Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura popularna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura popularna. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 stycznia 2015

"Prawie siostry" - prawie literatura

Poddałam się okrutnemu eksperymentowi na samej sobie. Przeczytałam Prawie siostry Marii Ulatowskiej. Jak może się domyślacie - niedobrowolnie.

Niestety tę książkę wybrano na lekturę styczniową w DKK w mojej bibliotece. Jak tylko rzuciłam okiem na tę słodziutką, łagodnie jesienną okładkę i zobaczyłam to pochylone, "kobiece", pseudointymne liternictwo, wiedziałam, że będą kłopoty. Nie chciałam tego wziąć do ręki. Bezskutecznie. O czym tu można dyskutować? Szkoda życia! - myślałam wtedy.

Co do dyskusji, to zobaczę już w piątek. Co do straty czasu - to nastąpiła dziś po południu.

Co ja będę miała do powiedzenia?

Sprawdziły się moje obawy. Gorzka to satysfakcja. Pocieszam się, że poświęciłam na kontakt z książką Prawie siostry niespełna godzinę. Jest to jedna z tych pozycji, o których w tegorocznym raporcie o cztelnictwie napisano, że są bardzo lubiane, bo "łatwo się je czyta". Rzeczywiście Prawie siostry mogłyby uzyskać najwyższą liczbę punktow za dosłowność, przyziemność, prostotę, przewidywalność i banalne słownictwo.

Najkrócej mówiąc: moim zdaniem jest to amatorska opowiastka napisana w ramach emeryckiego hobby. Jedynym plusem tej lektury jest to, że mogłoby być gorzej. Mogłaby to być równie grafomańska opowieść, ale przepełniona przemocą i wulgarnością. A jest wręcz przeciwnie. Jest to urocza, słodka, pełna zadumy opowieść, jaką snują, gdy są w dobrym nastroju:
a/ staruszki na ławce przed blokiem
b/ kobiety w poczekalni do lekarza pediatry
c/ pracownice urzędu lub dowolnego biurowca zgromadzone na ploteczkach w firmowej kuchni.
Pod warunkiem, że nie ma ani jednego mężczyzny w ich gronie...

Inaczej mówiąc, Prawie siostry to oczywista do bólu i nieznośnie przewidywalna historyjka o koleżankach, znajomych, krewnych, miłościach tychże i ich zdradach, dzieciach, zwierzętach, przetykana banalnymi historyjkami z pracy.

Strony tej "powieści obyczajowej" są szczelnie wypełnione wyjaśnieniami, co i komu się wydarzyło. Łącznie z postscriptum, w którym Rysia (jak się podpisala w dedykacji dla znajomych z Bydgoszczy) Ulatowska przedstawia skrót dalszych losów bohaterów powieści, połączywszy ich w zgrabne pary małżeńskie. Zapewne obawia się, żeby się czytelniczkom imiona nie pomyliły. I żeby happy end stał się jeszcze bardziej happy.

Maria Ulatowska, ekonomistka i pisarka amatorka, ur. 1948

Takich zabiegów pseudoliterackich jest więcej. Np. poznajemy główne bohaterki nie w akcji, lecz za pomocą "biogramów", czy też charakterystyk pachnących, jako żywo, pracą domową z czasów gimnazjum. Jest w nich wszystko, łącznie ze wzrostem, kolorem włosów i miejscem zamieszkania. Brakuje tylko dokładnej wagi. No, naprawdę już lata całe nie miałam w ręku powieści, w której poznajemy bohaterów w postaci szkolnego wręcz opisu. Potem następuje akcja, z której dla ich osobowości nic, ale to nic nie wynika, i w wyniku której bohaterki nie zmieniają się ani na jotę. Po co więc cała ta historia?

Fabuła opiera się na sztampowym do bólu myśleniu o marzeniach kobiet. To stąd te miłości, dzieci i zmiany pracy. Najbardziej żenujący jest pomysł z rozpoznaniem swojego nieślubnego dziecka po zrośniętych palcach u stóp.

No, i język. Oczywiste oczywistości. Zdania dopowiedziane do końca i jeszcze bardziej, choć wydaje się, że bardziej już nie można. Zero miejsca na wyobraźnię. Jeśli ktoś wypowiada słowa przysięgi małżeńskiej, to jest ona dla pewności przytoczona expressis verbis. A potem - znowu na wszelki wypadek - autorka dodaje, że oblubieńcy wkładają sobie złoty krążek na palec. Sorry, ale ja mam wtedy ochotę włożyć sobie palec do gardła...

Maria Ulatowska wystartowała ze swoją karierą pisarską w 2011. Po ilości powstałych dotąd dzieł widać, że pisze szybko i z widoczną przyjemnością. Nie jest to pisarstwo wynikające z decyzji artystycznych. Sztuki pisarskiej tu nie uświadczysz. Nie sposób tu dostrzec niczego oprócz próby streszczenia przygód bohaterów umieszczonych dla pewności w dobrze znanych czytelniczkom realiach - najchętniej w kuchni albo przy stole w dużym pokoju. Obawiam się, że mamy tu do czynienia z "patologicznym przymusem pisania utworów literackich" zwanym także grafomanią. Rzecz okazała się jednak mieć wyraźny sens biznesowy, skoro wytwór ten trafił nawet do bibliotek wiejskich i to jakże szumnie, bo pojawił się na liście lektur DKK.

I to jest szok.
________________
DKK





sobota, 27 września 2014

'Niechciani' - serce raczej boli niż umiera z przerażenia

Yrsa Sigurdardottir Niechciani
wyd. MUZA SA 2014

Smutna i przejmująca powieść obyczajowa z Islandii. Pokazuje najbardziej charakterystyczne kłopoty społeczne, jakie niesie ze sobą skrajnie liberalna kultura wyspiarzy z północy w połączeniu z silnym państwem opiekuńczym. Alienację jednostek, słabość instytucji rodziny, dobrze ukryte wykorzystywanie slabszych, niską empatię, niechęć do angażowania się, polityczną poprawność na każdym kroku, pustkę i tęskonotę do silnych emocji i głębokich więzi. Oczywiście trzeba odjąć te kilka nadmiarowych trupów, które służą za sztafaż - niezbędny w dzisiejszych czasach, żeby książkę sprzedać.

Yrsa świetnie portretuje kobiety.  Doskonale znana jest wykreowana przez nią prawniczka Thora - trochę alter ego Yrsy (z jej inteligencją i zaradnością życiową oraz kilkunastoletnim synem z dzieckiem...).  W Niechcianych mamy kilka takich perełek. Prezentują znane wszystkim - i pod wszystkimi szerokościami geograficznymi - typy kobiece: kociaka, zrzędę, sumienną dziewczynę, bewolną kobietkę, wymagającą sekutnicę, pomocną istotę, która zlewa się z osobą, której pomaga, itd. Wszystko są napisane bardzo bardzo sprawnie - bez jednego przymiotnika. Postaci pokazane są wręcz wzorcowo dla prozy narracyjnej - tylko poprzez działanie okraszone minimalną dawką introspekcji.

Mężczyźni są tłem. Ich zachowanie wydaje mi się mniej zrozumiałe. Czasami jest tak autystyczne, że się wydaje niemożliwe. Czy naprawdę można być mężczyzną aż tak pozbawionym uczuć i refleksji?
Dziękuję Bogu, że nie ma takich w moim otoczeniu...
Być może naprawdę Islandczycy są uszkodzeni pod względem empatyczności. Brak dostępu do uczuć, umiejętności choćby ich nazwania oraz adekwatnego zachowania jest dla mnie zawsze szokującym obrazem. Mam nadzieję, że lekko przesadzonym.

Trzeba jednak oddać sprawiedliwość autorce, że w Niechcianych podejmuje także próbę skreślenia pozytywnego portretu  mężczyzny, mężczyzny zmieniającego się pod wpływem doświadczeń, angażującego się, mężczyznę otwierającego się na uczucie miłości do córki, na poczucie odpowiedzialności. Jednak i tak czegoś mu brak. Koniec końców jego zachowania okazują się nie tak racjonalne i zrozumiałe jak zachowania występujących w powieści kobiet. Czyli prawdę psychologiczną postaci męskich u Yrsy oceniam na czwórkę.

