Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czasopisma o książkach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czasopisma o książkach. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 października 2014

Uprasza się uprzejmie...

Uwaga, poniższy tekst naznaczony jest pesymistycznym widzeniem świata... Uprasza się o nieczytanie tego postu przez osoby sentymentalne i delkatne z natury.

Jestem właśnie po lekturze wywiadu Lidii Ostałowskiej z Piotrem Mieśnikiem Byłem hieną tabloidową w Dużym Formacie. 

Wywiad Ostałowskiej pokazuje, do jakich zniszczeń w psychice może doprowadzić praca w tabloidzie. Wymaga ona codziennego godzenia się z tym, że masywnie oszukuje się ludzi, manipuluje nimi, co w tamtejszym slangu określane jest jako 'naruchanie targetów''. [Żyliśmy z targetu], ale w przeświadczeniu, ze nie musimy go szanować, bo robimy tak smaczne gówno, że i tak to łyknie.'

Żeby wykonywać dzień w dzień taką pracę, zatrudnieni w szmatławcach (bo nie nazwę ich dziennikarzami) wytwarzają sobie system obronny, który pozwala im kłamać, fantazjować, wykorzystywać naiwnych, bo "to się klika, aż na wykresach robi się czerwono". 
'- A fakty?
- Są bez znaczenia?'
'Wystarczy duża doza bezczelności, staranne rozpracowanie tematu, dobra legenda i można robić takie rzeczy, że strach.'
I najważniejsze: "Chodzi zawsze o to, żeby 'zagospodarować złe emocje'. 

Ale ja nie o tym chciałam. Tak naprawdę to chcę tu zawrzeć moje przemyślenia po lekturze artykułu Mileny Rachid Chehab Reckę napisałaś miodzio. Między tymi tekstami jest, według mnie, związek. Jaki? 

 Mam w stosunku do tekstu Recki bardzo mieszane uczucia, wręcz odczuwam jakiś wewnętrzny dysonans. Końcowa część tego tekstu  jest wartościowa, przypomina inne 'pisane ręką' Mileny R. Chebab, których sporo przeczytałam. Jest sensowna, mająca jakiś zrozumiały przekaz. Wskazuje na pozytywne wzorce życia blogerskiego, dobre blogi, podkreśla mimo woli to, co najważniejsze i cenione przez odbiorców blogów książkowych: rzetelność i uczciwość w ocenie książek. I że subiektywizm nie jest tu wadą. Po prostu jest wpisany w tę formułę. 

Reszta tekstu stawia tezę o wewnętrznych napięciach w sferze blogerskiej. Jednak sprawia wrażenie napisanego w innym - tabloidowym stylu. Chcę głośno zakrzyknąć. Autorko, Gazeto, nie idźcie tą drogą!

Po przeczytaniu wyiadu Ostałowskiej wyobraźnia podsuwa mi następujący obrazek. Przychodzi mail od redaktora dnia o treści: "Milena, napisz coś dla targetu, walnij jakieś zdanie na początek, żeby target pomyślał, że bedzie się lała krew, albo co najmniej będziemy się naśmiewać z co poniektórych. Zrób tak, żeby ludzie stanęli naprzeciwko siebie i trochę na siebie popluli. "Target jest głupi i tak to kupi. Będzie szczęśliwy, że w ogóle o nich napisaliśmy." 

I proszę bardzo, dostajemy na początek zdanie: ''Blogerzy piszący o książkach zdają sobie sprawę, że reszta blogerskiego światka ma ich za prawdziwych frajerów.' Cudowny wstęp - merytoryczny, miły, adekwatnie nawiązujący do sympatyczneg,o zdaje się, spotkania w AGORZE! A dalej - coś co odbieram jako dalszą próbę szczucia, a co najmniej popsucia komuś dobrego nastroju przez nieuprawnione, nielogiczne i nieuzasadnione porównanie blogerów książkowych z szafiarkami. Coś w rodzaju: A słyszałeś, że ci, co jedzą śliwki, to mówią 'idioci' na tych, co jedzą jabłka? Nie, nie słyszałam, bo w maglu zatykam uszy!

Nawet sam tytuł, infantylny greps z blogów młodych dziewczyn, wybrany został, no po co? Przecież nie po to, żeby podkreślić jego rzeczywistą reprezentatywność, wybitne walory poznawcze czy głębokie sensy. Ma za zadanie ironicznie scharakteryzować grono blogerskie jako pretensjonalne i infantylne. To też nazywam stylem tabloidowym. Bo przecież artykuł ten jest czytany właśnie przez nas, blogerów ksiązkowych, w tym te młode, ośmieszone tutaj dziewczyny. Czyli chodzi o to, żeby chociaż trochę napsuć krwi... Bo wtedy ktoś o tym napisze (jako i ja piszę:))) Przypomina mi się podobnie niejasny i lekko makiaweliczny artykuł z prasy biegowej mający zachęcać do ciężkich treningów, a zatytułowany tyż piknie: Ultramaratończycy to cieniasy.

Dalej, zgodnie z zapotrzebowaniem na tabloidowy kontent, następuje litania wzajemnych skarg blogerów na wydawców, wydawców na blogerów. Trochę jak w artykule Ostałowskiej: '[...] dwie strony konfliktu ustawione naprzeciwko siebie i dla dramatyzmu oddzielone policyjnymi taśmami. ' Tutaj też pojawia się dokładnie taki tabloidowy ton. Opierający się na zaciemnianiu sytuacji i unikaniu jakichkolwiek prób wyjaśnienia tej prostej w końcu relacji, jaka wiąże blogerów przyjmujących książki od redakcji i wydawnictw. 

[Tu dygresja pasująca do tego posta jak pięść do nosa. Czytacie ją na własną odpowiedzialność: 


Nawet i w tekście Recki, niestety przelotnie, pojawia się stwierdzenie, które dokładnie i prosto z mostu wyjaśnia, jak rzecz wygląda z punktu widzenia rynku książki: Książka podarowana to książka recenzencka i musi na siebie zapracować. Czyli wydawca przekazuje wybranym przez siebie blogerom książki (jako pseudo-wynagrodzenie za recenzję) i robi to tak długo, jak długo oni je u siebie recenzują, gwarantując przy tym wydawcy wzrost klikalności. Tak to jest, choć mało który bloger przyznaje wprost, że bierze udział w łańcuchu promocji książki czy wydawnictwa. Dla pełnej jasności - moim zdaniem, nie ma w tym nic zdrożnego, jeśli obie strony uznają to za obopólnie korzystne.]

