Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura iberoamerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura iberoamerykańska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 czerwca 2013

Roberto Bolano "2666" - Część Archimboldiego

Roberto Bolano 2666 - Część Archimboldiego

Z posłowia do pierwszego wydania (rozumiem, że jest ich więcej – przecież to powieść- sukces…) i z prasy, która zapowiada 2666 Bolano jako „monumentalne dzieło” (ewentualnie „powieść totalną”) dowiaduję się, że autor poświęcił temu 1000-stronicowemu tomowi ostatnie lata życia przed śmiercią na niewydolność wątroby. Kolejna rzecz, na której koncentrują się i wydawca i dotychczasowi komentatorzy, to niezwykły akt odwagi ze strony jego spadkobierców, polegający na sprzeniewierzeniu się woli autora. Bolano zaplanował bowiem wydać swoje dzieło w pięciu częściach, każdą za określoną z góry przez niego kwotę pieniędzy. Pragnął zabezpieczyć w ten sposób finansowo swoją rodzinę.  2666 wydano jednak jako jeden tom, nie chcąc niweczyć integralności tego - w ich pojęciu - wielkiego dzieła.

Ja jednak myślę, podział na 5 części to był zamysł nie tylko komercyjny, ale i artystyczny. 2666 to jest po prostu pięć osobnych powieści - połączonych postaciami bohaterów.

Teraz moja lektura Bolano.
Najpierw przeczytałam dwustustronicową część pierwszą 2666 pt. Część krytyków. Potem sięgnęłam na półkę i znalazłam tam Chilijski nokturn z 2000 roku. Teraz mam za sobą kolejną, trzystustronicową część piątą 2666 pt. Część Archimboldiego. Chcę przez to powiedzieć, że mogę porównać 2666 z innym utworem autora.

I tak sobie myślę, że nieprzypadkiem komentarze wokół  tego „opus magnum” Bolano koncentrują się  kwestiach biograficzno-logistyczno-finansowych. One są ciekawe. W odróżnieniu do samej powieści.

Zgadzam się z twierdzeniem, że Bolano pragnął objąć swoją powieścią cały świat. Snując swą opowieść co chwila czyni dygresje, tworząc setki odnóg odbiegających od głównej historii. W Części  Archimboldiego dochodzą do głosu ponownie dwie jego główne obsesje, jasno wyrażone w Chilijskim nokturnie: pragnienie nieśmiertelności i podziwu czytelników oraz wyraźna fascynacja germańskością. Bolano mnoży historie, mnoży postacie, mnoży scenografie, mnoży rekwizyty, żeby jak najszerzej podzielić się swoją erudycyjną wiedzą na temat losów Niemiec hitlerowskich. Liczne postacie noszą nazwiska z dodatkiem „von”. Bolano wyraźnie zachwyca się ich  germańskim, arystokratycznym  brzmieniem.  Jest w tym coś perwersyjnego…  Ta niezdrowa i podejrzana w obliczu znanych nam wszystkim faktów fascynacja ujawnia się też w pogardliwym stosunku do innych nacji: naśmiewaniu się z nazwisk Latynosów: jakiś tam Lopez albo Fernandez (w części pierwszej powieści).  W opowieści o polskich żołnierzach, który w czasie kampanii wrześniowej, byli „słabo uzbrojeni, ale nie poddawali się, bo…  nie wiedzieli jak”. Inny Polak wyskoczył z lasu wprost na oddział głównego bohatera, bezbronny, pobił w walce wręcz  jakiegoś Niemca i choć mógł zabrać mu broń, nie zrobił tego, bo był zbyt głupi. Po chwili został zastrzelony.  
Oczywiście te epizody są opowiedziane ustami bohaterów. Nie są to treści wprost odautorskie. Co więcej pogardliwy ton może być czystą ironią odautorską. Możliwe, że w ten sposób Bolano wyraża poglądy wręcz przeciwne: zachwyt nad latynoskością i podziw dla inteligencji Polaków. I jest to kolejny element wywróconego świata pozorów, który nam przedstawia. Ale, szczerze mówiąc, nie jest to dla mnie takie pewne. Po prostu chciałabym, żeby tak było, żeby tam była jakaś wartość...

Jest to książka pełna tego typu odrzucających momentów, opowieści, pobocznych epizodów, sugerujących jakieś ukryte znaczenie. W rzeczywistości jednak, moim zdaniem, wszystko to ujawnia bezradność autora wobec różnorodności świata, którym zapragnął zawładnąć. Strzelanie z karabinu maszynowego ślepakami. Głośne i nieskuteczne.

