Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rynek książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rynek książki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 sierpnia 2015

Z punktu widzenia nowoczesnego przedsiębiorcy o rynku książki w Polsce

Tekst Piotra Podsiedlika "NIE dla ustawy..." zamieszczony na portalu lubimyczytać.pl jest moim zdaniem jedną z wnikliwszych analiz funkcjonowania rynku książki w Polsce.


Autor opisuje książkowy świat z punktu widzenia przedsiębiorcy operującego na tym rynku. Samo to jest już wartością. Bo zwykle teksty o książkach są pisane przez ich czytelników. Jest to cenny punkt widzenia - punkt widzenia klienta, mój punkt widzenia  :) - ale nie jedyny punkt widzenia.  Tworzymy bowiem ekosystem: my - kupujący i oni - tworzący, produkujący, dystrybuujący i sprzedający.

Podam przykład na to, że trzeba słuchać także sprzedawców, przedsiębiorców, nie tylko klientów. Przypomnijcie sobie wypowiedź Henry'ego Forda, tego od fabryk samochodów: "Gdybym pytał klientów, co chcieliby, to odpowiedzieliby mi, że szybszego konia." Podobnie, gdy w branży butów do biegania - zapytano klientów warszawskich, gdzie chcieliby nowego sklepu ze sprzętem do biegania, odpowiedzieli, że koniecznie w Arkadii i nigdzie indziej. Ale wszystkie sklepy specjalistyczne, które próbują swoich szans w galeriach handlowych regularnie padają - nie wytrzymując konkurencji z Intersportem i inymi sieciami oraz surowych wymagań centrum handlowego, itp.

Podsumowując, to co dzieje sie na rynku ksiązki jest - jak na każdym innym -  zmienne, zależne od wielu czynników, w tym przede wszystkim od popytu, a jego gracze - producenci, dystrybutorzy i sprzedawcy oraz  klienci stale dostosowują się do swoich wzajemnych potrzeb i możliwości. Tak działają prawa rynkowe w liberalnej gospodarce. I nikt nie wymyślił nic lepszego. Jeśli  chodzi o książkę, nic już nie odwróci trendu przeniesienia się sprzedaży kiążek do internetu. Księgarnie muszą się jakoś - JAKOŚ - do tego dostosować. I robią to.

Podsiedlik postuluje, żeby nie grzebać w tym procesie.

Tymczasem na rynku książki, wraz z ustawami go regulującymi - pojawił się kolejny, uprzywilejowany interesariusz - państwo.

Posiedlik pisze - opierając się na faktach i myśleniu racjonalnym, a nie emocjach - POPIERAM!!! - jakie efekty przyniosła już ustawa o darmowym podręczniku. Na tej podstawie i na podstawie znajomości praw rynkowych analizuje możliwe scenariusze po wprowadzeniu ustawy o stałej cenie. Punkt po punkcie rozważa obietnice interweniującego państwa. Pisze to człowiek prowadzący firmę, wydawnictwo, które zapewne przetrwa. Dobry standing finansowy, dobre zarządzanie, dobry towar, dobra sieć dystrybucji - tacy zawsze przetrwają i będą sprzedawać w niszy, jaką będzie rynek książki jakościowej.

Ludzie będa czytać książki zawsze, będzie ich tylko bardzo niewielu, a książka o walorach intelektualnych, a nie rozrywkowych stanie się dobrem luksusowym, dostępnym w księgarniach niszowych. Stanie się to zapewne w ciągu kilku najbliższych lat.

Wniosek główny jest taki: ustawa o stałej cenie książki prze 12 miesięcy mogła pomóc, i pomogła w wielu krajach, ale 30 lat temu. Tam czytelnictwo ocalało, a wraz nim rynek książki. U nas, w 2015 roku, wprowadzenie na rynku sztywnych praw ustawowych nie pomoże czytelnictwu. Rozreguluje rynek. Utrudni gospodarkę towarową, zaburzy płynność finansową, a problemu i tak nie rozwiąże. Bo problemem jest zanik czytelnictwa.

Żadna cena, naprawdę ŻADNA CENA NIE ZACHĘCI DO CZYTANIA kogoś, kto nie czyta.

Polecam.



sobota, 28 marca 2015

Nowy typ księgarni w Polsce - księgarnie niszowe, klimatyczne, inne niż sieciówki


Księgarnia Młoda na pl. Szczepańskim w Krakowie

Książka jako produkt zmieniła ostatnio swój status. Kiedyś była niczym chleb powszedni, wszeobecna. Teraz stała się produktem dla wybranej grupy, produktem specjalistycznym. Jest to równoznaczne ze zmianą modelu biznesowego w tym segmencie sprzedaży. 

W sieciówkach będą sprzedawać się tzw. bestsellery, książki z jakiegoś powodu znane. Produkty bardziej wyrafinowane są rozproszone w internecie, a w księgarniach schodzą do "podziemia". Czyli żeby zobaczyć fizycznie książkę wyższych lotów, np. nowinkę literatury naprawdę pięknej, trzeba będzie jechać do księgarni niszowej. 

Rynek księgarski, tak jak inne rynki produktów specjalistycznych, reaguje naturalnie reorganizacją. Mały obrót zabija małe punkty sprzedaży, więc: w 2014 roku zniknęło 700 małych księgarni. Inne księgarnie połączyły się, żeby móc obniżyć koszt zakupu książki od dystrybutora, łatwiej się promować, podnieść rozpoznawalność marki, lepiej wykorzystać ją w internecie.

Inne księgarnie uzupełniają swoją ofertę o inny asortyment, często lifestylowy. Chodzi o modę, dizajn, social life (kawiarnie).

Linkuję TU artykuł z przykładową listą księgarni, które można nazwać niszowymi z kilku powodów: 
  • doboru asortymentu - czyli tytułów, wydawnictw, 
  • przemyślanej koncepcji dotyczącej grupy docelowej 
  • specyficznego typu zarządzania "doświadczeniem klienta" 
  • wizualnych atrybutów niszowości. 


Z wymienionych w artykule najbardziej lubię Czułego. Brakuje mi: z księgarni warszawskich Tarabuka, nowego miejsca - Dwóch Sióstr, oraz księgarni w CSW Zamek Ujazdowski, a z krakowskich mojej ulubionej księgarni z pięknymi książkami o sztuce, architekrze i kulturze, z przyjemnym wnętrzem, i świetną literaturą dla dzieci, oraz przy okazji z dobrym jedzeniem, czyli Bony w Krakowie.

