Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 lutego 2015

"Saladyn i krucjaty"

Pewnie nie ja jedna uległam fascynacji Saladynem i Balianem z Ibelinu w interpretacji Ridleya Scotta z Królestwa Niebieskiego (a w tych rolach odpowiednio: doskonały syryjski aktor i profesor tamtejszej szkoły aktorskiej Ghassan Massoud oraz piękny bez wątpienia Orlando Bloom). To w wersji dla pań. W wersji dla panów fascynacja zapewne dotyczyć będzie Scottowskiego wyobrażenia Sybilli Jerozolimskiej (piękna i fascynująca bez dwóch zdań Eva Green).

Poza tym, powiedzmy sobie szczerze, wypadałoby coś wiedzieć o historii i tradycji dżihadu. No i wydano u nas wreszcie "biografię" Jerozolimy Simona Sebag Montefiore. Jerozolima - miasto, które nikogo nie pozostawia obojętnym...
Poza tym Ryszard Lwie Serce, Król Trędowaty... Ach ten wieczny romantyzm i pragnienie, żeby bohaterowie bez skazy naprawdę istnieli...


I jak tu nie kupić biografii Saladyna po polsku? Z takim pomnikiem na okładce?

Czyli widać już, że zakup był nieco impulsywny. Teraz już wiem, że być może lepszym wyborem  byłyby pozostałe dwie książki o Saladynie wydane po polsku - Lyonsa i Jacksona z 2006, z której obficie czerpie Piotr Solecki, albo nawet (o zgrozo!) XIX wiecznej praca Lane-Poole'a, wydanej po polsku także w 2006 roku (sic!).

Saladyn w filmie Ridleya Scotta

Nie ma jednak tego złego... Przeczytałam książkę P. Soleckiego i już coś więcej wiem o Saladynie. Najwięcej i bardzo dokładnie o jego wojennych działaniach, bitwie pod Hittin, w której wojska krzyżowców wzięto na "suchy pysk" i udar słoneczny oraz o zakulisowej walce o władzę pomiędzy dwoma islamskimi kalifatami tamtych czasów.

Jednak lektura nie sprawiła mi przyjemności. Autor ma niewątpliwie zapał popularyzatorski (jest zresztą nauczycielem historii) i przestudiował imponującą ilość literatury przedmiotu. Książka jest podzielona bardzo korzystnie i klarownie na części w układzie chronologicznym. Korpus główny dotyczący wewnętrznej walki Saladyna o władzę i potem z państwami krzyżowymi jest też najlepiej napisany.

Piotr Solecki
Niestety części początkowe i końcówka naznaczone są dużą niezdarnością. Są próbą, bardzo usilną próbą autora, żeby nadać prostemu relacjonowanu faktów wyczytanych u innych autorów (arabskich, brytyjskich i sporadycznie polskich) posmaku kontrowersji. W tych fragmentach, gdzie autor sili się na własną interpretację postaci Saladyna widać przede wszystkim brak redaktorskiej ręki. Wielokrotnie napotykałam więc zdania zawierające wewnętrzną sprzeczność. Autor nijak nie może się zdecydować, czy Jusuf ibn Ajjuba, zwany Salah ad-Din (Dobro Wiary) to wielki szlachetny wódz i strateg, czy może kurdyjski uzurpator, który miał wyjątkowo dużo szczęścia.

No, bo też w takiej popularnej pracy, w której zaledwie relacjonuje się ustalenia naukowców, nikt nie oczekuje takich decyzji od autora. To jest sprawa naukowców, a nie popularyzatorów. Po co więc takie zadęcie? Po co te przypisy w stylu niemieckim, na każdej stronie, po każdym zdaniu konstatującym kolejny fakt czy inną przepisaną z książki (lub internetu) lub zasłyszaną przez telefon (naprawdę!) opinię. W tego typu pracy wystarczy lista bibliograficzna na końcu i ewentualnie przypisy amerykańskie tylko przy cytatach (autor, data dzieła, strona). Bo niestety u P. Soleckiego część op. cit. się nie zgadza. Jakoś niektóre opusy nie były wcześniej cytowane, przynajmniej w tej wersji książki, którą ostatecznie wydano ...

Redaktorka powinna też usunąć niespójności logiczne. Np. w jednym akapicie autor ulega fascynacji Saladynem jako dziecko, obejrzawszy film z Rexem Harrisonem, żeby po chwili ulec tejże w chwili targowania się o jakiś towar na ulicy w Betlejem. Drobna sprawa, ale trochę rzutuje na wiarygodność autora. W książce historycznej, z dużym wysiłkiem próbującej walczyć o zachowanie obiektywizmu, lepiej też nie używać takich sformułowań jak "niewierni" - bo o kimż to mowa? Tacy byli wzajemnie dla siebie i krzyżowcy, i muzułmanie. Zabrakło też redaktorki, gdy Jerozolima "niestety" upadała. I kiedy Saladyn podawał królowi Gwidonowi "drinka" po pokonaniu go pod Hittin (Hattin).


Słabo też wygląda w tej pracy kontekst dotyczący przeciwników Saladyna, władców chrześcijańskich. Gdyby nie Wikipedia pozostałby dla mnie nieczytelny. Także z powodu braku zaufania do precyzji autora dotyczących postaci historycznych. Dziwne jest uparte pisanie Lusignon zamiast Lusignan, no i te młodsze siostry (przyrodnie, jak się okazuje) wyskakujące jak z rękawa, itd.

Do książki Soleckiego, wyrażnie zafascynowanego popkulturową sławą Saladyna, świetnie by za to pasowałoby wyjaśnienie skrótów scenariuszowych u Ridleya Scotta, wymieszanych postaci i zbitek fabularnych. Ale wtedy trzeba by troszkę spuścić z tonu w recenzji, i nie pisać, jakoby autor korzystał ze źródeł arabskich (co prawda w tłumaczeniu na angielski, czyli nie bezpośrednio, tylko w sposób zapośredniczony, i już przez kogoś opracowany i zinterpretowany, ale oj tam, oj tam.)

No, to czytamy dalej.

Piotr Solecki Saladyn i krucjaty, Replika, Zakrzewo 2011
_________________________________
 Z półki

niedziela, 18 stycznia 2015

Michael Crummey "Dostatek"

Michael Crummey Dostatek
(oryg. Galory)
Przeł. Michał Alenowicz
Wydawnictwo Wiatr od morza Michał Alenowicz, Gdańsk 2013

Saga rodzinna z Nowej Fundlandii. Często wskazywana jako warta przeczytana przez polskich czytelników w 2013. Mąż kupił  kiedyś, a teraz mi przyniósł na wieść, że czytam Teatr ryb Gimlette’a.

To nie jest jedyne powiązanie z książką Gimlette’a. Michael Crummey, niemal równolatek Gimlette’a, ale w odróżnieniu do niego rodowity Nowofundlandczyk, napisał ją jak sam pisze, w oparciu o dziesiątki lokalnych opowieści, dzienniki i wspomnienia, opracowania akademickie i strony internetowe, dokumenty archiwalne i zbiory piosenek, opowieści i podania ludowe… oraz Teatr ryb, co uczciwie Crummey przyznaje na końcu książki.

Widocznie wykonali z Gimlettem tę samą robotę, albo po prostu zamknięta na świat kultura nowofundlandzka jest bardzo jednorodna, bo książka Crummeya jest niemalże zbeletryzowaną wersją Teatru ryb. Nie jest to specjalny zarzut, bo jest to bardzo dobra powieść, wciągająca i szlachetna w wyrazie.

Michael Crummey ur. 1965

Gdybym była utalentowanym pisarsko Nowofudlandczykiem, żeby nie powiedzieć pierwszym w życiu utalentowanym pisarsko Nowofudlandczykiem, sięgnęłabym po ten sam motyw: dwóch wiosek – katolickiej i protestanckiej – położonych po dwóch stronach tej samej zatoki morskiej i zwartych ze sobą w niekończącym się sporze. Pozwala to przedstawić mikroświat tej zimnej krainy, której mieszkańcy toczą niekończącą się, nierówną walkę z nieprzyjazną naturą. Morze, ryby, głód, choroby, śmierć noworodków, uszkodzenia ciała dorosłych, prymitywizm życia, analfabetyzm i tak aż po I wojnę światową.

Nowa Fundlandia normalnieje ostatnimi czasy.

Powieść - od zawsze – karmi się opowieściami o miłości. I tu mamy takie, bardzo ładnie 
poprowadzone, stosownie do okoliczności, często jak z Romeo i Julii.

