Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura anglosaska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura anglosaska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 stycznia 2015

Michael Crummey "Dostatek"

Michael Crummey Dostatek
(oryg. Galory)
Przeł. Michał Alenowicz
Wydawnictwo Wiatr od morza Michał Alenowicz, Gdańsk 2013

Saga rodzinna z Nowej Fundlandii. Często wskazywana jako warta przeczytana przez polskich czytelników w 2013. Mąż kupił  kiedyś, a teraz mi przyniósł na wieść, że czytam Teatr ryb Gimlette’a.

To nie jest jedyne powiązanie z książką Gimlette’a. Michael Crummey, niemal równolatek Gimlette’a, ale w odróżnieniu do niego rodowity Nowofundlandczyk, napisał ją jak sam pisze, w oparciu o dziesiątki lokalnych opowieści, dzienniki i wspomnienia, opracowania akademickie i strony internetowe, dokumenty archiwalne i zbiory piosenek, opowieści i podania ludowe… oraz Teatr ryb, co uczciwie Crummey przyznaje na końcu książki.

Widocznie wykonali z Gimlettem tę samą robotę, albo po prostu zamknięta na świat kultura nowofundlandzka jest bardzo jednorodna, bo książka Crummeya jest niemalże zbeletryzowaną wersją Teatru ryb. Nie jest to specjalny zarzut, bo jest to bardzo dobra powieść, wciągająca i szlachetna w wyrazie.

Michael Crummey ur. 1965

Gdybym była utalentowanym pisarsko Nowofudlandczykiem, żeby nie powiedzieć pierwszym w życiu utalentowanym pisarsko Nowofudlandczykiem, sięgnęłabym po ten sam motyw: dwóch wiosek – katolickiej i protestanckiej – położonych po dwóch stronach tej samej zatoki morskiej i zwartych ze sobą w niekończącym się sporze. Pozwala to przedstawić mikroświat tej zimnej krainy, której mieszkańcy toczą niekończącą się, nierówną walkę z nieprzyjazną naturą. Morze, ryby, głód, choroby, śmierć noworodków, uszkodzenia ciała dorosłych, prymitywizm życia, analfabetyzm i tak aż po I wojnę światową.

Nowa Fundlandia normalnieje ostatnimi czasy.

Powieść - od zawsze – karmi się opowieściami o miłości. I tu mamy takie, bardzo ładnie 
poprowadzone, stosownie do okoliczności, często jak z Romeo i Julii.

Początek XXI wieku to z kolei wymóg wprowadzenia na karty powieści postaci silnych kobiet. I tu mamy takie, bardzo ładnie poprowadzone – o niebo ładniej i wiarygodniej niż w innych, czytanych przez mnie ostatnio sagach, np. u Cabre w Wyznaję, czy u Rushdiego w Ostatnim tchnieniu Maura.
Z pewnością byłabym zachwycona, gdyby nie to, że wcześniej przeczytałam Teatr ryb, który ma tę samą zawartość treściową, a pozbawiony jest owej „literackości”, której oczekuje się i którą musi dawać czytelnikowi powieściowy gatunek. Oczywiście składam Crummeyowi wyrazy uznania za pomysł z albinosem trafiającym na wyspę w cudowny sposób i jak zostało to wykorzystane jako klamra dla zamknięcia powieści. Ten motyw albinosa, odszczepieńca, odmieńca, niemego i nieczytelnego dla obcych symbolizuje świetnie tamtą krainę. Brawo autor!

Przy okazji poznałam ciekawe maleńkie wydawnictwo Wiatr od morza. Mam nadzieję, że Michał Alenowicz przetłumaczy też powieść Crummeya o krwawej historii indiańskiej piękności z plemienia Beothuk - porwanej do Europy. Jest to kolejna z kluczowych założycielskich opowieści z Nowej Fundlandii i Labradoru. 


Proszę tylko nie umieszczać na okładce historii, których akcja toczy się w latach 1700-1921, zdjęć plastikowych łodzi. Na litość boską! Wystarczy już chyba ten paradoksalny tytuł, żeby zmylić (zainteresować?) czytelnika.
_____________________
Z półki


środa, 14 stycznia 2015

John Gimlette "Teatr ryb. Podróże po Nowej Fundlandii i Labradorze"

John Gimlette Teatr ryb. Podróże po Nowej Fundlandii i Labradorze
Przeł. Hanna Pustuła-Lewicka
Seria: Orient Express
Wyd. Czarne, Wołowiec 2014

- Po co tam jedziesz?  - pytali - Tam   n i c  nie ma.


Zwykle po księgarni krążę niczym jastrząb: skupiona na poszukiwaniu zdobyczy… Tym razem niespodziewanie dostałam ataku śmiechu. Przywołałam gestem córkę z końca sali, żeby odczytać jej przedziwne zdanie z tyłu okładki: Czytelnik zaś wyrusza w brawurową podróż do nieznanej krainy dorsza.
- Brawura, podróż, kraina dorsza? Słyszałaś o czymś takim?
- Nie, ale słyszałam o „tajemniczym Don Pedro, szpiegu z krainy deszczowców”, może to coś w tym stylu? – odparła Zuza, wyczuwając, podobnie jak ja, coś nieodparcie napuszonego i przez to śmiesznego w tym zestawieniu słów.  – Podoba mi się. Musisz to przeczytać!

No, i przeczytałam! Jestem zachwycona.

Zaskoczenie, ironia, paradoksalne myślenie, inteligentny dowcip na każdej stronie - to atuty tego reportażu.  Nie zapomnę tej lektury także dlatego, że zdołała mnie zaskoczyć niezliczoną ilość razy. To była prawdziwa przygoda!

Miejsce, do którego zabiera mnie autor kojarzyło mi się dotąd tylko z psami. Trochę głupia sprawa. Labradory i nowofunlandy – aportujące psy ‘dowodne’. Sama mam labradora. Każda kałuża, dowolny ciek wodny jest jego. Ale, że Nowa Fundlandia pisze się przez -d- w środku – tego już nie wiedziałam…  Podobnie jak tego, że przez stulecia była zamorską kolonią Wielkiej Brytanii, a akces do Kanady złożyła zaledwie po II wojnie światowej. Nawet mi się to o uszy nie obiło... Przejście tak dużego terytorium z kraju do kraju… dobrowolne i bezkrwawe? Dziwne. 
Dopływam  na miejsce z autorem i co się okazuje? Że stolica tej zlodowaciałej krainy, odciętej od świata dziesiątkami tysięcy dryfujących gór lodowych leży na tej samej szerokości geograficznej co zielony Paryż. Co jest? No, jest lodowaty Prąd Labradorski. I zaczęło się…