Wydaje mi się, że Bolano przyjął błędne założenie, że można opisać świat, spisując  drobiazgowo, niemal dzień po dniu poczynania wszystkich postaci, które zamajaczą na horyzoncie jego opowieści.  Bardzo chciał napisać coś wielkiego, co uczyni go nieśmiertelnym. Coś, co sprawi, że setki krytyków literackich będą głowić się nad egzegezą jego tajemniczych (bo chaotycznych słów)), nad losami jego enigmatycznych (bo przypadkowych) bohaterów.

Do tego świat kobiet... Zupełnie nieprawdopodobne są te figury kobiece u Bolano.  No, nie mam po prostu słów... Ich zachowania nie mają żadnego racjonalnego uzasadnienia. To mnie skrajnie razi.  Opiszę to na przykładzie. Kiedy zaczyna się przemiana głównego bohatera, przemiana z prymitywnego matołka w erudycyjnego pisarza, pojawia się potrzeba ustabilizowania jego życia osobistego. Jak to zrobić? Potrzeba mu dać partnerkę, związać go z kimś. Jak to uczynić, skoro dotąd  nasz  Hans jedynie onanizował się w okopach?  

Zadanie pisarskie? Tak. Oto rozwiązanie Bolano. Na  ulicy podchodzi do Hansa nieznajoma dziewczyna. Całuje go prosto w usta. Mówi, że jest jego narzeczoną. Ten się dziwi, ale chętnie na to przystaje (typowy sposób przedstawienia zachowania ludzkiego u Bolano – nie ma ono żadnego uzasadnienia, często żadnego sensu).  Dziewczyna znika. Pojawia się ponownie, kiedy nasz bohater  przechodzi swoją przemianę. Jest jedną z prostytutek, na którą natyka się nasz bohater. To ona go rozpoznaje. Idą do łóżka. To jest miłość właśnie.

Mhh…  Słabe to jest. I to jest mój podstawowy zarzut do Bolano: absolutne nieprawdopodobieństwo psychologiczne stworzonych przez niego postaci wytwarza pustkę, która mnie odpycha. Więcej. Wyłączna koncentracja  na możliwych do zaobserwowania zachowaniach, na kolejnych działaniach, jakby ludzie byli bezwolnymi kijankami pod mikroskopem, oraz programowy brak dostępu do ich psychiki sprawia, że po 300 stronach bohaterowie ci – choćby mieli „von” w nazwisku i okazywali się nagle wybitnymi pisarzami - pozostają mi równie obcy jak na początku.

Oto najlepsze moim zdaniem fragmenty z tego, co przeczytałam w części piątej. Nie są to typowe kawałki. Są to wyjątkowo rzadkie refleksje, jakie  zostały wygłoszone na kartach powieści Bolano.

[…] Wewnątrz człowieka, który siedzi i pisze, n i e  m a  n i c. Nic, co byłoby nim, chcę rzec. Znacznie lepiej by uczynił, gdyby poświęcił się czytaniu. Czytanie to przyjemność i radość z tego, że się żyje, albo smutek z tego, że jest się żywym, a przede wszystkim to poznanie i pytania. Pisanie zaś to zazwyczaj pustka. W trzewiach człowieka, który pisze, n i e  m a  n i c. […] Pisze pod dyktando. Jego powieść czy wiersz, przyzwoite, całkiem przyzwoite, powstają nie w wyniku ćwiczenia stylu czy woli, jak sądzi biedny nieszczęśnik, ale dzięki ćwiczeniu s k r y w a n i a. Potrzeba wielu książek, wielu czarujących sosen, aby chroniły przed podstępnym wzrokiem książkę naprawdę ważną, pieprzoną jaskinię naszego nieszczęścia, magiczny kwiat zimy!

Proszę mi wybaczyć metafory. […]

Wiedziałem już, że nie ma co pisać. Czy raczej, że pisać warto tylko i wyłącznie wtedy, kiedy gotów jesteś napisać arcydzieło. […] A przy tym mało jest pisarzy, którzy rezygnują. Bawimy się w wiarę w naszą nieśmiertelność. Myślimy się w ocenie naszych utworów i w osądzie, zawsze oględnym, innych pisarzy. Zobaczymy się przy okazji Nobla w Sztokholmie, mówią pisarze, jakby mówili: zobaczymy się piekle. […]

Rzekłeś, Robercie Bolano.
_________________  
Z literą w tle

piątek, 7 czerwca 2013

Roberto Bolano "Chilijski nokturn"

Roberto Bolano Chilijski Nokturn

Chilijski nokturn to pierwsza z powieści Bolano, która dotarła do Polski. Wydana przez MUZĘ SA w 2006 r. w serii SALSA imitującej klasyczną serię Proza Iberoamerykańska Wydawnictwa Literackiego z lat 70. i 80. 