Początek XXI wieku to z kolei wymóg wprowadzenia na karty powieści postaci silnych kobiet. I tu mamy takie, bardzo ładnie poprowadzone – o niebo ładniej i wiarygodniej niż w innych, czytanych przez mnie ostatnio sagach, np. u Cabre w Wyznaję, czy u Rushdiego w Ostatnim tchnieniu Maura.
Z pewnością byłabym zachwycona, gdyby nie to, że wcześniej przeczytałam Teatr ryb, który ma tę samą zawartość treściową, a pozbawiony jest owej „literackości”, której oczekuje się i którą musi dawać czytelnikowi powieściowy gatunek. Oczywiście składam Crummeyowi wyrazy uznania za pomysł z albinosem trafiającym na wyspę w cudowny sposób i jak zostało to wykorzystane jako klamra dla zamknięcia powieści. Ten motyw albinosa, odszczepieńca, odmieńca, niemego i nieczytelnego dla obcych symbolizuje świetnie tamtą krainę. Brawo autor!

Przy okazji poznałam ciekawe maleńkie wydawnictwo Wiatr od morza. Mam nadzieję, że Michał Alenowicz przetłumaczy też powieść Crummeya o krwawej historii indiańskiej piękności z plemienia Beothuk - porwanej do Europy. Jest to kolejna z kluczowych założycielskich opowieści z Nowej Fundlandii i Labradoru. 


Proszę tylko nie umieszczać na okładce historii, których akcja toczy się w latach 1700-1921, zdjęć plastikowych łodzi. Na litość boską! Wystarczy już chyba ten paradoksalny tytuł, żeby zmylić (zainteresować?) czytelnika.
_____________________
Z półki


środa, 14 stycznia 2015

John Gimlette "Teatr ryb. Podróże po Nowej Fundlandii i Labradorze"

John Gimlette Teatr ryb. Podróże po Nowej Fundlandii i Labradorze
Przeł. Hanna Pustuła-Lewicka
Seria: Orient Express
Wyd. Czarne, Wołowiec 2014

- Po co tam jedziesz?  - pytali - Tam   n i c  nie ma.


Zwykle po księgarni krążę niczym jastrząb: skupiona na poszukiwaniu zdobyczy… Tym razem niespodziewanie dostałam ataku śmiechu. Przywołałam gestem córkę z końca sali, żeby odczytać jej przedziwne zdanie z tyłu okładki: Czytelnik zaś wyrusza w brawurową podróż do nieznanej krainy dorsza.
- Brawura, podróż, kraina dorsza? Słyszałaś o czymś takim?
- Nie, ale słyszałam o „tajemniczym Don Pedro, szpiegu z krainy deszczowców”, może to coś w tym stylu? – odparła Zuza, wyczuwając, podobnie jak ja, coś nieodparcie napuszonego i przez to śmiesznego w tym zestawieniu słów.  – Podoba mi się. Musisz to przeczytać!

No, i przeczytałam! Jestem zachwycona.

Zaskoczenie, ironia, paradoksalne myślenie, inteligentny dowcip na każdej stronie - to atuty tego reportażu.  Nie zapomnę tej lektury także dlatego, że zdołała mnie zaskoczyć niezliczoną ilość razy. To była prawdziwa przygoda!

Miejsce, do którego zabiera mnie autor kojarzyło mi się dotąd tylko z psami. Trochę głupia sprawa. Labradory i nowofunlandy – aportujące psy ‘dowodne’. Sama mam labradora. Każda kałuża, dowolny ciek wodny jest jego. Ale, że Nowa Fundlandia pisze się przez -d- w środku – tego już nie wiedziałam…  Podobnie jak tego, że przez stulecia była zamorską kolonią Wielkiej Brytanii, a akces do Kanady złożyła zaledwie po II wojnie światowej. Nawet mi się to o uszy nie obiło... Przejście tak dużego terytorium z kraju do kraju… dobrowolne i bezkrwawe? Dziwne. 
Dopływam  na miejsce z autorem i co się okazuje? Że stolica tej zlodowaciałej krainy, odciętej od świata dziesiątkami tysięcy dryfujących gór lodowych leży na tej samej szerokości geograficznej co zielony Paryż. Co jest? No, jest lodowaty Prąd Labradorski. I zaczęło się…


Autor, Anglik w wieku mojego męża (ale wyglądający na znacznie starszego, co stwierdzam z niczym nieuzasadnioną satysfakcją :) jest w życiu prywatnym prawnikiem i pracuje jako adwokat osób poszkodowanych w wyniku błędów lekarskich. Kiedy sobie to uświadamiam, przeżywam kolejne zaskoczenie. Ten człowiek  zdołał mi zaimponować niesamowitą uważnością w stosunku do świata. To, że jest podróżnikiem, jest co prawda zakorzenione w jego rodzinie. Jego pradziad uczestniczył jako lekarz w wielomiesięcznej ekspedycji  na Nową Fundlandię i Labrador w 1893 roku. Był wysłannikiem tego słynnego nawiedzonego chirurga, o którym akurat teraz robi się seriale, bo zrewolucjonizował operacje wprowadzając na salę kwas karbolowy.  Pradziadek Johna Gimletta zostawił rodzinie zdjęcia z wyprawy. Przeczytajcie, jak uważnie mały John „czytał” te zdjęcia:

Zdjęcia przywiezione przez Curwena z tamtej podróży fascynowały mnie od wczesnego dzieciństwa.  […] Nie wiem, ile razy odbywałem tę podróż , w deszczowe popołudnia w czasie przerw semestralnych i słotnych weekendów. Za każdym razem dostrzegałem nowe szczegóły: bose stopy urwisów  w porcie Saint John’s; zegar na domu zbudowanym z kostek darni; ręce wytatuowane kopciem i łuskami śledzi; twarze Eskimaux, ciemne i i błyszczące jak kasztany; elegancką kamizelkę mężczyzny, który zabił swoje żony; buty z foczej skóry na nogach członków orkiestry dętej.

"Bose stopy", "kamizelka", "buty z foczej skóry..." John Gimlette okazuje się mieć to coś, co mają tylko niektórzy. On też: sam niepozorny i niewygadany, jest jak czuła antena odbiorcza. Trafia do niego to, co musi zostać wypowiedziane. Odbiera niezwykle uważnie fale innych ludzi. Tacy jak on, wsiadając do przedziału w pociągu, mogą za chwilę spodziewać się opowieści ze strony sąsiada.  W przedziale pociągu, gdzie są także inni, niezainteresowani, obojętni ludzie. A co dopiero na Nowej Fundlandii, gdzie nadal większość osad nie ma innego połączenia ze światem jak łodzią i wita gości może raz na rok!

M. in. z tego powodu mieszkańcy tamtych okolic są niezwykle ‘teatralni’ swoich reakcjach.  Czyli przesadni, ekspresyjni, głośni, radykalni, obcesowi, itd., itp.To tłumaczy słowo ‘teatr’ w tytule. A ‘dorsz’? Ooo, dorsz to jest jeszcze poważniejsza rzecz, najpoważniejsza na świecie. Do niedawna dorsz nadpływał tam milionami ton razem z Prądem Labradorskim. Teraz nie ma go – został wytrzebiony. Powiem Wam tylko, nie próbujcie robić sobie żartów z ‘ryby’ (synonim słowa ‘dorsz’), jak będziecie w tamtej okolicy. To naprawdę jest ‘kraina dorsza’, nawet, jeśli już go nie ma, a może nawet tym bardziej, że już go nie ma…


Dziwna to jest kraina. Budzi ambiwalentne odczucia. I pomyśleć, że nie zdawałam sobie sprawy, że to tam toczy się akcja Kronik portowych mojej drogiej Annie Proulx. Aktorzy i filmowcy kręcący adaptację ‘Kronik portowych’ w 2001 roku […] spędzili tu osiem tygodni najbardziej śnieżnej zimy od stu dwudziestu lat…

- Nie zadzierali nosa. Bardzo im się podobało w Trinity. Judi Dench nauczyła się piec ciasta, a troje innych kupiło sobie tu domy.

Nie wszystkie relacje filmowców były równie entuzjastyczne. Już na samym początku odkryli, że będą się musieli obyć bez cappuccino, ale w prawdziwą panikę wpędził ich dopiero bezkres pustkowia, oddzielający ich od najbliższego sklepu z sałatą. Nawet dla aktora z Walii był to zimny prysznic.