Jakie są Wasze typy?


poniedziałek, 2 lutego 2015

Wydawnictwa upadają, rynek książki się kurczy


Według szacunków Polskiej Izby Książki po wprowadzeniu w pełni zmian - rządowego podręcznika - rynek wydawnictw edukacyjnych skurczy się nawet o 350 mln zł. Szacunki PIK mówią, że pracę w branży stracić może 5-6 tys. ludzi. Dla księgarń i wydawnictw może to oznaczać falę bankructw.

Zawdzięczamy to bezmyślnemu, populistycznemu interwencjonizmowi państwowemu wprowadzającemu tzw. "darmowy" podręcznik.

Bo koszty są. Krach rynku wydawniczego i księgarskiego. Znikanie firm. Znikanie miejsc pracy. W zamian nauczyciele, dzieci i rodzice dostali niechciany prezent niskiej jakości.

Więcej TU

sobota, 24 stycznia 2015

Czytelnictwo w Polsce AD 2014 albo "smutek tropików"


Opublikowano wyniki badań czytelnictwa w Polsce za ostatnie dwa lata. 
Cały raport Instytutu Książki 


Polacy czytają. Ale się nie zaciągają!
Liczba czytających regularnie (7+ książek rocznie) spadła z 22% w 2002 do 11% w 2014.

Polacy "nie lubią" czytać.
Nie czyta w ogóle 58% Polaków.

Czytanie "szkolne", czyli czytanie z przymusu, bez zrozumienia, bez sensu
Fakt, że co czwarty uczeń i student nie zmierzył się w ciągu roku poprzedzającego badanie z żadną lekturą w całości, świadczy o sile tzw. czytania szkolnego. Zjawisko to polega na czytaniu z obowiązku: tego, czego się wymaga, i w takiej objętości, by z tego obowiązku się wywiązać. Po zakończeniu edukacji czytelnicy szkolni przestają sięgać po książki.
[...]
W stosunku do 2012 roku, w roku 2014 zmieniła się struktura osób, które znalazły się w grupie nieczytających. O ponad 11 punktów procentowych wzrósł odsetek tych, którzy twierdzą, że książki czytali tylko w trakcie nauki w szkole lub na studiach, proporcjonalnie zmalała też grupa respondentów deklarujących, że lekturę książek zarzuciły dopiero ostatnimi czasy. O ile więc czytanie książek jest wpisane w proces kształcenia (choć w dalszym ciągu ponad 14% twierdzi, że było w stanie ukończyć szkołę bez czytania książek), to po jego zakończeniu lektura książek staje się aktywnością specyficzną dla pewnych grup i kategorii społecznych. Jak widać, bez domowej socjalizacji czytelniczej w dzieciństwie oraz, później, mobilizującego do czytania wpływu rodziny, kręgów przyjacielskich i zawodowych, szkoła nie jest w stanie samodzielnie wykształcić trwałych nawyków czytelniczych.

"Cała Polska czyta dzieciom" i co z tego?
Jednak samo czytanie dzieciom [w domu] nie wystarczy. Dwóm trzecim respondentów czytano w dzieciństwie, a pomimo tego obecnie prawie połowa z nich nie czyta książek.

Co piąty z nas nie czyta i pewnie nie jest w stanie tego zrobić.
Jedna piąta Polaków powyżej 15. roku życia znajduje się poza kulturą pisma: nie tylko nie czytają oni regularnie dłuższych tekstów, ale także nie sięgają do książek ani gazet choćby raz do roku.

Książka nagrodzona NIKE? A co to jest?
Autorzy cenieni najwyżej przez krytykę, czytywani są przez nielicznych. Książki laureatów polskich bądź międzynarodowych nagród literackich z ostatnich dwóch dekad stanowią w wyborach czytelników rzadkość – ich łączna popularność w 2014 roku była mniejsza niż poczytność Henryka Sienkiewicza. Obieg książki uznanej przez krytykę jest zbyt wąski, by uchwycić go w ogólnopolskim badaniu sondażowym.

Wąskie horyzonty
Życie towarzyskie statystycznego Polaka nie toczy się wśród książek. Rozmowy o ostatnich lekturach, wymienianie książkowych podarunków, poszukiwanie informacji o książkach w prasie lub internecie to zjawiska mało rozpowszechnione, co bynajmniej nie prowadzi do wniosku, że dla kultury książki nie mają one żadnego znaczenia. Aby jednak ta kultura była żywa, literatura musi chociaż od czasu do czasu stawać się częścią zbiorowego doświadczenia – tematem rozmów towarzyskich, przedmiotem rekomendacji, a sama książka – darem.

Książka w prezencie od analfabety? 
Osoby, które nie przeczytały w ciągu ostatniego roku żadnej książki, stanowią 11% grupy obdarowanych i aż 35% - darczyńców.

Liczą się opinie amatorów.
Opinie zawodowych recenzentów: krytyków i dziennikarzy, liczą się tylko dla mniej niż co trzydziestego respondenta

Grunt to rodzinka
Regularni czytelnicy książek w rodzinie mają przeważnie regularnych czytelników, zaś osoby nieczytające – w 84% dzielą ten nawyk ze swoimi najbliższymi. Czytamy bądź nie czytamy zazwyczaj całą rodziną.

Czytanie niedługo będzie zajęciem niszowym. 
Instytucje edukacyjne nie tworzą trwałych podstaw tego, co moglibyśmy określić mianem czytelniczego superego. Bez przeciwdziałania instytucji państwa, w tym zwłaszcza szkół różnego szczebla, czytanie książek stanie się praktyką w podobnym sensie stanową (elitarną?) jak picie starego wina czy jazda konna.

sobota, 29 listopada 2014

Które książki TY wskażesz jako lektury dla szkoły podstawowej?

Jest okazja wpłynąć na poziom czytelnictwa w Polsce. Możesz wskazać książki, które powinny być brane pod uwagę jako lektury szkolne w podstawówce. Czyli wartościowe, dobre, przyjemne do czytania dla dzieci ok. 6-12 lat.

Na stronie Ministerstwa Edukacji Narodowej znajdziesz e-formularz, w który można wpisać 5 propozycji.