Bolano trafił pod polskie strzechy na fali rozgłosu, jaki przyniosła mu zarówno powieść (nazywana jego opera prima) czyli Dzicy detektywi oraz w związku przyznaniem mu dwóch najważniejszych nagród dla literatury hiszpańskojęzycznej i iberoamerykańskiej w latach 1998 i 1999.

Niewielka powieść pt. Chilijski nokturn warta jest przeczytania. To jest żywa literatura, oparta na nośnym koncepcie i z problematyką, która nienachalnie ujawnia się czytelnikowi, wywołując uczucie niepokoju. Spisana jako monolog  konającego bohatera w dwóch akapitach,  z czego ten drugi to zaledwie jedno zdanie:

A potem rozpęta się nawałnica gówna. 

Smutne zakończenie żywota, nie uważacie?

Nokturn znalazłam szczęśliwie u siebie na półce. Po przeczytaniu pierwszej z pięciu części tzw. „monumentalnej” powieści 2666, raczej nie kupiłabym  tak szybko następnej książki tego autora… A szkoda by było. Bo Nokturn jest literaturą wysokiej klasy i w odróżnieniu od 2066 nie pozostawia mnie obojętną. Wiem, że moje jednoznaczne oceny mogą niekiedy razić. Ale tak się składa, że sam Bolano zachęca do odważnych interpretacji jako wyrazu poważnego traktowania literatury. Ja uważam podobnie! Bolano za życia słynął z tego, że gnioty nazywał gniotami właśnie. Odbieram to jako zgodę na pisanie o szczerze o moim odbiorze jego dzieła.


Problematyka Chilijskiego nokturnu wydaje się być zbieżna z motywami przewijającymi się także przez ostatnią, pośmiertną powieść Bolano. Bohaterem jest znowu krytyk literacki (poza tym ksiądz) i poeta w jednej osobie. Dobry krytyk i słaby poeta. Człowiek, którego myśli zaprząta uznanie ze strony świata, który o tym rozmyśla, marzy o tym i dziwi się, że sławę przynoszą mu poboczne prace, a nie właściwa praca twórcza. Tematami są:  niezdolność literatury do zmiany świata, jej porażka wobec okrucieństwa świata rzeczywistego, świata, w których piękne i gładkie idee urzeczywistniają się w postaci walki o władzę i dominację. W którym prym wiodą politycy i ich pospolite umysły, ludzi się torturuje w piwnicach, co jednakowoż nie przeszkadza śmietance intelektualnej debatować na piętrze tego samego budynku o nowinkach literackich przy kieliszku chilijskiego wina. Po chwili czytamy o maniakach, którzy życie poświęcali na utrwalenie swojej osoby w pamięci innych. Bez skutku zresztą. Ten temat - bycia zapamiętanym - jest jednym z centralnych motywów Bolano.

Natykamy się też - co jakoś mnie już nie dziwi - na tajemniczego niemieckiego pisarza w mundurze Wehrmachtu, dyskutującego o literaturze w podbitym Paryżu. Ten paradoks, że nie wystarczy być kulturalnym, żeby nie stać się faszystą, musiał chyba mocno zajmować uwagę Bolano, skądinąd autora książek o tytułach Literatura faszystowska w obu Amerykach (1996) oraz III Rzesza (wydanie pośmiertne 2010).  A propos, czy Wy wiecie, że armia chilijska do dziś korzysta z  mundurów wzorowanych na mundurach hitlerowskich??? Po dziś dzień korzysta w galowych momentach z hełmu niemieckiego typu Stahlhelm? Co za wstyd.

Na koniec wspomnę, że w Nokturnie pojawia się także  zajawkowo nazwisko Archimboldi, jako synonim czegoś wielkiego, za czym się goni...

Ważna jest też próba opisania fenomenu chilijskości, szczególnie w wydaniu wyższych warstw społecznych, funkcjonujących od wieków w nieuświadomionym dobrobycie, kiedy to  przywoływanie służącej pstryknięciem palców jest naturalne jak oddychanie, nawet jeśli jesteśmy w zaledwie średnio zamożnym chilijskim domu. Mamy więc do czynienia z pytaniem: Co to znaczy przynależeć do elity w Chile?

I taka była prawda. Nudziliśmy się. Czytaliśmy i nudziliśmy się. Intelektualiści. Bo nie można czytać przez cały dzień i całą noc. Bo nie można pisać przez cały dzień i całą noc.

Wyczuwam ogromne pokłady poczucia winy z powodu jałowego w gruncie rzeczy życia, jakie staje się udziałem bohaterów Bolano, podobnych do niego okularników, jednostek pozbawionych w gruncie rzeczy problemów i jednocześnie pozbawionych innych niż czytanie i pisanie umiejętności.