Autor, Anglik w wieku mojego męża (ale wyglądający na znacznie starszego, co stwierdzam z niczym nieuzasadnioną satysfakcją :) jest w życiu prywatnym prawnikiem i pracuje jako adwokat osób poszkodowanych w wyniku błędów lekarskich. Kiedy sobie to uświadamiam, przeżywam kolejne zaskoczenie. Ten człowiek  zdołał mi zaimponować niesamowitą uważnością w stosunku do świata. To, że jest podróżnikiem, jest co prawda zakorzenione w jego rodzinie. Jego pradziad uczestniczył jako lekarz w wielomiesięcznej ekspedycji  na Nową Fundlandię i Labrador w 1893 roku. Był wysłannikiem tego słynnego nawiedzonego chirurga, o którym akurat teraz robi się seriale, bo zrewolucjonizował operacje wprowadzając na salę kwas karbolowy.  Pradziadek Johna Gimletta zostawił rodzinie zdjęcia z wyprawy. Przeczytajcie, jak uważnie mały John „czytał” te zdjęcia:

Zdjęcia przywiezione przez Curwena z tamtej podróży fascynowały mnie od wczesnego dzieciństwa.  […] Nie wiem, ile razy odbywałem tę podróż , w deszczowe popołudnia w czasie przerw semestralnych i słotnych weekendów. Za każdym razem dostrzegałem nowe szczegóły: bose stopy urwisów  w porcie Saint John’s; zegar na domu zbudowanym z kostek darni; ręce wytatuowane kopciem i łuskami śledzi; twarze Eskimaux, ciemne i i błyszczące jak kasztany; elegancką kamizelkę mężczyzny, który zabił swoje żony; buty z foczej skóry na nogach członków orkiestry dętej.

"Bose stopy", "kamizelka", "buty z foczej skóry..." John Gimlette okazuje się mieć to coś, co mają tylko niektórzy. On też: sam niepozorny i niewygadany, jest jak czuła antena odbiorcza. Trafia do niego to, co musi zostać wypowiedziane. Odbiera niezwykle uważnie fale innych ludzi. Tacy jak on, wsiadając do przedziału w pociągu, mogą za chwilę spodziewać się opowieści ze strony sąsiada.  W przedziale pociągu, gdzie są także inni, niezainteresowani, obojętni ludzie. A co dopiero na Nowej Fundlandii, gdzie nadal większość osad nie ma innego połączenia ze światem jak łodzią i wita gości może raz na rok!

M. in. z tego powodu mieszkańcy tamtych okolic są niezwykle ‘teatralni’ swoich reakcjach.  Czyli przesadni, ekspresyjni, głośni, radykalni, obcesowi, itd., itp.To tłumaczy słowo ‘teatr’ w tytule. A ‘dorsz’? Ooo, dorsz to jest jeszcze poważniejsza rzecz, najpoważniejsza na świecie. Do niedawna dorsz nadpływał tam milionami ton razem z Prądem Labradorskim. Teraz nie ma go – został wytrzebiony. Powiem Wam tylko, nie próbujcie robić sobie żartów z ‘ryby’ (synonim słowa ‘dorsz’), jak będziecie w tamtej okolicy. To naprawdę jest ‘kraina dorsza’, nawet, jeśli już go nie ma, a może nawet tym bardziej, że już go nie ma…


Dziwna to jest kraina. Budzi ambiwalentne odczucia. I pomyśleć, że nie zdawałam sobie sprawy, że to tam toczy się akcja Kronik portowych mojej drogiej Annie Proulx. Aktorzy i filmowcy kręcący adaptację ‘Kronik portowych’ w 2001 roku […] spędzili tu osiem tygodni najbardziej śnieżnej zimy od stu dwudziestu lat…

- Nie zadzierali nosa. Bardzo im się podobało w Trinity. Judi Dench nauczyła się piec ciasta, a troje innych kupiło sobie tu domy.

Nie wszystkie relacje filmowców były równie entuzjastyczne. Już na samym początku odkryli, że będą się musieli obyć bez cappuccino, ale w prawdziwą panikę wpędził ich dopiero bezkres pustkowia, oddzielający ich od najbliższego sklepu z sałatą. Nawet dla aktora z Walii był to zimny prysznic.

- Nie miałem pojęcia – powiedział Rhys Ifans – że Bóg stworzył tyle niczego.

Po przeczytaniu reportażu, wszystkich 568 stron (razem z opisem zdjęć), bez opuszczenia jednego zdania, powiem tak – ta kraina jest tak irracjonalna, że aż baśniowa.

Co mówi autor, kończąc swoją podróż?

Autor w opuszczonej osadzie.

Po spacerach z Johnem często wspinałem się po zboczach fiordu na samą górę, tam gdzie tajga przechodziła w tundrę. […] Była w tym jakaś brutalna piękność – a może piękna brutalność? Przyszło mi do głowy, zresztą nie po raz pierwszy, że coś jest nie w porządku z moimi reakcjami. Przebywałem w jednym z najbardziej przygnębiających miast, jakie można sobie wyobrazić, ale nie odczuwałem przygnębienia, a jedynie ciekawość. Jakby moja podróż zmieniła się w literaturę. Nie potrafiłem już chłonąć faktów inaczej niż w poczuciu oderwania – jakby naprawdę wcale mnie tam nie było. Jak mogłem być tak niewrażliwy. Przerażały mnie moje reakcje, a jednocześnie rozpierała mnie radość. Może odpowiadał za to mój własny, wypaczony charakter, a może tak kończy się każda podróż. Niewykluczone, że podróżnik jest tylko podglądaczem, poszukującym cierpienia i lęku, których zawsze doświadcza ktoś inny. […] Właśnie w jednej z takich chwil niezdecydowania spotkałem niedźwiedzia.

Gdybym nie zdawała sobie sprawy, że uznacie, że oszalałam, miałabym chęć zacytować Wam z połowę książki. Tak mi się podoba sarkazm jej autora. I jego totalny brak politycznej poprawności. Choć bez wątpliwości jest przychylny mieszkańcom, pomimo tego, że w większości są szokująco prymitywnymi ludźmi. Wykazuje mnóstwo dobrej woli i zrozumienia dla ich wad, co pozwala mu się tam świetnie odnaleźć, dogadać się z nimi i zdać nam szczegółową relację. Jednak niektóre doświadczenia przekraczają nawet jego wytrzymałość. Zaskakujące jest to, które. Np. to poniżej:

Wbrew radom przyjaciół wsiadłem do autobusu jadącego na półwysep Bonavista. Podróżowanie autobusem uważali za coś potwornie prymitywnego, jakby nieposiadanie swojego samochodu było obrazą dla ewolucji. Wyobrażam sobie, że wielu Nowofundlandczyków myśli podobnie, lękając się powrotu do przeszłości, przemoczonych nóg i mozolnego marszu.

- Będziesz jechał w towarzystwie gówniarzy i rozmaitych lebieg życiowych. – uprzedził mnie jeden ze znajomych.