Mój wybór to:

Baśnie z dalekich mórz i oceanów Wanda Markowska, Anna Milska
Dzieci z Bullerbyn Astrid Lingren
Dynastia Niziołków Joanna Olech
Ci z Dziesiątego Tysiąca Jerzy Broszkiewicz
Piętnastoletni kapitan Jules Verne


Z tej listy pozycje 1., 4. i 5. to były hity mojego dzieciństwa, Dzieci z Bullerbyn i Piętnastoletni kapitan miałyby stanowić pomost międzypokoleniowy. Dynastia Niziołków to z kolei jedyna książka, ktorą z radością przeczytał mój dyslektyczny syn. A jeśli on dał radę, to każdy da.

A co Ty wybierzesz?

TU znajdziesz omówienie wyników badań czytelnictwa uczniów do 12 r.ż. przeprowadzonych przez Instytut Badań Edukacyjnych.

Nieczytający
Podobną tendencję widać także w powiększającym się odsetku uczniów, którzy w ogóle nie czytają książek. A są to dzieci, które zaprzeczyły, by czytały książkę jakiegokolwiek rodzaju – powieść, tom wierszy, komiks, poradnik, atlas, słownik, encyklopedię – i to niezależnie od tego, czy w wersji papierowej czy elektronicznej.
Wśród szóstoklasistów żadnych z wymienionych rodzajów książek nie czyta 5 proc.

czwartek, 16 października 2014

Nike w dyskoncie... Nie, nie buty sportowe, tylko Nagroda Literacka Nike

Edit: Znalazłam zaskakującą informację o wprowadzeniu do sprzedaży w Biedronce książek nagrodzonych Nike. Czy Polacy kupią Pilcha, Karpowicza albo Bator w Biedronce? Choćby i za połowę ceny? Odpowiedź na to pytanie jest dość jasna. Nie kupią. Bo jak ślicznie ujął to autor tekstu: Problem jednak w tym, że popyt na książki nad Wisłą jest bardzo słaby.

Z czego się wziął taki szatański pomysł dyskontu? Przecież nie z miłości do literatury wysokiej. Może chodzić tylko o zysk albo o wizerunek, ktory ma się przełożyć na zysk.

Skoro nie ma popytu "nad Wisłą" na literaturę wysoką, to nie chodzi o prosty zysk. Czyżby to byla więc kolejna próba odróżnienia się od konkurencji (My nie jesteśmy już dyskontem jak L. Jesteśmy normalnym sklepem dla klasy średniej.) i sięgnięcia po klientów bardziej zasobnych w kasę, którzy podobno wstydzą się tam zaglądać?

Czy Polacy to kupią?

Jeśli TAK, to księgarnie mogą nie znieść tego dumpingu cenowego. Konsekwencją będzie to, że Biedronka zabierze prawdziwym ksiągarzom dochód z Karpowicza, Pilcha i Bator. W rezultacie Biedronka się nie wzbogaci, ale... małe księgarnie mogą nie przetwać i upadną.  Naprawdę nie ma się z czego cieszyć. Jest to typowy proces znany z innych branż, kiedy to wielki gracz wchodzi na rynek i w ciągu roku zmiata z powierzchni ziemi małe firmy, prowadząc z nimi nierówną walkę cenową. W takiej walce małe księgarnie nie mają  szans. One zapewnie kupują wymienione tytuły drożej niż tamci je sprzedają... Oczywiście klienci mogą zechcieć 'przyoszczędzić' i będą teraz czekać na 'okazję' w Biedronce. W efekcie po roku nie ma małych księgarń, małych spożywczaków na rogu, małych sklepów specjalistycznych. Książki można kupić już tylko w sieciówkach, internecie i Biedronce z drucianego kosza... Podobnie jak chleb, wędlinę, warzywa czy buty do biegania. Wszystko jest trochę niższej jakości, ale do czego to się człowiek nie przekona, kiedy może mniej zapłacić...
.
Jeśli NIE, to zapewne nie pojawią się w sieci B. zapowiedziane na końcu tekstu audiobooki polskich komiksów...?!

Ale to już chyba żart na całego? Jak można zrobić audiobooka z komiksu?!


piątek, 3 października 2014

Uprasza się uprzejmie...

Uwaga, poniższy tekst naznaczony jest pesymistycznym widzeniem świata... Uprasza się o nieczytanie tego postu przez osoby sentymentalne i delkatne z natury.

Jestem właśnie po lekturze wywiadu Lidii Ostałowskiej z Piotrem Mieśnikiem Byłem hieną tabloidową w Dużym Formacie. 

Wywiad Ostałowskiej pokazuje, do jakich zniszczeń w psychice może doprowadzić praca w tabloidzie. Wymaga ona codziennego godzenia się z tym, że masywnie oszukuje się ludzi, manipuluje nimi, co w tamtejszym slangu określane jest jako 'naruchanie targetów''. [Żyliśmy z targetu], ale w przeświadczeniu, ze nie musimy go szanować, bo robimy tak smaczne gówno, że i tak to łyknie.'

Żeby wykonywać dzień w dzień taką pracę, zatrudnieni w szmatławcach (bo nie nazwę ich dziennikarzami) wytwarzają sobie system obronny, który pozwala im kłamać, fantazjować, wykorzystywać naiwnych, bo "to się klika, aż na wykresach robi się czerwono". 
'- A fakty?
- Są bez znaczenia?'
'Wystarczy duża doza bezczelności, staranne rozpracowanie tematu, dobra legenda i można robić takie rzeczy, że strach.'
I najważniejsze: "Chodzi zawsze o to, żeby 'zagospodarować złe emocje'. 

Ale ja nie o tym chciałam. Tak naprawdę to chcę tu zawrzeć moje przemyślenia po lekturze artykułu Mileny Rachid Chehab Reckę napisałaś miodzio. Między tymi tekstami jest, według mnie, związek. Jaki? 

 Mam w stosunku do tekstu Recki bardzo mieszane uczucia, wręcz odczuwam jakiś wewnętrzny dysonans. Końcowa część tego tekstu  jest wartościowa, przypomina inne 'pisane ręką' Mileny R. Chebab, których sporo przeczytałam. Jest sensowna, mająca jakiś zrozumiały przekaz. Wskazuje na pozytywne wzorce życia blogerskiego, dobre blogi, podkreśla mimo woli to, co najważniejsze i cenione przez odbiorców blogów książkowych: rzetelność i uczciwość w ocenie książek. I że subiektywizm nie jest tu wadą. Po prostu jest wpisany w tę formułę. 