Zawsze z zadziwieniem czytam tez opisy islandzkich scenek obyczajowych. Ta obawa przed zadaniem najprostszego pytania o samopoczucie wynikająca z obawy, żeby nie zostać nazwanym intruzem... Bezpruderyjne podejście do seksu na jedną noc i to zarówno u mężczyzn, jak i  u kobiet... Pozbawiony wyrzutów sumienia stosunek do rozstania czy też rozwodu.... Upijanie się do nieprzytomności jako rutynowy sposób spędzania czasu.... Wczesna i często destrukcyjna samodzielność młodzieży.

Piękny jest ten kraj, Islandia - szczególnie dla kogoś lubiącego samotność i skaliste wybrzeże - czyli dla mnie :) Jednak samotność w tłumie musi tam doskwierać chyba kilka razy mocniej niż na łagodnych nizinach Mazowsza. A może się tylko pocieszam...


PS. Czytam Yrsę od jej pierwszych wydań polskich. Wtedy to zarzekano się, że wciąż pracuje na budowach jako inżynier. I chyba tak było na początku. Kiedy patrzy się na jej przemianę fizyczną, zmianę koloru włosów z mysiego na intensywnie ciemny, fryzury z przylizanej na luźne włosy z młodzieńczą, filuterną grzywką, wybielenie i wyprostowanie zębów, wygładzoną twarz, zgrabną sylwetkę, to szczególnie jej zazdroszczę :)  Potrafiła zrobić świetny użytek ze swojej popularności. I pomyśleć, że jest babcią od kilkunastu już lat...


piątek, 19 września 2014

"Kiedy Salazar spał"

Domingos Amaral Kiedy Salazar spał
tłum. Michał Lipszyc
wyd. Świat Książki 2009


Na fali zaintersowania Portugalią i czasami salazarystowskimi, którą wywołała u mnie lektura Samotności Portugalczyka, sięgnęłam na pólkę z portugaliami po powieść Amarala z 2006 roku.  Szpiegostwo i miłość w urokliwej Lizbonie czasów wojny. Taki dopisek znajduje się pod tytułem książki na okładce. Wszystko się zgadza. Cala powieść jest jak ten dopisek. Nie pozostawia nic niedopowiedzianego, wszystko jest w niej jasne, jasniejsze i w pełni wyjaśnione - jak w tym dopisku...

Książka nie bez racji ma na okładce zdjęcie z filmu Casablanka z Bergman i Bogartem. Mamy tu hollywoodzką wersję wojny z licznymi romansami w tle. W knajpie Bogarta wszyscy marzyli o tym, żeby przedrzeć się do Lizbony. Raju dla uciekinierów z objętej wojną Europy. W powieści Amarala jesteśmy w samym środku tych kiczowatych zdarzeń.

Amaral, ktory na co dzień pracuje jako dziennikarz ekonomiczny oraz wykładowca akademicki (sic!), wykorzystał swoją wiedzę o tamtych czasach - całkiem sensowną i wykraczającą poza wiedzę szkolną  - i ujął historię II wojny światowej, pokazując ją z punktu widzenia zachodnich peryferiów Europy. Samo to jest naprawdę interesujące dla Polaka. To jest atut.

Trzeba bowiem wiedzieć, że Portugalczycy, pozostając państwem neutralnym, balansując sprytnie pomiędzy pomocą dla aliantów (poprzez użyczanie baz morskich na Azorach), a wspieraniem Hitlera regularnymi dostawami wolframu, jednoczesnie udostępniali swoje konta bankowe bogatym uciekinierom żydowskim,  i tym samym przeżywały w latach 1939-45 swoiste złote czasy. Sam Amaral nazywa to "belle epoque". Był to okres, w którym Salazar umocnił swoje panowanie w Portugalii. Był dobrym wujkiem, ktory oszczędził Portugalczykom wojny. Jakim kosztem? Salazar' nigdy nie spał' - tak się mawiało, bo jego szpicle z  tajnej policji PIDE (PVDE) byli wszędzie, wtedy i przez kolejne 20 lat! Skutecznie dławiąc wszelkie odruchy jakiegokolwiek sprzeciwu.

Oczywiście Amaral jako znawca i praktyk pop-kultury, nie serwuje czytelnikowi wykładu. Broń Boże. Raczej romansowy serial . Idealnie dopasowany do gustów współczesnego czytelnika. Gotowy scenariusz, z uroczym utracjuszem jako bohaterem pozytywnym, licznymi bohaterkami kobiecymi, a każda z nich prezentuje inny rodzaj urody i inny temperament - przede wszystkim seksualny. Mamy więc na przemian  rys historyczny, scenę szpiegowską i scenę łożkową. I tak w kółko.

No cóż, pospolite to do bólu. Idealnie wpasowuje się w czasy "50 Twarzy Greya". Autor ewidentnie liczył na ekranizację tego 'hitu'. [Znajduję w portugalskiej wiki, że rzeczywiście pisał już z myślą o serialu telewizyjnym.] Przyłożył się też do opisu topografii Lizbony, jakby z nadzieją na to, że widzowie będą kiedyś urządzali sobie wycieczki śladami jego 'kultowej' powieści...  Widać ducha przedsiębiorczości. A o tym, że nie ma facet poczucia obciachu świadczyć może, że będąc zagorzałym kibicem Benfiki Lizbona, nie zwahał się wpisać okrzyki na jej cześć ( w trakcie seansów faszystowskich filmów propagandowych) jako dowód na stawianie 'oporu antyhitlerowskiego'. Serio.

Odpowiedni portugalski przymiotnik tej historii to byłoby 'mediocre', 'muito mediocre'.
________________________
Z półki

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Kwestionariusz Prousta na koniec starego roku

Kwestionariusz Prousta. Vanity Fair
101 wyznań o miłości, śmierci, szczęściu i sensie życia

Co sprawia, że z przyjemnością czytamy cudze odpowiedzi na takie dziwne pytanie jak: 
- Co jest dla ciebie ideałem szczęścia? 
Skąd ta ciekawość, co odpowiedziały konkretne, znane, a jednocześnie fascynujące nas osoby? 
Nie wiem do końca. Niemniej jest to faktem.

W sumie to z ciekawością przeczytałam praktycznie wszystkie wypowiedzi, nawet osób, których zupełnie nie kojarzę... To jest jak tworzenie bohatera literackiego. Z urywków zdań, drobnych zachowań budujemy sobie całą postać...

A najbardziej zadziwiające jest uświadomić sobie, jak człowiek sam by na te pytania Prousta odpowiedział... Nawet pamiętając, że to jest zawsze autokreacja, to i tak jest to naprawdę pouczające...

Oto moje odpowiedzi:


JAKĄ CECHĘ NAJBARDZIEJ CENISZ U CZŁOWIEKA?
Inteligencję i motywację do ciężkiej pracy.
CO JEST DLA CIEBIE IDEAŁEM SZCZĘŚCIA?
Uczyć się ciągle czegoś nowego.
JAKI TALENT NAJBARDZIEJ CHCIAŁABYS MIEĆ?
Dowolny talent artystyczny. Chętnie słuch muzyczny.
JAKIEJ CECHY CHARAKTERU NAJBARDZIEJ NIE LUBISZ U INNYCH?
Prostactwa. Bezmyślnego prostactwa. Pewnego siebie prostactwa. Cynicznego prostactwa.
CO MA DLA CIEBIE NAJWIĘKSZĄ WARTOŚĆ?
Dobry kontakt z moim mężem i dziećmi.
CO JEST TWOJĄ NAJWIĘKSZĄ EKSTRAWAGANCJĄ?
Aktualnie to, że moje najnowsze perfumy pachną jak porośnięta chwastami piwnica.
W JAKICH OKOLICZNOŚCIACH KŁAMIESZ?
Kiedy nie mam siły powiedzieć prawdy.
JAKA JEST TWOJA ULUBIONA PODRÓŻ?
Podróż w wyobraźni.
CZEGO NAJBARDZIEJ NIE LUBISZ W SWOIM WYGLĄDZIE?
Plomb w zębach.
KIEDY I GDZIE BYŁAŚ NAJSZCZĘŚLIWSZA?
Najpierw, kiedy wałęsałam się z patykiem w ręku po polach u dziadka na wsi. Potem, kiedy wałęsałam się po Lizbonie jako młoda dziewczyna.
CO NAJBARDZIEJ CIĘ WYRÓŻNIA?
Szczęście do mężczyzn.
KTO JEST TWOIM ULUBIONYM BOHATEREM LITERACKIM?
Piętnastoletni kapitan.
CO UWAŻASZ ZA NAJWIĘKSZE NIESZCZEŚCIE?
Kiedy świat nie akceptuje cię takiej/-go, jaką/-im jesteś.
KTO JEST TWOIM ULUBIONYM PISARZEM?
Aktualnie Kurt Vonnegut, Annie Proulx i David Mitchell.
CO NAJBARDZIEJ CENISZ U SWOICH PRZYJACIÓŁ?
Że nie przeszkadza im to, że się rzadko spotykamy.
GDYBYŚ PO ŚMIERCI MIAŁA SIĘ ODRODZIĆ JAKO OSOBA LUB RZECZ, JAK SĄDZISZ, CO TO BY BYŁO?
Byłabym wysoką lipą na czyimś podwórku.
A GDYBY TO ZALEŻAŁO OD CIEBIE, W JAKIEJ POSTACI BYŚ SIĘ ODRODZIŁA?
Jako silny, piękny i mądry mężczyzna.
JAK BRZMI TWOJE MOTTO?
„Wszystko jest trudne, nim stanie się łatwe.”