 Część moich towarzyszy podróży zapewne można było nazwać gówniarzami, a większość niewątpliwie nie odniosła życiowego sukcesu. Prawie wszyscy byli otłuszczeni biedą, często przystrojoną w nierealne blondy i pomarańcze albo purpurowe pasemka. Patrząc na rządek zagłówków przede mną, miałem wrażenie, że udaję się na wycieczkę z Muppetami, ale w otaczających mnie dźwiękach nie było nic muppeciego – wyłącznie siorbanie słodkich napojów i przeżuwanie naczosów z sosem serowym ze słoika.

Czy można wyciągnąć jakiś sens z tego typu ‘brawurowych przygód w krainie dorsza’? Pewnie mi nie uwierzycie, ale tak, i to jeszcze jak.
_____________________
 Zpółki

sobota, 27 grudnia 2014

Frank Furedi "Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?"

Frank Furedi Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?
Tłum. Katarzyna Makaruk
Seria Biblioteka Myśli współczesnej (Plus Minus Nieskończoność)
Warszawa PIW 2014 (dodruk do wydania I z 2008 r.)
Wyd oryg. 2004
Stron 143


Książka, która daje do myślenia. Przydatna dla tych, którzy żle znoszą dominację błahości i prozaiczności. Dla zainteresowanych kwestiami z pozoru nieprzydatnymi i nieopłacalnymi. Dla pożądających refleksji nad współczesnym światem. Intelektualny sprzeciw wobec postawy filistra*.

*Filister = człowiek o wąskich horyzontach, zainteresowany wyłącznie sprawami materialnymi i przyziemnymi.


Pierwsza od dawna książka poświęcona tej tematyce, na jaką się natknęłam w księgarni, zresztą Księgarni taniej książki. Jak wynika z przypisów, żadna z cytowanych przez Furediego (ur. 1948) wartościowych pozycji, które dotyczą obecnego statusu intelektualisty, nie ukazała się po polsku. Tymczasem ja chętnie bym o tym więcej poczytała. Poza tym, znając już wyrazistość poglądów oraz klarowność i logikę myślenia autora, z przyjemnością sięgnęłabym po jakąś inną książkę Furediego, np. Paranoid parenting.


Dzięki eleganckim rozważaniom autora zbioru Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści? zrozumiałam lepiej, dlaczego:

- Niektórzy uważają, że nie należy ranić uczuć studenta-klienta, sugerując mu, że jest niedouczony i że powinien przeczytać lekturę.
- Pojawia się pomysł, żeby w końcu zaakceptować oklaski rozlegające się w trakcie utworów granych w filharmonii. W końcu podobno najważniejsze, że ludzie przyszli i podoba im się. 
- Kiedy rozważam jakąś abstrakcyjną ideę, mój syn-technokrata pyta, po co to robię i czemu to służy.
- Teatr odwołuje przedstawienie, ponieważ mogłoby okazać się dla niektórych bulwersujące.
- Moja córka i jej znajomi często odpowiadają mi, że „nie wchodzą w ten temat, bo jakie to ma znaczenie?”
- Wygłaszanie zdecydowanych, polemicznych poglądów jest postrzegane jako wyraz złego wychowania albo atakowania osób o poglądach przeciwnych. Intelektualne argumentowanie nie ma sensu. Wszystkie poglądy są z góry równoprawne.
- Jeśli wyniki testów w szkole wypadają żle, po prostu obniża się wymagania.
- Na kolejne spotkanie mojego Dyskusyjnego Klubu Książki wybrano większością głosów wytwór literatury popularnej, chwalony za to, że jest „napisany zrozumiałym językiem, dotyczy doświadczeń znanych kobietom i jest osadzony w Polsce”. Wow.

Cytat:
Trywializacja kulturowego potencjału społeczeństwa ma poważne implikacje dla przyszłości życia umysłowego. Intelektualiści potrzebują inteligentnej publiczności, artyści zaś – krytycznych odbiorców. Niestety, polityka schlebiania stwarza niewiele zachęt dla ludzi, by stawali na wysokości zadania.
[…] Intelektualiści muszą ponownie ukonstytuować się jako formacja, żądając przywrócenia autonomii, o którą w minionych czasach walczyli ich poprzednicy. Te autonomię najlepiej stworzyć, angażując i podtrzymując dążenie publiczności do tego, by traktowano ją serio. W epoce infantylizacji kultury traktowanie ludzi jak dorosłych staje się jednym z podstawowych obowiązków humanistów.. […] Proces równania w dół, jeśli to pojęcie cokolwiek znaczy, nie odnosi się do ludzkiej inteligencji, tylko do kultury, a dokładniej do elit, które regulują przepływ idei.


Spis treści:

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Charles Chaplin "Autobiografia"

Charles Chaplin Autobiografia
Przeł. Bronisław Zieliński
Wyd. Dolnośląskie, Wrocław b.d. (przed 2014), przedtem wydane przez Thaurus ok. 1993
Wyd. oryg. 1975

Jedna z niezapomnianych lektur tego roku. Wciągająca bez reszty. Nie uroniłam z niej ani jednego zdania.

Charlie Chaplin, ikona kina światowego. Geniusz kina niemego. Szczyt jego kariery przypadł na lata I wojny światowej i międzywojenne. Obecnie nikt jego filmów już nie ogląda. A szkoda. Ja oglądałam jako dziecko i młoda dziewczyna.

Był wybitnym aktorem komediowym, mimem. Stworzona przez niego (jak opisuje przypadkiem, naprędce!) postać Trampa – włóczęgi Charliego jest niedościgłym wzorem w swojej klasie. Ale mało kto wie, że Charlie Chaplin był także reżyserem i scenarzystą oraz twórcą muzyki do niemal wszystkich swoich filmów! Był najwyższej klasy twórcą, łączącym kunszt rzemieślnika i artystyczne pragnienia stworzenia czegoś zupełnie nowego. Początkowo na deskach teatrów angielskich (był Anglikiem), a potem w filmach amerykańskich.


Dla artysty pełna swoboda czynienia tego, co niekonwencjonalne, jest zazwyczaj najbardziej pobudzająca…

Jakkolwiek te błazeńskie sceny były proste i oczywiste, wymagały bardzo dużo namysłu i inwencji.

W jaki sposób uzyskuje się pomysły? Przez czysta wytrwałość posuniętą do obłędu. Trzeba mieć zdolność znoszenia udręki i zachowywania entuzjazmu przez długi okres.


‘Autobiografia’ pozwala zapoznać się z jego sztuką improwizacji. Jego metoda polegała bowiem na wykorzystywaniu siły kostiumu, który nadawał charakter postaci oraz siły scenografii, która prowokowala rozliczne tarapaty, z których bohater musiał jakoś wybrnąć. Np. powiedział kiedyś, że gdyby miał do dyspozycji most zwodzony, ograł by go tak, że most by się opuścił, wyszedłby po nim Charlie-Tramp z kotem na smyczy i butelką mleka w kieszeni. Jego bohater zachowywal się często w niespodziewany sposób. Tramp był niepoprawnym romantykiem, nędzarzem z duszą dandysa. Miał dobre intencje, ale nie miał pieniędzy, żeby być sobą. 