Ciekawostka: kiedy Bolano opisuje podróż, jaką jego bohater odbył po Europie, opisuje w gruncie rzeczy marzenie każdego mola książkowego. Opłacona z góry (przez enigmatycznych mocodawców) podróż po pięknych, historycznych miejscach, zadziwiające spotkania (tu np. z sokolnikami chroniącymi zabytki przed gołębiami), bezstresowe zadanie do wykonania (raport o ochronie zabytków europejskich) i możliwość czytania bez końca:

[…] nikt prócz cieni grzeszników , które bardzo uważały, żeby mi nie przeszkadzać, bardzo uważały, żeby nie wtrącać się do moich lektur, szczęście, szczęście, radość odzyskana […].

Jedynym wymaganiem tajemniczych mocodawców jest brak zainteresowania dla ich działań, nieme na nie przyzwolenie. A rzecz ma miejsce za czasów gen. Pinocheta…  I choć niewiele wiem o Chile i juncie Pinocheta, to jednak nawet u nas w Polsce mówiono i pisano w swoim czasie, a także ostatnio (przy okazji zainteresowania nowym papieżem, trochę tylko starszym od Bolano) można było przeczytać o niewyobrażalnych okrucieństwach, jakich wojskowi dopuszczali się, zwalczając zwolenników obalonego socjalizującego prezydenta Allende: tortury przechodzące ludzkie wyobrażenie; odbieranie dzieci więźniarkom, żeby przekazać je zwolennikom junty, a matki zgładzić; zjawisko desaparecidos, czyli znikanie ludzi, niedawno wyjaśnione jako praktyka zrzucania więźniów  do morza z helikopterów jako najskuteczniejszy sposób na pozbycie się człowieka  bez śladu… 

Myslę, że to właśnie o odpowiedzialności wszystkich Chilijczyków, a szczególnie elit chilijskich za te zdarzenia pisze Bolano, stosując więcej przemilczeń i sugestii niż opisów wprost. Wyczuwam to przez skórę w tych krótkich momentach, kiedy autor Chilijskiego nokturnu nie jest w stanie ukryć domieszki pogardy w odniesieniu do bohaterów swojej powieści. I choć Sebastian Urrutia Lacroix w pierwszym zdaniu oświadcza, że jest pogodzony ze sobą, to akurat nie jest prawda. Prawdą jest natomiast, że:

Trzeba być odpowiedzialnym za własne czyny i za własne słowa, a także za własne milczenie […].


Powieść krótka i dobra. Niebanalnie mówi o odpowiedzialności moralnej za zło.
_______________________ 
Z półki, Z literą w tle

czwartek, 30 maja 2013

Skąd ten kac? Roberto Bolano "2666"

Roberto Bolano 2666

Nic na to nie poradzę. Już któryś raz budzę się z kacem. Ma to miejsce regularnie. Następnego dnia po lekturze kolejnego fragmentu głośnej powieści Chilijczyka Roberta Bolano 2666 wstydzę się. Co ja robię? Po co ja to czytam? Przecież tracę tylko czas…

Udało mi się w końcu doczołgać do końca 1. części – Części krytyków (swoją drogą, co za idiotyczny podtytuł – jaka jest ta część: większa czy mniejsza?). Czyli za mną ok. 200 stron. Pozostało jeszcze 800. Zakładałam, że  skoro autor odważył się wydać powieść tysiącstronnicową, to miał coś istotnego do powiedzenia.
Błąd.

Czytałam te 200 stron przez kilka wieczorów (dziwne) i za każdym razem wystąpiło umnie to samo zjawisko, występujące tylko przy sztuce, która do mnie nie trafia. Nie chcę powiedzieć słabej czy złej - po prostu nie pozostawiającej we mnie pozytywnego, konstruktywnego śladu. Nie ta wrażliwość po prostu. Tak często jest  u mnie ze sztuką popularną. Obejrzę, a następnego dnia nic nie pamiętam albo wręcz wolę zapomnieć. 

Tak było i tym razem. Poczucie dziury w brzuchu, pustki wewnętrznej, wyjałowienia i rozbicia.  Ale te zjawiska występują u mnie dopiero „dzień po”. W trakcie czytania czuję się dobrze, uważam, że wiele fragmentów jest nawet zabawnych, bywa, że wciąga mnie akcja, kiedy sporadycznie przyspiesza, z zainteresowaniem podglądam środowisko młodych naukowców krążących po superważnych kongresach, na których prezentują swoje przyczynkarskie referaty. 

Bo będąc sama kiedyś młodą doktorantką humanistyki na dorobku, podjęłam decyzję o ucieczce z tego getta, w którym jak trafnie to ujmuje Bolano „krytyka literacka jest ważniejsza niż sama literatura” , a uczestnikami tej gry są „osobnicy często mający  dwie lewe ręce, często niepotrafiący do pięciu zliczyć (…)”. Niegrzeczny Bolano...