środa, 18 grudnia 2013

Pan od seksu

Zbigniew Lew-Starowicz Pan od seksu

Porucznik lekarz Starowicz w okresie opiniodawczym wykazał się ofiecerem zdyscyplinowanym, zrownoważonym, energicznym.[...] Posiada wysokie wyrobienie towarzyskie. [...] Poziom intelektualny wysoki. Moralnie prowadzi się bez zastrzeżeń. [...] Jest dbałym o wygląd zewnętrzny.

No po prostu nic dodać, nic ująć. Może w dziwne nieco słowa ujęta, ale jakże merytorycznie trafna, opinia z 1971 roku o profesorze Zbigniewie Lwie-Starowiczu, naczelnym seksuologu Rzeczpospolitej.

Autobiografia Starowicza ukazała się w 70-lecie jego urodzin. Wydaje mi się, że już sam fakt narodzin w 1943 roku, w środku zawieruchy wojennej, sprawia, że życiorys takiej osoby jest ciekawy. Przeżył bowiem Starowicz czasy stalinowskie, gomułkowskie, gierkowskie, transformację ustrojową i obecnie jest celebrytą telewizyjnym XXIwieku. A wszystko to będąc jednocześnie wybitnym psychoterapeutą-seksuologiem, niestrudzonym, naprawdę!, edukatorem. Ten człowiek napisał samodzielnie ponad 40 książek, jest wspólautorek kolejnych ponad 60. To razem 100 pozycji z jego nazwiskiem na stronie tytułowej. Ma na koncie książki popularno-naukowe, ale i encyklopedię, oczywiście erotyki :)

Książka napisana jest lekko, tak jak Starowicz żyje, jakby tańcząc salsę. 

To porównanie przyszło mi do głowy, bo zobaczyłam go na zdjęciu z  jakiegoś programu rozywkowego w TV. Był na scenie z girlsami z zespołu tanecznego Sabat. Poruszał się lekko i z gracją - jak urodzony tancerz, ktorym podobno jest. Tak też przebiega jego życie. 

Ukochane trzecie dziecko starych rodziców - przedwojennych inteligentów, należących do elity Sieradza. Mały Zbyszek (brat dorosłych już Almy i Maura), nie mając jeszcze 6 lat zasiada w ławach szkolnych, bo się nudzi w przedszkolu. Od tej pory jest prymusem, czyta - jest molem ksiązkowym - pisze i pracuje bez ustanku. 

Jednocześnie zgrabnie układa sobie życie. Wiedząc, że rodzice mu nie pomogą finansowo, obiera ścieżkę kariery wojskowego lekarza. Jako student słucha wykładów prof. Imielińskiego i wsiąka w seksuologię i psychiatrię. O tym, że jest to jego prawdziwa pasja życiowa świadczą kolejne życiowe wybory, kiedy to musiał czasami lawirować, żeby pozostać wiernym tej specjalizacji. 

O tym, jak bardzo sympatyczny i lubiany jest to człowiek świadczy fakt, z jaką łatwością wybacza mu się wpadki (np. celebryckie głupoty), błędy (wiara w antykoncepcję kościelną i leczenie homoseksualistow prądem w czasach młodości).  Widuję go czasami w KLIFIE, gdzie jada obiady, i widzę, że jest naprawdę eleganckim, żywotnym, zadowolonym z siebie człowiekiem. Miło jest z nim przebywać. To z kolei widać na twarzach osób mu towarzyszących:)

Jest doskonałym przykładem, że nad błędami swoimi i cudzymi warto zastanawiać się tylko o tyle, o ile pomoże to nam wszystkim LEPIEJ ŻYĆ. I ani minuty dłuźej. I nie potępiać. Szczególnie nie potępiać z łatwością.

Oczywiście znajdziemy w książce ciekawostki ze sfery seksu :) Ujęte tak, żeby nie można było nikogo rozpoznać. Ale znależć pocieszenie w tym, że w gruncie rzeczy większość problemów w tej sferze jest bardzo powtarzalna, typowa oraz daje się ją kurować. Choć Starowicz, nie chwaląc się, wskazuje, że miał w swojej praktyce lekarskiej - prowadzonej zresztą od 23 roku życia (!!!), kontakt ze wszytkimi ponaddwustoma podręcznikowymi dewiacjami seksulanymi.

Ale biografia ta ma też walor motywacyjny. Pokazuje, jak można sobie zgrabnie żyć, będąc pracowitym optymistą. Że naprawdę warto - tak jak Starowicz - podjąć decyzję, że płynie się z prądem rzeki życia, Przechodząc do porządku dziennego nad przeciwnościami losu, a skupiając się na dobrym wykonywaniu swojej roboty i czerpaniu przyjemności z życia.

Książkę też czyta się z prawdziwą przyjemnością. Wydało ją wydawnictwo Znak. Pewnie dlatego, że Starowicz pozycjonuje się mocno jako katolik, choć jak podkreśla, na pewno nie radykalny talib katolicki.

sobota, 5 października 2013

"Statek śmierci" - thriller jak się patrzy

Yrsa Sigurdardottir "Statek śmierci"

Czytam tę Islandkę z przyjemnością. Jej wcześniejsze pozycje były bardziej kryminałami. Tym razem mamy czysty thriller, bo śledztwo, jakie w sprawie zaginonej załogi luksusowego jachtu prowadzi zarówno policja, jak i główna bohaterka-prawniczka nie napędza intrygi. Niemniej intryga jest wybornie skonstruowana. 

Autorka prowadzi, bardzo umiejętnie, dwa równoległe, przesunięte w czasie wątki, jeden o tym, co znaleziono na opuszczonym jachcie i co z tego wyniknęło, drugi o tym, co na jachcie się stało. Odsłania przed nami powoli kolejne zdarzenia, które miały miejsce w czasie rejsu, kolejne morderstwa. Kusi nas sugestywnymi obrazami, zapachami, porywami wiatru. Potwierdza swój słuch językowy. Nikt  tak jak ona nie potrafi np. oddać dziecięcego sposobu myślenia i mówienia. 

Żałuję jednak, że Yrsa, pisarka tłumaczona na dziesiątki języków, a mimo to wciąż aktywnie pracująca jako inżynier-projektant elektrowni,i staje się coraz bardziej uniwersalna, coraz mniej islandzka. Bo przecież intrygi biurowe, bankowe, czy toczące się świecie celebrytów są takie same na całym świecie. Myślę, że to ukłon Yrsy w stosunku do jej czytelników na całym globie. 

Tylko, że ja bardziej wolałabym czytać o staniu na czerwonym świetle w Islandii niż o unikatowych perfumach za setki euro od Versace czy innego "dopisz sobie sam".