Mistrzostwo Chaplina polegało na tym, że do początkowo prostych gagów i skeczy włączył – jako pierwszy – dłuższe opowieści, elementy liryczne, a także często poważne przesłanie. Swoją inwencję zawdzięczał swojej osobowości. Z kart książki mówi do nas, gładko, starannie i potoczyście, ale bardzo szczerze, nie unikając trudnych i wstydliwych tematów, człowiek bardzo silny wewnętrznie o charyzmatycznej osobowości. 

Przeszedł drogę od pucybuta (a nawet gorzej) do milionera.

Wprost pisze o sobie, że pochodził z „ulic nędzy’. Matka był aktorką wodewilową, ojciec też. Ojciec zapił się na śmierć, matka wspaniale się nimi opiekowała pomimo skrajnego ubóstwa, aż nie wytrzymała psychicznie i przeszła załamanie nerwowe.

[…] mimo biedy, w jakiej zmuszeni byliśmy żyć, trzymała Sydneya i mnie  z dala od ulicy i umiała nas natchnąć poczuciem, że nie jesteśmy pospolitymi wytworami nędzy, ale czymś lepszym i jedynym z w swoim rodzaju.

Charlie i jego brat Sydney ledwo umieli czytać i pisać. Obaj zakończyli szkolną edukację w wieku 12 lat. Sydney zarabiał na życie rodziny jako majtek na statku. Charlie już jako kilkulatek zarabiał na jedzenie. Robił co się dało, żeby go było stać choćby na namoczony w wodzie chleb dla siebie i matki. A w końcu, mając 11 lat, zaczął grać gazeciarza w spektaklu o Sherlocku Holmesie. To był początek jego kariery scenicznej. Miał talent rozśmieszania ludzi. I był totalnym perfekcjonistą.

Bardzo mi imponuje ten mężczyzna. Wzrost mikry – może metr sześćdziesiąt, widać, że nie dojadał jako dziecko. Ale mądre spojrzenie. I jakże przemyślany światopogląd. Jego poglądy były z naturalnych względów lewicowe. Nigdy nie porzucił marzeń o zlikwidowaniu nędzy, bezrobocia i przytułków dla dzieci nędzarzy. Wczesne doświadczenia Chaplina są mi osobiście bliskie. Kiedy opisuje, jak koledzy naśmiewali się z surdutu i pantalonów uszytych z czerwonej pasiastej sukni matki i konieczności noszenia jej butów z przyciętymi obcasami, natychmiast przychodzi mi do głowy moje bardzo biedne dzieciństwo i śmiechy koleżanek na widok moich powyginanych butów po bracie…

Mlody Chaplin. Nie jest to Charlie Włóczęga, oj nie. Co świadczy o doskonałości tej kreacji

Otwarcie pisze o swoich kompleksach związanych z tym, że słabo czytał, nie miał wykształcenia. Miał jednak wielkie aspiracje. Uczył się sam. Wiele czytał, choć powoli. Także dzieła filozofów i ekonomistów. Wyraźnie pasjonowało go zrozumienie procesów ekonomicznych i społecznych. Kryje się za tym oświeceniowa wiara w edukację oraz rozwój moralny i intelektualny. Wiara w refleksję. Wiara w myślenie, która i mnie jest bliska. Chaplinowi pozwoliło to wyjść z getta biznesu rozrywkowego i nawiązać przyjaźnie i znajomości z wielkimi tego świata.Nie tylko w sferze kultury (Rubinstein, Diagilew, Anna Pawłowa, Schonberg, Strawiński, Picasso, Cocteau, Shaw, Wells), ale i polityki (jak choćby Churchill), czy biznesu (J.P. Morgan czy W.R. Hearst). Wiele z tych znajomości było oczywiście zaledwie interesownymi znajomościami z czasów, kiedy Charlie Chaplin był celebrytą - „naszym Charliem”, "little fellow". Ale kilka z nich pozostało aktualne nawet w latach 50., kiedy praktycznie wyrzucono Chaplina z USA jako podejrzanego o sympatyzowanie z komunistami.

Aczkolwiek byłem parweniuszem, moje zdanie miało dużą wagę.


To, co w jego sposobie myślenia jest szczególnie bliskie oprócz zrozumienia dla pragnienia wyrośnięcia ponad swoje pochodzenie jest także racjonalność jego myślenia, a nade wszystko odrzucanie sentymentalizmu i wszelkich patetycznych gestów. Ja też nie znoszę ckliwości. Cenię sobie powściągliwość, Nie trawię paplania o bogu, ojczyźnie i honorze na przemian z obmawianiem bliźnich i i podstawianiem im nogi. Ja też uważam, że patriotyzm nie oznacza śmierci za ojczyznę, lecz raczej ciężką pracę na jej rzecz i zaangażowanie w jej rozwój.

W moją pogoń za chlebem i serem rzadko włączał się honor.


Kolejna fascynująca rzecz u Chaplina to bardzo wyraziste poglądy. Na wszelkie tematy miał wyrobione zdanie. Jak ja to lubię. Chaplin bardzo polegał na swoim własnym osądzie spraw. Jak uznał, że jakaś sprawa warta jest zaangażowania, to wchodził w nią na całego. Miał też bardzo wyrazisty i wyrobiony gust. Jego opinie miały jasno określone kryteria. Najczęściej były to kryteria estetyczne. W ogóle był estetą. Dobrobyt wyrażał się u niego w upodobaniu do rzeczy najwyższej jakości, choć w sposób absolutnie pozbawiony ostentacji. Co nie jest takie częste. Ogromnie mi imponuje, że źle mówi (bardzo rzadko) wyłącznie o osobach, które usiłowały go oszukać finansowo. Tutaj jego kształcone od dziecka umiejętności walki o każdego pensa były wręcz legendarne. Za to często okazuje zainteresowanie wysoką klasą innych artystów. Okazuje im wspaniałomyślność, choć rzadko taki entuzjazm jak na przykład Niżyńskiemu:

Nikt nigdy nie dorównał Niżyńskiemu w Popołudniu fauna. Tajemniczy świat, który stwarzał, niewidzialny tragizm, czający się w cieniu pastoralnego uroku, kiedy odgrywał to misterium, niczym jakiś bożek żarliwego smutku – wszystko to było przekazywane prostymi gestami, bez widocznego wysiłku.

Chaplin potrafił bezbłędnie rozpoznać osoby  obdarzone prawdziwym talentem.

Zresztą sięgnęłam po tę książkę właśnie dlatego, że Chaplina cytowano przy okazji biografii Niżyńskiego. Nagle zdałam sobie sprawę, że ich - Chaplina i Niżyńskiego - sztuka miała wiele wspólnego – była choreografią. I że się znali. I że byli równolatkami (ur. 1989)!

A wcześniej natknęłam się na nazwisko Chaplina, czytając o J.D. Salingerze. Mianowicie w 1945 r. Oona O’Neill – osiemnastoletnia podówczas – porzuciła Salingera, swojego chłopaka, dla ponadpięćdziesięcioletniego całkowicie siwowłosego Charliego Chaplina. No i proszę. Potem żyli długo i szczęśliwie i mieli 8 dzieci.