Reszta tekstu stawia tezę o wewnętrznych napięciach w sferze blogerskiej. Jednak sprawia wrażenie napisanego w innym - tabloidowym stylu. Chcę głośno zakrzyknąć. Autorko, Gazeto, nie idźcie tą drogą!

Po przeczytaniu wyiadu Ostałowskiej wyobraźnia podsuwa mi następujący obrazek. Przychodzi mail od redaktora dnia o treści: "Milena, napisz coś dla targetu, walnij jakieś zdanie na początek, żeby target pomyślał, że bedzie się lała krew, albo co najmniej będziemy się naśmiewać z co poniektórych. Zrób tak, żeby ludzie stanęli naprzeciwko siebie i trochę na siebie popluli. "Target jest głupi i tak to kupi. Będzie szczęśliwy, że w ogóle o nich napisaliśmy." 

I proszę bardzo, dostajemy na początek zdanie: ''Blogerzy piszący o książkach zdają sobie sprawę, że reszta blogerskiego światka ma ich za prawdziwych frajerów.' Cudowny wstęp - merytoryczny, miły, adekwatnie nawiązujący do sympatyczneg,o zdaje się, spotkania w AGORZE! A dalej - coś co odbieram jako dalszą próbę szczucia, a co najmniej popsucia komuś dobrego nastroju przez nieuprawnione, nielogiczne i nieuzasadnione porównanie blogerów książkowych z szafiarkami. Coś w rodzaju: A słyszałeś, że ci, co jedzą śliwki, to mówią 'idioci' na tych, co jedzą jabłka? Nie, nie słyszałam, bo w maglu zatykam uszy!

Nawet sam tytuł, infantylny greps z blogów młodych dziewczyn, wybrany został, no po co? Przecież nie po to, żeby podkreślić jego rzeczywistą reprezentatywność, wybitne walory poznawcze czy głębokie sensy. Ma za zadanie ironicznie scharakteryzować grono blogerskie jako pretensjonalne i infantylne. To też nazywam stylem tabloidowym. Bo przecież artykuł ten jest czytany właśnie przez nas, blogerów ksiązkowych, w tym te młode, ośmieszone tutaj dziewczyny. Czyli chodzi o to, żeby chociaż trochę napsuć krwi... Bo wtedy ktoś o tym napisze (jako i ja piszę:))) Przypomina mi się podobnie niejasny i lekko makiaweliczny artykuł z prasy biegowej mający zachęcać do ciężkich treningów, a zatytułowany tyż piknie: Ultramaratończycy to cieniasy.

Dalej, zgodnie z zapotrzebowaniem na tabloidowy kontent, następuje litania wzajemnych skarg blogerów na wydawców, wydawców na blogerów. Trochę jak w artykule Ostałowskiej: '[...] dwie strony konfliktu ustawione naprzeciwko siebie i dla dramatyzmu oddzielone policyjnymi taśmami. ' Tutaj też pojawia się dokładnie taki tabloidowy ton. Opierający się na zaciemnianiu sytuacji i unikaniu jakichkolwiek prób wyjaśnienia tej prostej w końcu relacji, jaka wiąże blogerów przyjmujących książki od redakcji i wydawnictw. 

[Tu dygresja pasująca do tego posta jak pięść do nosa. Czytacie ją na własną odpowiedzialność: 


Nawet i w tekście Recki, niestety przelotnie, pojawia się stwierdzenie, które dokładnie i prosto z mostu wyjaśnia, jak rzecz wygląda z punktu widzenia rynku książki: Książka podarowana to książka recenzencka i musi na siebie zapracować. Czyli wydawca przekazuje wybranym przez siebie blogerom książki (jako pseudo-wynagrodzenie za recenzję) i robi to tak długo, jak długo oni je u siebie recenzują, gwarantując przy tym wydawcy wzrost klikalności. Tak to jest, choć mało który bloger przyznaje wprost, że bierze udział w łańcuchu promocji książki czy wydawnictwa. Dla pełnej jasności - moim zdaniem, nie ma w tym nic zdrożnego, jeśli obie strony uznają to za obopólnie korzystne.]

Na koniec pytanie: Czy już tylko na takie dziennikarstwo możemy liczyć? Pośpieszne i pogrywające z czytelnikiem? Proszę teraz o coś nietabloidowego.


Edit: Pragnę dodać, że czytam Gazetę Wyborczą codziennie od 25 lat i właśnie dlatego stosuję wobec niej zasadę: "kochaj i wymagaj".

.




środa, 1 października 2014

Nagroda Nike - zawsze w pierwszą niedzielę października

Niedługo zostanie przyznana doroczna nagroda Nike. Po raz 18. Moim faworytem był Myśliwski. Ale odpadł, jak się dopiero teraz dowiedziałam... Wybieram więc Modzelewskiego. Już trochę czytałam jego "Kobyłę". Jest tego warta. :)

Oto  wszyscy kandydaci. Ku pamięci:

Źródło: wyborcza.pl

Powieści

Justyna Bargielska "Małe lisy" (Czarne, Wołowiec)
Brygida Helbig "Niebko" (W.A.B., Warszawa) 
Ignacy Karpowicz "ości" (Wydawnictwo Literackie, Kraków) 
Wiesław Myśliwski "Ostatnie rozdanie" (Znak, Kraków) 
Łukasz Orbitowski "Szczęśliwa ziemia" (Sine Qua Non, Kraków) 
Jerzy Pilch "Wiele demonów" (Wielka Litera, Warszawa) 
Paweł Potoroczyn "Ludzka rzecz" (W.A.B., Warszawa) 
Patrycja Pustkowiak "Nocne zwierzęta" (W.A.B., Warszawa) 

Tomy poetyckie

Wojciech Bonowicz "Echa" (Biuro Literackie, Wrocław) 
Darek Foks "Rozmowy z głuchym psem" (Dom Literatury w Łodzi, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi) 
Szymon Słomczyński "Nadjeżdża" (Biuro Literackie, Wrocław) 
Xawery Stańczyk "Skarb piratów" (Lampa i Iskra Boża, Warszawa) 
Marcin Świetlicki "Jeden" (EMG, Kraków) 
Reportaże