Przerzucam kolejne strony i z niezdrowymi wypiekami na twarzy wczytuję się w opowieści o grupowym seksie czy ze smutkiem o wizytach u prostytutek. Zresztą bardzo machistowska jest ta część powieści. Nawet jeśli to kobieta zachowuje się bardziej swobodnie w kwestiach obyczajowych niz otaczający ją mężczyźni, to i tak na zakończenie spełnia się standardowe marzenie męskie: kobieta jako nagroda...


A rano mam po tym wszystkim kaca (nie mylić z Kac Vegas)… Mam poczucie straty czasu, poczucie winy i wstydu...

Oczywiście mogłabym się jakoś usprawiedliwić. Zamiast wsłuchiwać się w to, co podpowiada mi całe moje ciało, jak ono rezonuje z tekstem Bolano (a raczej nie rezonuje), mogłabym doszukiwać się w niej: świadectwa naszych czasów, dobrze oddanych trudności z nawiązaniem bliskich kontaktów, niemożności zaangażowania się w związek, mieszania fikcji z życiem, fascynacji „sztuką nieistniejącą” (głównym motywem są poszukiwania tajemniczego pisarza Archimboldiego), kryzysu męskości, życia dniem dzisiejszym, bez planów i bez zobowiązań. Czyli odniesienia się do problematyki współczesności.

Ale - jeśli chcę być szczera wobec siebie i Was, a chcę - widzę pierwszą część powieści Bolano (która wg jego zamierzeń miała być właśnie w częściach wypuszczana na rynek, a to w celu osiągnięcia większej sprzedaży) jako powieść wzorowaną na telenoweli. Na kolejnych stronach dowiadujemy się, że bohaterowie spotkali się na konferencji w Hamburgu. Następnym razem zobaczyli się na kongresie w Mediolanie. Kolejne ich spotkanie wypadło przy okazji sympozjum, no, powiedzmy... w Paryżu. Itd. Itp. Ładnie to oddaje "nieznośną lekkość bytu", którą ma prawo odczuwać współczesny intelektualista, często twórca, pisarz albo naukowiec... Nuda, brak silnych emocji, brak konieczności ustosunkowania się.  

Dodatkowo z niechęcią dostrzegam, że autor nie waha się wkleić do swojej książki dowolnego epizodu, dowolnej relacji z przypadkowego i zaskakującego spotkania, które wydało mu się interesujące (jak z włóczęgą proszącą o czytanie na głos). Nieważne, że nie ma to nic wspólnego ze światem bohaterow. Po co? Razi mnie to. Odczuwam to jako brak dyscypliny pisarskiej. Chyba... że odczytać to jako utratę umiejętności odróżniania  tego co ważne, od tego co nieważne.

OK... Powieść posiada pewien urok, który sprawia, że w trakcie lektury bywałam zaciekawiona. Brało się to z jej niewątpliwego wyrafinowania polegającego na tym, ze dialogi głównych bohaterów są nam przedstawiane w postaci omówień. Tak na przykład relacjonowana jest kluczowa rozmowa telefoniczna głównych bohaterów:         
Przez dwadzieścia minut przybrało (ono) tony tragiczne, słowo przeznaczenie użyte zostało 10 razy, zaś słowo przyjaźń dwadzieścia cztery. Imię i nazwisko Liz Norton padło pięćdziesiąt razy, z czego dziewięciokrotnie nadaremno. (…) Słowo miłość wypowiedziane zostało dwukrotnie, raz przez jednego, raz przez drugiego. Słowo potworne wypowiedziane zostało sześciokrotnie, zaś słowo szczęście tylko raz (użył je Espinoza).

Itd. Itd. Podziwiam, jak autor w tym jednym akapicie potrafił oddać zarówno infantylność bohaterów (dzisiaj zamiast słowa ‘potworne’ użyliby niewątpliwie ‘masakra’), jak i niemożność zbliżenia się do swoich uczuć tak, żeby przestały być zasłaniane przez słowa. Bolano zna swoich bohaterów i kreśli ich prawdziwe portrety. Nigdy jednak nie dowiadujemy się, dlaczego to im mamy poświęcać nasz czas, dlaczego to Archimboldi - sprytnie porównywany z Gunterem Grassem i Arno Schmidtem - jest  bohaterem ich poszukiwań, dlaczego pracują na uczelni, dlaczego żyją tak jak żyją, dlaczego w ogóle mielibyśmy przejąć się ich problemami???