PS. Kiedy patrzę na widoczną zmianę wizerunku Yrsy pod wpływem sukcesu finansowego ostatnich lat, to jednak zaczynam myśleć, że temat pieniędzy i to, co z nimi można zrobić, to temat jej bliski :)



_____________
e-book

poniedziałek, 30 września 2013

Kolejny punkt dla Nessera, tym razem "Punkt Borkmanna"

Hakan Nesser Punkt Borkmanna

Nesser wydawał swoje książki początkowo rok po roku. Tu mamy pozycję nr 2, z 1994. Piękne to były czasy. Urodziłam wtedy córkę na przykład :) 

A w książce? Nikt nie gada przez komórkę. Nikt nie siedzi w internecie. Policjanci rozrysowują problemy na tablicy. Wieczory spędzają, pijąc. Przestępca ukrywa się pod rondem kapelusza. Dzisiaj mężczyzna w kapeluszu wzbudziłby taką sensację, że zatrzymano by go za sam dziwaczny wygląd...

Po prostu czytadło. Intryga kryminalna wątlutka, ale jednak na końcu okazuje się, że nie cieniutka. Morderstwa dokonywane za pomocą topora rzeźnickiego są jednak tak mało prawdopodobne jak to, że pokrywa lodowa na Antarktydzie wróci do swojego stanu z 1994 roku.

Ale czyta się, bo trochę o samotności, trochę o ryzyku zdrady małżeńskiej, trochę o toksycznym stosunku do pracy zawodowej, skąd się to bierze... A inspektor Munster znowu wydał mi się ciekawszą postacią niż tytułowy Van Vetteren.

Poza tym znowu znalazło się kilka zdań, które mnie zatrzymały na chwilę. 

O morzu - rzecz dzieje się w portowym miasteczku nad Bałtykiem, ale dla ułatwienia dodam, że nie jest to Ustka :)
Czy po protu nad morzem trudniej było opanować wszystkie sprawy? Czy obecność tego szarego bezkresnego lustra oznaczała, że wszystko staje się niuchwytne, nie do ogarnięcia... (...) właśnie tutaj - na granicy między lądem, morzem i niebem - każda rzecz zyskuje prawdziwą wagę i znaczenie.

__________________________
Z literą w tle (N)
Z półki

środa, 25 września 2013

Kryminał w ramach walki ze stresem

Hakan Nesser Nieszczelna sieć

Zdarzyło się, że ostatnio osiągnęłam w skali stresu  SRRS Holmesa i Rahe'a chyba ze 300 punktów. W ciągu ostatnich 2 tygodni wszystko zmieniało się w moim życiu z taką szybkością i natężeniem, że określenie "jazda bez trzymanki" byłoby z pewnością zbyt mało wyrazistą metaforą, żeby to opisać... 

W efekcie nie jestem w stanie czytać nic trudniejszego. Potrzebuję prostej struktury. Czegoś nieskomplikowanego. Sięgnęłam więc po Szweda Hakana Nessera, którego kiedyś kupiłam, a teraz naszykowałam sobie pod kątem wyzwania z z literą N.
Jego książki z komisarzem Barbarottim były co prawda dość słabe, ale może nowa seria...? Czemu by nie spróbować? 

No, i nadało się jak znalazł. Jest to kryminał jak trzeba przewidywalny, bo eksploruje ulubione skandynawskie chwyty, ale jednocześnie dostarcza czegoś nowego: przyjemnie skonstruowanej postaci policjanta. Cóż ja zrobię, że po prostu lubię bystrych inspektorów? Glina z kryminału musi mieć w sobie coś pociągającego, żebym była stanie poświęcić mu uwagę. A policjantow idiotów to wystarczająco dobrze sportretowali Francuzi w filmie Taxi. Wydaje mi się, że tego nie da się przebić, a nawet nie trzeba tego robić :)

A co do tych stałych skandynawskich chwytów... Nieszczelna sieć została wydana po raz pierwszy w 1993 roku, a Mankell zaczął wydawać zaledwie dwa lata wcześniej. Czyli muszę pamiętać, że to, co odbieram jako oczywistość w 2013, było wtedy nowatorskie, a z pewnością nikt nie nazwałby tego "typowym dla skandynawskiego kryminału". Bądźmy sprawiedliwi.

Policjant. Mamy tu gościa o dużym doświadczeniu i szóstym zmyśle. Interesującego, jak na razie, wyłącznie jako specjalistę. Bez wyrazu jako mężczyznę. Jednak jestem przekonana, że postać ma potencjał i planuję przekonać się, jak rozwinie się pod piórem autora w kolejnych częściach cyklu. Miłe jest tez to, że akcja powieści odbywa się jeszce przed ekspansją telefonii komórkowej. To wielka ulga. Ludzie rozmawiają ze sobą jak ludzie. Całymi zdaniami. Często sensownymi, bo formułowanymi twarzą w twarz.

Mankamenetem jest zbyt duża przewidywalność fabuły. Także rażący błąd popełniony przez śledczych, zbyt łatwo dostrzegalny dla doświadczonego czytelnika kryminałów :) Niemal zabiło to we mnie chęć przeczytania książki do końca. I do tego niewiarygodna wręcz ilośc alkoholu wypijanego przez bohaterów powieści. Siedem butelek wina na raz? Nauczyciel? Filozofii? Ciekawe, ale już wiem, że jednak całkiem możliwe w tamtym rejonie świata... Podobnie jak możliwiość wyboru lektoratu suahili w gimnazjum...

Czasami, na szczęście rzadko - odpowiednio dla gatunku - zdarzało się autorowi wyjść poza konwencję. I tak na przykład przyjemnie było zobaczyć na piśmie taki tekst włożony w usta jednego ze współpracowników Van Veeterena (najbystrzejszego zresztą), Munstera:

Stopniowo ogarnęło go też to uczucie, które wcześniej albo później pojawiało się zawsze w czasie dochodzeń. (...) Chodziło o wyzwanie, które stanowiło sedno jego pracy. (...) Wszystko wskazuje na to, że będzie to cholernie trudny przypadek. Na jego rozwikłanie poświęcą tysiące godzin, a kiedy w końcu dojdą do celu, okaże się, że prawie wszystko, co w tej sprawie zrobili, było zupelnie niepotrzebne. Zorientują się, że gdyby zrobili w odpowiednim czasie to lub tamto, sprawę udałoby się rozwiązać w dwa dni zamiast w dwa miesiące.

Czyż  nie jest to dobra metafora tego, co nam się przydarza w ogóle? Gdybyśmy niekiedy zrobli to czy tamto, w odpowiednim czasie?
__________________________
Z literą w tle (N)
Z półki

niedziela, 25 sierpnia 2013

Kryminał – żart. „Pani komisarz nie znosi poezji” Georges Flipo

Georges Flipo „Pani komisarz nie znosi poezji”

Kiedyś mój synek, który miał wtedy ze 4-5 lat, zaskoczył babcię usilnie starającą się zainteresować go opowiadaną bajeczką, mówiąc: „Babciu, ja chyba zdechnę od tej bajeczki.” Tak był znudzony. Moja reakcja po przeczytaniu „Pani komisarz…” – tej powiastki kryminalnej, którą otrzymałam jako wygraną (promocja wydawnictwa) w konkursie w Książkowie - byłaby mniej więcej taka sama... Gdybym tylko miała pod ręką autora...

Jest to debiutancka powieść, o której marketingowcy niepotrzebnie napisali za dużo za dużych słów... Po pierwsze jest chwalona, bo wprowadza do gatunku nowy typ bohatera – zażywnej policjantki około 40… Powiem tak: w sumie trudno żałować, że dopiero teraz doczekaliśmy się takiej protagonistki. Jest to kompletnie nieciekawa psychologicznie postać, myśląca wyłącznie o swoim wyglądzie, diecie, frustracji seksualnej, samotności oraz o tym, jak dogryźć podwładnym. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest to złośliwy obraz, mający wywołać u czytelnika uśmiech. Tylko po co przywoływać przy tak błahej okazji tuzy francuskiej literatury popularnej? Jeżeli ktoś widzi w Vivianne Lanciere żeńską wersję komisarza Maigreta, to chyba dawno nie czytał Simenona. 