Wacław Radziwinowicz "Gogol w czasach Google'a" (Agora, Warszawa) 
Małgorzata Rejmer "Bukareszt. Kurz i krew" (Czarne, Wołowiec) 
Ziemowit Szczerek "Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian" (Korporacja Ha!art, Kraków) 

Tomy eseistyczne

Andrzej Stasiuk "Nie ma ekspresów przy żółtych drogach" (Czarne, Wołowiec) 
Piotr Szarota "Wiedeń 1913" (słowo/obraz terytoria, Gdańsk) 

Autobiografia

Karol Modzelewski "Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca" (Iskry, Warszawa) 

Dziennik

Jerzy Pilch "Drugi dziennik" (Wydawnictwo Literackie, Kraków) 



PS. Mam nadzieję, że ta idiotyczna historia z Karpowiczem, Dunin i Kurkiewiczem nie przesłoni sensu nagrody.

sobota, 20 września 2014

Z dziećmi do Arkad Kubickiego na Festiwal Książki 'Czytajmy'


Powśle co weekend przyciąga mnóstwo ludzi. Przy okazji warto wpaść do Arkad Kubickiego na I Festiwal Książki dla Dzieci i Młodzieży „Czytajmy”.

Byłam tam w piątek. Na razie jest to skromne przedsięwzięcie. I wiadomo, że kiedy nie ma tam dzieci - a prawie ich nie było  :( impreza wygląda standardowo (stoiska książkami, same miłe panie między 25 a 40 rokiem życia). Mało życia :)

Wygrzebałam coś w antykwariatach. Kupiłam kilka książeczek w twardych okładkach dla moich małych wnuczusiek, w tym angielskojęzyczne.





Było trochę ciekawych serii dla dzieci szkolnych. Jednak wiekszość książek na stoiskach nie nadawała się do wzięcia do ręki. Ilustracje bywały wprost obrzydliwe... 

Zwrócił moją uwagę niemal brak książek młodzieżowych - dla gimnazjalistów. A przede wszystkim całkowity brak wznowień klasyki: Bahdaja, Niziurskiego, Broszkiewicza, Siesickiej. Ja tego nie rozumiem. Klasycy powieści brytyjskiej? Alicja i Kubuś. Oni są ciągle wydawani na nowo!




Ciekawostka. Ilustracje:Tove Jansson

A co ze sztuką ilustratorską! Gdzie Szancer? Gdzie młodzi ilustratorzy? Polska szkoła ilustracji dziecięcej znana na całym świecie?


Seria Cacko z dziurką

Gdzie fantastyka, fantasy, powieść przygodowa, historyczna? Baśnie, bajki, baśnie etniczne? Książki o sztuce? O zwierzątach? O dawnych kulturach? Klasyka polska? Trylogia Sienkiewicza w dziesiątkach wydań? Komiksy!!!


Zuzanna Orlińska 'Cierpienia sięciolatka', Wyd. Literatura 



Dlaczego? Dlaczego ten Festiwal jest taki mizerny? Idźmy tam z dziećmi i wprowadźmy trochę życia :)

I podstawowe pytanie, skoro nie było tam nawet jednego dziecka... Gdzie są młodzi czytelnicy? Czy są młodzi czytelnicy w ogóle?

PS. Ostatnio najpiękniejsze książki dla dzieci widziałam na stoisku wydawnictwa Bona w Krakowie.



Wydawnictwo Bona, Il. Roberto Innocenti







piątek, 30 maja 2014

Wizyta w Czarnem

Dzisiaj od 15 do 19 Dział Promocji wydawnictwa Czarne czyścił swoje magazyny na Andersa (przenoszą się na Hożą). 

Na III piętrze kamienicy w długim i ciemnym pomieszczeniu zastałam kupę młodych ludzi, a na stołach książki za 1/3 ceny, książki po 5 zł, książeczki gratis i audiobooki za grosze.

Zrobiłam więc sobie prezent na Dzień Dziecka.

Edit. Z innej beczki. Dzisiaj na spacerze powróciła do mnie pewna myśl. Wczoraj w biurze Czarnego widziałam  wielu ludzi przed 30tką.  Jednak coś w ich zachowaniu mnie zaskoczyło... W czasie, kiedy tam byłam, 2 osoby realnie dokonywały zakupu ksiązek. Poza tym oprócz 3 dziewczyn sprzedających były ze 4 osoby przeglądające książki. I z 10 osób... nie wiem co robiących? Ludzie ci siedzieli na stołach, krzesłach, podpierali ściany. Każdy z osobna patrzył w swój telefon. Rozglądali się. Wyglądali jakby na coś czekali. Ja wpadłam tam w czasie przerwy w pracy, bo też mam biuro na Muranowie. Oni siedzieli tam, bez ruchu w piątek o 16. Mieli czas, brakowało tylko kelnerki z kawą... i kurczę, dziwnie się czułam, błyskawicznie skanując tytuły, żeby znależć te, o które mi chodziło. (Nie było niestety żadnej z biografii, a chciałam Ben Guriona...) Nie wspomnę już o fakcie, że byłam tam najstarsza...

W domu podzielilam się tym dziwnym wrażeniem, że większość przebywających tam młodych ludzi nie była tak naprawdę zainteresowana książkami..., że byli jakby nieobecni. Trochę jak grupa ludzi czejająca na kogoś na dworcu. Mąż powiedział mi wtedy ciekawą rzecz. Wydarzenie było anosowane na facebooku, prawda? To oznacza, że ludzie przyszli tam, żeby 
a/ napisać na fb, że uczestniczyli, 
b/ spotkać się kimś, kto był w pobliżu 
c/ pobyć w klimatycznym, w pewien sposób wyjątkowycm miejscu, przy wyjątkowej okazji.

Może ma rację. Wielu z nich naprawdę było myślami gdzie indziej i żadne ksiązki nie były im w głowie...

poniedziałek, 26 maja 2014

Co czytasz?: "Inne"

Jakież to książki najchętniej czytamy AD 2014?
Poniżej wersja dla preferujących komunikaty obrazkowe, czyli dla większości.