Na koniec pytanie: Czy już tylko na takie dziennikarstwo możemy liczyć? Pośpieszne i pogrywające z czytelnikiem? Proszę teraz o coś nietabloidowego.


Edit: Pragnę dodać, że czytam Gazetę Wyborczą codziennie od 25 lat i właśnie dlatego stosuję wobec niej zasadę: "kochaj i wymagaj".

.




poniedziałek, 29 września 2014

J.M. Coetzee 'Wenętrzne mechanizmy. Eseje literackie 2000-2005'

J. M. Coetzee Wewnętrzne mechanizmy. Eseje literackie 2000-2005
Tłum. Marek Król
Wyd. Znak, Kraków 2012

Sporo mówi się ostatnio na blogach książkowych o nowej jakości, jaką ma wprowadzić Magazyn Książki. O tym, że jego redaktorzy i wydawca mają nadzieję uczynić z tego czasopisma polski odpowiednik The New York Review of Books.

Włączam się w nurt promujący tę ideę. Reklama Książek słusznie wiedzie poprzez media społecznościowe, w tym blogi książkowe. Wydaje mi się bardzo sensowne i może okazać się skuteczne. Bo któż inny miałby czytać Książki, jak nie zaawansowani czytelnicy, jakimi bywają blogerzy książkowi właśnie.

Choć oczywiście jest cała grupa 'mocnych', wyrafinowanych czytelników, o długim stażu, którzy mieliby z pewnością wiele do powiedzenia, gdyby nie to, że nie w głowie im pisanie notek przeznaczonych do publikacji w necie. Pamiętam o tym, choć świat zdaje się mówić: Jeśli nie ma cię w necie, to znaczy, że cię w ogóle nie ma. Ale, choć sama korzystam z bloga - coraz bardziej na zasadzie prywatnego notatnika - to pamiętam o tych, którzy nie zdecydowali się postawić na wirtualność i pozostali w realu. Co więcej, myślę, że - paradoksalnie - to oni przede wszytkim sięgną po magazyn Książki w wersji papierowej.

Wracając do faktów na razie tylko medialnych :) Oczywiście liczę, że obietnica nawiązania do standardu NYBooks zostanie, choć trochę, spełniona.

Ja ze swej strony, płynąc na fali zainteresowania tematem, wspomnę tylko, skąd możemy się dowiedzieć, jak wyglądają teksty w NYBooks.  Oczywiście można się z nimi wstępnie zapoznać, a potem je nawet subskrybować TU  Jasne jest jednak, że język angielski na tym poziomie zaawansowania jest pewną przeszkodą, łagodnie mówiąc. Przynajmniej dla mnie… 

I tu dochodzimy do Coetzeego, który był wieloletnim współpracownikiem NYBooks. Jego recencje-eseje napisane właśnie dla NYBooks zostały wydane przez ZNAK w 2012. W Wewnętrznych mechanizmach znajdziemy poza tym 6 przedmów, także napisanych na zamówienie.

O kim pisze Coetzee, zobaczcie poniżej:




Lista imponująca. Wszystko to autorzy pierwszej ligi. Można by urządzić sobie nawet ‘wyzwanie’ polegające na lekturze tych autorów po kolei, a potem konfrontowaniu swoich przemyśleń z noblistą. Albo odwrotnie – i to ja chyba wybiorę – najpierw czytanie eseju, a potem sięgnięcie po opisanego autora. Inaczej nie da rady w moim przypadku, bo już niemal wszystkie przeczytałam :) Są bardzo wciągające. Ale Naipaula zrobię wg tej pierwszej kolejności...

Teksty świetnie się czyta, przynajmniej mnie. Mój mąż (pod wpływem moich zachwytów) przeczytał esej o Brunonie Schulzu. Uznał, że to dość trudna lektura. Bardzo wnikliwa i erudycyjna. Ale do licha, o to właśnie chodzi!

Pisząc o danym twórcy Coetzee analizuje nieco dogłębniej jeden utwór (ten recenzowany), ale to na szczęśnie nie wszytko. Nie waha się przybliżyć nam biografię autora z nakreśleniem tła historyczno-społecznego, a nawet bywa, że streszcza dzieło - np. Walsera, Italo Svevo czy W Brighton Grahama Greena. I dzięki Bogu, bo w życiu raczej po nie nie sięgnę... Krótko mówiąc, widać, że Coetzee odrobił świetnie pracę domową - nie stroni od ciekawostek, ale nie mamy wątpliwości, co jest naprawdę ważne. Autor nie ma tego problemu, co więkzość dzisiejszych maturzystów uczących się z Wikipedii. Wszystko wydaje im się równie ważne lub może raczej wszystko wydaje im się równie nieważne (Oto jest pytanie...) Podczas gdy młodzi z trudem postrzegają hierachię ważności, Coetzee wyraźnie i najczęściej słusznie, moim zdaniem, wskazuje na to, co miało najważniejszy wpływ na dzieło danego twórcy. Resztę bez wahania odrzuca. To może imponować. Potrafi bez wahania nazwać to, co było najmocniejszą stroną autora, co słabszą. Nie boi się odwoływać do wrazenia, jaki dany pisarz czy poeta robi na odbiorcach – dla Coetzeego liczy się nie tylko doskonałość formalna, ale także odbiór u czytelników, przepływ emocji pomiędzy pisarzem a czytającym. To podejście, jakże inne od podejścia czysto teoretycznego, klasyfikującego, czy punktującego niedoskonałości sprawia, że jestem gotowa uwierzyć opiniom Coetzego.

