniżyć wartość tej rzeczy. Po prostu pewnych rzeczy - tych cenniejszych - nie da się kupić. Np. mojego czytania, które jest dla mnie bezcenne . Jest ono dla mnie intymną częścią życia, sferą mojej pełnej niezależności. Jest dla mnie zbyt ważne, żeby sprzedać je za jakąkolwiek cenę. Brzmi to bardzo poważnie i takie jest - dla mnie :)

4. Jakie trzy książki, od których lektury trudno było Ci się oderwać, mogłabyś polecić?

Zawsze lubiłam przeczytać książkę na raz. Szczególnie powieści akcji. Nawet obszerne tomy Stiega Larssona. Na szczęście szybko czytam. Oczywiście oznaczało to często zawalanie nocy… 
Polecam do czytania na raz: 'Hrabia Monte Christo’ Dumas’a, którego czytałam przez całą noc, choć rano miałam ważną klasówkę z matematyki. Z nowszych rzeczy: ‘Atlas Chmur’ Mitchella Daviesa i ostatnio ‘Sunset Limited’ Cormaca McCarthego. Tę ostatnia rzecz po prostu połknęłam.

5. Jaka jest Twoja ulubiona sentencja o książkach/czytaniu?

Żaden pisarz nie dysponuje potęgą słowa zdolną rywalizować z wyobraźnią czytelników.
Simon Leys

6. Jakiego rodzaju książek raczej nie czytasz i dlaczego?

Czytam właściwie wszystko oprócz literatury typu harlequin.Od nadmiaru banału boli mnie głowa.

7. Czy zdarza Ci się kupować kilka wydań tej samej książki? Jeśli tak, dlaczego?

Kupuję kolejne wydania ‘Mistrza i Małgorzaty’, bo kocham tę książkę. Podobnie jest z ‘Dziadkiem do orzechów’ z ilustracjami M. Szancera, ale tu interesują mnie nowe próby tłumaczenia tekstu. Fascynuje mnie też ‘Księga niepokoju’ Portugalczyka F. Pessoa. Jest to w jakimś sensie awangardowy tekst, wciąż się zmieniający w oryginale i po polsku, wciąż na nowo składany z fragmentów. Pessoa? Bo jestem portugalistką z pierwszego wykształcenia i jest to moja młodzieńcza miłość.

8. Ukochana książka z dzieciństwa to…?

‘Baśnie z dalekich mórz i oceanów’ A. Milska i W. Markowska z ilustracjami Gizeli Kryłowskiej-Bachtin.

9. Jaki jest Twój czytelniczy „wyrzut sumienia”, czyli książka, którą wypada znać, a Ty jej jeszcze nie czytałaś?

‘W poszukiwaniu straconego czasu’ i ‘Ulisses’. Jak to mówią - nic nowego pod słońcem.

10. Jaką książkę teraz czytasz?

Biografię Wacława Niżyńskiego. A wszystko przez balet, iniepokojący, fascynujacy tytuł 'Popołudnie fauna' - piękny tytuł, wiersz Mallarme'go, utwór Debussy'ego, balet Niżyńskiego i wreszcie perfumy Etat Libre d'Orange.

11. Która z adaptacji filmowych dzieła literackiego Cię zawiodła i dlaczego?

Będę pisać tylko o książkach dla mnie jakoś ważnych, kultowych. Czy ktoś oprócz mnie oglądał ‘Quo Vadis’ Kawalerowicza? Oj. Bardzo słabe było też ‘Ogniem i mieczem’, może oprócz dumki śpiewanej przez Mietka Szcześniaka i Edytę Górniak :) Dla odmiany wspomnę, że z kolei jedną z najlepszych ekranizacji dobrej literatury, moim zdaniem, jest też film Kawalerowicza, a może nawet dwa: ‘Faraon’ i ‘Matka Joanna od Aniołów’. Z nowszych rzeczy słabiutko wypada też ekranizacja doskonałej powieści ‘Atlas chmur’. Do zaakceptowania jest praktycznie tylko genialny Ben Wishaw jako młody kompozytor – choć jego bohater przeżywa zupełnie inne przygody niż w powieści... Paradoksalnie istota psychologii tej postaci została oddana świetnie. Dziwne. Genialne. Po prostu ekranizacje i ich pierwowzory powieściowe to osobne sprawy. Środki filmowe są inne niż literackie. To sprawia, że całkowicie rozdzielam te dwie kategorie dzieł sztuki i jestem w stanie ocenić je niezależnie od siebie.