- Nie miałem pojęcia – powiedział Rhys Ifans – że Bóg stworzył tyle niczego.

Po przeczytaniu reportażu, wszystkich 568 stron (razem z opisem zdjęć), bez opuszczenia jednego zdania, powiem tak – ta kraina jest tak irracjonalna, że aż baśniowa.

Co mówi autor, kończąc swoją podróż?

Autor w opuszczonej osadzie.

Po spacerach z Johnem często wspinałem się po zboczach fiordu na samą górę, tam gdzie tajga przechodziła w tundrę. […] Była w tym jakaś brutalna piękność – a może piękna brutalność? Przyszło mi do głowy, zresztą nie po raz pierwszy, że coś jest nie w porządku z moimi reakcjami. Przebywałem w jednym z najbardziej przygnębiających miast, jakie można sobie wyobrazić, ale nie odczuwałem przygnębienia, a jedynie ciekawość. Jakby moja podróż zmieniła się w literaturę. Nie potrafiłem już chłonąć faktów inaczej niż w poczuciu oderwania – jakby naprawdę wcale mnie tam nie było. Jak mogłem być tak niewrażliwy. Przerażały mnie moje reakcje, a jednocześnie rozpierała mnie radość. Może odpowiadał za to mój własny, wypaczony charakter, a może tak kończy się każda podróż. Niewykluczone, że podróżnik jest tylko podglądaczem, poszukującym cierpienia i lęku, których zawsze doświadcza ktoś inny. […] Właśnie w jednej z takich chwil niezdecydowania spotkałem niedźwiedzia.

Gdybym nie zdawała sobie sprawy, że uznacie, że oszalałam, miałabym chęć zacytować Wam z połowę książki. Tak mi się podoba sarkazm jej autora. I jego totalny brak politycznej poprawności. Choć bez wątpliwości jest przychylny mieszkańcom, pomimo tego, że w większości są szokująco prymitywnymi ludźmi. Wykazuje mnóstwo dobrej woli i zrozumienia dla ich wad, co pozwala mu się tam świetnie odnaleźć, dogadać się z nimi i zdać nam szczegółową relację. Jednak niektóre doświadczenia przekraczają nawet jego wytrzymałość. Zaskakujące jest to, które. Np. to poniżej:

Wbrew radom przyjaciół wsiadłem do autobusu jadącego na półwysep Bonavista. Podróżowanie autobusem uważali za coś potwornie prymitywnego, jakby nieposiadanie swojego samochodu było obrazą dla ewolucji. Wyobrażam sobie, że wielu Nowofundlandczyków myśli podobnie, lękając się powrotu do przeszłości, przemoczonych nóg i mozolnego marszu.

- Będziesz jechał w towarzystwie gówniarzy i rozmaitych lebieg życiowych. – uprzedził mnie jeden ze znajomych.

 Część moich towarzyszy podróży zapewne można było nazwać gówniarzami, a większość niewątpliwie nie odniosła życiowego sukcesu. Prawie wszyscy byli otłuszczeni biedą, często przystrojoną w nierealne blondy i pomarańcze albo purpurowe pasemka. Patrząc na rządek zagłówków przede mną, miałem wrażenie, że udaję się na wycieczkę z Muppetami, ale w otaczających mnie dźwiękach nie było nic muppeciego – wyłącznie siorbanie słodkich napojów i przeżuwanie naczosów z sosem serowym ze słoika.

Czy można wyciągnąć jakiś sens z tego typu ‘brawurowych przygód w krainie dorsza’? Pewnie mi nie uwierzycie, ale tak, i to jeszcze jak.
_____________________
 Zpółki

sobota, 8 listopada 2014

Martin Gilbert 'Noc kryształowa'

Martin Gilbert Noc kryształowa. Preludium do zagłady
Tłum. Jacek Lang
Wydawnictwo Replika Axis, Poznań 2010

Dzisiaj przypada kolejna rocznica Kristallnacht z 1938 roku. Noc potłuczonego szkła, o której już (zdaje się) nie uczą w szkołach. 

Jednej nocy i w ciągu następnego dnia na terytorium hitlerowskich Niemiec, dołączonej Austrii i zaanektowanych za zgodą Europy czechosłowackich Sudetach (zajętych jak dziś Krym ‘na prośbę’ tamtejszych Niemców) zaczął się Holokaust.


Autor książki, sir Martin Gilbert, posiadł dar pisania bardzo skrótowego i treściwego. Jednocześnie nie idzie na łatwiznę: nie ma zalewu dat i nazw. Swoją książkę skomponował z czterech głównych części: przestawienia niekwestionowanych faktów dotyczących tematu, pokazania przyczyn i konsekwencji Nocy kryształowej, podania przykładów bohaterskich obrońców Żydów oraz końcowego zestawu map. Wielkim atutem są cytaty ze świadectw uczestników wydarzeń. Widać, że bardzo bliskim mu wątkiem są dziecięce ofiary wojny. Sam jako kilkulatek został ewakuowany z Anglii do Kanady w ramach programu ratowania dzieci żydowskich. Dzięki tej zrozumiałej inklinacji autora mamy w książce opowiedzianych sporo nieznanych faktów dotyczących dobrych ludzi dających schronienie dzieciom żydowskim.


Gilbert jest niezwykle płodnym autorem. Przede wszystkim zasłynął jako biograf Winstona Churchilla. Ma też na koncie także takie tytuły jak I Wojna Światowa, II Wojna Światowa.  Duże tytuły, prawda? Po przeczytaniu w dwa wieczory książki o Nocy Kryształowej - podkreślę, że wspanialego czytania - bez najmniejszego znużenia, jestem absolutnie gotowa uwierzyć, że jego pozostałe pozycje można bezpiecznie brać do ręki. Bo ten autor pisze tylko to, co ważne. Selekcja materiału jest imponująca. Logika wywodu godna podziwu. Obrazowość tekstu przemawia do wyobraźni. No i te mapy - doskonałe, pomocne. Dopiero zobaczenie na uproszczonym rysunku miejsc, gdzie dokonano zniszczeń pokazuje… masową skalę tego procederu. Skalę podporządkowania się fuhrerowi i jego obsesyjnej ideologii. A już najbardziej przejmująca jest mapka transportów niemieckich Żydów do pierwszych obozów śmierci pod Rygą z zaznaczonymi  godzinami przyjazdów, które były jakże skrupulatnie przestrzegane... Dzięki temu maszyna śmierci działała jak naoliwiona, jeszcze zanim zajął się nią buchalter Eichmann…
Szef bojówek SA, najwierniejszej służby Hitlera

Od 1933 roku Hitler i jego ludzie pracowali propagandowo, żeby uczynić z Żydów niemieckich podludzi. Ze współczesnych badań psychologicznych i socjologicznych wiemy, że odebranie godności  - w tym cech ludzkich -  wrogowi ułatwia jego późniejsze zabijanie. Paradoksem jest, jak względnie niewielu Żydów było w Niemczech - ok. 500 tys. we wszystkich częściach III Rzeszy – co stanowiło mniej niż 1% całej populacji. Jednak wokół problemu rozwiązania kwestii żydowskiej ogniskowała się polityka i ideologia hitlerowska już od 1933 r. Żydzi stali się kozłami ofiarnymi. Niemcy ‘aryjscy’ potrzebowali wewnętrznego wroga. Odzyskiwali dobre samopoczucie po przegranej wojnie. Tak to działa.

Trudno było jednak tak od razu zwrócić masy ludzkie przeciw dotyczczasowym dobrym sąsiadom. Żydzi niemieccy byli zakorzenieni na tych terenach od czasów rzymskich, w większości zasymilowani. Należeli najczęściej do klasy mieszczańskiej, uprawiali wolne zawody. Nie było tam subkultury sztetla, ruchów chasydzkich, biedoty żydowskiej odróżniającej się wyglądem, językiem i kulturą od rodowitych Niemców. Za to było wielu zasłużonych obywateli, w tym bohaterskich żołnierzy Wielkiej Wojny.

Ale wystarczyło 5 lat wytrwalej propagandy, przemówień, filmów, artykułów prasowych, wystaw poświęconych ideologii streszczającej się w haniebnych słowach: Żyd to nie jest człowiek, Żyd to jest wesz, którą trzeba i można zgnieść. Za tym szło ustawodawstwo – kilkanaście, z czasem nawet ponad 20 ustaw rocznie odbierających stopniowo prawa obywatelskie, zawodowe, w końcu ludzkie Żydom niemieckim. Najsłynniejsze z nich to Ustawy Norymberskie z września 1935 o ochronie czystości rasy aryjskiej skierowane przeciw Żydom, Cyganom i czarnym. Pisałam o nich TU.