Na pewno też godny podziwu jest risercz, jaki w każdym przypadku robi. Weźmy przykład Bruno Schulza. Coetzee wiernie opisuje marne życie i straszną śmierć artysty. Dobrze oddaje jego charakter. Prawidłowo ocenia skalę jego talentu rysunkowego i malarstwa (Coetzee zdołał sięgnąć nawet do Xiąg bałwochwalczych i ostatnich ilustrowanych wydań Sklepów), opiera się słusznie na Ficowskim. A już najbardziej mi zaimponowało, że sięgnął do Księgi listów, wydanej po polsku zaledwie w 2002. I z niej podaje przeciekawe wyimki listów do Gombrowicza i Witkacego o istocie poezji i sztuki w ogóle. Te cytaty nawet mnie zaskoczyły. Że też właśnie je wybrał!  Ma do tego nosa. W całym zresztą zbiorze Wewnętrzne mechanizmy widać, że to właśnie najbardziej Coetzeego interesuje: myślenie o twórczości, różnorodne sposoby pisania, specyficzne rytuały twórcze i w ogóle powody, dla których wielcy pisarze piszą i właśnie to, co piszą.


Jednym słowem Coetzee pokazuje nam tu wzorcowe recenzje, z bogatym tłem, pogłębioną, ale nie nudną analizą tekstu, wyróżnieniem mechanizmu twórczego, wspaniale wybranymi cytatami. Jako erudyta i mutilingwista często popisowo porównuje tłumaczenia danego tekstu między sobą oraz bywa, że z językiem oryginału. I przy tym nie używa żargonu krytycznolilterackiego!


Chciałabym zobaczyć coś takiego w Książkach, oj chciałabym. Bez wątpliwości.

________________________
Z półki

wtorek, 23 września 2014

Literatura na Świecie 'Luzo Afryka'


Literatura na Świecie Luzo Afryka
nr 5-6/2012  [490-491] 
Tłum. Michał Lipszyc, Renata Diaz-Szmidt, Zofia Stanisławska, Jakub Jankowski, Jakub Jaroszewicz, Monika Świda, Marta Machowska


Wczoraj spędziłam wspaniały wieczór z Literaturą na Świecie poświęconą literaturom afrykańskim języka portugalskiego. Długo się to mówi. Prościej mówiąc, chodzi o literaturę mozambicką, angolańską, kabuwerdiańską, santomańską (Wyspy Św. Tomasza i Książęca) oraz gwinejską (Gwinea Bissau). Sięgnęłam po Literaturę na Świecie nr 5-6 z 2012 roku wypatrzoną w 2013 na stoisku na Warszawskich Targach Książki. Skłoniła mnie do tego książka Izy Klementowskiej Samotność Portugalczyka. Dużo w Samotności historii o repatriantach (uciekających z  Afryki do Portugalii - najczęściej białych) i imigrantach z (przyjeżdżających z Afryki – czarnych - oraz o emigrantach - wyjeżdżających z powrotem do coraz bogatszych Angoli i Mozambiku – najczęściej białych). Ale misz masz, prawda?

Dawno nie odczułam tylu bodźców intelektualnych. Tak mocne uderzenie do głowy daje mi tylko kontakt z czymś zupełnie nowym. Bo ja, choć wykształcona portugalistka, nie znałam dotąd nic z tej literatury. Może poza poezją śpiewaną (kabuwerdiańska morna) Cesarii Evory i powieści Taras z uroczynem Mii Couto. Skromnie. Couto uznaję za doskonałego autora, za którym nie przepadam, ale o nim napiszę osobno przy okazji komentarza do jego Lunatycznej krainy.

Mia Couto

No, ale teraz jestem zadowolona. Nadrabiam braki. Znam już więcej rzeczy pisanych po portugalsku przez Afrykańczyków. Największe wrażenie zrobiła na mnie poezja Conceicao Limy (ur. 1961) z Wyspy San Tome.

Conceicao Lima


Gdy pewnego dnia się pochylisz
Nad łonem gleby
Nie ścinaj krzewu w barwie ognia
Nie kalecz krzewu w barwie ognia
Nie zrywaj krzewu w barwie ognia
Krzew w barwie ognia ma sekrety
Krew w barwie ognia jest sekretem
Jest sekretem.
Przybyszu, nie budź krzewu w barwie ognia
Nie wyrywaj z ziemi krzewu w barwie ognia.
(Tłum. Michał Lipszyc)

Niesamowicie to sensualne i takie ‘blisko ziemi’. Nawiązujące do istoty tamtej prymitywnej kultury chłopskiej. Bliska mi metaforyka.

Ponadto fantastycznie przetłumaczony, nowoczesny kawałek prozy Ondjakiego  (ur. 1977) Ile świtów ma noc (Tłum. Michał Lipszyc).


Oraz wspaniała prosta i naturalna, bardzo kobieca – w jak najlepszym sensie – proza Pauliny Chiziane (ur. 1955) z Mozambiku w tłumaczeniu Renaty Diaz-Szmidt.

Paulina Chiziane

Oboje Ci tłumacze: Renata Diaz Szmidt i Michał Lipszyc związani są z moją rodzimą warszawską portugalistyką. Michał Lipszyc, jako należący do redakcji Literatury na Świecie, odegrał tu, podejrzewam, kluczową rolę. Najwięcej przetłumaczył, zamieścił też swoją - bardzo ciekawą – rozmowę z dr. Eugeniuszem Rzewuskim. Brakuje mi tylko informacji, kto jest autorem opublikowanych w tym tomie zdjęć. A szkoda, bo są dobre - jednorodne stylistyczne, takie „trochę brudne”, bardzo dalekie od stylu pocztówkowego. Świetnie uzupełniają przegląd literatur, które, powiedzmy to wprost, są zaledwie in statu nascendi.

Literackie teksty pisane przez autorów z tego rejonu świata pojawiały się i w czasach kolonialnych, w języku kolonizatora. Jednak niezależna literatura rodzi się tutaj w bólach dopiero od 1975. A trzeba pamiętać, że w latach 70.  w takim Mozambiku czy Angoli ponad 90% społeczeństwa była niepiśmienna. W ogóle większość tamtejszych ludzi mieszka na wsi i mówi w językach lokalnych takich jak kimbundu i szangana. Do niedawna nie były to języki pisane. Obecnie dzieci obowiązkowo uczą się pisać w języku urzędowym – portugalskim -  oraz dobrowolnie w swoim rodzimym.