Nie mogę pogodzić się z płytkością tej diagnozy, z tym, że nic z tego nie wynika… No i przede wszystkim z formą telenowelową, w tym z takimż zakończeniem , którego nie zdradzę, choć mogłabym, bo jestem zła na Bolano, jak nie wiem co. A jeszcze bardziej na wydawców, którzy sugerowali wielkość tej prozy. Bo co ma oznaczać określenie "monumentalna powieść"? 


Cdn. 
_________________________
 Z literą w tle

piątek, 28 grudnia 2012

…gra w klasy trwa


Julio Cortazar Gra w klasy

Cortazar po latach jest tak samo wielki i tak samo… niezrozumiały jak 25 lat temu. Tylko, że mnie  to już nie martwi… Tak ma być.

Już się nie przejmuję, że niemal jak Maga nie kojarzę nazwisk poetów, pisarzy, muzyków klasycznych i jazzmanów wymienianych przez Cortazara dziesiątkami. Jako młoda dziewczyna na pewno czułam się lekko zawstydzona, że ich nie znam, albo znam tylko z nazwiska. Być może obiecywałam sobie, że sięgnę chociaż po jedną rzecz Artauda czy Crevela. Minęły lata i teraz już wiem, że właśnie po to – żeby osiągnąć ten właśnie efekt dyskomfortu u czytelnika - Cortazar to zrobił.

Mogę powiedzieć tylko tyle: kiedy czytam jego słowa, poddaję się tej dziwnej, utkanej przez niego z dziwnych słów, zachowań i postaci, materii. I przede wszystkim: Jego prozy nie da się streścić! Nawet nie próbujcie, recenzenci. Cortazar zrobił wszystko, żebyście musieli się poddać!

To po prostu próba osiągnięcia niemożliwego: Rayuela czyli Gra w klasy miała być (i jest) jednocześnie powieścią i antypowieścią. A wiecie jakie to trudne mieć kontakt z obiektem, który czymś jest i jednocześnie tym nie jest…? (I tu sami widzicie, co Cortazar robi z czytelnikiem: zaczyna on dostrzegać drugie dno, głębię tam, gdzie przedtem nawet tego nie podejrzewał. Przez Cortazara wszystko się komplikuje i obrasta dodatkowymi znaczeniami…)

Cortazar, wbrew swoim obawom, że nie jest dość pisarsko sprawny (sic!),  osiągnął w Grze w klasy niesamowity efekt zrównoważenia treści i formy. Treścią jest denuncjowanie samotności człowieka wobec człowieka,  jak sam pięknie napisał. Formę zaś stworzył jedyną w swoim rodzaju. Jego układanka, powieść, którą można czytać od początku do końca, albo skacząc ruchem konika szachowego, albo od końca do początku – dlaczego nie? – była jego fantastycznym unikatowym rozwiązaniem. Myślę, że musiał być dumny z tego genialnego chwytu formalnego. To było ważne, bo Jak zawsze, jedyną rzeczą godną uwagi jest ten diaboliczny rozziew pomiędzy formą a zawartością. 
W Grze w klasy nie ma takiego rozziewu. Jest zgodność. 

I kiedy czytam poniższe słowa z części Morelliana, to wiem, że dużo tu jest prawdy o pisarstwie samego Cortazara:
Czemu to piszę? Nie myślę jasno, niemalże w ogóle nie myślę. Strzępy, zrywy, fragmenty, wszystko to szuka nowej formy, wtedy w grę wchodzi rytm i zaczynam pisać w tym rytmie, pisać dla niego, to on mnie popycha, a nie to, co nazywamy myślą i co tworzy prozę zarówno literacką, jak i wszelką inną. To kołysanie, ten swing […]

Nie dziwię się, że Julio Cortazar sam nie wierząc do końca w siebie, aż do śmierci pracując na etacie tłumacza w UNESCO, zdołał zbudować ze słów i znaczeń niezaprzeczalne w swym autentyzmie dzieło sztuki i zyskać wyznawców na śmierć i życie.   A oni, jak jego biograf Alberto Cueste, wołają:
Cortazar, wróć. Nie zostawiaj nas! Co ci zależy!

Wyróżnione cytaty pochodzą z omawianego dzieła. 
______________

Przeczytane w ramach wyzwania Z literą w tle

wtorek, 18 grudnia 2012

...Alberto Cueste twierdzi: bądź sobą jak Cortazar, bądź nieortodoksyjny!