Edit:
Inną wspaniałą ekranizacją, wspaniałą jako film, a nie jako wierna ilustracja książki, jest 'Imię róży' wg. Umberto Eco. (Moim skrywanym marzeniem jest być jak Sean Connery w tym filmie.)
Dobrze też , że Rosjanie sfilmowali 'Solaris' Lema. Choć nie ma ten film wiele wspólnego z powieścią. Ale pokazuje, że sf nie jest o kosmosie, tylko o homo sapiens. No, i wreszcie najważniejszy film mojej średniej młodości - 'Stalker' w reż. Andrieja Tarkowskiego. Z punktu widzenia wierności literze powieści - zasługuje na zero punktow. Z punktu widzenia wartości fimowej - 100 na 100. Podobnie 'Blade Runner' Ridleya Scotta. Philip K. Dick by go chyba zabił, ale 'Blade Runner' powszechnie przyćmił swoją wartością 'Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?' No, co to za tytuł?!



czwartek, 27 listopada 2014

Odpowiedzi na pytania Kamila (malyerror)

Kamil, dzięki za nominację. Oto moje odpowiedzi w ramach łańcuszka Liebster Blog Award.


1. Czy masz swoją ulubioną książkę, którą zawsze zabierasz ze sobą w podróż?

Ulubionej książki podróżnej nie mam. Jednak absolutnie nie wyobrażam sobie dłuższej podróży bez czytania. Kilka dni temu doznałam w związku z tym ataku paniki. Było to w pociągu z Krakowa do Warszawy. Zapomniałam wyjąć biografię Andy Rottenberg, zanim z najwyższym trudem wrzuciłam walizkę na półkę. O jej zdjęciu nie było mowy. Ale… od czego córka (której to ubrania wypełniały tak szczelnie naszą walizkę)? Dała mi Cormaca McCarthego. Takie niespodzianki podróżne lubię najbardziej.

2. Wielu z nas ma swoją małą arkadię - miejsce, do którego często powraca (także myślami), choćby na chwilę. A gdzie znajduje się twoja?

Mam dwa takie miejsca. Po pierwsze droga wśród pól u mojego dziadka na wsi. To jest raj dziecięcy. Po drugie – Lizbona. Mogę chodzić jej uliczkami w wyobraźni całe godziny. To jest raj młodzieńczy.

3. Jako że jestem uzależniony od kawy, muszę zapytać… Kawa z ekspresu czy mokka. A może tzw. „zalewówka”?

Espresso, czarne, gęste i bardzo gorące. Obecnie w Warszawie jest moda na kawę przelewową z tzw. dripa zawierającą podobno znacznie więcej kofeiny. Tak rozumiana ‘wyższa efektywność kawy’ zupełnie mi nie odpowiada. Ja cenię aromat. I nie lubię siedzieć ze stygnącą kawą w ręku.  Jak pić kawę, to tak jak  to robią Włosi, Hiszpanie i Portugalczycy – błyskawicznie i ‘ciao’, 'hasta luego', 'ate logo',i  już mnie nie ma.

4. Uzależnienie, z którego Ty jesteś dumny/dumna (oczywiście poza książkami).

Przyznam się, że jestem dumna z tego, że czytam dużo prasy, papierowej i internetowej. Uważam, że to święty obowiązek człowieka wykształconego – być na bieżąco. Wzorem są dla mnie mieszkańcy Skandynawii – rejonu świata o najdłuższym doświadczeniu z systemem demokratycznym i ideą obywatelskości. Statystyczny Norweg (w tym także niemowlęta :) czyta 3 dzienniki regularnie, codziennie. To mój wzór.
Drugą moją słabością jest miłość do sztuki perfumeryjnej, szczególnie w jej wydaniu awangardowym.

5. Czy masz taką piosenkę, która sprawia, że po jej wysłuchaniu zapominasz o wszystkich swoich problemach? Co to za utwór?

Kocham Sade’ No Ordinary Love’, a w niej partie gitary basowej i alt Sade.

6. Święta niebawem więc… Jaki jest twój wymarzony prezent pod choinkę?

Wyjazd w maju na Korsykę.

7. Co preferujesz: "książkoholizm" w domowym zaciszu, z dala od ludzi, czy może zabawy w doborowym towarzystwie przy lampce szampana?