Z takiego punktu startu do literatury wysokiej jest daleko. Nie ma tam żadnej Bogurodzicy. Literatura luzoafrykańska narodziła się z gniewu i wściekłości. Wystarczy wspomnieć tytuł jednego z mozambickich tekstów założycielskich: Zabiliśmy parszywego psa  (1964) (Nos matamos o cao tinhoso L.B. Honwany). Pierwsza powieść napisana przez kobietę ukazała się zaledwie w 1990 roku .
Ale w końcu, pomimo krwawej – straszliwie krwawej – wojny domowej, powstały tam zalążki klasy inteligenckiej. Pojawiły się uniwersytety. I tu ciekawostka - pierwszym rektorem uniwersytetu w Mozambiku został Fernando Ganhao – dawniej lektor języka portugalskiego z UW. Zresztą nawet moja pierwsza  (w 1982 roku) lektorka ‘falante nativa’– Isabel - była białą repatriantką z Mozambiku.

A dziś czytam sobie w LnŚ wywiady ze współczesnymi intelektualistami angolańskimi i widzę, że myślenie intelektualistów jest wszędzie, także tam, takie samo. Potępienie dla tendencji antyinteligenckich,konsumeryzmu i unifikacji kulturowej na skalę światową martwi także ich. Zachęcają do czytania. Żeby pisać, trzeba przede wszystkim czytać! Ach, jak przyjemnie to widzieć na piśmie :)

Polecam.
________________________
Z półki

poniedziałek, 20 maja 2013

Co upolowałam w piątek na WTK?

Przede wszystkim nie dotarłam na Targach Książki wszędzie tam, gdzie chciałam. I zapewne dlatego nie zaprezentuję Wam żadnej pozycji Wydawnictwa Literackiego czy Znaku...

Większość moich nabytków to niespodzianki. Zaplanowalam sobie tylko kupić Mia Couto i Rudnickiego, bo to są pozycje, ktore chcę mieć na papierze. Ale na Rudnickiego nie starczyło mi już gotówki. 

Tymczasem trafiłam do Instytutu Książki - tego od 'Nowych Książek' - no i tam cudowne numery miesięcznika 'Literatura na świecie' z literaturą portugalskojęzyczną '! Toż to chyba pierwszy raz, odkąd istnieje to czasopismo (1971 r.), poświęcono numer literaturze tego obszaru językowego. Mamy więc najnowszy numer o Fernardo Pessoa z uroczym, a nieznanym zdjęciem poety z młodości na okładce, numer o Afryce lusofońskiej i o Brazylii.

A tuż obok rzeczy o typografii. Co ja poczułam, kiedy zobaczyłam te okładki! Tylko inny uzależniony od czcionek to zrozumie! Proste i eleganckie książki - bo nawet miękka okładka może być elegancka dzięki przemyślanej czcionce i układowi tekstu! To jest czarowny świat, w którym pragnę się zanurzyć...
No, a w środku: historia czcionek, kapitaliki, wersaliki, proporcje, odstępy, interlinie, światło międzywyrazowe - cudowny świat detalu architektury tekstu, który kocham!




A na koniec Arkady i ich potężna cegła o tkaninach, pięknie ilustrowana, w cenie, którą mogę przełknąć. 

Jakże cenne są to pozycje. Rzeczy na lata. Podziwiam wysiłek edytorski i wiarę biznesową, że to się sprzeda.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

W poszukiwaniu czasopism o książkach - Nowe Książki

Nowe Książki nr 4/2013

Wydawca: Biblioteka Narodowa
Redakcja: red. nacz.: Tomasz Łubieński

adres: ul. Mazowiecka 11, 00-052 Warszawa
noweksiazki@wp.pl
tel: (0-22) 8266260, 8267036,
fax: (0-22) 8266235

objętość: 88 stron
nakład: 4000 egzemplarzy.

Redakcja tak opisuje swoje wydawnictwo:

Najszerzej znane i najłatwiej dostępne czasopismo poświęcone nowościom wydawniczym. Miesięcznik zajmuje się głównie książką literacką (polską i obcą) oraz humanistyczną i popularnonaukową (stałe działy: O literaturze, Z dziejów kultury, Sztuka, Idee – Ideologia, Prawo, Filozofia, Historia, Psychologia – Psychoterapia). Każdy numer zawiera ok. 100 recenzji i not. Również ok. 100 książek jest odnotowanych w Kurierze Nowości i Zapowiedzi Wydawniczych – wkładce do NOWYCH KSIĄŻEK gromadzącej dane bibliograficzne i miniaturowe opisy poszczególnych tytułów. Czasopismo ma charakter popularyzatorski, stąd recenzje i omówienia – mimo że pisane przez naukowców i uznanych krytyków – odznaczają się komunikatywnością i klarownością stylu. Stałym elementem NOWYCH KSIĄŻEK jest prezentacja sylwetki i dorobku wybitnego pisarza lub uczonego (rozmowa z bohaterem numeru oraz szkic jemu poświęcony). Ponadto miesięcznik zamieszcza korespondencje zagraniczne, felietony oraz kronikę wydarzeń literackich i księgarskich.

W rzeczywistości jest to wydawnictwo trudnodostępne. W lutym nie udało mi się go upolować w żadnym z warszawskich EMPIKów. Jest niedostępne w wersji elektronicznej, również w wersji na czytniki. NOWE KSIĄŻKI - sztandarowe wydawnictwo BN nie ma ani swojej strony, ani nawet podstrony.

Nie kupują NOWYCH KSIĄŻEK biblioteki. Wskazuje na to choćby sam nakład - 4 tysiące sztuk, wobec 8 tysięcy samych bibliotek publicznych... Jak wyjaśniła kierowniczka mojej biblioteki gminnej: " I tak mam wszystko w internecie". A to akurat nieprawda. Nowe Książki zawierają  specjalnie pisane, ciekawe recenzje, iedalne dla popularyzatorów czytania, ktorymi powinny być panie bibliotekarki. Ale czy są? Czy naprawdę, żeby wypożyczać książki trzeba czytać ich recenzje? Bo nie chodzi przecież o zakupy. W sytuacji, gdy biblioteka kupuje 20 książek rocznie, czytanie recenzji niechybnie doprowadzić może tylko do silnej frustracji... A tego nie chcemy, prawda? 