Podstawową cechą Maigreta było to, że był to człowiek rozumny, a nasza "nowa bohaterka" pochodzi jak z magla. Jest po prostu głupia. Nie interesuje się niczym. Słucha Bacha, ale tylko dlatego, że przypomina jej to jej byłego… 
Maigret budził powszechny szacunek. Ona budzi przede wszystkim obawę, żeby jej nie podpaść i nie narazić się na jej złośliwość. Zupełnie nie mogę pojąć, skąd pomysł, że czytelnik uwierzy, że tego typu umysłowość i osobowość jest w stanie awansować na komisarza policji? 
Maigret nie myślał ciągle o jedzeniu i seksie, tylko po złapaniu bandytów wracał do domu, jadł i kochał się z żoną, którą – nie mamy wątpliwości – uszczęśliwiało uszczęśliwianie Maigreta. Krótko mówiąc Maigret był człowiekiem spełnionym w życiu osobistymi (może poza brakiem dzieci) i zawodowym, z którym każdy z nas chciałby spędzić czas, bo było z nim i o czym pogadać i o czym pomilczeć.

Od „Vivianki” miałabym ochotę trzymać się tak daleko, jak tylko można. Ma wszystkie negatywne cechy stereotypowo przypisywane kobietom–szefom. Kiedy o niej czytałam, miałam nieodparte wrażenie, że Georges Flipo opisał  swoją znienawidzoną byłą szefową z biura z czasów, kiedy pracował, zdaje się, w banku. Nieprzypadkiem najczęstszym słowem, które pojawia się w książce, jest słowo open space. Któregoś dnia Flipo – jak sam napisał – siedział z koleżanką nad pizzą i postanowił napisać książkę. To wtedy - mam wrażenie - postanowił stworzyć nową bohaterkę, czytaj: złośliwie odrysować taką starzejącą się, sfrustrowaną babę z biura. Ale, wiedząc już, że książki z intrygą biurową się nie sprzedają, dla niepoznaki wcisnął jej do torebki legitymację policyjną.

No więc mamy pseudopolicjantkę.  A więc pożądana byłaby fabuła kryminalna… I co my mamy? Zero napięcia, absurdalne zwroty akcji, z zasady pozbawione prawdopodobieństwa psychologicznego zachowania zbrodniarzy, którzy, tak jak i policjanci, budzą w nas wszelkie możliwe uczucia krążące wokół… litości. Najczęściej są pożałowania godni. Przypomnę tylko, że u Simenona nigdy tak nie jest. Tam się czyta o tym, że zło nie jest takie łatwe do potępienia, jakbyśmy my – porządni obywatele - chcieli, a szacunek należy się także złoczyńcom, których ludzką twarz Simenon zręcznie przed nami odkrywał.

Tutaj mamy tylko śmichy-chichy, PR i farsę. Bo to jest gatunek, w którym startuje ta opowieść. Zupełnie niepotrzebnie przywołano przy jej okazji mojego ukochanego George’a Simenona. Gdybym spodziewała się właśnie pastiszu, a nie „nowego współczesnego Simenona”, nie byłabym tak bardzo zawiedziona.

I jeśli dodać, że całkiem zręczne tłumaczenie jest od czasu do czasu okraszone jakąś banalną niezdarnością tłumaczki (bo, co ona miała na myśli, pisząc o pozostawieniu komórki na partnerze - ładowarkę? A kamionetka to chyba furgonetka? Pancake z kolei, to zwykły naleśnik chyba?) To dopełnia pretensjonalnego obrazu całości.

Jedynym jasnym punktem tej książki są cytaty z Kwiatów zła Baudelaire’a, które skontrastowane z napisanym specjalnie na potrzeby tej książeczki fałszywym, grafomańskim sonetem jakoby jego  autorstwa, podkreślają  dodatkowo przykre odczucie kontaktu z tombakiem udającym złoto. A od Simenona trzymajcie się PR-owcy i marketingowcy z daleka, dopóki go nie poczytacie.

niedziela, 14 lipca 2013

Po co komu nowy Hannibal?


Thomas Harris ”Milczenie owiec” i „Hannibal”

Cykl powieściowy Harrisa zapoczątkowany został  „Czerwonym smokiem” (wyd. am. 1981). Tę powieść opuściłam, bo nie było jej w bibliotece. Przeczytałam za to drugi z kolei tom „Milczenie owiec” (1988)  i trzeci  „Hannibal” (1999). Jest jeszcze prequel wszystkich „Hannibal po drugiej stronie maski” (2006).  

Sięgnęłam po te thrillery z dwóch powodów: szukałam jakiegoś w miarę wartościowego czytadła wakacyjnego w ramach Trójki e-pik. Ponadto dowiedziałam się, że ostatnio ponownie nakręcono „Hannibala”. Rolę kanibala Lectera, która na wieki wydawała się spleciona z Anthony Hopkinsem, powierzono w nowym filmie Duńczykowi Madsowi Mikkelsenowi. To mnie zaskoczyło. Jak się okazuje, Mikkelsena tez zaskoczyła propozycja powtórzenia  roli  Hopkinsa. Podobno zapytał: "Rola Hopkinsa jest perfekcyjna, niby co można do niej dodać?

Postanowiłam też poszukać odpowiedzi, sięgając po pierwowzór literacki.  I wiele zrozumiałam. Ale od początku. Oto, co ustaliłam w moim wewnętrznym śledztwie :)

Nie mam wątpliwości, że „Milczenie owiec” Harrisa to przełomowy kryminał o charakterze thrillera psychologicznego, który już na zawsze będzie punktem odniesienia dla każdego ”mocnego” kryminału. Jest to tzw. benchmark, żeby użyć niezbędnego czasami języka language. Wszystkie szaleństwa i okrucieństwa powieściowych seryjnych morderców stały się możliwe i do wyobrażenia dopiero po „Milczeniu owiec”.

Późniejszy o dekadę „Hannibal” też jest przełomowy. Jak to możliwe? Chyba trochę przesadzam? Nie przesadzam, powieść ma przełomowy charakter. O tym, że mało sie o tym mówi, zdecydował fakt, że wszyscy oglądali film, a nie wszyscy przeczytali książkę. Jeśli kojarzymy ten tytuł z filmem, to widzimy w Hnnibalu zaledwie nowatorskie ujęcie rodzącej się wzajemnej fascynacji między psychopatą i policjantką. 

Powieść tymczasem może być uzana momentami wręcz za nudną, bo wypełniona jest szczegółami z zakresu historii sztuki, muzyki poważnej, architektury, historii Włoch, urbanistyki, kulinariów, winiarstwa, historii broni białej, polowań, hodowli trzody chlewnej, ryb drapieżnych, aparatury podtrzymującej życie, kryminalistyki. I do tego wszystkie te detale  są naprawdę niezbędne, żeby opisać i skontrastować dwie postawy życiowe: skrajnie estetyzującego sybaryty i konesera jakości życia - Europejczyka, byłego hrabiego, Hannibala Lectera i skrajnie pragmatycznej, pedantycznej, wzorowej uczennicy Quantico, prostej amerykańskiej „wiejskiej czerstwej baby” – agentki FBI Clarice Starling. 

A wszystko to napisane  zostało dla kilku końcowych scen, w których nasza para bohaterów  znajduje wspólny język... i nie tylko. Dobro i zło jednoczy się w kulcie piękna i sztuki, zupełnie abstrahując od kategorii dobra i zla... [Jako żywo jak w przypadku Leni Riefenstahl i Hitlera.]

I na tym polega przekroczenie kolejnego tabu dokonane przez Thomasa Harrisa. Przyjęło się, że autorzy  nie pozwalają złu zwyciężyć, choć wielu nie waha się pokazać go jako bardzo pociągającego. Fascynacja złem - tak. Ale na końcu i tak dobro musi zwyciężyć. A tu psikus...