Ambitna literatura piękna (czyli czytana dla innych kategorii estetycznych niż tylko wartka akcja), reportaże, literatura humanistyczna, eseje? 
Szukaj "na marginesie", w smutnej i nicniemówiącej kategorii inne. 

piątek, 23 maja 2014

5. Warszawskie Targi Książki odwiedzone


Powtórnie WTK na Stadionie Narodowym, który nie kojarzy mi się najlepiej... A to dlatego, że także moje branżowe targi tam się odbywają, a oznaczają one  dla mnie kilka dni piekielnie ciężkiej pracy, której charakteru wyjątkowo nie lubię. Księgarze, których widziałam na Targach też nie wyglądali na wypoczętych :) Bo było 29 stopni Celsjusza w cieniu, proszę państwa.

Na szczęście mąż nie zrejterował, pomimo, że to piątek po południu i powrót na drugi koniec miasta zapowiadał się z góry jako koszmar. Bibliofilia to wymagająca choroba...

I tylko ona uzasadnia dla mnie sens odwiedzenia takich targów. Gorzka to może refleksja, bo chciałoby się powiedzieć, że to było świetne doświadczenie. W rzeczywistości muszę szczerze przed sobą przyznać, że gdyby nie kilkudziesięcioletni nawyk pojawiania się na Targach, to krążenie po koronie stadionu w upale nie miało większego sensu.

Oczywiście odbyło się polowanko, ale po tym, jak nie znalazłam kilku książek, na które liczyłam - tych z mniejszych wydawnictw, zniechęciłam się, nawet więcej niż trochę. Powiedziano mi, że oferta wydawnictwa musi być zaprezentowana wybiórczo i nakierowana na nowości. Zapewne powodem tej selekcji jest cena metra kwadratowego stoiska i jego obsługi. Stąd nie udało mi się kupić nic z serii orientalistycznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Za to ładnie się pokazało Centrum Manggha. 


Poza tym nie zdziwi was to, że wszystko, co znalazło się na Targach jest do kupienia nawet z większymi upustami cenowymi przez Internet. Czyli mniejsze wydatki nie są na pewno poważnym powodem do wybrania się tam. Szczególnie, jeśli czyta się literaturę popularną. Ci czytelnicy kupują być może często, ale tylko tanio. Ja nie zauważyłam jakichś znaczących wyprzedaży. 

Między stoiskami krążą za to fani-specjaliści. I Ci rzeczywiście mogą coś skorzystać. Tak jak ja z japońszczyzną, czy książkami z dobrą ilustracją dziecięcą. To mój ukochany Krecik na półkę przygotowywaną dla wnusi.



Znajdą też coś dla siebie miłośnicy typografii, czy wielbiciele sztuki przeglądający na żywo albumy ARKAD. Oraz łowcy autografów. 

Widać też, że kupowane są książki uznane czy nagradzane. Ja sama kupiłam książkę Filipa Springera o małżeństwie Hansenów. Uważam, że rok 2013 to był w Polsce rok właśnie Filipa Springera. Z nowości książkę o Broad Peak Hugo-Badera.


A "Cyklistów" kupiłam dla naszego syna. Wydawnictwo KARTA robi niesamowicie dobrą robotę. Rozmowa z ich przedstawicielem na stoisku to była przyjemność. Podobnie było na stoisku wydawnictwa Karakter. Niestety to była rzadkość, bo coraz więcej wydawnictw reprezentowanych było przez... magazynierów. Ich wiedza i umiejętności ograniczały się do nabijania sumy na kasę fiskalną. Rozmowy branżowe, które toczą się na Targach też czasmi zaskakiwały mnie swoją banalnością: 

- O cześć, co tu robisz? 
- Sprzedaję. 
- A wiesz, że ja akurat odwrotnie. Kupuję. Tonami. Dla Jeronimo Martins.

Czyli dla Biedronki.... Tonami.







poniedziałek, 24 lutego 2014

Ustawa o cenie książki potrzebna jak lodówki na Antarktydzie?

Ustawa o stałej cenie książki jest nam potrzebna tak, jak lodówki na Antarktydzie. Jakie korzyści mają płynąć dla czytelnika i wydawcy z uniemożliwienia sprzedaży książek w sieciach dyskontowych i hipermarketach? Wiadomo przecież, że tego typu placówki mogą sprzedawać towary (w tym książki) wyłącznie w cenach niższych niż gdzie indziej - Empikach, Matrasach czy zwykłych księgarniach. Taki jest bowiem sens ich istnienia. Nie mogąc mieć niższej ceny na nowo wydaną książkę, zastąpią ją innym produktem. Ludzie, których stać najwyżej na wydanie 20-25 zl za książkę i którzy nigdy nie zaopatrują się w nią po cenie Empiku, zwyczajnie zrezygnują z zakupu. Czy w ten sposób ma zwiększyć się czytelnictwo i wzrosnąć sprzedaż? Nonsens widoczny gołym okiem.

Napisał właściciel Wyd. Albatros Andrzej Kuryłowicz w liście otwartym, w którym domaga się publicznej debaty o projekcie Polskiej Izby Książki. Kuryłowicz negatywnie odnosi się do propozycji regulowania rynku książki. 
Dlaczego? 

TU możesz się przekonać.

Zgadzam się z twierdzeniem, że manipulowanie niewidzialną ręką rynku jest ostatecznością, także ekonomiczną, i że trudno przewidzieć wszystkie jego konsekwencje. Jednak, co  w takim razie zrobić, żeby w Polsce wzrosło czytelnictwo i poziom zakupów książkowych do poziomu, ktory pozwoli rynkowi wydawniczemu i księgarskiemu na stabilność finansową? Która z kolei pozwoli na inwestycje w wydawanie i sprzedawanie ambitniejszych książek. One nigdy nie przynoszą wielkich zysków, ale nie powinny przynosić takich strat jak teraz.... 


Jedni chcą walczyć o podaż manipulując ceną, inni z kolei skupiają się na popycie (poprzez wzrost zakupów bibliotecznych). A wszyscy bazują na zakupach bibliofili, którzy kupią, bo są uzależnieni :)


Quo vadis rynku książki w Polsce?




piątek, 21 lutego 2014

Cena książek w Polsce

Polska Izba Książki proponuje uchwalenie ustawy o przeciwdziałaniu cenom dumpingowym książek. 

W opinii Izby Książki ma to paradoksalnie wzmocnić rynek książki. A tym samym czytelnictwo w Polsce.