Obojętność wobec krzywdy żydów stała się normą.

To z powodu tej długotrwałej ‘pracy nad nienawiścią’ stało się możliwe to, co zdarzyło się w nocy z 9 na 10 listopada 1938. Stopniowo zobojętniano Niemców na krzywdę Żydów - grupy wybranej do spełnienia roli kozła ofiarnego. Pierwszą częścią działań było pokazanie, że Żydzi nie mają praw do swojej własności i do swoich miejsc kultu. Zorganizowane grupy, na rozkaz, także grupy szkolne pod wodzą nauczycieli (sic!) i grupy podrostków niszczyły mienie żydowskie. Przede wszystkim synagogi, w tym architektoniczne perły, zabytki. Zniszczono wtedy ponad 1000 (słownie tysiąc) obiektów. Prawie wszystkie… Zwoje Tory były wdeptywane w ziemię, cenne elementy wystroju kradzione pod lufami pistoletów. Druga część polegała na niszczeniu, a następnie rekwirowaniu majątku prywatnego Żydów, w tym szczególnie sklepów – gdzie skupiono się na przyjemności wybijania szyb i palenia. Po czym zmuszano pierwotnych właścicieli żydowskich do przekazywania praw własności nowym aryjskim właścicielom oraz wypłacania im (!) odszkodowań za zniszczenia w obiektach. Czujecie tę perwersję? Trzeci etap to były aresztowania mężczyzn żydowskich i zamknięcie ich w obozach koncentracyjnych (już wtedy istniejących na terenie Niemiec). Udało się wtedy wsadzić do obozów (np. Dachau) ¼ Żydów płci męskiej.

Cynizm faszystów polegał na tym, że żądali od Żydów niemożliwego: żeby zniknęli z ‘ich kraju’ i jednocześnie, w tym samym czasie, żeby nie wyjeżdżali. Zabierano im paszporty, nie udzielano wiz.

Była w tym jakaś obsesja, perwersyjna satysfakcja, posłuszeństwo autorytetom, które doprowadziły, jak wiemy, do wymordowania milionów ludzi. Z tym nie mogę się pogodzić.

________________________
Z półki


piątek, 19 września 2014

"Kiedy Salazar spał"

Domingos Amaral Kiedy Salazar spał
tłum. Michał Lipszyc
wyd. Świat Książki 2009


Na fali zaintersowania Portugalią i czasami salazarystowskimi, którą wywołała u mnie lektura Samotności Portugalczyka, sięgnęłam na pólkę z portugaliami po powieść Amarala z 2006 roku.  Szpiegostwo i miłość w urokliwej Lizbonie czasów wojny. Taki dopisek znajduje się pod tytułem książki na okładce. Wszystko się zgadza. Cala powieść jest jak ten dopisek. Nie pozostawia nic niedopowiedzianego, wszystko jest w niej jasne, jasniejsze i w pełni wyjaśnione - jak w tym dopisku...

Książka nie bez racji ma na okładce zdjęcie z filmu Casablanka z Bergman i Bogartem. Mamy tu hollywoodzką wersję wojny z licznymi romansami w tle. W knajpie Bogarta wszyscy marzyli o tym, żeby przedrzeć się do Lizbony. Raju dla uciekinierów z objętej wojną Europy. W powieści Amarala jesteśmy w samym środku tych kiczowatych zdarzeń.

Amaral, ktory na co dzień pracuje jako dziennikarz ekonomiczny oraz wykładowca akademicki (sic!), wykorzystał swoją wiedzę o tamtych czasach - całkiem sensowną i wykraczającą poza wiedzę szkolną  - i ujął historię II wojny światowej, pokazując ją z punktu widzenia zachodnich peryferiów Europy. Samo to jest naprawdę interesujące dla Polaka. To jest atut.

Trzeba bowiem wiedzieć, że Portugalczycy, pozostając państwem neutralnym, balansując sprytnie pomiędzy pomocą dla aliantów (poprzez użyczanie baz morskich na Azorach), a wspieraniem Hitlera regularnymi dostawami wolframu, jednoczesnie udostępniali swoje konta bankowe bogatym uciekinierom żydowskim,  i tym samym przeżywały w latach 1939-45 swoiste złote czasy. Sam Amaral nazywa to "belle epoque". Był to okres, w którym Salazar umocnił swoje panowanie w Portugalii. Był dobrym wujkiem, ktory oszczędził Portugalczykom wojny. Jakim kosztem? Salazar' nigdy nie spał' - tak się mawiało, bo jego szpicle z  tajnej policji PIDE (PVDE) byli wszędzie, wtedy i przez kolejne 20 lat! Skutecznie dławiąc wszelkie odruchy jakiegokolwiek sprzeciwu.

Oczywiście Amaral jako znawca i praktyk pop-kultury, nie serwuje czytelnikowi wykładu. Broń Boże. Raczej romansowy serial . Idealnie dopasowany do gustów współczesnego czytelnika. Gotowy scenariusz, z uroczym utracjuszem jako bohaterem pozytywnym, licznymi bohaterkami kobiecymi, a każda z nich prezentuje inny rodzaj urody i inny temperament - przede wszystkim seksualny. Mamy więc na przemian  rys historyczny, scenę szpiegowską i scenę łożkową. I tak w kółko.

No cóż, pospolite to do bólu. Idealnie wpasowuje się w czasy "50 Twarzy Greya". Autor ewidentnie liczył na ekranizację tego 'hitu'. [Znajduję w portugalskiej wiki, że rzeczywiście pisał już z myślą o serialu telewizyjnym.] Przyłożył się też do opisu topografii Lizbony, jakby z nadzieją na to, że widzowie będą kiedyś urządzali sobie wycieczki śladami jego 'kultowej' powieści...  Widać ducha przedsiębiorczości. A o tym, że nie ma facet poczucia obciachu świadczyć może, że będąc zagorzałym kibicem Benfiki Lizbona, nie zwahał się wpisać okrzyki na jej cześć ( w trakcie seansów faszystowskich filmów propagandowych) jako dowód na stawianie 'oporu antyhitlerowskiego'. Serio.

Odpowiedni portugalski przymiotnik tej historii to byłoby 'mediocre', 'muito mediocre'.
________________________
Z półki

niedziela, 24 listopada 2013

"Złowroga charyzma Adolfa Hitlera" L. Rees

Laurence Rees Złowroga charyzma Adolfa Hitlera. Miliony prowadzone ku przepaści

Książka godna polecenia. Zarówno dla tegorocznego maturzysty, który chciałby zrozumieć, dlaczego Adolf Hitler, mały krzyczący pokurcz z wąsikiem zdołał doprowadzić do tego, że cała nasza planeta stanęła w płomieniach. Jak i dla czytelnika, który chciałby dokładniej prześledzić przebieg kariery nieślubnego dziecka austriackiego celnika spod Linzu pana Schiklgrubera i jego służącej; słabeusza, aspołecznego samotnika, chłopaka bez wykształcenia, który próbował zarabiać, malując akwarelki, a potem  służył w wojsku jako goniec biegający miedzy okopami Wielkiej Wojny. Człowieka, który prezentując wszelkie objawy (niepoddającej się leczeniu) osobowości aspołecznej (kiedyś mówiło się psychopatii) oraz kilku dających się leczyć chorób psychicznych (manii i depresji oraz paranoi z obsesjami), z kaprala awansował od razu na Fuhrera - Wodza III Rzeszy… Jest to książka także dla czytelnika, którego interesuje psychologia – osoba  tyrana, szaleńca, obsesyjnego mordercy zza biurka, jak i socjologia – jakie potrzeby narodu niemieckiego spełniał przywódca taki jak Hitler? Dla miłośnika poznania specyficznych zjawisk historii współczesnej, które pojawiły się około 1914 roku i odtąd wciąż powtarzają wraz z cyklami ekonomicznymi, kryzysami społecznymi, związaną z nimi frustracją i stanowią typowe sposoby jej rozładowania.

Po tym przydługim wstępie, który dobrze oddaje mój podziw dla tej książki, dodam, że najbardziej podoba mi się w niej to, że nie jest to zwykły zbiór faktów opatrzony zdjęciami. Na szczęście książka ma przemyślaną konstrukcję. Pokazuje momenty kluczowe dla kariery Hitlera – te, w których zachodziła interakcja pomiędzy jego urojeniami a zapotrzebowaniem społecznym. Bo to jest właśnie mechanizm działania tak zwanych CHARYZMATYCZNYCH POSTACI.