Najbardziej lubię siedzieć w czytelni i czytać, chodzić po lesie z psem oraz smakować jedzenie w dobrych restauracjach z moimi najbliższymi.

8. Czy masz swoje książkowe soundtracki?

Nie. Słuchanie muzyki mnie bardzo absorbuje. Bardzo. Słucham muzyki tylko w samochodzie i filharmonii. Nie byłabym w stanie czytać i jednocześnie słuchać muzyki. Mój mózg uległby ‘zwarciu’, to pewne.
PS. Aaa, chodzi o audiobooki? Słowo soundtrack, jak widać, kojarzy mi się wyłącznie z muzyką :) Osobiście nie słucham audiobooków. Choć podobał mi się przypadkowo słyszany głos Adama Ferencego, Jerzego Radziwiłowicza. Ja jestem wzrokowcem stuprocentowym. Poza tym nie mam żadnych doświadczeń ze słuchaniem, jak ktoś mi czyta w dzieciństwie. Nikt mi nigdy niczego nie przeczytał na głos. Nie wyobrażam sobie siebie w sytuacji słuchającej książki. Sama czytałam dzieciom na głos dość chętnie.

9. Masz książkę, której po prostu nienawidzisz?

Znowu są takie dwie… „Protokoły mędrców Syjonu.” Ta słynna fałszywka carskich służb. Kupiłam na targu na Kole, a potem czytałam z opracowaniem prof. Tazbira w ręku. Dowód, że sprawni tekściarze są w stanie napisać na zamówienie dowolne gówno. Oraz ‘Mein Kampf’. Czytałam w latach 80.  w tłumaczeniu na portugalski, bo w Polsce do niedawna nikt nie chciał ruszyć tego szajsu. Naprawdę może mieć zabójczy wpływa na słabe umysły. Spójność tego psychopatycznego przekazu jest przerażająca.

10. Biblioteki czy księgarnie?

Do niedawna księgarnie przeważały. Kupowałam przez lata średnio 120 książek rocznie. W tym roku mam nadzieję nie przekroczyć 60. Aktualnie biblioteki i czytelnie pustoszeją. Zaczyna tam być coraz przyjemniej. W sam raz dla mnie.

11. Kiedy zacząłeś/zaczęłaś czytać książki (z własnej woli - tzn. nie dlatego, że tak kazał nauczyciel)?

Nigdy w życiu nie czytałam dlatego, że mi ktoś kazał. Nauczyciel? Jakoś szkoła w ogóle nie kojarzy mi się z czytaniem. Może w liceum? Kiedy to na każdej lekcji mogło paść pytanie o aktualną lekturę. Cudowne pytanie. Zwykle moje lektury wyprzedzały te obowiązkowe o kilka lat. 
Miałam 5 lat, kiedy okazało się, że potrafię czytać. Wkrotce wszyscy wiedzieli, że jak znajdę coś do czytania, to jakbym… znikała. Wciąż zdarzały się takie przygody, jak np. ta:

Pewnego razu, a miałam 9 lat, w czasie wakacji, na wsi, babcia posłała mnie po coś do komory. Zajrzałam do wielkiej drewnianej skrzyni. Tam leżały jakieś grube, zakurzone książki. Babcia wyrywała z nich kartki, żeby owijać w nie jajka, kiedy jechała sprzedawać je na targu. Już wtedy miałam przymus czytania wszystkiego, co mi wpadło do ręki. Sięgnęłam więc - z trudem – do wnętrza kufra. Zaczęłam czytać pierwszą z brzegu niewyrwaną jeszcze stronę, a tam akurat jakiś przystojny szlachcic chwycił pannę z kolaski i przeniósł ją przez bród. Po jakimś czasie znaleźli mnie w komorze, na podłodze. Kazali natychmiast przestać czytać, bo było przecież ciemno. Ale jak, skoro akurat Bohun był tak bardzo zagniewany, itd., itd.

 _____________________________

Poniżej moje pytania:

- Bez jakiej książki Twój świat byłby naprawdę uboższy?
- Z jakim bohaterem literackim się utożsamiasz i dlaczego?
- Kto powienien dostać nagrodę Nobla przy najbliższej okazji?
- Zbliża się koniec roku. Jaka książka zrobiła na Tobie największe wrażenie w roku 2014?
- Co pasjonuje Cię poza czytaniem?