Zgadza się, że recenzje i omówienia odznaczają się komunikatywnością i klarownością stylu. Bardzo dobrze się je czyta - z dużym zainteresowaniem. Edycja, ortografia, interpunkcja bezbłędna, a to akurat lubię u profesjonalistów. Część recenzji pisana jest przez zawodowych recenzentów, literaturoznawców, część przez blogerów, część przez publicystów, część przez naukowców. 

Bardzo ciekawe są sylwetki wybranych autorów - w aktualnym numerze prezentowana jest Swietłana Aleksijewicz, o której mówi się, że jest kandydatką do Nagrody Nobla. [To byłoby coś. Nobel za literaturę faktu...?]

Nie dostrzegłam jednak korespondencji zagranicznych ani felietonów, co źle rokuje, bo oznacza, że redakcja nie ma pieniędzy, żeby za nie zapłacić... No, i naprawdę ich brakuje, bo to przecież wydawnictwo dotowane przez budżet państwa, czyli przez nas wszystkich, o zrozumiałych ambicjach, afiliowane przy Bibliotece Narodowej.

W kwietniowym numerze wyczuwalny jest motyw wiodący: świat postsowiecki. Bardzo ciekawe. Lubię takie rozumowane zestawienia książek. Uważam, że to dodaje wartości. Koncentracja na jednym zagadnieniu sprawia, że dowiaduję się więcej.

W ogóle jest tu sporo czytania, choć omawianych książek na pewno nie da się naliczyć 100. Najciekawszy dla mnie jest tekst, jedynego w swoim rodzaju, prof. Zbigniewa Mikołejko, który przeczytał i napisał o depresji Styrona oraz dobrze się zapowiadający tekst Adama Komorowskiego o Mario Vargas Llosie.

Ale nie wiem, kto jest właściwie odbiorcą tego miesięcznika?

Kiedy trzymam w ręku NOWE KSIĄŻKI, mam nieodparte skojarzenie ze słynną prezentacją maturalną z jęz. polskiego. Moja córka właśnie ją pisze. Wszyscy mają świadomość, że to już nie ma sensu. Nie liczy się na maturze, nie liczy się do rekrutacji na studia, nikt nie traktuje jej poważnie, jest po prostu nikomu niepotrzebna... Większość 19-latków kupuje ją w internecie za 49 złotych... Prezentacja maturalna to jakiś miraż, fatamorgana, może chciejstwo? Tak naprawdę okazała się zbędna, choć jednocześnie teoretycznie trudno jej coś zarzucić - mogłaby być bardzo przydatna, ale... jakoś nie jest. Moim zdaniem samodzielna praca ucznia w polskiej szkole jest zjawiskiem do tego stopnia nietypowym, że po prostu nie pasuje do całej reszty edukacji...

I tak samo jest z NOWYMI KSIĄŻKAMI. Piękna, nikomu niepotrzebna praca została tu wykonana...

wtorek, 12 lutego 2013

W poszukiwaniu czasopism o książkach - Książki. Magazyn literacki


Książki. Magazyn literacki nr 1/2013 (196)
lub 
Magazyn literacki KSIĄŻKI nr 1/2013 (196)

Od jakiegoś czasu szukam niezależnego pisma z dobrymi recenzjami książek. Pisałam już o moich bezowocnych jak dotąd poszukiwaniach Nowych Książek, które doprowadziły mnie do Zeszytów Literackich TU, które okazały się bardzo porządną lekturą, jednak z bardzo małą porcją recenzji.

Teraz przedstawię miesięcznik Książki. Magazyn literacki nr 1/2013 (196). Jest to miesięcznik wydawany pod redakcją Piotra Dobrołęckiego z silnie zaznaczoną obecnością Łukasza Gołębiewskiego, prezesa spółki Biblioteka Analiz, będącej właścielem Książek.

Pierwsze wrażenie jest pozytywne. Ładne wydanie, przyjemny, trochę grubszy niż zwykle, błyszczący papier. Sporo informacji w tabelach. Atutem Książek jest niewątpliwie dział Wydarzenia (choć tu wepchnięto wywiad z autorem komiksu), dział Kalendarium Rynku książki, dla zainteresowanych dział Bestsellery. 
Tu znalazłam coś, co mnie naprowadziło na trop charakteru  tego czasopisma. Mówię o słowach autorstwa niewątpliwej gwiazdy miesięcznika Książki, Krzysztofa Masłonia, który tak skomentował nokaut sprzedażowy E.L. James: „Widać świat najbardziej potrzebuje książek o tym, jak się rżnąć.”

O, kurde! – myślę sobie, trzymając się nieco stylistyki Masłonia. Coś jest nie tak…  No i  jest… A mówi to osoba, która przeczytała cały numer, wszyściutko - od deski do deski.

W ogóle, to musicie wiedzieć, że zachęciła mnie okładka z Davidem Bowie, którego Let's dance uwielbiam, i fakt, że na samej górze umieszczono pochlebną rekomendację z amerykańskiego Kirkus Reviews. Jednak o książce więcej się już nie wspomina w środku czasopisma. Szybko okazuje się, że w środku już niczego równie ciekawego, co w reklamie na okładce, nie znajdę.

Ale szukam. Szukam i widzę, że nie wspomina się nawet słowem o nagrodzie Nike, ani o zwycięskiej Morfinie Szczepana Twardocha. A jesteśmy tuż po jej wręczeniu… Dziwne…
Ani słowa o innych książkach, które znam z półek księgarskich. O tytułach, które mnie interesują. Co jest grane? Skąd takie, a nie inne recenzowane tytuły?