Rees pokazuje, jak w 1918 roku części sfrustrowanych Niemców potrzeba było nowego przywództwa, człowieka z poczuciem misji, który przywróciłby wiarę w wielkość Niemiec - podniósł by ich z klęczek, byłby namaszczonym wodzem, bohaterem bez skazy, pozbawionym wahań, zawsze pewnym siebie kimś, kto dawałby nadzieję na wyjście z kryzysu ( w latach 20. zapałki kosztowały 3 mld marek, a bezrobotnych było więcej niż pracujących ). Te same cechy Hitlera, które pozwoliły jego partii NSDAP dojść do władzy, z czasem nie ulegają zmianie, tylko się wyolbrzymiają. Wódz III Rzeszy nie zawaha się sięgnąć po więcej, docelowo po władzę ogólnoświatową. Zabijając po drodze dziesiątki milionów ludzi z czystym przekonaniem, że robi to dla "swoich Niemców". Stopniowo jednak okazuje się, że jednoosobowe podejmowanie decyzji przez Hitlera prowadzi do przegranych bitew, Niemcy muszą wycofywać się z podkulonym ogonem, jego misja powiększenia przestrzeni życiowej Niemców jest (nie to że chora, o nie…) zbyt kosztowna, brakuje benzyny do czołgów, a sam Hitler maniakalnie krąży po korytarzach bunkra w Berlinie…

Hitler zawsze był taki sam, nigdy się nie zmienił (co jest charakterystyczne dla patologicznych osobników). To jego odbiór się zmieniał. I w tej interakcji powstawało wrażenie tzw. charyzmy.

Adolf Hitler był zgorzkniałym, narzekającym człowiekiem, przekonanym o tym, że został ograbiony z tego, co mu się należy, przez Traktat Wersalski, Żydów, bolszewików. Swoje wyznanie wiary zawarł w Mein Kampf (dobrze opisanej przez Reesa) i pozostał mu wierny do samobójstwa w 1945 roku:

Ludzie są zwierzętami, które muszą ze sobą walczyć. Wygrywa silniejszy. Słabszy nie jest nic wart. Liczy się moralność silniejszego. Demokracja jest dla słabych. „Chcę niszczyć i zrobię to!”.

I pomyśleć, że pod tymi hasłami podpisał się wielomilionowy naród!


Boże, chroń nas przed radykałami chorymi z urojenia. Zawsze znajdą cynicznych popleczników, którzy windują się dzięki nim. A ci z kolei znajdą rzesze bezwolnych, zmanipulowanych wyznawców, którzy inaczej nie osiągają poprawy nastroju jak tylko dzięki pogardzie dla innych.


POLECAM też Pomocnik Historyczny POLITYKI, stanowiący doskonałe uzupełnienie powyższej lektury. Więcej o zawartości TU





poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Co ma wybuch wulkanu do literatury?

Dzisiaj poczytałam sobie dodatek GW AleHistoria. W artykule Rok czerwonego śniegu Sebastian Duda pisze o  zaskakujących następstwach wybuchu wulkanu na indonezyjskiej wyspie Sumbawa w 1815 r. 

Mowa jest o anomaliach pogodowych w 1816 roku: mrozach w Europie w czerwcu, śniegu w sierpniu i czerwonych mgłach nad Nowym Jorkiem.

Ale przeczytałam tam też historię o tym,jak to w 1816 roku lordowi Byronowi przebywającemu w Szwajcarii ogromnie owe anomalie pogodowe dokuczały. Zimno i ciągly deszcz zmusiły go do przesiadywania w domu. Z nudów zaprosił wówczas,oprócz swojego lekarza J. W.Polidoriego, także Percy'ego Shelleya i jego narzeczoną Mary Wollstonecraft Godwin. Zabawiali się oni wymyślaniem historii z kategorii tych mrożących krew w żyłach. I tak powstał "Frankenstein, czyli nowy Prometeusz" autorstwa Mary Shelley oraz zapoczątkowany został nurt powieści gotyckiej z wampirami w roli głównej autorstwa J.W. Polidoriego. 

Czytam na koniec: Dzieła Mary Shelley i Johna Polidoriego są pewnie najtrwalszym w kulturze śladem feralnego "roku bez lata".

Literatura jest ważna. Jakość literatury się liczy. To mówi nam historia.

poniedziałek, 22 lipca 2013

„Sytuacja na frontach, jak i ogólne tendencje światowe stały się niekorzystne dla Japonii.”

Andrew Gordon Nowożytna historia Japonii

W 1945 roku cesarz Hirohito zrezygnował z nimbu boskości i piskliwym głosem przemówił przez radio, ogłaszając decyzję o kapitulacji Japonii. Słowo to jednak nie padło. Zamiast tego Japończycy usłyszeli:
„Sytuacja na frontach, jak i ogólne tendencje światowe stały się niekorzystne dla Japonii.”
Czytaj: Japonia i jej koalicjanci przegrali II wojnę światową.
„Okrutna siła (…) wroga groziła nie tylko unicestwieniem naszej rasy, ale i zagładą całej ludzkiej cywilizacji.”
Czytaj: Japończyków skłoniło do poddania się dopiero zrzucenie bomb atomowych. Ani myśleli się poddać pomimo przegranej państw Osi na w wszystkich frontach.
Cesarz wyraził wolę „utorowania drogi do wspaniałego pokoju dla przyszłych pokoleń.”
Czytaj: Tak naprawdę nie zostaliśmy pokonani a wojna była potrzebna.
Zaapelował o zjednoczenie narodu, które pozwoli „nadążyć za postępem świata”.
Czytaj: Walka Japończyków o prymat na świecie nie skończyła się wraz z przegraną wojną. Ona tylko zmusi zmienić charakter.

Cytuję cesarza za za Nowożytną historią Japonii, jedną z niewielu obecnie dostępnych na rynku książki pozycji o tym fascynującym kraju. "Tłumaczenie na nasze" jest moje :) 



Dobra i cenna to jest książka. Szczególnie na aktualnym etapie mojej niewiedzy :) 

Czytałam ją z nadzieją na znalezienie odpowiedzi na kilka pytań:
- Jak doszło do tego, że Japonia połączyła swe siły z hitlerowskimi Niemcami w czasie II wojny światowej. Skąd jej mocarstwowe zapędy i czy to była odmiana faszyzmu?  Oj, tak! A przyczyny zawsze te same: kryzys gospodarczy - frustracja, patologia ideologii - rozrost sił antydemokratycznych, patologia władzy - oddanie się w ręce silnej armii, skłonności autorytarne jako akceptowany wzór funkcjonowania społecznego.

- Na ile pacyfizm zapisany w narzuconej przez Amerykanów konstytucji powojennej Japonii został przez Japończyków uwewnętrzniony? Czy seppuku popełnione przez Yukio Mishimę w 1970 r. z nadzieją, że to podburzy siły samoobrony zastępujące armię w Japonii, to był zaledwie pojedynczy wybryk „samobójczego dandysa”, czy jednak przejaw ukrytej prawdy o nich? Jedno i drugie. Szukam dalej.

- Co to jest „japońskość”? O, la, la... Sami Japończycy od czasu upadku ery szogunów niczym innym się nie zajmują, jak konstruowaniem swojej tożsamości i poszukiwaniem odpowiedzi na to pytanie. Podobnie jak Polacy, którzy wciąż na nowo próbują rozszyfrować, co to znaczy "polskość"...

A niepewność co do własnej tożsamości jest zawsze torturą. Nie dziwota, że pojawia się wtedy zapotrzebowanie na porządek (najlepiej „nowy porządek”), fetyszyzacja siły i czystości, strach przed okazaniem słabości, iluzoryczna wiara, że pełne podporządkowanie zapewni jedność, a jedność pomoże się w końcu dookreślić. Iluzja i unikanie prawdy.

Wiele w tej książce inspirujących rzeczy. Do dalszego studiowania...

O wojnie mandżurskiej i Nankinie.

O wizerunku kobiety i rzeczywistości kobiety w Japonii.

O kontraście pomiędzy „japońskością” a  „japońszczyzną”.