Nominuję, czyli jestem szczególnie ciekawa odpowiedzi, autorów poniższych blogów. 


Nie znam Waszego stosunku do Liebster-Łańcuszka... Ale, jeśli macie chęć, zapraszam do wzięcia udziału w tej zabawie, która pokazuje nas od innej niż zwykle strony.


Pozdrawiam Was serdecznie!



czwartek, 16 października 2014

Nike w dyskoncie... Nie, nie buty sportowe, tylko Nagroda Literacka Nike

Edit: Znalazłam zaskakującą informację o wprowadzeniu do sprzedaży w Biedronce książek nagrodzonych Nike. Czy Polacy kupią Pilcha, Karpowicza albo Bator w Biedronce? Choćby i za połowę ceny? Odpowiedź na to pytanie jest dość jasna. Nie kupią. Bo jak ślicznie ujął to autor tekstu: Problem jednak w tym, że popyt na książki nad Wisłą jest bardzo słaby.

Z czego się wziął taki szatański pomysł dyskontu? Przecież nie z miłości do literatury wysokiej. Może chodzić tylko o zysk albo o wizerunek, ktory ma się przełożyć na zysk.

Skoro nie ma popytu "nad Wisłą" na literaturę wysoką, to nie chodzi o prosty zysk. Czyżby to byla więc kolejna próba odróżnienia się od konkurencji (My nie jesteśmy już dyskontem jak L. Jesteśmy normalnym sklepem dla klasy średniej.) i sięgnięcia po klientów bardziej zasobnych w kasę, którzy podobno wstydzą się tam zaglądać?

Czy Polacy to kupią?

Jeśli TAK, to księgarnie mogą nie znieść tego dumpingu cenowego. Konsekwencją będzie to, że Biedronka zabierze prawdziwym ksiągarzom dochód z Karpowicza, Pilcha i Bator. W rezultacie Biedronka się nie wzbogaci, ale... małe księgarnie mogą nie przetwać i upadną.  Naprawdę nie ma się z czego cieszyć. Jest to typowy proces znany z innych branż, kiedy to wielki gracz wchodzi na rynek i w ciągu roku zmiata z powierzchni ziemi małe firmy, prowadząc z nimi nierówną walkę cenową. W takiej walce małe księgarnie nie mają  szans. One zapewnie kupują wymienione tytuły drożej niż tamci je sprzedają... Oczywiście klienci mogą zechcieć 'przyoszczędzić' i będą teraz czekać na 'okazję' w Biedronce. W efekcie po roku nie ma małych księgarń, małych spożywczaków na rogu, małych sklepów specjalistycznych. Książki można kupić już tylko w sieciówkach, internecie i Biedronce z drucianego kosza... Podobnie jak chleb, wędlinę, warzywa czy buty do biegania. Wszystko jest trochę niższej jakości, ale do czego to się człowiek nie przekona, kiedy może mniej zapłacić...
.
Jeśli NIE, to zapewne nie pojawią się w sieci B. zapowiedziane na końcu tekstu audiobooki polskich komiksów...?!

Ale to już chyba żart na całego? Jak można zrobić audiobooka z komiksu?!


piątek, 3 października 2014

Uprasza się uprzejmie...

Uwaga, poniższy tekst naznaczony jest pesymistycznym widzeniem świata... Uprasza się o nieczytanie tego postu przez osoby sentymentalne i delkatne z natury.

Jestem właśnie po lekturze wywiadu Lidii Ostałowskiej z Piotrem Mieśnikiem Byłem hieną tabloidową w Dużym Formacie. 

Wywiad Ostałowskiej pokazuje, do jakich zniszczeń w psychice może doprowadzić praca w tabloidzie. Wymaga ona codziennego godzenia się z tym, że masywnie oszukuje się ludzi, manipuluje nimi, co w tamtejszym slangu określane jest jako 'naruchanie targetów''. [Żyliśmy z targetu], ale w przeświadczeniu, ze nie musimy go szanować, bo robimy tak smaczne gówno, że i tak to łyknie.'

Żeby wykonywać dzień w dzień taką pracę, zatrudnieni w szmatławcach (bo nie nazwę ich dziennikarzami) wytwarzają sobie system obronny, który pozwala im kłamać, fantazjować, wykorzystywać naiwnych, bo "to się klika, aż na wykresach robi się czerwono". 
'- A fakty?
- Są bez znaczenia?'
'Wystarczy duża doza bezczelności, staranne rozpracowanie tematu, dobra legenda i można robić takie rzeczy, że strach.'
I najważniejsze: "Chodzi zawsze o to, żeby 'zagospodarować złe emocje'. 