Na co dzień mam do czynienia z handlem detalicznym, dlatego wiem, że właśnie tak - paradoksalnie - to działa. W dzisiejszych czasach zaczęły bezwzględnie królować sklepy sieciowe, ktore oferują niską cenę, ale kosztem jakości. Małe sklepy oferują wyższą jakość, ale konsekwencją jest sprzedawanie drożej. Wynika to przede wszystkim z faktu, że sprzedają mniej, dłużej to trwa (bo rozmawiają z klientami, a nie tylko podają im towar, albo i to nie), no i kupują swoje produkty drożej (niższa marża jednostkowa), bo mają niższe obroty. Małe księgarnie nie są w stanie konkurować z sieciami lub internetem ceną. Nie ma szans.

Ja też nie mogę sobie pozwolić na regularne kupowanie w małych księgarniach. A w takim MATRASIE kupuję oczywiście POD WARUNKIEM obniżonej ceny. Możliwość zakupu po niższej cenie jest uzależniające. To jasne. Dopóki jest taka możliwość będę z niej korzystać, nawet jeśli mam świadomość, że w dłuższej perspektywie ogałaca to rynek z miejsc, które tak bardzo kocham.

Bo, czy możecie sobie wyobrazić rynek księgarski w Polsce bez księgarni naukowych (moje ulubione w Warszawie  Prus, Liber), specjalistycznych (dopiero co odkryta Bona w Krakowie), czy kawiarni-księgarni (znany i lubiany Tarabuk, Czuły)? Gdzie miałby zaopatrywać się bardziej wyrobiony, bardziej wymagający czytelnik, czytelnik doświadczony, który nie z jednego pieca chleb jadł, chciałam powiedzieć, przeczytał już te kilka tysięcy książek w życiu? 

Poza tym, gdzie wtedy przeglądalibyśmy książki przed zakupem?!

Chcę powiedzieć, że ja także życzę sobie niższej ceny książek, ale nie kosztem jakości. Nie będę kupować, ani czytać byle czego, nawet jeśli taka książka kosztowałby zero złotych. Nawet gdyby mi do jej czytania dopłacili :) 

Zdaję sobie sprawę, że jeśli średni nakład utrzyma się absurdalnym poziomie 2 tysięcy egzemplarzy, to ceny nigdy nie się nie obniżą. A za kilka lat z polskiego rynku znikną moje ulubione wydawnictwa, czyli Karakter, Czarne, Wyd. Dolnośląskie, czy Znak.

Z księgarni zaś pozostaną tylko sieciówki z kolejnym, setnym już wydaniem porno-pseudo-literatury, bo przecież nic innego nie będzie warto sprowadzać i układać w stosach "na sklepie".

Izba Książki mając to na uwadze, proponuje utrzymanie ceny książki przez 12 miesięcy - także w internecie. Ma to wesprzeć wydawców i małych sprzedawców i w konsekwencji zwiększyć jakościową różnorodność produkcji książkowej w Polsce oraz podnieść nakłady z absurdalnie niskiego średniego nakładu 2 tysięcy sztuk do takiego, który będzie rekompensował pracę profesjonalnego tłumacza i redaktora oraz dawał szanse mniejszemu, za to prawdziwemu księgarzowi. Takiemu, ktory nie potrzebuje, żeby mu literować tytuł "Ziemiomorze" (przykład  z dzisiaj!).

Cytat z propozycji Izby Książki:

Zdaniem twórców projektu ustawy do działań, które należy podjąć, aby ratować rynek książki w pierwszej kolejności należą:
- wznowienie intensywnych prac nad wprowadzeniem ustawy o książce;
- lobbowanie na rzecz wspierania rynku księgarskiego - stosowanie preferencyjnych stawek czynszu, zwolnień podatkowych itd.
- zgłaszanie zawiadomień o nieuczciwych praktykach niektórych podmiotów,
a dopiero na ostatnim miejscu lobbowanie na rzecz promowania czytelnictwa!
Link do tekstu TU.
Bo musicie wiedzieć, że mnie też nie przekonał Narodowy Plan Rozwoju Czytelnictwa w Polsce 2014-2020. Opiera się on, o ile dobrze rozumiem te ogólniki, wyłącznie na rozwoju życia bibliotecznego. Po pierwsze twórcy tego planu koncentrują się na już czytających i to tych, którzy regularnie chodzą do biblioteki. Nie dostrzegam tam pomysłu, jak zachęcić małe dziecko do czytania, tak żeby zechciało ono do tej biblioteki pójść. Naturalnymi przewodnikami na drodze do nawyku czytania są moim zdaniem rodzice. O nauczycielach trzeba zapomnieć. Rodzice, którzy powinni sami czytać i mieć książki w domu, tak, żeby w najwłaściwszym momencie po nie sięgnąć i podać dziecku.

Nie ma nic lepszego niż po jakiejś inspirującej rozmowie z dzieckiem móc sięgnąć do biblioteki i powiedzieć: 
"Podobają Ci się kangury córciu? Tu jest to fajna historia o chłopcu i dziewczynce w Australii i jest dużo o kangurach... i dać "Tomka w Krainie kangurów". 
"Obejrzałeś synku film o kradzieży dzieł sztuki? Poczytaj sobie "Pana Samochodzika i Fantomasa". 
"Fascynuje Cię młody człowieku robienie kasy w branży komputerowej? Masz biografię Steve'a Jobsa." 
"Chciałabyś córko więcej wiedzieć o działaniu niewidzialnej ręki rynku i jak się to ma do demokracji? Trzymaj - oto wybór esejów dokonany przez prof. Balcerowicza." 
"Zastanawia Cię Rosja i co to jest dusza radziecka? Bez "Mistrza i Małgorzaty" nie rozbieriosz..."
"Zastanawiasz się, co to za potwór ten gender? Masz mamusiu :) Zobacz, jak o tym piszą w świecie, tam gdzie się go nie boją :)"

Ten moment inspiracji, zainteresowania w dzisiejszych "czasach ADHD" najczęściej bardzo szybko mija...