Alberto Cueste Julio Cortazar

Chciałabym podziękować biografowi i przyjacielowi Cortazara za to, że uświadomił mi, że:

Julio Cortazar miał prawie 2 metry wzrostu, uszy jak elf, a twarz jak hobbit i najlepiej wypoczywał siedząc na składanym turystycznym krzesełku.
Mając już niemal 50 lat, wciąż wahał się, czy dostatecznie dobrze posiadł literackie środki wyrazu, żeby pozwolić sobie na wydanie powieści.
fot. Cordon Press
Musiał pisać, bo coś pisało w nim.
Nigdy niczego nie był pewien i na tym polega jego wyjątkowa wielkość.
Prosił Cueste, żeby, pisząc o nim, nie robił z niego mumii i pisał o nim z „należytym brakiem szacunku”.
Nie wierzył w gatunki literackie, a Grę w klasy stworzył jako antypowieść.
Był chronicznym kronopiem: „outsiderem zwróconym profilem do kultury”, tym, „co należy do rodziny kamyków uwierających w bucie, […] irytujących nawiedzonych […] oraz tych, co się przeziębiają w pełni lata. […] Są jak kichnięcie w trakcie podniosłej uroczystości […].”
Uważał, że odwiecznym wrogiem literatury i życia jest nadmierna powaga.

Julio Cortazar uważał czytelnictwo za pewien rodzaj sztuki. Utwór literacki uważał za  otwarty, wypełniający się treścią dzięki twórczej lekturze czytelnika i odbiorcy dzieła. Sam tworzył zadziwiające, nieortodoksyjne recenzje różnych dzieł sztuki (przykłady znajdziecie np. na blogu w-zaciszu-biblioteki.blogspot.com). Cueste upewnił mnie, że refleksje czytelnicze (ale uwaga, mam tu na myśli coś innego niż często spotykane próby w miarę dokładnego streszczenia książki) są i będą unikatowe i nieporównywalne. 
Cortazar nie miał nic przeciwko temu, żeby jego utwory były zaledwie pretekstem i żeby interpretacje jego własnych utworów mówiły o ich autorze równie dużo co o interpretowanym dziele. 

A więc: Nie bój się! Pozwól sobie na więcej!
__________________________________ 
Przeczytane w ramach wyzwania Z literą w tle

wtorek, 27 listopada 2012

… życie ma smak

A o smakach pisze się ostatnio często. I nie mówię tu o książkach kucharskich. 


Raczej chodzi mi o to, że dziś już nie wyobrażamy sobie opisu bohatera bez opisania jego sposobu jedzenia. Okazuje się, że bardzo łatwo scharakteryzować kogoś, pisząc o tym, jak i co je… 

Podejście do jedzenia i picia, codzienne menu bohatera, ile czasu poświęca bądź nie poświęca jedzeniu, z kim je, w jakich restauracjach, kto i jak mu gotuje, jak często o tym myśli, jak jedzenie wpływa na jego zdrowie, samopoczucie danego dnia, itd., itp. są dziś wszechobecnymi elementami opisu obyczajowości.

Zastanawiam się, jak ten fakt postrzegałam na przestrzeni moich czytelniczych lat?

Niektóre opisy przygotowywania jedzenia, spożywania posiłków, jedzenia pamiętam doskonale. 

Mam 7 lat. "Puc, Bursztyn i goście..." - jedna z  najwspanialszych lektur mojego dzieciństwa... Pamiętam, jak wypiekami na twarzy czytałam o nierównej walce kucharek  ze sprytnymi, acz dokuczliwymi psiakami próbującymi zepsuć to, co one z takim trudem zdołały ugotować. Oczywiście całkowicie utożsamiałam się z tytułowymi podwórkowymi kundlami... Jakże nie znosilam grymaszącego pekińczyka... Głodny pies pokazany w bardziej ludzkim świetle? Tak!

(I pomyśleć, że ludzie mieli kiedyś kucharki, a zakupy nosiło się w koszyku z pobliskiego targu, a mięso z jatki…)

Patrzmy dalej... Kiedy miałam wczesne naście lat, przyszedł czas na uczty (także literackie…). Na długie godziny, dni, miesiące, a nawet lata trafiłam do świata realizmu literackiego. 
Kiedy miałam 10 lat wpadło mi w ręce w niezwykłych dość okolicznościach  (opiszę to kiedyś:) "Ogniem i mieczem". Tak własnie zaczęłam czytać opasłe powieści. Zmieniła się skala. Żeby strawić tę dawkę potrzeba było dużo czasu, ale tego akurat mi nie brakowało… A że całkiem mi smakował ten realistyczny, a  bywało, że i naturalistyczny sos…

Umówmy się jednak, to nie było zwykłe jedzenie… To było totalne rozpasanie. Weźmy Sienkiewiczowskie uczty. Przypomnijcie sobie ucztowanie w pałacu Nerona czy Radziwiłła. Było w tym coś pociągająco straceńczego. To było jak odpoczynek pomiędzy kolejnymi bitwami i wojnami. Szalejmy, bo kto wie, co się zdarzy, gdy przyjdzie świt… Bardzo to było pociągające. Szczerze mówiąc ja też tak chciałam. Pić z kielichów wysadzanych cennymi kamieniami i zanurzać szczupłe palce w kiściach winogron…