Nowożytna Historia Japonii została wydana w cennej serii ceramowskiej PIWu.
________________________
 Czytamy serie wydawnicze...
Seria ceramowska [PIW]

sobota, 8 czerwca 2013

Roberto Bolano "2666" - Część Archimboldiego

Roberto Bolano 2666 - Część Archimboldiego

Z posłowia do pierwszego wydania (rozumiem, że jest ich więcej – przecież to powieść- sukces…) i z prasy, która zapowiada 2666 Bolano jako „monumentalne dzieło” (ewentualnie „powieść totalną”) dowiaduję się, że autor poświęcił temu 1000-stronicowemu tomowi ostatnie lata życia przed śmiercią na niewydolność wątroby. Kolejna rzecz, na której koncentrują się i wydawca i dotychczasowi komentatorzy, to niezwykły akt odwagi ze strony jego spadkobierców, polegający na sprzeniewierzeniu się woli autora. Bolano zaplanował bowiem wydać swoje dzieło w pięciu częściach, każdą za określoną z góry przez niego kwotę pieniędzy. Pragnął zabezpieczyć w ten sposób finansowo swoją rodzinę.  2666 wydano jednak jako jeden tom, nie chcąc niweczyć integralności tego - w ich pojęciu - wielkiego dzieła.

Ja jednak myślę, podział na 5 części to był zamysł nie tylko komercyjny, ale i artystyczny. 2666 to jest po prostu pięć osobnych powieści - połączonych postaciami bohaterów.

Teraz moja lektura Bolano.
Najpierw przeczytałam dwustustronicową część pierwszą 2666 pt. Część krytyków. Potem sięgnęłam na półkę i znalazłam tam Chilijski nokturn z 2000 roku. Teraz mam za sobą kolejną, trzystustronicową część piątą 2666 pt. Część Archimboldiego. Chcę przez to powiedzieć, że mogę porównać 2666 z innym utworem autora.

I tak sobie myślę, że nieprzypadkiem komentarze wokół  tego „opus magnum” Bolano koncentrują się  kwestiach biograficzno-logistyczno-finansowych. One są ciekawe. W odróżnieniu do samej powieści.

Zgadzam się z twierdzeniem, że Bolano pragnął objąć swoją powieścią cały świat. Snując swą opowieść co chwila czyni dygresje, tworząc setki odnóg odbiegających od głównej historii. W Części  Archimboldiego dochodzą do głosu ponownie dwie jego główne obsesje, jasno wyrażone w Chilijskim nokturnie: pragnienie nieśmiertelności i podziwu czytelników oraz wyraźna fascynacja germańskością. Bolano mnoży historie, mnoży postacie, mnoży scenografie, mnoży rekwizyty, żeby jak najszerzej podzielić się swoją erudycyjną wiedzą na temat losów Niemiec hitlerowskich. Liczne postacie noszą nazwiska z dodatkiem „von”. Bolano wyraźnie zachwyca się ich  germańskim, arystokratycznym  brzmieniem.  Jest w tym coś perwersyjnego…  Ta niezdrowa i podejrzana w obliczu znanych nam wszystkim faktów fascynacja ujawnia się też w pogardliwym stosunku do innych nacji: naśmiewaniu się z nazwisk Latynosów: jakiś tam Lopez albo Fernandez (w części pierwszej powieści).  W opowieści o polskich żołnierzach, który w czasie kampanii wrześniowej, byli „słabo uzbrojeni, ale nie poddawali się, bo…  nie wiedzieli jak”. Inny Polak wyskoczył z lasu wprost na oddział głównego bohatera, bezbronny, pobił w walce wręcz  jakiegoś Niemca i choć mógł zabrać mu broń, nie zrobił tego, bo był zbyt głupi. Po chwili został zastrzelony.  
Oczywiście te epizody są opowiedziane ustami bohaterów. Nie są to treści wprost odautorskie. Co więcej pogardliwy ton może być czystą ironią odautorską. Możliwe, że w ten sposób Bolano wyraża poglądy wręcz przeciwne: zachwyt nad latynoskością i podziw dla inteligencji Polaków. I jest to kolejny element wywróconego świata pozorów, który nam przedstawia. Ale, szczerze mówiąc, nie jest to dla mnie takie pewne. Po prostu chciałabym, żeby tak było, żeby tam była jakaś wartość...

Jest to książka pełna tego typu odrzucających momentów, opowieści, pobocznych epizodów, sugerujących jakieś ukryte znaczenie. W rzeczywistości jednak, moim zdaniem, wszystko to ujawnia bezradność autora wobec różnorodności świata, którym zapragnął zawładnąć. Strzelanie z karabinu maszynowego ślepakami. Głośne i nieskuteczne.

Wydaje mi się, że Bolano przyjął błędne założenie, że można opisać świat, spisując  drobiazgowo, niemal dzień po dniu poczynania wszystkich postaci, które zamajaczą na horyzoncie jego opowieści.  Bardzo chciał napisać coś wielkiego, co uczyni go nieśmiertelnym. Coś, co sprawi, że setki krytyków literackich będą głowić się nad egzegezą jego tajemniczych (bo chaotycznych słów)), nad losami jego enigmatycznych (bo przypadkowych) bohaterów.

Do tego świat kobiet... Zupełnie nieprawdopodobne są te figury kobiece u Bolano.  No, nie mam po prostu słów... Ich zachowania nie mają żadnego racjonalnego uzasadnienia. To mnie skrajnie razi.  Opiszę to na przykładzie. Kiedy zaczyna się przemiana głównego bohatera, przemiana z prymitywnego matołka w erudycyjnego pisarza, pojawia się potrzeba ustabilizowania jego życia osobistego. Jak to zrobić? Potrzeba mu dać partnerkę, związać go z kimś. Jak to uczynić, skoro dotąd  nasz  Hans jedynie onanizował się w okopach?  

Zadanie pisarskie? Tak. Oto rozwiązanie Bolano. Na  ulicy podchodzi do Hansa nieznajoma dziewczyna. Całuje go prosto w usta. Mówi, że jest jego narzeczoną. Ten się dziwi, ale chętnie na to przystaje (typowy sposób przedstawienia zachowania ludzkiego u Bolano – nie ma ono żadnego uzasadnienia, często żadnego sensu).  Dziewczyna znika. Pojawia się ponownie, kiedy nasz bohater  przechodzi swoją przemianę. Jest jedną z prostytutek, na którą natyka się nasz bohater. To ona go rozpoznaje. Idą do łóżka. To jest miłość właśnie.

Mhh…  Słabe to jest. I to jest mój podstawowy zarzut do Bolano: absolutne nieprawdopodobieństwo psychologiczne stworzonych przez niego postaci wytwarza pustkę, która mnie odpycha. Więcej. Wyłączna koncentracja  na możliwych do zaobserwowania zachowaniach, na kolejnych działaniach, jakby ludzie byli bezwolnymi kijankami pod mikroskopem, oraz programowy brak dostępu do ich psychiki sprawia, że po 300 stronach bohaterowie ci – choćby mieli „von” w nazwisku i okazywali się nagle wybitnymi pisarzami - pozostają mi równie obcy jak na początku.

Oto najlepsze moim zdaniem fragmenty z tego, co przeczytałam w części piątej. Nie są to typowe kawałki. Są to wyjątkowo rzadkie refleksje, jakie  zostały wygłoszone na kartach powieści Bolano.

[…] Wewnątrz człowieka, który siedzi i pisze, n i e  m a  n i c. Nic, co byłoby nim, chcę rzec. Znacznie lepiej by uczynił, gdyby poświęcił się czytaniu. Czytanie to przyjemność i radość z tego, że się żyje, albo smutek z tego, że jest się żywym, a przede wszystkim to poznanie i pytania. Pisanie zaś to zazwyczaj pustka. W trzewiach człowieka, który pisze, n i e  m a  n i c. […] Pisze pod dyktando. Jego powieść czy wiersz, przyzwoite, całkiem przyzwoite, powstają nie w wyniku ćwiczenia stylu czy woli, jak sądzi biedny nieszczęśnik, ale dzięki ćwiczeniu s k r y w a n i a. Potrzeba wielu książek, wielu czarujących sosen, aby chroniły przed podstępnym wzrokiem książkę naprawdę ważną, pieprzoną jaskinię naszego nieszczęścia, magiczny kwiat zimy!