Ale ja nie o tym chciałam. Tak naprawdę to chcę tu zawrzeć moje przemyślenia po lekturze artykułu Mileny Rachid Chehab Reckę napisałaś miodzio. Między tymi tekstami jest, według mnie, związek. Jaki? 

 Mam w stosunku do tekstu Recki bardzo mieszane uczucia, wręcz odczuwam jakiś wewnętrzny dysonans. Końcowa część tego tekstu  jest wartościowa, przypomina inne 'pisane ręką' Mileny R. Chebab, których sporo przeczytałam. Jest sensowna, mająca jakiś zrozumiały przekaz. Wskazuje na pozytywne wzorce życia blogerskiego, dobre blogi, podkreśla mimo woli to, co najważniejsze i cenione przez odbiorców blogów książkowych: rzetelność i uczciwość w ocenie książek. I że subiektywizm nie jest tu wadą. Po prostu jest wpisany w tę formułę. 

Reszta tekstu stawia tezę o wewnętrznych napięciach w sferze blogerskiej. Jednak sprawia wrażenie napisanego w innym - tabloidowym stylu. Chcę głośno zakrzyknąć. Autorko, Gazeto, nie idźcie tą drogą!

Po przeczytaniu wyiadu Ostałowskiej wyobraźnia podsuwa mi następujący obrazek. Przychodzi mail od redaktora dnia o treści: "Milena, napisz coś dla targetu, walnij jakieś zdanie na początek, żeby target pomyślał, że bedzie się lała krew, albo co najmniej będziemy się naśmiewać z co poniektórych. Zrób tak, żeby ludzie stanęli naprzeciwko siebie i trochę na siebie popluli. "Target jest głupi i tak to kupi. Będzie szczęśliwy, że w ogóle o nich napisaliśmy." 

I proszę bardzo, dostajemy na początek zdanie: ''Blogerzy piszący o książkach zdają sobie sprawę, że reszta blogerskiego światka ma ich za prawdziwych frajerów.' Cudowny wstęp - merytoryczny, miły, adekwatnie nawiązujący do sympatyczneg,o zdaje się, spotkania w AGORZE! A dalej - coś co odbieram jako dalszą próbę szczucia, a co najmniej popsucia komuś dobrego nastroju przez nieuprawnione, nielogiczne i nieuzasadnione porównanie blogerów książkowych z szafiarkami. Coś w rodzaju: A słyszałeś, że ci, co jedzą śliwki, to mówią 'idioci' na tych, co jedzą jabłka? Nie, nie słyszałam, bo w maglu zatykam uszy!

Nawet sam tytuł, infantylny greps z blogów młodych dziewczyn, wybrany został, no po co? Przecież nie po to, żeby podkreślić jego rzeczywistą reprezentatywność, wybitne walory poznawcze czy głębokie sensy. Ma za zadanie ironicznie scharakteryzować grono blogerskie jako pretensjonalne i infantylne. To też nazywam stylem tabloidowym. Bo przecież artykuł ten jest czytany właśnie przez nas, blogerów ksiązkowych, w tym te młode, ośmieszone tutaj dziewczyny. Czyli chodzi o to, żeby chociaż trochę napsuć krwi... Bo wtedy ktoś o tym napisze (jako i ja piszę:))) Przypomina mi się podobnie niejasny i lekko makiaweliczny artykuł z prasy biegowej mający zachęcać do ciężkich treningów, a zatytułowany tyż piknie: Ultramaratończycy to cieniasy.

Dalej, zgodnie z zapotrzebowaniem na tabloidowy kontent, następuje litania wzajemnych skarg blogerów na wydawców, wydawców na blogerów. Trochę jak w artykule Ostałowskiej: '[...] dwie strony konfliktu ustawione naprzeciwko siebie i dla dramatyzmu oddzielone policyjnymi taśmami. ' Tutaj też pojawia się dokładnie taki tabloidowy ton. Opierający się na zaciemnianiu sytuacji i unikaniu jakichkolwiek prób wyjaśnienia tej prostej w końcu relacji, jaka wiąże blogerów przyjmujących książki od redakcji i wydawnictw. 

