Niestety tę książkę wybrano na lekturę styczniową w DKK w mojej bibliotece. Jak tylko rzuciłam okiem na tę słodziutką, łagodnie jesienną okładkę i zobaczyłam to pochylone, "kobiece", pseudointymne liternictwo, wiedziałam, że będą kłopoty. Nie chciałam tego wziąć do ręki. Bezskutecznie. O czym tu można dyskutować? Szkoda życia! - myślałam wtedy.
Co do dyskusji, to zobaczę już w piątek. Co do straty czasu - to nastąpiła dziś po południu.
Co ja będę miała do powiedzenia?
Sprawdziły się moje obawy. Gorzka to satysfakcja. Pocieszam się, że poświęciłam na kontakt z książką Prawie siostry niespełna godzinę. Jest to jedna z tych pozycji, o których w tegorocznym raporcie o cztelnictwie napisano, że są bardzo lubiane, bo "łatwo się je czyta". Rzeczywiście Prawie siostry mogłyby uzyskać najwyższą liczbę punktow za dosłowność, przyziemność, prostotę, przewidywalność i banalne słownictwo.
Najkrócej mówiąc: moim zdaniem jest to amatorska opowiastka napisana w ramach emeryckiego hobby. Jedynym plusem tej lektury jest to, że mogłoby być gorzej. Mogłaby to być równie grafomańska opowieść, ale przepełniona przemocą i wulgarnością. A jest wręcz przeciwnie. Jest to urocza, słodka, pełna zadumy opowieść, jaką snują, gdy są w dobrym nastroju:
a/ staruszki na ławce przed blokiem
b/ kobiety w poczekalni do lekarza pediatry
c/ pracownice urzędu lub dowolnego biurowca zgromadzone na ploteczkach w firmowej kuchni.
Pod warunkiem, że nie ma ani jednego mężczyzny w ich gronie...
Inaczej mówiąc, Prawie siostry to oczywista do bólu i nieznośnie przewidywalna historyjka o koleżankach, znajomych, krewnych, miłościach tychże i ich zdradach, dzieciach, zwierzętach, przetykana banalnymi historyjkami z pracy.
Strony tej "powieści obyczajowej" są szczelnie wypełnione wyjaśnieniami, co i komu się wydarzyło. Łącznie z postscriptum, w którym Rysia (jak się podpisala w dedykacji dla znajomych z Bydgoszczy) Ulatowska przedstawia skrót dalszych losów bohaterów powieści, połączywszy ich w zgrabne pary małżeńskie. Zapewne obawia się, żeby się czytelniczkom imiona nie pomyliły. I żeby happy end stał się jeszcze bardziej happy.
Maria Ulatowska, ekonomistka i pisarka amatorka, ur. 1948
Fabuła opiera się na sztampowym do bólu myśleniu o marzeniach kobiet. To stąd te miłości, dzieci i zmiany pracy. Najbardziej żenujący jest pomysł z rozpoznaniem swojego nieślubnego dziecka po zrośniętych palcach u stóp.
No, i język. Oczywiste oczywistości. Zdania dopowiedziane do końca i jeszcze bardziej, choć wydaje się, że bardziej już nie można. Zero miejsca na wyobraźnię. Jeśli ktoś wypowiada słowa przysięgi małżeńskiej, to jest ona dla pewności przytoczona expressis verbis. A potem - znowu na wszelki wypadek - autorka dodaje, że oblubieńcy wkładają sobie złoty krążek na palec. Sorry, ale ja mam wtedy ochotę włożyć sobie palec do gardła...
Maria Ulatowska wystartowała ze swoją karierą pisarską w 2011. Po ilości powstałych dotąd dzieł widać, że pisze szybko i z widoczną przyjemnością. Nie jest to pisarstwo wynikające z decyzji artystycznych. Sztuki pisarskiej tu nie uświadczysz. Nie sposób tu dostrzec niczego oprócz próby streszczenia przygód bohaterów umieszczonych dla pewności w dobrze znanych czytelniczkom realiach - najchętniej w kuchni albo przy stole w dużym pokoju. Obawiam się, że mamy tu do czynienia z "patologicznym przymusem pisania utworów literackich" zwanym także grafomanią. Rzecz okazała się jednak mieć wyraźny sens biznesowy, skoro wytwór ten trafił nawet do bibliotek wiejskich i to jakże szumnie, bo pojawił się na liście lektur DKK.
I to jest szok.
________________
DKK



.jpg)





