Proszę mi wybaczyć metafory. […]

Wiedziałem już, że nie ma co pisać. Czy raczej, że pisać warto tylko i wyłącznie wtedy, kiedy gotów jesteś napisać arcydzieło. […] A przy tym mało jest pisarzy, którzy rezygnują. Bawimy się w wiarę w naszą nieśmiertelność. Myślimy się w ocenie naszych utworów i w osądzie, zawsze oględnym, innych pisarzy. Zobaczymy się przy okazji Nobla w Sztokholmie, mówią pisarze, jakby mówili: zobaczymy się piekle. […]

Rzekłeś, Robercie Bolano.
_________________  
Z literą w tle

piątek, 7 czerwca 2013

Roberto Bolano "Chilijski nokturn"

Roberto Bolano Chilijski Nokturn

Chilijski nokturn to pierwsza z powieści Bolano, która dotarła do Polski. Wydana przez MUZĘ SA w 2006 r. w serii SALSA imitującej klasyczną serię Proza Iberoamerykańska Wydawnictwa Literackiego z lat 70. i 80. 

Bolano trafił pod polskie strzechy na fali rozgłosu, jaki przyniosła mu zarówno powieść (nazywana jego opera prima) czyli Dzicy detektywi oraz w związku przyznaniem mu dwóch najważniejszych nagród dla literatury hiszpańskojęzycznej i iberoamerykańskiej w latach 1998 i 1999.

Niewielka powieść pt. Chilijski nokturn warta jest przeczytania. To jest żywa literatura, oparta na nośnym koncepcie i z problematyką, która nienachalnie ujawnia się czytelnikowi, wywołując uczucie niepokoju. Spisana jako monolog  konającego bohatera w dwóch akapitach,  z czego ten drugi to zaledwie jedno zdanie:

A potem rozpęta się nawałnica gówna. 

Smutne zakończenie żywota, nie uważacie?

Nokturn znalazłam szczęśliwie u siebie na półce. Po przeczytaniu pierwszej z pięciu części tzw. „monumentalnej” powieści 2666, raczej nie kupiłabym  tak szybko następnej książki tego autora… A szkoda by było. Bo Nokturn jest literaturą wysokiej klasy i w odróżnieniu od 2066 nie pozostawia mnie obojętną. Wiem, że moje jednoznaczne oceny mogą niekiedy razić. Ale tak się składa, że sam Bolano zachęca do odważnych interpretacji jako wyrazu poważnego traktowania literatury. Ja uważam podobnie! Bolano za życia słynął z tego, że gnioty nazywał gniotami właśnie. Odbieram to jako zgodę na pisanie o szczerze o moim odbiorze jego dzieła.


Problematyka Chilijskiego nokturnu wydaje się być zbieżna z motywami przewijającymi się także przez ostatnią, pośmiertną powieść Bolano. Bohaterem jest znowu krytyk literacki (poza tym ksiądz) i poeta w jednej osobie. Dobry krytyk i słaby poeta. Człowiek, którego myśli zaprząta uznanie ze strony świata, który o tym rozmyśla, marzy o tym i dziwi się, że sławę przynoszą mu poboczne prace, a nie właściwa praca twórcza. Tematami są:  niezdolność literatury do zmiany świata, jej porażka wobec okrucieństwa świata rzeczywistego, świata, w których piękne i gładkie idee urzeczywistniają się w postaci walki o władzę i dominację. W którym prym wiodą politycy i ich pospolite umysły, ludzi się torturuje w piwnicach, co jednakowoż nie przeszkadza śmietance intelektualnej debatować na piętrze tego samego budynku o nowinkach literackich przy kieliszku chilijskiego wina. Po chwili czytamy o maniakach, którzy życie poświęcali na utrwalenie swojej osoby w pamięci innych. Bez skutku zresztą. Ten temat - bycia zapamiętanym - jest jednym z centralnych motywów Bolano.

Natykamy się też - co jakoś mnie już nie dziwi - na tajemniczego niemieckiego pisarza w mundurze Wehrmachtu, dyskutującego o literaturze w podbitym Paryżu. Ten paradoks, że nie wystarczy być kulturalnym, żeby nie stać się faszystą, musiał chyba mocno zajmować uwagę Bolano, skądinąd autora książek o tytułach Literatura faszystowska w obu Amerykach (1996) oraz III Rzesza (wydanie pośmiertne 2010).  A propos, czy Wy wiecie, że armia chilijska do dziś korzysta z  mundurów wzorowanych na mundurach hitlerowskich??? Po dziś dzień korzysta w galowych momentach z hełmu niemieckiego typu Stahlhelm? Co za wstyd.

Na koniec wspomnę, że w Nokturnie pojawia się także  zajawkowo nazwisko Archimboldi, jako synonim czegoś wielkiego, za czym się goni...

Ważna jest też próba opisania fenomenu chilijskości, szczególnie w wydaniu wyższych warstw społecznych, funkcjonujących od wieków w nieuświadomionym dobrobycie, kiedy to  przywoływanie służącej pstryknięciem palców jest naturalne jak oddychanie, nawet jeśli jesteśmy w zaledwie średnio zamożnym chilijskim domu. Mamy więc do czynienia z pytaniem: Co to znaczy przynależeć do elity w Chile?

I taka była prawda. Nudziliśmy się. Czytaliśmy i nudziliśmy się. Intelektualiści. Bo nie można czytać przez cały dzień i całą noc. Bo nie można pisać przez cały dzień i całą noc.

Wyczuwam ogromne pokłady poczucia winy z powodu jałowego w gruncie rzeczy życia, jakie staje się udziałem bohaterów Bolano, podobnych do niego okularników, jednostek pozbawionych w gruncie rzeczy problemów i jednocześnie pozbawionych innych niż czytanie i pisanie umiejętności.

Ciekawostka: kiedy Bolano opisuje podróż, jaką jego bohater odbył po Europie, opisuje w gruncie rzeczy marzenie każdego mola książkowego. Opłacona z góry (przez enigmatycznych mocodawców) podróż po pięknych, historycznych miejscach, zadziwiające spotkania (tu np. z sokolnikami chroniącymi zabytki przed gołębiami), bezstresowe zadanie do wykonania (raport o ochronie zabytków europejskich) i możliwość czytania bez końca:

[…] nikt prócz cieni grzeszników , które bardzo uważały, żeby mi nie przeszkadzać, bardzo uważały, żeby nie wtrącać się do moich lektur, szczęście, szczęście, radość odzyskana […].

Jedynym wymaganiem tajemniczych mocodawców jest brak zainteresowania dla ich działań, nieme na nie przyzwolenie. A rzecz ma miejsce za czasów gen. Pinocheta…  I choć niewiele wiem o Chile i juncie Pinocheta, to jednak nawet u nas w Polsce mówiono i pisano w swoim czasie, a także ostatnio (przy okazji zainteresowania nowym papieżem, trochę tylko starszym od Bolano) można było przeczytać o niewyobrażalnych okrucieństwach, jakich wojskowi dopuszczali się, zwalczając zwolenników obalonego socjalizującego prezydenta Allende: tortury przechodzące ludzkie wyobrażenie; odbieranie dzieci więźniarkom, żeby przekazać je zwolennikom junty, a matki zgładzić; zjawisko desaparecidos, czyli znikanie ludzi, niedawno wyjaśnione jako praktyka zrzucania więźniów  do morza z helikopterów jako najskuteczniejszy sposób na pozbycie się człowieka  bez śladu… 

Myslę, że to właśnie o odpowiedzialności wszystkich Chilijczyków, a szczególnie elit chilijskich za te zdarzenia pisze Bolano, stosując więcej przemilczeń i sugestii niż opisów wprost. Wyczuwam to przez skórę w tych krótkich momentach, kiedy autor Chilijskiego nokturnu nie jest w stanie ukryć domieszki pogardy w odniesieniu do bohaterów swojej powieści. I choć Sebastian Urrutia Lacroix w pierwszym zdaniu oświadcza, że jest pogodzony ze sobą, to akurat nie jest prawda. Prawdą jest natomiast, że:

Trzeba być odpowiedzialnym za własne czyny i za własne słowa, a także za własne milczenie […].


Powieść krótka i dobra. Niebanalnie mówi o odpowiedzialności moralnej za zło.
_______________________ 
Z półki, Z literą w tle

środa, 3 kwietnia 2013

...chciałabym być jak Indiana Jones



J.R. Porter Jezus Chrystus. Człowiek i Bóg
tłum. Marcin Stopa
konsultacja: prof. dr hab. Michał Wojciechowski, 
wyd. Świat Książki 2007

Vendyl Jones Manuskrypty z Qumran. Historia prawdziwego Indiany Jonesa
wyd. Świat Książki 2011



Dobrze się złożyło, że miałam na półce obie te pozycje i mogłam po nie sięgnąć w okresie Wielkanocy, tuż po lekturze fikcyjnej (choć opartej na faktach biblijnych) opowieści Niezłomny z Nazaretu – powieści historycznej o politycznych kontekstach ukrzyżowania Jezusa.