Po chwili już wiem. To są po prostu wykupione recenzje, wywiady, boksy, szpalty, strony reklamowe. Recenzje pozytywne, w absolutnej większości pozbawione wyrazu rekomendacje marketingowe (z wyjątkiem autentycznego entuzjazmu dla bohatera trylogii Syberiada polska). Choć może znajdziemy nieco drobnych prztyczków w nos, szczególnie w przypadku utworów debiutanckich, wydanych zdaje się w ramach self publishing, a reklamowanych w Książkach recenzją w pakiecie z wywiadem. Niekiedy zresztą kuriozalnym.

Szczególnych emocji dostarczyły mi teksty w wykonaniu eksperta o inicjałach TO-RT. W wywiadzie z młodym podróżnikiem, autorem książki o wyprawie trasą „Długiego marszu” z łagru na Syberii do Nepalu TO-RT zajmuje 4 linijki tekstu, żeby poinformować cały świat - z wykrzyknikiem! -  że szukał w internecie i znalazł informację, że nakręcono o tym film w Hollywood. Hurra! Czy aby na pewno recenzentowi wskazanemu przez redakcję wypada chwalić się nieznajomością powszechnie znanego i cenionego filmu Petera Weira (w dodatku z silnym wątkiem polskim)? Chwalenie się niewiedzą nie jest chyba jeszcze obowiązkowe?

Wydaje mi się, że warto, żeby redaktor przyjrzał się także innym enuncjacjom TO-RTa, jak np. że:
- napisał w jednym zdaniu o pewnej debiutanckiej powieści, że „skłania  do refleksji nad wolnością i […] zrobiłaby furorę jako literatura wagonowa.”
 - poradził szefowi Absolut Company, obecnie dumnemu autorowi powieści, z którym zamieszczono uroczy wywiad obok recenzji: „Oby w kolejnych częściach perypetii trójmiejskich policjantów – nie wątpię, że takie powstaną – redakcja była skrupulatniejsza. Bo pomyłki [..] są chyba dostrzegalne nawet po kilku drinkach Cosmo, które przelewają się przez karty tej wciągającej niczym wir powieści.”

Que?
Szczerze mówiąc, nie rozumiem, jaki charakter ma taka recenzja? Toż to wygląda po prostu jak kpina z autora i z czytelników.
I to nieuprawniona, bo sam szacowny miesięcznik Książki wprost roi się od literówek, błędów interpunkcyjnych i, co gorsza, stylistycznych. [Ktoś powie, że się mądrzę, a sama nie jestem lepsza w swojej pisaninie, ale... ja nie mam ani redaktora, ani korektorki. A  szkoda, wiem :)]
Dzieje się tak szczególnie, gdy piórem włada właśnie TO-RT, autor stwierdzenia, że pewna książka zawiera „historie ewidentnie inspirowane autopsją”. Jest to człowiek wyraźnie z predylekcją do słowa „via” (via Stambuł, via Czechosłowacja, via Korpus Bezpieczeństwa). On także jest autorem takiego oto majstersztyku stylistycznego:
„Spojony artystycznymi aspiracjami klan Janssonów – Finów szwedzkiego pochodzenia, posługujących się głównie językiem Augusta Strindberga – był częścią skandynawskiej cyganerii.”

Tak pisać w czasopiśmie o książkach, z podtytułem magazyn literacki?

A dalej jest tylko gorzej. Gdzieś zapodziewają się nawet pozory obiektywizmu. O braku jakiegokolwiek odniesienia do Nagrody Literackiej Nike już pisałam. 
O Oldze Tokarczuk Masłoń bez skrępowania pisze, uderzając ad personam: „wciąż niespełniona „nadzieja” rodzimej prozy” „sygnatariuszka listów w najrozmaitszych, ale – jej zdaniem – zawsze istotnych społecznie kwestiach […] i dalej w tym tonie…
Dla Daniela Passenta poszukano takich określeń jak „primadonna PRL”, „TW” i „felietonista wyróżniający się lekkością pióra i błahością przemyśleń”, obecnie cierpiący na sklerozę.
Zmarłego Andrzeja Łapickiego  „w rozmowie z małżonką w rodzinnych pieleszach” TO-RT skwitował jako najwybitniejszego lektora w dziejach Polskiej Kroniki Filmowej…
Pilchowi dostaje się, że „uparł się jednak, by dać wyraz protuskowym poglądom.”

A wszystko to znajdziemy pod znamiennym tytułem felietonu Nie może być gorzej...

Ale najgorzej w Książkach dostało się chyba jednak Białoszewskiemu i jego miłośnikom, do których i ja się zaliczam. Ciężko mi teraz pomyśleć, że zapłaciłam 14,50 pln, żeby zobaczyć, że w 2013 r. w czasopiśmie skierowanym do inteligentów polskich można o uznawanym powszechnie za genialnego, awangardowym polskim poecie napisać - cytuję - „ten gejowski poeta”…

A oto jak postrzega się redakcja Książek:
Dziś "Magazyn Literacki KSIĄŻKI" to profesjonalny miesięcznik poświęcony rynkowi wydawniczemu i księgarskiemu, skierowany do wszystkich miłośników książek, księgarzy, bibliotekarzy, wydawców i dystrybutorów książek. 
Co miesiąc "Magazyn" odnotowuje najistotniejsze wydarzenia branżowe, jest również cennym przewodnikiem po nowościach wydawniczych. W każdym numerze recenzujemy ok. 100 nowych tytułów, prezentujemy listę bestsellerów, listę bestprinterów, zamieszczamy porównanie cen książek w różnych kanałach dystrybucji. 
Dużym zainteresowaniem Czytelników cieszą się publikowane na łamach miesięcznika wywiady. Dla księgarzy i bibliotekarzy "Magazyn Literacki KSIĄŻKI" stanowi ważny informator o bieżącej ofercie tytułowej, dla wydawców - źródło informacji o działaniach konkurencji. Od 2004 roku nasza redakcja przyznaje Nagrody "Magazynu Literackiego KSIĄŻKI".







środa, 6 lutego 2013

W poszukiwaniu czasopism o książkach - Zeszyty Literackie


Zeszyty Literackie nr 120

Obiecałam zdać relację z moich poszukiwań czasopisma z wartościowymi recenzjami książek.