I do tego potrzebny jest Mads Mikkelsen. Młodszy od intrygującego, ale na pewno nie seksownego Hopkinsa. O niebo przystojniejszy, o niebo bardziej przypominający upadłego anioła, pięknego, pociągającego Szatana-erudytę, którego przyszło mu zagrać, w zgodzie z prawdziwym sensem powieści Harrisa „Hannibal”.
___________________
Trójka e-pik (wakacyjne czytadło)
Z półki ("Hannibal" to moja 25. książka z własnej półki w tym roku. Wyzwanie ukończone!)
Z literą w tle [H]


czwartek, 30 maja 2013

Skąd ten kac? Roberto Bolano "2666"

Roberto Bolano 2666

Nic na to nie poradzę. Już któryś raz budzę się z kacem. Ma to miejsce regularnie. Następnego dnia po lekturze kolejnego fragmentu głośnej powieści Chilijczyka Roberta Bolano 2666 wstydzę się. Co ja robię? Po co ja to czytam? Przecież tracę tylko czas…

Udało mi się w końcu doczołgać do końca 1. części – Części krytyków (swoją drogą, co za idiotyczny podtytuł – jaka jest ta część: większa czy mniejsza?). Czyli za mną ok. 200 stron. Pozostało jeszcze 800. Zakładałam, że  skoro autor odważył się wydać powieść tysiącstronnicową, to miał coś istotnego do powiedzenia.
Błąd.

Czytałam te 200 stron przez kilka wieczorów (dziwne) i za każdym razem wystąpiło umnie to samo zjawisko, występujące tylko przy sztuce, która do mnie nie trafia. Nie chcę powiedzieć słabej czy złej - po prostu nie pozostawiającej we mnie pozytywnego, konstruktywnego śladu. Nie ta wrażliwość po prostu. Tak często jest  u mnie ze sztuką popularną. Obejrzę, a następnego dnia nic nie pamiętam albo wręcz wolę zapomnieć. 

Tak było i tym razem. Poczucie dziury w brzuchu, pustki wewnętrznej, wyjałowienia i rozbicia.  Ale te zjawiska występują u mnie dopiero „dzień po”. W trakcie czytania czuję się dobrze, uważam, że wiele fragmentów jest nawet zabawnych, bywa, że wciąga mnie akcja, kiedy sporadycznie przyspiesza, z zainteresowaniem podglądam środowisko młodych naukowców krążących po superważnych kongresach, na których prezentują swoje przyczynkarskie referaty. 

Bo będąc sama kiedyś młodą doktorantką humanistyki na dorobku, podjęłam decyzję o ucieczce z tego getta, w którym jak trafnie to ujmuje Bolano „krytyka literacka jest ważniejsza niż sama literatura” , a uczestnikami tej gry są „osobnicy często mający  dwie lewe ręce, często niepotrafiący do pięciu zliczyć (…)”. Niegrzeczny Bolano...

Przerzucam kolejne strony i z niezdrowymi wypiekami na twarzy wczytuję się w opowieści o grupowym seksie czy ze smutkiem o wizytach u prostytutek. Zresztą bardzo machistowska jest ta część powieści. Nawet jeśli to kobieta zachowuje się bardziej swobodnie w kwestiach obyczajowych niz otaczający ją mężczyźni, to i tak na zakończenie spełnia się standardowe marzenie męskie: kobieta jako nagroda...


A rano mam po tym wszystkim kaca (nie mylić z Kac Vegas)… Mam poczucie straty czasu, poczucie winy i wstydu...

Oczywiście mogłabym się jakoś usprawiedliwić. Zamiast wsłuchiwać się w to, co podpowiada mi całe moje ciało, jak ono rezonuje z tekstem Bolano (a raczej nie rezonuje), mogłabym doszukiwać się w niej: świadectwa naszych czasów, dobrze oddanych trudności z nawiązaniem bliskich kontaktów, niemożności zaangażowania się w związek, mieszania fikcji z życiem, fascynacji „sztuką nieistniejącą” (głównym motywem są poszukiwania tajemniczego pisarza Archimboldiego), kryzysu męskości, życia dniem dzisiejszym, bez planów i bez zobowiązań. Czyli odniesienia się do problematyki współczesności.

Ale - jeśli chcę być szczera wobec siebie i Was, a chcę - widzę pierwszą część powieści Bolano (która wg jego zamierzeń miała być właśnie w częściach wypuszczana na rynek, a to w celu osiągnięcia większej sprzedaży) jako powieść wzorowaną na telenoweli. Na kolejnych stronach dowiadujemy się, że bohaterowie spotkali się na konferencji w Hamburgu. Następnym razem zobaczyli się na kongresie w Mediolanie. Kolejne ich spotkanie wypadło przy okazji sympozjum, no, powiedzmy... w Paryżu. Itd. Itp. Ładnie to oddaje "nieznośną lekkość bytu", którą ma prawo odczuwać współczesny intelektualista, często twórca, pisarz albo naukowiec... Nuda, brak silnych emocji, brak konieczności ustosunkowania się.  

Dodatkowo z niechęcią dostrzegam, że autor nie waha się wkleić do swojej książki dowolnego epizodu, dowolnej relacji z przypadkowego i zaskakującego spotkania, które wydało mu się interesujące (jak z włóczęgą proszącą o czytanie na głos). Nieważne, że nie ma to nic wspólnego ze światem bohaterow. Po co? Razi mnie to. Odczuwam to jako brak dyscypliny pisarskiej. Chyba... że odczytać to jako utratę umiejętności odróżniania  tego co ważne, od tego co nieważne.

OK... Powieść posiada pewien urok, który sprawia, że w trakcie lektury bywałam zaciekawiona. Brało się to z jej niewątpliwego wyrafinowania polegającego na tym, ze dialogi głównych bohaterów są nam przedstawiane w postaci omówień. Tak na przykład relacjonowana jest kluczowa rozmowa telefoniczna głównych bohaterów:         
Przez dwadzieścia minut przybrało (ono) tony tragiczne, słowo przeznaczenie użyte zostało 10 razy, zaś słowo przyjaźń dwadzieścia cztery. Imię i nazwisko Liz Norton padło pięćdziesiąt razy, z czego dziewięciokrotnie nadaremno. (…) Słowo miłość wypowiedziane zostało dwukrotnie, raz przez jednego, raz przez drugiego. Słowo potworne wypowiedziane zostało sześciokrotnie, zaś słowo szczęście tylko raz (użył je Espinoza).

Itd. Itd. Podziwiam, jak autor w tym jednym akapicie potrafił oddać zarówno infantylność bohaterów (dzisiaj zamiast słowa ‘potworne’ użyliby niewątpliwie ‘masakra’), jak i niemożność zbliżenia się do swoich uczuć tak, żeby przestały być zasłaniane przez słowa. Bolano zna swoich bohaterów i kreśli ich prawdziwe portrety. Nigdy jednak nie dowiadujemy się, dlaczego to im mamy poświęcać nasz czas, dlaczego to Archimboldi - sprytnie porównywany z Gunterem Grassem i Arno Schmidtem - jest  bohaterem ich poszukiwań, dlaczego pracują na uczelni, dlaczego żyją tak jak żyją, dlaczego w ogóle mielibyśmy przejąć się ich problemami???

Nie mogę pogodzić się z płytkością tej diagnozy, z tym, że nic z tego nie wynika… No i przede wszystkim z formą telenowelową, w tym z takimż zakończeniem , którego nie zdradzę, choć mogłabym, bo jestem zła na Bolano, jak nie wiem co. A jeszcze bardziej na wydawców, którzy sugerowali wielkość tej prozy. Bo co ma oznaczać określenie "monumentalna powieść"? 


Cdn. 
_________________________
 Z literą w tle

piątek, 3 maja 2013

Joe Alex "Jesteś tylko diabłem" - wspomnienie dobrego stylu

Joe Alex (Maciej Słomczyński) Jesteś tylko diabłem

Ach, jak przyjemnie!
Jak można się nudzić,
Jak można marudzić,
Że świat jest smutny, że jest źle,
Nie rozumiem, nie.
Jak można faktycznie
Na świecie jest ślicznie.
Niech ten co gdera, przyjdzie tu,
A ja powiem mu tak:
Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal,
Gdy szumi, szumi woda i płynie sobie w dal…

…Śpiewała Grossówna i Andrzejewska w filmie „Zapomniana melodia”...


Może to trochę dziwne, ale przeczytany przeze mnie po raz n-ty  kryminał Joe Alexa Jesteś tylko diabłem skojarzył mi się właśnie z tym przebojem… Może to przez majówkę :), a może dlatego, że ta wydana w 1960 r., kolejna z serii powieści Joe Alexa vel Macieja Słomczyńskiego ma wszelkie cechy przedwojennego kryminału - eleganckiej, uroczej i cudownie konwencjonalnej ramotki.