Postać historycznego Jezusa jest absolutnie fascynująca, podobnie jak archeologia Bliskiego Wschodu. Tematyka jest bardzo obszerna.

Album J. R. Portera Jezus Chrystus przyciągnął kiedyś moją uwagę w księgarni Świata Książki z powodu okładki. Przedstawia ona popularny wizerunek Jezusa ukrzyżowanego, który można kiedyś było nabyć w czasie odpustów w moich rodzinnych okolicach podgrójeckich. Zresztą razem w komplecie z wizerunkiem Matki Boskiej. Takie dwa obrazy w ciężkich ramach, dość duże, ciemne i pełne słodyczy w wyrazie, wisiały przez większość mojego dzieciństwa w domu mojego dziadka nad łóżkiem, w którym sypiałam w wakacje...  Była to pierwsza rzecz, jaką widziałam  po otwarciu oczu... Niestety wydawca nie pokusił się o napisanie czegokolwiek o ilustracji z okładki... A ja tak chciałabym wiedzieć, kto to namalował?

Ale wracajmy do meritum, sam album Portera może stanowić podstawę do wielomiesięcznych samodzielnych studiów biblijnych… Podzielony jest na 5 głównych części:
Tło wydarzeń
Życie Jezusa
Nauczanie
Interpretacje
Jezus w sztuce.


Oczywiście skupiłam się  na  2 pierwszych częściach. Znalazłam tu klarowne wyjaśnienia i mapy, co mi bardzo pomogło lepiej zrozumieć tamte czasy i kontekst śmierci Jezusa.

Praca Portera jest o tyle interesująca, że jest napisana zrozumiałym językiem bez wtrętów i slangu teologicznego tak charakterystycznego dla wcześniej czytanych przeze mnie opracowań katolickich. Porter jest emerytowanym profesorem teologii uniwersytetów w Oxfordzie i Exeter, ale wywodzi się z kościoła anglikańskiego. Dlatego nie ma problemów z pisaniem wprost o żydowskich korzeniach i judaistycznym tle zarówno losów, jak i nauczania Joszuy bar Jozefa – jak zapewne zwracano się do Jezusa w jego czasach.

Lektura warta kontynuacji, z tym, że przez miesiące, a może i lata. Jeśli starczy mi wytrwałości, żeby poświęcić na to jeden wieczór tygodniowo, to połączę to ze studiowaniem nowowydanego Wiekiego Atlasu Biblijnego VOCATIO. Mapy i widoki miejsc akcji zawsze mi pomagają  lepiej ją zrozumieć, bo jestem wzrokowcem.

Równocześnie przeczytałam superinteresującą i pouczającą historię amerykańskiego archeologa i znawcy Biblii, także Hebrajskiej, tym razem należącego do Baptystów – zmarłego w 2010 r. Vendyla Jonesa pt. Manuskrypty z Qumran.

Jaką ciekawą biografię miał ten człowiek! Zasłynął jako poszukiwacz Arki Przymierza w grotach Qumran nad Morzem Martwym. W swoich poszukiwaniach kierował się przede wszystkim wskazówkami dotyczącymi skrytek ze skarbami zapisanymi na tzw. Zwoju Miedzianym 3Q15 z Qumran (obiekt znaleziony na półce skalnej w jaskini nr 3, jako ostatnie 15. znalezisko). Są to 2 rolki blachy miedzianej (99,9% czystej miedzi) z napisami w języku hebrajskim (odmiany misznaickiej, czyli nie starobiblijnej, ale potocznej z czasów 1 w n.e.) zawierające opis 64 miejsc (wg Jonesa 32, ale każde opisane dwukrotnie), w których ukryto skarby Świątyni Jerozolimskiej przed jej zniszczeniem w 1 w. n.e. przez Rzymian. Chodzi o tony złotych i srebrnych monet, inne cenne kruszce, elementy wystroju świątynnego, tkaniny z cennej purpury (łącznie z haczykami do ich zawieszenia :), oraz naczynia liturgiczne, szaty kapłanów, wonności, balsamy namaszczające. Jones twierdzi, że ich znalezienie doprowadzi do znalezienia także Arki Przymierza.


Podczas kilkudziesięciu lat wykopalisk w Qumran nad Morzem Martwym udało mu się – wyłącznie dzięki sponsorom prywatnym – znaleźć jedną z takich kryjówek i dotrzeć w niej do poziomu, gdzie znajdował się świetnie zachowany dzban z cennym balsamem o nieznanym składzie – wciąż nadającym się do namaszczania - oraz do magazynu wonności w postaci 600 kg czerwonego proszku, nawet dziś doskonałego jako kadzidło. Dla człowieka współczesnego, ignoranta jeśli chodzi o czasy biblijne - brzmi to… skromnie. Jakiś tam garnek i jakiś tam proszek… Dla kogoś znającego zapisy biblijne, znaczenie rytualne oraz to,  jak cenne były składniki tych mikstur, oraz fakt, że uważano je za skarby, jest bardzo znaczące, że znaleziono je w bardzo trudnodostępnej grocie na pustyni, na brzegu Morza Martwego – w najniżej położonym miejscu na kuli ziemskiej, w odległości około 30 km od Świątyni Jerozolimskiej. Wydaje się, że groty w Qumran mogą kryć jeszcze niejedną tajemnicę.

Jednak nie to okazało się dla mnie najciekawszew książce Jonesa. Absolutnym hitem była dla mnie jego autobiograficzna opowieść o tym, jak stał się archeologiem biblijnym. 

Aż mnie coś skręcało i swędziało w środku, kiedy czytałam o jego dzieciństwie, a potem dorosłości w drodze do Qumran. A trzeba Wam wiedzieć, że Vendyl Jones to chłopak ze wsi, konkretnie z Teksasu. Miał być farmerem, jak większość jego krewnych – przede wszystkim - kombajnistą. I był z nim zresztą przez 3 lata. Poza tym umiał jeszcze tylko jedną rzecz – znał Biblię na pamięć, bo matka pierwszy raz przeczytała mu ją, jeszcze będąc z nim w ciąży, kierując do brzucha prowizoryczną tubę z gazety… Dziesięcioletni Vendyl szczególnie upodobał sobie fragment drugiej Księgi Machabejskiej 2 Mch 2,1-8, opisującej, jak prorok Jeremiasz ukrył Arkę Przymierza. Wtedy Vendyl zapamiętał, że bliskość Arki zwiastować będzie znalezienie któregokolwiek z przedmiotów ukrytych razem z nią przez Jeremiasza. Wtedy złożył matce przyrzeczenie, że jeśli są one gdzieś ukryte na naszej planecie, to on je odnajdzie.

Po prostu kocham takie historie. To jest o pasji, o poczuciu misji i klarownej pewności co do sensu swojego życia, czyż nie?

Jones trafił z czasem na jakąś prowincjonalną uczelnię teologiczną, został prezbitrem kościoła baptystycznego. Przez 15 lat prowadził studia nad Pismem świętym. Ożenił się, miał pięcioro dzieci. Któregoś dnia uznał, że musi zacząć uczyć się od Żydów, języka hebrajskiego i Biblii Hebrajskiej. Wyjechał z całą rodziną do Ziemi Świętej. Przez kolejne 15 lat studiował z nauczycielami żydowskimi, który wcale nie wyrywali się, żeby uczyć chrześcijanina, ale widząc jego wiedzę, dobre intencje i pasję, robili to. Historia życia jego rodziny w Izraelu, wojen, licznych przypadków i zrządzeń losu naprawdę zasługuje na film. Zresztą podobieństwo między Vendylem a Indianą Jonesem Spielberga i Lucasa podobno nie jest przypadkowa, a sam Vendyl Jones jest filmem zachwycony, bo zwraca on uwagę na to, że trzeba szukać Arki Przymierza.

Podziwiam tego człowieka, przede wszystkim dlatego, że do wszystkiego doszedł sam – a każdy następny krok na drodze do swojego celu musiał okupić pracą cięższą niż np. lokalni badacze. Że przełamał wiele barier i był żywym dowodem na to, że pozostając chrześcijaninem, można poznać tajemnice judaizmu dla dobra świata.
 ______________________
 Wyzwanie z półki