Szukając miesięcznika Nowe Książki, którego nie ma mogę znaleźć w żadnej księgarni ani w Internecie, kupiłam Zeszyty Literackie. Miałam co prawda w pamięci, sprzed kilku lat, gdy ostatnio do nich zaglądałam, że nie jest to czasopismo poświęcone recenzjom lecz samym tekstom, ale postanowiłam zajrzeć. Skoro już robię taki 'risercz', wygląda na to, że trochę 'w poszukiwaniu straconego czasu'...

I bardzo dobrze się stało.  Czy to moje zainteresowania się zmieniły, czy raczej jubileuszowy 120. numer jest po prostu świetny, lektura bardzo mnie wciągnęła.

Charakter kwartalnika redagowanego od 30 lat  przez Barbarę Toruńczyk, początkowo z Paryża, teraz z ul. Foksal w Warszawie pozostał niezmienny. Jest to czasopismo poświęcone ‘sztuce czystej’, niemal całkowicie literaturze: poezji – wyśmienicie międzypokoleniowo reprezentowanej, prozie – najwybitniejszych polskich pisarzy starszego pokolenia i nielicznych młodych oraz eseistyce. Dzięki zrządzeniu losu (cokolwiek to znaczy) mogłam dziś, w 2013 r. zapoznać się z historią powstania tego czasopisma w 1982r. (wspomnienie B. Toruńczyk Krucha bezcenna rzecz),  stąd jasne jest już dla mnie, to, co przedtem było zaledwie skojarzeniem. Zeszyty są jakby młodszym rodzeństwem Kultury Giedroycia i tworzone są z tą samą myślą chronienia wartości kulturowych i intelektualnych przenoszonych tylko i wyłącznie przez słowo pisane. Wspominając początek tego projektu, który był, jest i mam nadzieję będzie, projektem zaprzyjaźnionej grupy wybitnych indywidualności kultury polskiej związanej z opozycją, dawnym KORem i emigracją intelektualną indywidualności takich jak np. Czesław Miłosz i Josif Brodski (za życia) czy wciąż i niezmiennie Stanisław Barańczak i Adam Zagajewski.

Po 30 latach nieprzerwanego wydawania ZL, w tej samej, zaprojektowanej przez Ewę Kuryluk w 1982r. szacie edytorskiej, Toruńczyk podsumowuje:
Już sama długotrwałość pisma o przyświecających nam ambicjach jest zjawiskiem bez precedensu w Polsce. Nie poprawia to jednak mojego samopoczucia. […] Boli mnie arogancja wielkich mediów wobec kultury, ich niekompetencja. Czuję się bezsilna wobec ich atrakcyjności i władzy, mierzi mnie ich marność umysłowa, etyczna i artystyczna.

Jest źle. Niestety. ZL są dotowane z budżetu i przez darczyńców z biznesu oraz prywatne osoby, które są wymienione z nazwiska, tak niewiele ich jest…
Konkluzja jest jednak jedna - trzeba robić swoje. Trzeba wierzyć w siłę słowa. Nie ma od niego nic trwalszego. Toruńczyk formułuje na głos, co powiedziałby Giedroyc w tych trudnych dla kultury wysokiej czasach: Musi pani wyszukiwać ludzi, którzy mają coś do powiedzenia. Talent to rzadka, ale i krucha rzecz. O tym nie wolno zapominać. Wiara w pisarza, wiara w siłę słowa i dobre efekty długotrwałych wysiłków twórczych – tylko to może uratować polską kulturę.

Tak się składa, że ja też wierzę w słowo i jego siłę.

Co mnie szczególnie poruszyło w 120. numerze ZL?

literaturlana.com
Poezja Adama Zagajewskiego oraz sposób, w jaki o niej napisała  Krystyna Jaworska. Żadnego żargonu utrudniajacego odbiór! Esej Ewy Bieńkowskiej o Budenbrookach Manna, z którego można wiele się nauczyć na temat czytania klasyków Czytane po latach – „Buddenbrookowie”. Słowa miłości i podziwu skierowane z więzienia przez Adama Michnika do Barbary Toruńczyk po wydaniu 1. numeru Zeszytów: Jesteś cudowna i kochana, że miałaś ten pomysł […].  Szkic o dolinie rzeki Douro, i inny o Petersburgu, wspomnienia o Miłoszu, poezja Hartwig i wiele innych. Także to, że kwartalnik jest dostępny w formacie na czytnik (28 pln za rocznik) i ma swoją stronę, jak przystało na dzisiejsze czasy.

Oto autobiograficzny wiersz wspaniałego, uznanego na świecie, Adama Zagajewskiego, urodzonego w czerwcu 1945r. w Lwowie i repatriowanego do Polski, w czasach komuny emigranta, obecnie pomieszkującego ma zmianę w Stanach i w Polsce. Wyboldowanie moje :)

Adam Zagajewski Dżungla
Przecież to czysty przypadek: śląskie miasto,
Na horyzoncie hałdy, na ulicy starzy ludzie
mówiący przywiezionym ze Wschodu językiem,
potem odkrycie muzyki, Brubeck, Charlie Parker,
koncert Rachmaninowa i Siódma Symfonia,
odkrycie, że jest coś innego, zupełnie innego,
muzyka od początku obca i piękna jak Gerta Garbo
 w szpiegowskim filmie, wśród pospolitych figur,
i pierwsze poezje, które przemówiły do mnie,
wystawa księgarni jak licytacja dobrych manier,
lecz także gruby ksiądz w poplamionej sutannie
nauczyciel kłamliwej historii o ostrej twarzy sępa,
szkolne bale, gdzie nasze koleżanki, tak zwyczajne,
zmieniały się nagle w tajemnicze istoty,
główna ulica (wydawała się nam fragmentem
wielkiej metropolii) i podmiejskie ogrody, pachnące
chwastami, a w jesieni pożywnym dymem z ognisk.
Dlaczego właśnie to dziwne zestawienie czerni
I bieli, zieleni i błękitu – czerni było najwięcej
- a nie idee, nie spokój pracowni filozofa,
nie konspekt inżyniera, stenografia mojego ojca,
tylko chaos, chaos plam, dźwięków i zapachów,
dżungla, wspaniały chaos, który potem
przez całe życie próbuje się zrozumieć, uporządkować,
bezskutecznie, bo zawsze brakuje czasu,
uwagi, i tak już zostaje, byle jak, w brulionie
pokreślonym skośnymi liniami fioletu,
w brulionie, którego tekturowe okładki
Zwijają się jak skrzydła nietoperza, w zeszycie,
który płowieje i znika w otchłani
najniższej szuflady, znika, lecz właściwie
jest nieśmiertelny.