Chaplin wydał mi się naprawdę mądrym człowiekiem, kiedy pisał na koniec:

 Nagromadzenie zawiłości współczesnego życia, kinetyczna inwazja wieku dwudziestego sprawiają, że jednostka jest osaczona gigantycznymi instytucjami, które jej zewsząd zagrażają- politycznie, naukowo i gospodarczo. Stajemy się ofiarami urabiania dusz, ofiarami sankcji i zezwoleń. Ta forma, w którą pozwalamy się wlewać, jest wynikiem braku kulturalnej wnikliwości. Wkroczyliśmy ślepo w szpetotę i nadmiar  i utraciliśmy nasze kryteria estetyczne. Nasz instynkt życiowy został stępiony przez zysk, władzę i monopol.



środa, 10 grudnia 2014

'Śniadaniem mistrzów' można się łatwo udławić

Kurt Vonnegut Śniadanie mistrzów. 
Czyli żegnaj, czarny poniedziałku!
Przeł. Lech Jęczmyk
Wyd. ALBATROS A. Kuryłowicz, Warszawa 2012 wyd. II

- Życie jest jak ocean! – wołał Dostojewski. A ja powiadam, że życie jest jak celofan.
Kurt Vonnegut

To istne szaleństwo! Jedna po drugiej książka o obłędzie ogarniającym człowieka. O schizofrenii albo czymś podobnym. W poprzedniej lekturze obserwowałam, jak wspaniały artysta baletu Wacław Niżyński załamuje się w obliczu niezrozumienia świata i wobec braku choćby jednej osoby, z którą mógłby szczerze porozmawiać. Teraz okazuje się, że wypożyczona nieco wcześniej z biblioteki kultowa powieść Śniadanie mistrzów Vonneguta także dotyczy rozpadania się osobowości, wrażenia, że świat się kończy, niszczymy go ostatecznie. Podczas kiedy człowiekowi wydaje się , że jest Bogiem (pod jego nieobecność), a inni są marionetkami.

Brzmi to bardzo rozpaczliwie, choć nieraz można wewnętrznie się uśmiechnąć, czytając Śniadanie mistrzów (zresztą jest to nazwa płatków śniadaniowych). Książka ma dwóch głównych bohaterów, którzy powoli zbliżają się, żeby się w końcu spotkać i pobić. Gdybym streściła Wam ich przygody i liczne dygresje odautorskie uznalibyście to zapewne za jakąś żenadę. Jak można coś tak bzdurnego i zaburzonego napisać i czytać?

Po prostu jest to jedno z tych dzieł sztuki, których streszczać nie wolno. Jego sztuka kryje się w przesłaniu wynikającym z kunsztownej, paradoksalnej formy. Przesłaniu, które – jak to u Vonneguta - jest pesymistyczne. Życie jest jak celofan, który oblepia nasze ciała i nie daje odetchnąć.


Wróćmy jednak do pozornej fabularności tej powieści. A więc mamy pisarza Kilgora Trouta i cenionego małomiasteczkowego przedsiębiorcę Dwayna Hoovera. Wygląda mi to na dwie rozszczepione osobowości. Czyje? Może nadbohatera, demiurga, Autora, ktory nie zawaha się  zstąpić na karty powieści w kluczowym momencie. Vonnegut nadaje mu liczne cechy autobiograficzne. Akcję zaś umieszcza w głowie Autora w momencie, kiedy ten traci sens życia. Leczy się na depresję, podejrzewa zaś o schizofrenię, obawia, że popełni samobójstwo jak matka. Pisze, jakby przechodził naprzemiennie fazę depresji i euforii. Gorycz na przemian z pomysłami na zabawne opowiadania. 

Jako żywo przypomina to wydźwięk Dziennika Niżyńskiego, spisywanego w ciągu kilku pierwszych tygodni psychozy w 1919 r. Mamy tu do czynienia z tą samą złością na niezrozumiały świat, paranoicznymi podejrzenia, skargami i fantastycznymi pomysłami twórczymi. Pojawia się z jednej strony wątek fikcyjności jako jedynej prawdy, nierealności, 'obcych' (roboty), z drugiej kompulsywne myślenie o fizjologii seksie, rozmiarach penisów, bioder, piersi i talii.  Patrzę ze zdziwieniem na tekst pełen powtórzeń, echolalii, przymusowych, dziwacznych skojarzeń. Mnóstwo tu szargania świętości – takich np. jak Bóg, honor i ojczyzna w wydaniu amerykańskim, ich flaga czy wiara w bohaterstwo amerykańskich żołnierzy, których Vonnegut wielokrotnie nazywa maszynami do zabijania.

Śniadanie mistrzów jest trochę jak zapis urojeń kogoś bardzo twórczego. Kogoś w kryzysie psychicznym. Kogoś, który nawet, jak był zdrowy, to nie był potulny i grzeczny. Kogoś dla kogo naruszanie norm społecznych jest istotą wolności. Przy okazji pisarza, który jak nikt inny posiadł dar myślenia paradoksalnego i niestandardowego patrzenia na świat:

Zbliżając się do pięćdziesiątych urodzin, byłem coraz bardziej wściekły i zdumiony idiotycznymi decyzjami moich rodaków. A potem nagle poczułem do nich litość, gdyż uświadomiłem sobie, jak niewinne i naturalne było w gruncie rzeczy to ich odrażające zachowanie dające tak odrażające rezultaty: robili wszystko, co mogli, żeby naśladować ludzi wymyślonych w książkach. Dlatego właśnie Amerykanie tak często do siebie strzelali: był to poręczny chwyt literacki do kończenia opowiadań i powieści.

Dziwna jest to rzecz. Teraz mam chęć poczytać sobie, jak to zostało odebrane przez Amerykanów w 1973. Chociaż domyślam się, że nie było fanfar :)

Cieszę się, że przeczytałam Śniadanie mistrzów teraz, kiedy i ja - jak Autor -  mam pięćdziesiąt lat. Więcej dla mnie znaczy, bardziej do mnie przemawia, pomimo wrednej formy. Bo kiedy czytałam Śniadanie lata temu, to zapamiętałam tylko tę odręczną ilustrację Vonneguta. Jest to przychodząca mu natrętnie w różnych niespodziewanych okolicznościach do głowy "dziura w zadku". (cytat)





niedziela, 7 grudnia 2014

Niżyński. Bóg tańca, ofiara codzienności

Lucy Moore Niżyński. Bóg tańca.
(Legenda. Geniusz. Skandalista. Biseksualista. Schizofrenik)
Przeł. Hanna Pawlikowska-Gannon
Wydawnictwo Marginesy 2014

Zdarzyło się w moim życiu ostatnio kilka zbiegów okoliczności związanych z Wacławem Niżyńskim. Najpierw przydarzył się nam balet. Dwa tygodnie temu byliśmy z mężem i córką na balecie ‘1914’ w Teatrze Wielkim. Każde spotkanie z baletem jest dla mnie ogromnie poruszające. Po każdym spektaklu baletowym, po tym też, moje myśli nieuchronnie biegną do potrójnego ‘Święta wiosny’ obejrzanego na tej samej scenie w 2011 roku.