[Tu dygresja pasująca do tego posta jak pięść do nosa. Czytacie ją na własną odpowiedzialność: 


Nawet i w tekście Recki, niestety przelotnie, pojawia się stwierdzenie, które dokładnie i prosto z mostu wyjaśnia, jak rzecz wygląda z punktu widzenia rynku książki: Książka podarowana to książka recenzencka i musi na siebie zapracować. Czyli wydawca przekazuje wybranym przez siebie blogerom książki (jako pseudo-wynagrodzenie za recenzję) i robi to tak długo, jak długo oni je u siebie recenzują, gwarantując przy tym wydawcy wzrost klikalności. Tak to jest, choć mało który bloger przyznaje wprost, że bierze udział w łańcuchu promocji książki czy wydawnictwa. Dla pełnej jasności - moim zdaniem, nie ma w tym nic zdrożnego, jeśli obie strony uznają to za obopólnie korzystne.]

Na koniec pytanie: Czy już tylko na takie dziennikarstwo możemy liczyć? Pośpieszne i pogrywające z czytelnikiem? Proszę teraz o coś nietabloidowego.


Edit: Pragnę dodać, że czytam Gazetę Wyborczą codziennie od 25 lat i właśnie dlatego stosuję wobec niej zasadę: "kochaj i wymagaj".

.




poniedziałek, 22 września 2014

Leonard Cohen - zdeklarowany outsider


Leonard Cohen w 1963 roku

The Guardian przypomina, że Cohen skończył właśnie 80 lat i  wydaje 13. album płytowy Popular Problems. 

Wydaje się, że wiedzie piękne życie i niewątpliwie jest świetnym poetą.


I aforystą:

Chciałbym, żeby wszystko, co ma się do powiedzenia, można było wyrazić jednym słowem.
Nie cierpię tego, co może się zdarzyć między początkiem a końcem zdania.


Piękni Przegrani

Pisał też powieści. Po polsku ukazały się co najmniej te dwie. Ciekawa jestem, czy ktoś z Was czytał?



Podoba mi się jego szczerość. Np. potrafił powiedzieć  o sobie, że jest pseudobudddystą, a nie buddystą. Zburzyć iluzję, z którą było mu bardzo do twarzy.... To mi imponuje.

Leonard Cohen w 1995 roku
Mamy polską stronę o Cohenie. Oraz wydana po polsku biografię barda.





wtorek, 31 grudnia 2013

Wesołych różowych bąbelków na Nowy Rok!

Dużo różowych bąbelków w Sylwestra oraz musującego życia na co dzień 
życzy blogerom książkowym 
Agnieszka

PS. Z tej okazji i u mnie pojawiają się bąbelki i róż :)


niedziela, 1 grudnia 2013

Pierwsza rocznica bloga


Coś takiego! 27 listopada minęła rocznica mojego pierwszego wpisu na blogu.

Po roku istnienia w blogosferze jestem bardzo zadowolona z tego, co udało mi się osiągnąć. Blog był pomyślany jako pamiętnik lektur. I tak był do niedawna prowadzony, że zapisywałam w nim wszystkie swoje większe lektury. Dzięki tamu wiem, że przeczytałam  w tym okresie 111 książek, których listę umieszczam w zakładce Autorzy A-Z. Dopiero od miesiąca zdecydowałam się na inną taktykę. Część książek, które nie są porywające, ciekawe albo wartościowe, po prostu godne wyróżnienia, pozostawaim poza listą i poza blogiem. Szczególnie te, które porzucam w trakcie lektury.

Staram się w swoich postach wspominać też przyczyny, te poważne i te mniej, dla których sięgam po te, a nie inne książki. Uważam bowiem, że lektura to wybuchowa interakcja pomiędzy czytelnikiem a książką, z czego zmienną pośredniczącą o kluczowym znaczeniu są okoliczności, w których czytelnik sięga po daną pozycję. 

To jest właśnie prywatna historia czytania, pokazująca bardziej czytelnika niż "czystą" literaturę. A to było zawsze moją intencją blogerską.