Dlatego interesuje mnie, żeby ludzie wciąż kupowali książki do własnych bibliotek. Ja chcę kupować książki i chcę, żeby mogli to robić wszyscy ci, ktorzy tego pragną. W wielu krajach rynek książki bywa chroniony w pewnym zakresie. Może to jednak rozważyć, teraz, u nas, w Polsce 2014?

niedziela, 16 lutego 2014

Jest akcja

...na rzecz podniesienia czytelnictwa w Polsce. Podobno. 


LINK
Powyżej znajdziecie zajawkę Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa w Polsce na lata 2014-2020.

Wygląda na to, że nikt już nawet nie myśli, że znajdą się jeszcze frajerzy, który wyłożą własną kasę i kupią książkę na własność :)  Wygląda na to, że położyli na nas kreskę :)

Oczywiście rozumiem inwestycje w biblioteki, ale umówmy się, do biblioteki też trzeba jakoś trafić. Musi ktoś cię zachęcić, żeby tam pojść. Raport  stawia na panie bibliotekarki, ale co z rodzicami i nauczycielami? 

Ja sama postawiłabym na głośne czytanie w domu i w szkole. Proste i ma szanse zadziałać. Tylko dlaczego rodzice i nauczyciele mieliby to robić, skoro to nie daje natychmiastowej kasy?

A Wy co powiecie?




piątek, 31 stycznia 2014

Seria Nike i grafiki Andrzeja Heidricha

Patrzyłam ostatnio na serię Nike Czytelnika na mojej półce. Mam tego 20 sztuk z różnych czasów. Myślałam o ich wyglądzie. Ta seria to oczywiście przede wszystkim teksty. Ale nie tylko. To element tożsamości inteligenckiej w Polsce. No i estetyczny skarb edytorski. Ponad 300 książek. Są one wydawane systematycznie od 1957 roku. Wymiary książek są stałe: 9 cm x 15 cm.

W taką piekną tęczę ułożył je w 2007 na wystawie Kultura i beton w Kordegardzie artysta młodego pokolenia Maurycy Gomulicki:



Jednak wygląd książek zmieniał się. Opracowywali go kolejno:
Jan S. Miklaszewski (1957)
Andrzej Heidrich (lata 70.)
Zbigniew Czarnecki (lata 90.)
Maria Drabecka (lata 2000+)



Moim zdaniem najpiękniejsza była wersja najstarsza, autorstwa Miklaszewskiego. Jest w niej coś szlachetnego, skromnego, wyrafinowanego, klasycznego, francuskiego. Nic tam nie jest duże czy dominujące. Nawet znak Nike - w tej wersji oddany jest białą kreską i umieszczony nad tytułem.

Kolejna wersja to wersja Heidricha. 



Bardzo dobrze nawiązuje do poprzedniej. Zmiana polega na powiększeniu postaci Nike (tym razem oddanej czarną kreską) oraz dodaniu białych ramek na wierzchu, a małej czarnej na grzbiecie (zamiast znaku Nike). To akurat uważam za błąd. Tylnia strona jest biała i staje się jakby negatywem wierzchu. Inteligentnie, bez rewolucji. Na plus policzyłabym unowocześnienie czcionek. Tytuł na grzbiecie biegnący z dołu w górę daje się wreszcie odczytać. Praktyczne. Kolory wciąż dają się ułożyć w paletę barw.



Wersja Czarneckiego.
 No cóż, lata 90. to były paskudne, kiczowate czasy. Zachłyśnięcie się możliwościami graficznymi, które pojawiły się wraz z komputerem. Nowe możliwości drukarskie, więcej kolorów. W ogóle kolorystyczne zerwanie z tradycją okładek, które można ułożyć w barwną, harmonijną tęczę. Nike była jedyną taką serią na rynku wtedy. I zaprzepaszczono to... Dopiero potem bywało to naśladowane. Tutaj pojawiają się paski, paskudne wydłużone czcionki - wręcz galimatias typograficzny. Zamiast znaku graficznego Nike - zdjęcie w ramce ze schodkami. Nadruk ukośny z napisem NIKE, co mnie kojarzy się nie z Samotraką, czy Luwrem, ale z butami Air Max. Okładka paskudnie lakierowana. Brak obwoluty, a wraz z nią biogramu autora. Na tylniej okładce cytat z dziela i ISBN.

Wersja aktualna - autorstwa Marii Drabeckiej - wydaje sie niezła. Jest naprawdę odświeżona. Ale bez odżegnywania się od pierwszej wersji. Wykorzystuje postać Nike na okładce, ale uproszczoną - w tym samym kolorze, co tło, ale odcień jaśniejszym oraz w zbliżeniu (z krótszą sylwetą).  Pojawia się czarny pas  przebiegający przez szerokość książki na górze. Pozwala to podzielić płaszczyznę tyłu okładki na pole pod biogram autora oraz na streszczenie dzieła. Na grzebiecie czerń stanowi idealne tło pod sylwetkę Nike. Czerń i Nike jest teraz wspólna dla okładek o różnych, ale wyrafinowanych i intensywnych kolorach. Ja sama mam na półce książki w jaspisowym odcieniu zieleni i odcieniu malinowego oraz amarantowego różu. 
Widzę, że unowocześniono też logo Czytelnika. Jest dobrze.



Przy okazji wspomnę, że ostatnio ukazał się w necie tekst o Andrzeju Heinrichu. Autor pisujący dla portalu natemat.pl skupia się jednak na innym typie grafik użytkowych Heidricha  - tych użytych na znanych nam wszystkim banknotach (np. serii z królami). Andrzej Heindrich jest ogromnie zasłużony na tym polu. Robi banknoty i znaczki (we współpracy z rytownikiem) już od 50 lat. Miał w listopadzie wystawę w NBP. 



Widać, że autora wywiadu zupelnie nie interesuje fakt, że Heidrich pracował jako grafik dla Czytelnika przez 40 lat. Przeszedł drogę od szeregowego grafika do grafika naczelnego, wypracowując swój warsztat. Zrobił dla tej oficyny ponad 1000 projektów, o czym sam dwukrotnie napomyka. Bez zainteresowania. 

Jak zawsze nieoceniona http://jarmila09.wordpress.com/

Banknoty są oczywiście ciekawym obiektem. Bywa, że podobnie jak znaczki - wręcz pięknym obiektem (jak np. znaczki z rytem Czesława Słani). W ogóle lepiej je mieć, niż ich nie mieć, ale... Marzyłaby mi się książka poświęcona karierze Andrzeja Heidricha w Czytelniku...