Tamten dzień to był wielki dzień dla mojej rodziny. Przeżyliśmy coś wspaniałego! Odtąd staramy się chodzić na nowe spektakle baletowe w Warszawie. Wszyscy przeżyliśmy katharsis, choć każdemu z nas podobała się inna z trzech zaprezentowanych wtedy wersji ‘Święta’. Mojemu mężowi i córce część choreografii Emanuela Gata (z 2004) – nowoczesny taniec na 3 pary. Mnie, choreografia podkreślająca synchroniczność pastelowej grupy baletowej autorstwa słynnego Maurice’a Bejarta (z 1959).


Wszystkim nam jednak zaimponowała rekonstrukcja choreografii Wacława Niżyńskiego z 1913 roku. Archaizująca, dzika, pierwotna, okrutna opowieść o składanej ofierze w stylizowanych strojach ludowych (mężczyźni z brodami, kobiety z warkoczami) z ciałami luźno zwisającymi, stopami do środka i zeskokami na proste nogi ze stopami brzydko zadartymi do góry.


Nawet dziś ten spektakl wywołuje głębokie poruszenie, a co dopiero w 1913 roku, kiedy to odważył się wystawić tę premierę w Paryżu Siergiej Diagilew i jego trupa Balety Rosyjskie! Autorami byli - muzyka: Igor Strawiński, choreografia: Wacław Niżyński, scenografia: N. Roerich i R. Bakst.

W biografii Niżyńskiego choreografia tego baletu – ‘Święta wiosny’ -  jest najważniejszym punktem, punktem zwrotnym. I oczywiście od niej zaczyna się książka o tym artyście, autorstwa Angielki Lucy Moore. Książkę tę, dziwnym zrządzeniem losu,  wypatrzyłam ostatnio na półce księgarni. Jeśli do tego jeszcze dołożyć fakt, że za najgenialniejszą choreografię Niżyńskiego uważa się 11-minutowy balet (do muzyki C. Debussy’ego) ‘Popołudnie fauna’ z 1912 roku, a ja właśnie ostatnio zakochałam się w pachnących dzikością perfumach nomen omen Popołudnie fauna, musiałam uznać, że to był znak J Dodajmy jeszcze pierwowzór mitycznej historii o faunie podglądającym nimfy leśne, czyli wiersz Stephana Mallarme’go, i mamy pełne tło, żeby zacząć wreszcie pisać i mysleć o samym Niżyńskim.

A trudno zdaje się jednoznacznie o nim pisać. Jego życie jest pełne sprzeczności. Jest też tragiczne. Oczywiście można je ująć w takim skrócie, jak zrobił to polski wydawca: Legenda. Geniusz. Skandalista. Biseksualista. Schizofrenik. Ale jest to oczywiście marketingowe uproszczenie. 

Niewątpliwie jest to niesamowita postać. Co ciekawe... Polak. Choć niewielu na świecie tak Vaslava Nijinsky’ego postrzega. Nawet autorka omawianej biografii pisze o nim „obywatel imperium rosyjskiego” (urodził się w 1889 r. w Kijowie w trakcie tournee rodziców pochodzących z Warszawy), choć nigdy nie nauczył się dobrze pisać po rosyjsku i „miał miękki polski akcent”. Ciekawe dlaczego?


Autorce udaje się dobrze pokazać jego dwie twarze. Pierwsza to twarz skromnego, cichego, potulnego, niezdarnego (sic!) chłopaka, o skomplikowanej seksualności, potem niezaradnego mężczyzny. Druga to twarz zrośniętego z rolami tancerza-aktora o wspaniałej mimice i najwyższych na świecie umiejętnościach baletowych.

Niżyński był od dziecka najlepszym tancerzem ze wszystkich: najpierw spośród dzieci swoich rodziców-tancerzy, potem wśród uczniów carskiej szkoły baletowej, następnie był najlepszym młodym tancerzem Carskich Baletów Rosyjskich, potem komercyjnych baletów Rosyjskich Diagilewa w Paryżu. Bez wątpliwości był w swoim czasie (lata 1909-1916) najlepszy na świecie. Wzniósł balet męski na niebotyczny poziom. Pokazał się jako awangardowy choreograf. A na koniec był najlepszym tancerzem wśród pacjentów szpitala psychiatrycznego...

Bardzo mnie poruszyła jego historia. Bardzo. On powinien tańczyć, a nie zajmować się walką o swoją tożsamość z wykorzystującym go, także seksualnie, sponsorem – menedżerem. Powinien mieć szansę rozwoju talentu bez konieczności  walki z wrogami branżowymi (choć branża baletowa po dziś dzień jest pełna patologii). Żeby zrobić karierę na miarę talentu zabrakło mu uczciwego impresaria (dziś menedżera). Był też ofiarą popularności niczym współcześni celebryci. 

Jego inteligencja ruchowa nie mieściła się na używanej dotychczas skali mistrzostwa baletowego. Skakał tak, że wydawało się, że zawisa w powietrzu. W makijażu scenicznym, nałożonym bezpośrednio na obcisły trykot, był bogiem - bogiem czego tylko chciał: seksualności, lubieżności w ‘Popołudniu fauna’, gierek męsko-damskich w pierwszym balecie o współczesności ‘Gry’,  kwiatem-różą w ‘Duchu róży’,  idealnym niewolnikiem w obróżce z pereł w ‘Szeherezadzie’, marionetką w niemalże autobiograficznym balecie ‘Pietruszka’.


W świecie realnym, w garniturze, wyglądał jak urzędnik magistratu czy dobrze umięśniony pomocnik rzeźnika.

Ta rozbieżność była zbyt wielka. To była zbyt wielka przepaść, żeby codzienne przejścia z jednej tożsamości do drugiej mogły udawać się bez końca. Historia jego psychozy, a potem leczenia psychiatrycznego jest szokująca.

Wspaniała, poruszająca historia.






PS.

W Krakowie (Teatr Słowackiego) można zobaczyć sztukę teatralną Anny Burzyńskiej Niżyński. Zapiski z otchłani
reżyseria i opracowanie muzyczne: Józef Opalski
scenografia i kostiumy: Przemysław Klonowski
obsada: Grzegorz Mielczarek, Agnieszka Judycka, Tadeusz Zięba, Sławomir Maciejewski
premiera: 1.12.2013

PPS.