Dla czytelników młodszego pokolenia, którzy nie znają powieści z Joe Alexem jako głównym bohaterem – a wiem, że są tacy, bo czytam, że trudno o polskiego autora kryminałów na literę A -  dodam tylko, że POLECAM Joe Alexa!

Świetnie skonstruowana opowieść z wyrazistymi bohaterami, z godnym podziwu i pełnym uroku i seksapilu detektywem, męską przyjaźnią w tle i tajemniczymi wydarzeniami, przy którym musimy nieco wysilić mózgownicę – czegóż chcieć więcej... A do tego dobra polszczyzna, urok angielskiej prowincji, spora dawka ciekawostek z zakresu demonologii i polowań na czarownice oraz, co najważniejsze, inteligentna ironia autora. Joe Alex,  podobnie jak Maciej Słomczyński, był autorem bardzo poczytnych i dochodowych powieści kryminalnych nieco z przypadku. Joe Alex w Jesteś tylko diabłem zwierza się:  "Piszę kryminały, ale ich nie-na-widzę!" Bo jeśli Joe Alex miał ambicje być naukowcem, ekspertem w jakiejś dziedzinie, tak Słomczyński poświęcił życie na przetłumaczenie wszystkich dzieł Szekspira, a na dodatek Ulissesa Joyce’a.

Do jakiegoś momentu był jedynym tak zaawansowanym tłumaczem szekspirowskim. Teraz, kiedy mamy tłumaczenia Barańczaka (25 z 36 dramatów), Jerzego S. Sito (7) wypadałoby sprawdzić, przez porównanie choćby wyrywkowe, czy to prawda, że tłumaczenia Słomczyńskiego „pozbawione są jakiekolwiek wartości artystycznej” (cytat z Wikipedii). 

Bo autorem kryminałów był Słomczyński świetnym! Szkoda tylko, że nie lubił siebie w tej roli…

A teraz bawmy się!



__________________ 
Wyzwania: Z literą w tle oraz Trójka e-pik (kryminał polskiego autora)

niedziela, 24 marca 2013

...Cień wiatru czyli sentymentalizm do potęgi

Carlos Ruiz Zafon Cień wiatru 

Wzięłam tę książkę z półki, gdzie zalegała od jakichś pięciu lat, bo potrzebowałam do skompletowania marcowej Trójki e-pik coś z TOP 100 BBC, a nie mogłam nigdzie dostać Znowu w Brideshead Evelyna Waugha ani Okruchów dnia Kazuo Ishiguro. 


Przyjemnie jest czytać powieść, której akcja toczy się w Barcelonie. Wraz z bohaterem jechać tramwajem po wąskich uliczkach tego miasta w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, wyskakiwać na rogu, spacerować po Rambli, wchodzić do księgarni, wpadać na kawę z pianką i cynamonem. To lekkie, łatwe i przyjemne. Choć mogłoby być jeszcze lepiej. Np. u Zafona Barcelona niestety nie leży nad morzem, nie jest portem, nie jest rozrysowana według planu Cerdy 20m (szerokość ulicy) x 113m x 113m (wymiary budynku), nie jest katalońska… Brak tam zapachów i sugestywnych kolorów. Dobrze oddane są tylko budynki, pomieszczenia, ciemne zakamarki. 

Udanym nawiązaniem do tradycji literackiej jest wprowadzenie dwóch kontrastowych postaci głównych: idealisty, romantyka, i przy okazji, prawiczka Daniela oraz realisty, brutalisty i używającego życia Fermina. Wyczuwacie to? Coś jak Don Kichot i Sancho Pansa. To niesie powieść całkiem długo i skutecznie. Niestety z czasem zostaje zapaćkane nadmiarem postaci drugoplanowych.

Inna dobra rzecz: najciekawszym wątkiem powieści jest wątek ojca i syna Semperów – księgarza i jego następcy oraz nieobecnej fizycznie, ale mentalnie tak, zmarłej matki chłopca. Powieść się zaczyna od pokazania ich bliskości, ich więzi, ich tajemnicy. Pomysł jest dobry i wart skupienia się na nim. Niestety wszystko to jest psute niepotrzebną banalną ckliwością, już od pierwszego dialogu, na który się natykamy w książce:

- Danielu, to, co dzisiaj zobaczysz, masz zachować wyłącznie dla siebie – ostrzegł mnie ojciec. – Nikomu ani słowa. Nikomu. Nawet twojemu przyjacielowi Tomasowi.
- Nawet mamie? – spytałem cichutko. 

‘Spytałem cichutko?’ Oj, niedobrze… Źle się to zapowiada…
No, i niestety moje obawy sprawdziły się co do joty.

Cień wiatru okazał się pseudoerudycyjną powieścią, niby o książkach i księgarzach, ale równie dobrze wątek chronienia za wszelką cenę książek tajemniczego Caraxa przed niezrozumiałym mścicielem, który chce je spalić, mógłby dotyczyć znaczków pocztowych…

Autor żongluje konwencjami powieściowymi, z czego najłatwiej porusza się w konwencji gotyckiej powieści typu Walter Scott i pensjonarskiej francuskiej, gorzej w kryminale. Co ciekawsze fragmenty zalatują także XIX- wieczną powieścią o formowaniu się charakteru młodego mężczyzny.

Ale co jest owym centrum powieści, o którym tak interesująco pisał Orhan Pamuk? Co u Zafona stanowi jądro powieści, które albo jest mocne i przyciąga nas jako czytelnika, albo jest rozmyte, banalne i od dawna wyeksploatowane? 



Ktoś kiedyś powiedział, że w chwili, kiedy zaczynasz zastanawiać się, czy kochasz kogoś, przestałeś go już kochać na zawsze.

No bo niestety, Zafonowi tak naprawdę chodzi w Cieniu wiatru o to, komu odda swoje serduszko młody Daniel Sempere. Autor mnoży konwencje, postaci, zwroty akcji, szukając w gruncie rzeczy odpowiedzi tylko na jedno proste pytanie: czy młody niedoświadczony seksualnie bohater wybierze na swój pierwszy raz kobietę-anioła czy raczej kobietę-ladacznicę. Miliony pensjonarek znają to: „w wyobraźni błądził swoimi delikatnymi dłońmi po jej ciele”, miliony pensjonarek to lubią…

- Kocham cię. 

Zaczęły bić dzwony […] 

Wewnętrzna historia jest mdła, dlatego Zafon wprowadza wciąż nowe postaci, nowe wątki, nowe zwroty akcji, a jak nie wie, co z daną postacią począć, to po prostu ją uśmierca (np. Nurię Monfort) i każe jej zostawić list, w którym wyjaśnia postępowanie tej postaci, objaśnia jej charakter i jej wpływ na akcję powieści. Słabizna.

A już najbardziej mnie bulwersuje sposób odwoływania się do czasów frankistowskich, traktowania prześladowań, tortur jak jakiegoś elementu wystroju sceny. Negatywny bohater Fumero - policjant, raz śledczy, raz krążący po ulicach niczym stójkowy – a to sika na pobitego przez siebie Fermina, a to zabija aresztanta strzałem w usta. Zafon wtrąca takie obrazki - powiedzmy sobie szczerze z innej bajki, bardzo naturalistyczne w formie i przygniatające w treści - na luziku, bez najmniejszego komentarza, podczas, kiedy każde mrugnięcie powiek jakiejś panny jest analizowane po stokroć. Coś tu nie gra. Nie można pisać o wszystkim, bo wychodzi o niczym, panie Zafon.

Zdarzają się tu perełki w postaci pojedynczych zdań, jak to, że odczytanie powieści bywa różne, bo utwór jest jak lustro - czytelnik widzi w nim przede wszystkim to, co sam przyniósł. W lustrze, które postawił przede mną Zafon, widać konsternację i komunikat 'Brak połączenia. Spróbuj jeszcze raz".