poniedziałek, 4 lutego 2013

…literatura popularna to literatura konwencji i... wszystko gra


Literatura popularna… Może się podobać albo nie (mnie rzadko się podoba, ale zdarza się, i pisałam o tym TU, TU, TU, a TU się nawet zachwycam :),  ale bez wątpienia po prostu nas otacza. Jesteśmy zanurzeni w popkulturze. Kultura wysoka jest niszowa z definicji.

Jednak jestem, i zawsze będę, zwolenniczką aspirowania do kultury wysokiej, stawiania sobie wymagań, rozwijania się w tym właśnie kierunku oraz zachęcania do tego innych J Odrzucam myśl o  równaniu w dół. A trzeba powiedzieć, że tutaj toczy się zażarta walka. Także na słowa, o czym później…

Dzisiaj piszę o literaturze popularnej, bo mam przed sobą broszurę promocyjną EMPIKu opatrzoną tytułem: Bestsellery EMPIKu 2012 rozdane! Jest to sieć sprzedaży, więc oczywiste jest, że decydującym kryterium jest ilość sprzedanych egzemplarzy, czyli „popularność” danej pozycji.
Oczywiście domyślacie się, kto się w Polsce najlepiej sprzedaje… Fikcja literacka: Katarzyna Grochola, E.L. James; literatura faktu: Danuta Wałęsa. Poradniki: tu nie podany jest nawet autor, widnieje tylko tytuł: Dlaczego mężczyźni kochają zołzy. Literatura dla dzieci: Chylińska (ta piosenkarka? ciekawe), Literatura młodzieżowa: Igrzyska Śmierci Suzanne Collins.

To są fakty. I szlus.

Są rzeczy, które podobają mi się w tej broszurce, o ogromnym zasięgu, a więc dużej sile rażenia.
Np. Uważny czytelnik wywiadu z autorką prozy młodzieżowej Aimee Agresti może się sporo dowiedzieć o konwencji literackiej charakterystycznej dla tego typu literatury. Pisarka określa wymagania, które sobie stawia, pisząc powieść młodzieżową:

„Zamierzałam napisać taką książkę, jaką sama chciałabym przeczytać jako nastolatka: z historią miłosną, zagadką, przygodami oraz, przede wszystkim, z silną główną bohaterką.”  Co więcej zdradza nam być może kulisy sukcesu tej konkretnej książki (chodzi o Olśnienie). Mowa o problematyce utworu, czyli tym czymś, co kryje się pod spodem intrygi, fabuły, dialogów i opisów. „[…] zalążkiem opowieści był dla mnie pomysł, aby przedstawić nastolatkom dwa moje ulubione dzieła: „Fausta” i „Portret Doriana Greya”. […] zastanawiałam  się, co skłoniłoby młodą osobę do zaprzedania swojej duszy.”

Następny wywiad. Autorka popularnych kryminałów szwedzkich Asa Larsson (kolejny raz nagrodzona za swój utwór) zdradza nam z kolei, czego sama oczekuje od kryminału, do czego aspiruje w ramach swojej konwencji, z czego możemy ją rozliczać: „Pisarka PD James powiedziała, że kryminał musi być połączeniem dobrego opisu miejsca, kreacji ciekawych postaci i intrygi. Niesłychanie trudno to zrobić. […] myślę, że dużą rolę odgrywa tu także ciekawość czytelników.[…] W przypadku mojej twórczości jest też tak, że dzika północ ma w sobie coś egzotycznego.”


To wiele wyjaśnia, prawda? Myślę, że takie krótkie wywiady odsłaniające tajniki danej konwencji wzbogacają naszą lekturę książek popularnych. A może nawet zachęcą kogoś do sięgnięcia po kanoniczny utwór (literaturę wysoką), w którym ktoś kiedyś wzorcowo „opracował literacko” daną problematykę. Czego sobie i Państwu życzę. J

A gdzie walka na słowa? I na czym polega? (Bo teraz będzie o tym, co mi się nie podoba, czego nie jestem w stanie zaaakceptować nawet w tekstach marketingowych). To jest nadużywanie słów, banalizowanie znaczeń, czasami wręcz uwłaczanie inteligencji czytelników.

Podam tylko jeden przykład z broszurki EMPIKu. Pochodzi z rekomendacji Ciemniejszej strony Greya. Wspomnę tylko (bo mam za słabą psychikę, żeby cytować po całości) o tym, że napisano tu, że jest to utwór przedstawiający „losy (?)  burzliwego związku (?) młodziutkiej Anastazji i charyzmatycznego (???) miliardera Greya.”

Czy ja czegoś nie wiem? Wyczyny łóżkowe, choćby najbardziej pociągające,  jako synonim charyzmy? 
Dlaczego wcześniej nikt mi tego nie powiedział?!



sobota, 1 grudnia 2012

...mamy koniec listopada


Jest więc niezła okazja, żeby coś przeczytać. 

I tak zacznę o przerabianego przez córkę w szkole Conrada. Jądro ciemności po raz drugi, a może jednak trzeci? Yes. 
Poza tym, zanim pójdę do kina, przeczytam najpierw nagradzany na Zachodzie Atlas chmur.
A skoro polskie jesienne niebo przypomina niebo skandynawskie, i jest niczym kamienny żagiel, to sięgnę po Ake [oke] Edwardsona.
No i w końcu poznam PAPER MINT - magazyn o książkach. W tym przypadku skusiła mnie okładka z  Agatą Tuszyńską, której jestem wielką fanką.