Wspaniałym doświadczeniem okazał się udział w kilku wyzwaniach czytelniczych. Moje podejście ewoluowało od niezrozumienia sensu wyzwań, przez zachłanne rzucenia się w wir, aż po eliminację tych, które mnie zbyt ograniczały. Najbardziej pouczające okazało się dla mnie wyzwanie Z półki 2013. Dzięki niemu przeczytałam 30 książek kupionych przed 1 stycznia 2013. Dzięki wyzwaniu Z literą w tle co miesiąc musiałam przejrzeć moje półki jeszcze dokładniej. A to doprowadziło mnie do dostrzeżenia osiągnięć niektórych wydawnictw, których książki były dla mnie bardziej pociągające niż inne. W ten sposób wpadłam na myśl o czytaniu seriami. Stworzyłam swoje własne wyzwanie Czytamy serie wydawnicze..., które znalazło grono zwolenników. 

Generalnie wniosek jest jeden. Czasu jest coraz mniej, a książek... nie ubywa. W moim przypadku wręcz przybywa. W tym roku kupiłam ponad 150 nowych. W tym czasie około 200 oddałam do bibliotek. Sprzątając mieszkanie teściowej - polonistki - dotarła do mnie niechciana prawda, że książki, które  gromadzimy... OK, ktorę ja gromadzę... poza mną nie znajdą już nigdy innego czytelnika. Never ever... Dlatego będę systematycznie wyrzucać i ja.

Na koniec coś pozytywnego i mniej bulwersującego. Uwielbiam buszować po Waszych blogach. Z czasem coraz rzadziej komentuję, bo nie zawsze mam coś istotnego do powiedzenia. Ale jestem bardzo wdzięczna blogerom, pozwalającym zajrzeć mi w swój świat. Blogi skupiające się na promowaniu książek w necie odpuszczam sobie.

Na koniec pragnę podziękować moim czytelnikom. Zaglądajcie do mnie w wolnej chwili :)

niedziela, 6 października 2013

Obstawiam nagrodę Nike 2013

Wybrani przez jury finaliści NIKE 2013 to:
- „Ciemno, prawie noc”, Joanna Bator, W.A.B., Warszawa (powieść);
- „Patrz na mnie, Klaro!”, Kaja Malanowska, Krytyka Polityczna, Warszawa (powieść);
- „Noc żywych Żydów”, Igor Ostachowicz, W.A.B., Warszawa (powieść);
- „Morfina”, Szczepan Twardoch, Wydawnictwo Literackie, Kraków (powieść);
- „Mokradełko”, Katarzyna Surmiak-Domańska, Czarne, Wołowiec (reportaż);
- „Bach for my baby”, Justyna Bargielska, Biuro Literackie, Wrocław (tom poetycki);
- „Przygody na bezludnej wyspie”, Maciej Sieńczyk, Lampa i Iskra Boża, Warszawa (komiks).



Mój wybór to "Ciemno, prawie noc" Joanny Bator. 

No, ale nie przeczytałam dotąd ani "Morfiny", ani "Nocy żywych Żydów", ktorym też daję duże szanse. Trzeba to nadrobić.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Co ma wybuch wulkanu do literatury?

Dzisiaj poczytałam sobie dodatek GW AleHistoria. W artykule Rok czerwonego śniegu Sebastian Duda pisze o  zaskakujących następstwach wybuchu wulkanu na indonezyjskiej wyspie Sumbawa w 1815 r. 

Mowa jest o anomaliach pogodowych w 1816 roku: mrozach w Europie w czerwcu, śniegu w sierpniu i czerwonych mgłach nad Nowym Jorkiem.

Ale przeczytałam tam też historię o tym,jak to w 1816 roku lordowi Byronowi przebywającemu w Szwajcarii ogromnie owe anomalie pogodowe dokuczały. Zimno i ciągly deszcz zmusiły go do przesiadywania w domu. Z nudów zaprosił wówczas,oprócz swojego lekarza J. W.Polidoriego, także Percy'ego Shelleya i jego narzeczoną Mary Wollstonecraft Godwin. Zabawiali się oni wymyślaniem historii z kategorii tych mrożących krew w żyłach. I tak powstał "Frankenstein, czyli nowy Prometeusz" autorstwa Mary Shelley oraz zapoczątkowany został nurt powieści gotyckiej z wampirami w roli głównej autorstwa J.W. Polidoriego. 

Czytam na koniec: Dzieła Mary Shelley i Johna Polidoriego są pewnie najtrwalszym w kulturze śladem feralnego "roku bez lata".

Literatura jest ważna. Jakość literatury się liczy. To mówi nam historia.