Dostępny jest zarówno 'Dziennik' Niżyńskiego pisany w początkowej fazie psychozy, jak i jego analiza napisana przez lekarza dra nauk medycznych Tomasza Nasierowskiego
'Gdy rozum śpi, a w mięśniach rodzi się obłęd. O życiu i chorobie Wacława Niżyńskiego'



poniedziałek, 1 grudnia 2014

Cormac McCarthy "Sunset Limited"

Cormac McCarthy "Sunset Limited. Powieść w formie dramatu"
Przeł. Robert Sudół
Wydawnictwo Literackie 2013, wyd. I

No, proszę państwa! To jest to. Najprawdziwszy hit tego roku. Prawdziwa literatura. A już się bałam, że minie rok, a nic mnie nie poruszy tak do głębi. Zdarzyły się książki świetne, doskonali autorzy. Ale dopiero dziś w tym krótkim dramacie scenicznym na dwóch aktorów znalazłam to, czego zawsze szukam w literaturze: zatopienia się, zanurzenia pod wodą, gdzie panuje cisza i jest tylko
t a    h i s t o r i a.

O czym to jest?

BIAŁY Nie, nie robię z ciebie wała. Gdyby tylko ludzie zobaczyli świat taki, jaki jest naprawdę. Zobaczyli swoje życie takie, jakie jest naprawdę. Bez marzeń i złudzeń. Nie wierzę, że znaleźliby choćby najmniejszy powód, by nie wybrać śmierci, i to jak najszybciej.

CZARNY Niech cię, profesorze.

Niech Cię Cormac McCarthy. Masz mnie. Ty draniu.

PS. Kamil z malyerror, dzięki za polecenie tej książki.


wtorek, 25 listopada 2014

"To nie jest kraj dla starych ludzi" Cormac McCarthy

Cormac McCarthy To nie jest kraj dla starych ludzi
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014
Oryg. wyd. 2008

Jakże profetyczny tytuł… Swobodnie mógłby odnosić się do pewnej praktyki  kulturowej, która, moim zdaniem, daje się zaobserwować praktycznie w każdym kraju naszego kręgu cywilizacyjnego od momentu (mniej więcej) wkroczenia w erę cyfrową. Ale powieść McCarthy'ego nie jest o tym:) Choćby dlatego, że akcja powieści toczy się jeszcze w czasach przedkomputerowych, bo w roku 1980…

Oczywiście Mc Carthy'emu nie chodzi o wiek, starość, albo raczej nie tylko o nie. Raczej o staroświecki sposób myślenia o świecie. O staroświeckie  - skrótowo rzecz ujmując – podejście do ludzi. Wyrażać się ono ma w archaicznych już przekonaniach typu: „Nie rób drugiemu, co tobie nie miłe.” oraz „Ludzie są w gruncie rzeczy dobrzy. Warto mieć zaufanie do ludzi.” "Są pewne dobra wspólne, ktore warto chronić nawet za cenę życia."

Autor wykorzystuje spektakularną fabułę o pogoni starego stróża prawa za psychopatycznym mordercą, który z kolei goni młodego chłopaka o ograniczonej wyobraźni, który przez jeden moment poddał się atakowi chciwości. W rezultacie otrzymujemy moralitet o nieuchronności konsekwencji każdego naszego błędu. Za wszystko trzeba będzie zapłacić.
Proza McCormaca nie nastraja optymistycznie. Raczej sprawia, że myślę: Pewnych rzeczy wolelibyśmy nawet nie wiedzieć, a co dopiero brać w nich udział. Czy to możliwe, że pula socjopatów bez sumienia powiększa się? Może tak, bo bezwzględność zbyt często jest w dzisiejszych czasach promowana. Można by nawet stwierdzić, że brak  skrupułów to cecha oczekiwana od idealnego człowieka naszych czasów – człowieka efektywnego, skutecznego, bez znaczenia czy moralnego...

W powieści  takim chodzącym ideałem efektywności pozbawionym uczuć jest  realistyczny do bólu płatny zabójca - Anton Chigurh. Dobrze jest wymyślone to nazwisko. Zbija z tropu, nie pozwala dookreślić tak stworzonego bohatera literackiego np. poprzez narodowość, kraj pochodzenia. Dzięki temu Chigurh staje się symbolem uniwersalnego zła wcielonego.

Co do wymowy dzieła. Bez wątpliwości autor opowiada się za tradycyjnymi wartościami reprezentowanymi przez szeryfa Bella. Po prostu  nie ma już siły udawać, że racje te mają jakiekolwiek szanse wobec pustki moralnej – tak wspaniale obrazowanej tutaj przez pustynne pejzaże pogranicza Stanów Zjednoczonych z Meksykiem. Znajomość fauny i flory tamtejszych stron pozwala nasycić powieść prawdą i uwiarygodnić ducha powieści pogranicza.


Wielkim atutem powieści jest jej filmowość (wiarygodne postaci, nieupozowane dialogi, sceny masakr jak żywe). To nie jest kraj dla starych ludzi, pomimo absolutnie niefilmowego, wydawałoby się, tytułu,  doskonale sprawdził się jako inspiracja dla filmu braci Coen. Któż go nie oglądał? 
Zapewne najważniejsze dla tego sukcesu są: wartki rozwój akcji, powściągliwość psychologiczna postaci (jest co grać) i ciekawa (dzięki kilku punktom widzenia) narracja.

Cormac McCarthy w póżnych latach 70. 

Mamy tu bowiem absolutnie filmowo poprowadzoną przypowieść o odwiecznej walce dobra i zła. Z kolei zapis monologów wewnętrznych bohaterów sprawia, że czujemy, że jednak mamy do czynienia z literaturą o tradycyjnych korzeniach. Nie wystarczy pomijać graficzne oznaczenia dialogów, żeby stać się awangardą literacką.


Nie jest to literatura na miarę Nobla, moim zdaniem. Za mało estetycznych zaskoczeń, jak dla mnie. Dobrze się jednak czyta. Jest w tej prozie coś przystępnego. W kolejce już czekają kolejne powieści McCarthy’ego.

niedziela, 16 listopada 2014

J.D. Salinger 'Buszujący w zbożu'

J.D. Salinger Buszujący w zbożu
tłum. Maria Skibniewska
ISKRY, Warszawa 1998, wydanie X

Już niedługo przez blogi przeleje się zapewne fala promocji nowej biografii Salingera. Piszę o tym, bo po raz pierwszy byłam bliska złamania się i skorzystania z egzemplarza recenzenckiego. Biografia zapowiada się naprawdę dobrze, a ja jestem bardzo nią zaciekawiona. Ale usiadłam w kąciku, poczekałam, no… i przeszło mi. Dzięki temu mogę nadal pozostać bez zobowiązań wobec rynku książki.