Był czas, że szukałam wręcz najgrubszych rzeczy, uzależnienie się pogłębiało, a świat wokół nie rozpieszczał... Może to tłumaczy nieco, dlaczego kolejne tomy Komedii ludzkiej Balzaka wciągałam jak odkurzacz (mieli tego ze 40 sztuk w bibliotece), potem Stendhala i resztę Francuzów. Francuzi w ogóle byli bardzo OK, Polacy („Noce i dni” – cudne), Anglosasi  w romantycznych nastrojach także, a Rosjanie po prostu wielcy. Tylko Niemcy najzwyczajniej mi nie zasmakowali…

Jako nastolatka zanurzyłam się głębiej. Realizm i naturalizm zrobił się nagle passe. Czytywałam rzeczy, w których nie wypadało pisać o rzeczach tak przyziemnych jak jedzenie. Myśl szybowała – nieodżywiona - wysoko, wysoko… To się nazywa strawa duchowa J Utopie i kontrutopie, pierwsze dzieła eseistyczne. Powieść symboliczna. Rozważania o wartościach, idee abstrakcyjne. Już prawie zapomniałam, że bohater musi jeść, żeby żyć niezależnie od tego, czy czyni to w zgodzie czy niezgodzie ze sobą.

Potem przyszły czasy literatury iberoamerykańskiej...  Jest sensualna, ale jedzenie... Aż dziwne, że nic takiego nie pamiętam... Czas do tego wrócić.

Równolegle, w późnych latach siedemdziesiątych, trafiłam na coś nowego – klasykę kryminału: Simenon, Christie oraz Maj Sjowahl i Per Wahloo.
To był, jest i będzie zawsze smakowity kąsek, po który sięgam zawsze, gdy chcę wykwintnej prostoty…

Jak najkrócej opisać kontrast pomiędzy lotnym umysłem i pospolitą powierzchownością, kontaktem ze zbrodniami w pracy z banalną codziennością Maigreta? Sugerując, że rytm i sens życia nadaje komisarzowi potrawka, którą na obiad podaje po zamknięciu "sprawy" pani Maigret.

Lub weźmy Pokusę Janssona (ulubioną zapiekankę Szwedów) w „Śmiejącym się policjancie”? (a jest to, moim zdaniem, kryminał wszechczasów…)
Czyli co? Szwedzi zajadają się ziemniakami ze śledziem? A ja myślałam, że ludzie za granicą są ambitniejsi… A już na pewno jacyś tacy lepsi niż my… Aktualnie Camilla Lackberg najbardziej udatnie odziera nas z tych mżonek… Jednocześnie w każdej ze swoich powieści zapraszając nas do spróbowania którejś z tradycyjnych szwedzkich potraw. (Ostatnio została autorką książki kucharskiej).
A propos, wczoraj na kolację podałam wariację na temat Pokusy Jassona: puree ziemniaczane z anchois i serem ricotta. Wytrawne i pyszne…

A co powiecie na suche i niemal trzeszczące w zębach herbatniki podawane u Agaty Christie z płynem nazywanym bezpodstawnie, moim zdaniem, herbatą? Przecież wiadomo, że taki deser jest trujący nawet bez dodatku arszeniku! I jakże pasuje do powściągliwej, surowej, oszczędnej, purytańskiej, kabotyńskiej, pełnej hipokryzji postkolonialnej Wielkiej Brytanii…

Za to Włochy Camillieriego (prawdziwy Sycylijczyk, twórca postaci koisarza Montaalbano) i Donny Leon (przyszywana Włoszka, twórczyni postaci komisarza Brunettiego)!

To się nazywa orgia smaków i zapachów. Dostępna u tych dwojga autorów w dwóch wersjach (plebejskiej  oraz mieszczańskiej, czy nawet postarystokratycznej). 

U Camillieriego królują sardele, u Leon makarony i zapiekanki. Weźmy owe sardele. Kiedy czytam, jak czekają na odgrzanie w piekarniku komisarza Montalbano, nie wątpię, że to królewskie danie. To się nazywa moc literatury! W rzeczywistości są to drobne rybki, znane mi doskonale w postaci ostrej marynaty o nazwie… anchois… No nie, jestem zawiedziona…

Nie zmienia to faktu, że nie można być złym człowiekiem, jeśli lubi się proste dania i nigdy, ale to przenigdy nie spóźni się na obiad, kiedy czeka żona z dziećmi…

I znowu, to się nazywa moc literatury! Smaków, za którymi tęsknimy! I naszych marzeń!