________________________________________
Trójka e-pik i Z półki


niedziela, 10 lutego 2013

…czytam, ale coś poszło nie tak, jak trzeba


Willy Russell Inny chłopiec

W ramach sięgania po książki z Biblioteczki Zofii i zapotrzebowania na coś lżejszego przeczytałam powieść nieznanego mi wcześniej Willego Russella. Książkę wydał Świat Książki. Trafiła ona do mojej teściowej zapewne w 2006 r. Nie sądzę jednak, żeby sama ją wybrała. Pewnie przyjęła ją jako obowiązkowy zakup w czasach, kiedy księgarnia wysyłkowa ŚK wciskała klientom wybrane pozycje pod pozorem zaciągnięcia przez nich zobowiązania. 
Piszę o tym, bo przyjęcie  w ten sposób kilku książek ze ŚK, zamiast zerwania z nimi umowy, doskonale obrazuje tradycyjne rozumienie świata, jakiemu hołdowała Zofia. Zawsze zakładała, że ludziom trzeba ufać. (Nawet teraz pozostaje w miarę ufna i optymistyczna.) Oceniała innych według siebie i zasad, którym sama była wierna. A umowa rzecz święta… Nawet jeśli korzystna tylko dla drugiej strony…

Wracajmy do Innego chłopca. Jest to do pewnego stopnia udana powieść o dojrzewaniu, dorastaniu do odpowiedzialności, ustalaniu swoich granic, swoich  talentów i prawdziwej tożsamości. Autorem powieści jest autor sztuk scenicznych, które odnoszą niebywale sukcesy, gdziekolwiek są pokazywane: Shirley Valentine i Edukacja Rity. U nas, jak zapewne wiecie, wybrała te teksty dla siebie Krystyna Janda. To jest najważniejsza rekomendacja, żeby przeczytać Innego chłopca.

Zgodnie z oczekiwaniem najmocniejsza stroną utworu jest skondensowana dramaturgia, świetnie nakreślony bohater główny, kilka udanych postaci drugoplanowych, no i 'sceniczne' dialogi.

Rzecz jest ujęta w formę listów, które główny bohater, 19-latek z małego miasteczka niedaleko Manchesteru pisze, choć nie wysyła, do swego idola piosenkarza Morriseya z The Smiths. Listy powstają w ciągu kilka zaledwie dni, które  Raymond Marks  spędza w pełnej przygód podróży do swojej pierwszej pracy, zresztą na budowie. Trzeba przyznać, że jest to świetny chwyt inicjujący intrygę, ponieważ od razu pojmujemy, że młodzieniec z taką wrażliwością, inteligencją i który tak pisze, nie powinien nigdy trafić na budowę. Czujemy się więc zaciekawieni i chętnie stopniowo dowiadujemy więcej o tym, co potoczyło się nie tak w życiu Raymonda.

Po pierwsze Ray jest troszkę zbyt bystry i z pewnościąwięcej niż troszkę nieżyciowy. Oto na przykład jak zareagował, kiedy na stacji dowiedział się, że bilet kolejowy jest droższy niż się spodziewał:

- […] Piętnaście funtów dziewięćdziesiąt za bilet do Grimsby! To są dopiero żarty.
[Kasjer…] ściszył głos i powiedział:
- Słuchaj chcesz ten pieprzony bilet czy nie?
- Nie o to chodzi, co ja chcę! – odrzekłem. - Nie dość, że człowiek musi jechać do Grimsby, to jeszcze ma przepłacać za tę przyjemność?
Rozzłościł się i lekceważąco rzucił bilet w powietrze.
- Więc go nie chcesz?
- Nie chcę – powiedziałem – tylko m u s z ę go mieć.
[Kasjer] Odetchnął z ulgą.
  
Widzimy już, że Ray nie zachowuje się standardowo, mówi nie te rzeczy, co trzeba, i robi nie to, co wypada robić w danej sytuacji. Poza tym pisze teksty piosenek, zaczernia non stop kartki zeszytu i... najpierw jest grubasem, a potem dla odmiany zostaje wegetarianinem :)
Do tego pochodzi z niepełnej rodziny, a matka jest w związku ze swoimi własnymi problemami niepewna swoich racji, podatna na wpływy, jakie wywiera na nią prowincjonalne angielskie miasteczko. Bardzo chciałaby się dostosować, być ‘normalna’…. Ale co to znaczy być normalnym w Failsworth? Dzięki ciętemu językowi Russella poznajemy uroczych mieszkańców tego miasteczka od najciemniejszej strony. Wielu z nich to ograniczeni intelektualnie i pełni hipokryzji beneficjenci dobrobytu konsumenckiego końcówki XX wieku. 
Tacy chłopcy jak Ray w naturalny sposób odstają od otoczenia, często są przez nie odrzucani albo wręcz wskazywani na kozła ofiarnego przy pierwszej nadarzającej się okazji. Tak się dzieje i w tym przypadku. Chłopca spotykają wszelkie niesprawiedliwości świata. Kłania się Oliver Twist Dickensa. Ray beznamiętnie relacjonuje w listach niegodziwości, jakich zaznał ze strony dorosłych, którzy teoretycznie powinni się o niego troszczyć. Trudno się dziwić, że jako czytelniczka czułam się bezradna wobec jego cierpienia i samotności. I to jest dobre.

Wszystko na razie gra - mamy do czynienia z doskonale ulokowaną w literaturze anglosaskiej uniwersalną historią samotnego dziecka, które jest pozostawione same sobie w nieprzychylnym świecie. Do tego dochodzą ujmujące postaci drugoplanowe jak np. kolejny odmieniec - Twinky – homoseksualny, „dziewczyński” przyjaciel Raya z dzieciństwa. [Ciekawe, bo musi to być typ postaci o istotnej symbolice dla Brytyjczyków… Można go rozpoznać m.in. w przyjacielu Billego Elliota z kultowego filmu o tym samym tytule, filmu, tak jak książka wypuszczonego w 2000r. oraz potem, w absolutnie genialnie zagranym głównym bohaterze Śniadania na Plutonie z 2005r. - Kitty.]

Bardzo dobrze jest u Russela opowiedziany także wątek niedojrzałych rodziców, którzy nie radzą sobie ze zwykłymi dziecięcymi wpadkami, typowymi dla wieku dojrzewania. Autor nie waha się skrytykować nadmiernej ufności, jaką pokładamy w instytucjach i pseudoekspertach, którym powierzamy wychowanie naszych dzieciaków. Im  tak naprawdę potrzeba więcej uwagi, czułości i zaufania bliskich im osób. Inny chłopiec (a raczej „Chłopiec nie taki, jak trzeba”, bo taki tytuł lepiej oddaje sens oryginalnego tytułu The Wrong Boy)  dostaje z powodu przykrego zbiegu okoliczności etykietę początkowo dziwaka, potem zboczeńca, w końcu wariata. W efekcie zostaje kozłem ofiarnym małej społeczności, w której przyszło mu żyć. Odrzucenie i zbyt pochopne przypisywanie mu chorób psychicznych prowadzi do skrajnego wyobcowania, stresu i staje się samospełniającą się przepowiednią.
A więc, co my tu mamy? Poczucie wyobcowania, znane każdemu, kto był kiedyś lub jest teraz nastolatkiem - niezbędny element każdej spowieści o dojrzewaniu. I wszystko byłoby idealnie, gdyby Russel nie przeczytał Harrego Pottera, który pojawił się w księgarniach w 1997r...

Bo tylko chęć pójścia w ślady dobrze sprzedającej się Rowling może wyjaśnić, jak Russell mógł wpaść na takie a nie inne zakończenie swojej książki. I nie o magię tu chodzi, bynajmniej, tylko o kicz w czystej postaci…

Mówiąc kicz, mam na myśli to, że owo zakończenie zawiera wszystko, co jest potrzebne, żeby ucieszyć docelowego młodego czytelnika…  a nawet dużo więcej. Taki właśnie nadmiar nazywam kiczem. Sprawy układają  się zbyt pięknie, aby to było prawdziwe, a u Russella układają się nawet piękniej. Najważniejsze wątki zwykle wyjaśniają się na koniec historii, ale u Russella wyjaśniają się... wszystkie wątki. Deux ex machina aż furczy od nadużywania. A w ostatnim akapicie autor zaserwował taką niedorzeczność fabularną, że aż mi się zęby zacisnęły. 

Tak jakby autor w ostatniej chwili przypomniał sobie, że książka będzie w księgarni leżała w dziale „powieści dla młodzieży”, ewentualnie „powieści o miłości”. A przecież miała szansę na półkę „powieści obyczajowe”. No, szkoda.


_______________________
Wyzwanie z Literą w tle oraz Z biblioteczki Zofii