Za to postanowiłam nadrobić zaległości i przeczytać ‘obra prima’ autora. Do tej pory bowiem uchowałam się, nie czytając Buszującego w zbożu. Jak to możliwe? Skoro w Polsce ta książka zawędrowała już nawet do szkół (moja córka ‘przerabiała’ ją w gimnazjum). Sama nie wiem. Dziwne. Nie powinno się to zdarzyć, skoro do momentu, kiedy powinna mi trafić w ręce (około 15 roku życia) było w Polsce kilka wydań… Na pewno nie było jej w żadnej bibliotece, z której wtedy korzystałam., bo jestem pewna, że trafiłaby w moje ‘głodne ręce’. Domyślam się, że była zbyt obrazoburcza dla pań bibliotekarek… W czasach liceum moje lektury zostały zdominowane przez lektury ‘wolnościowe’: np. Mistrza i Małgorzatę oraz Rok 1984, a potem już poleciała poważniejsza literatura iberoamerykańska orazu kochana literatura amerykańska: Faulkner, Bellow, Murdoch. Potem nie było jakoś okazji wracać do problematyki tożsamości i depresji nastolatka. A szkoda, bo warto by było.

Buszujący w zbożu przy pierwszej lekturze i bez znajomości biografii pisarza wydać się może rzeczywiście zaledwie przykładem literatury dla młodzieży. Tak jest najczęściej odczytywany. Z pozoru jest amerykańską wersją  typowej historii o outsiderze i buntowniku tak kochanej przez literaturę i kino  tamtych czasów (np. film Buntownik bez powodu w Stanach z 1955., ale i u nas: serial TV Stawiam na Tolka Banana z 1973 w Polsce, czy równie niezły film i serial Szaleństwa Majki Skowron z 1976). Gdyby tak było, i tak trzeba by bić brawo Buszującemu w zbożu, bo był pierwowzorem dla wszystkich tych dzieł kultury – został bowiem wydany w 1951 roku.

Jednak gdyby to była tylko literatura dla młodzieży, nie sprawiałaby takiej satysfakcji dorosłym czytającym, ‘jako i mi sprawiła’.

Moją lekturę Buszującego zdominowała myśl, że powieść ta jest jednym wielkim przemilczeniem i niedopowiedzeniem oraz grą z tym, co nieuświadomione, ale silnie obecne.

[Edit: Cchcę powiedzieć, że prawdziwa problematyka powieści kryje się, moim zdaniem, w tych elementach, które pojawiają się jako poboczne, drobne, ale wciąż powracające napomknięcia. Stąd w moim odbiorze nie jest to powieść o ucieczce ze szkoły i błąkaniu się po mieście 16-latka. 

Jest to powieść o: lęku przed śmiercią, o bezradności żołnierza i innych skoszarowanych, wcielonych w szeregi, walczących za sprawę, pozostawionych samymi sobie. Może więc być też o niewidocznych dla innych ranach wojennych (symbolizowanych przez zabawę pt. "jestem ranny w brzuch") Także o nieufności w stosunku do autorytetów pod postacią całkowicie nieobecnego ojca-adwokata.  Przede wszystkim o lęku przed odrzuceniem przez otoczenie i ośmieszeniem - jak w historii o koledze, który nękany przez chłopaków wyskoczył przez okno. Nie brak tu oczywiście lęku przed śmiercią, swoją i bliskich - jak w historii o śmierci, pogrzebie i grobie brata. Nie mówi się wprost, ale jasne jest, że chodzi tez o lęk przed bliskością, szczególnie z kobietami, co do których bohater ma ambiwalentne odczucia - jednocześnie pożąda ich, idealizuje je, gardzi nimi i współczuje.]

I żeby nie było tak strasznie poważnie, ilustracja powyższego:


Weźmy wojnę.  Powieść napisana została tuż po II wojnie światowej, w okresie realnych zimnowojennych obaw przed atakiem atomowym. Do tego przez 32-letniego człowieka, który jako 25-latek przeżył krwawy desant na plaże Normandii, a cały udział w II wojnie światowej przypłacił załamaniem nerwowym i pobytem w szpitalu. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że cierpiał na szok postraumatyczny. A z niego nie wychodzi się szybko... Naturalne byłoby, gdyby temat ten stał się podstawowym materiałem powieściowym. Jednak jest dokladnie odwrotnie. Temat ten jest wielkim nieobecnym w Buszującym. Nieobecnym, ale jakoś ciążącym motywem...

Powieść zawiera w sumie zaledwie trzy wypowiedziane wprost sarkastyczno-ironiczno-bagatelizujące zdania o wojnie. Jednak, jeśli się zastanowić, cała książka skierowana jest przeciw establiszmentowi, przeciw obojętności wobec jednostki. Dla mnie jest to ciekawy trop. Salinger wkłada owe zdania w usta enigmatycznego brata głównego bohatera D.B., którego traumę wojenną kwituje się stwierdzeniem, że ‘wojna, a szczególnie wojsko jest do d…. ‘. Co prowadzi młodego bohatera do wniosku, że lepiej dać się wystrzelić razem z bombą atomową niż do wojska iść. Innymi słowy: „Wojna jest głupia.” lub jak mówi Holden Caulfield: „Nienawidzę tego.”

Znacie przecież ten dziecinny sposób mówienia o rzeczach trudnych, bolesnych, niezrozumiałych, o rzeczach sprawiających, że czujemy się bezradni? ‘Pani nauczycielka jest głupia i wredna. Chłopcy są głupi. Piłka nożna jest głupia. Matematyka jest głupia. Skaleczona noga jest głupia.’ Taka dziecięca nieumiejętność nazwania swoich uczuć, brak kontaktu z nimi jest właśnie motywem przewodnim powieści Buszujący w zbożu. 

Główny bohater pozostając w pełni szczery, kłamie jednocześnie jak najęty. W swojej opowieści o życiu serwuje czytelnikowi po kolei przykłady wszelkich znanych mechanizmów obronnych opisanych przez psychoanalizę i psychologię psychodynamiczną.  Mamy więc bohatera, który wypiera prawdę, zaprzecza rzeczywistości, przypisuje innym swoje własne uczucia. Jego myśli, fantazje i zachowania mogłyby po prostu posłużyć jako ‘opis przypadku’ dla studentów psychoanalitycznego podejścia. Jego autoagresywne, autodestrukcyjne zachowania są nieznośnie typowe dla ludzi niedostosowanych społecznie.

Holden to bohater, który aż wola o pomoc, ale jednocześnie odrzuca od siebie agresją i wszelkiej maści prowokacją. Robi wszystko na odwrót. Odwrotnie niż  należy. Mówi, kiedy nie powinien, wychodzi, kiedy powinien zostać. Krzyczy, kiedy powinien milczeć, obraża, kiedy powinien okazać wdzięczność, no i przede wszystkim nie przyjmuje pomocy, jak to zwykle bywa u osób toksycznych, wywołując poczucie winy u niewinnych świadków swego psychicznego cierpienia.

Salinger pokazuje swój kunszt we wszystkich tych sytuacjach, w których nasz bohater jest bliski dostrzeżenia, jak bardzo cierpi. Np. po stracie młodszego brata Alika, zmarłego na białaczkę. 

Jeżeli ktoś umarł, to jeszcze nie powód, żeby go przestać lubić, zwłaszcza jeżeli to był ktoś tysiąc razy sympatyczniejszy niż inne znajome osoby, które żyją.

Autor doprowadza swojego bohatera do samej granicy, na sam brzeg świadomości swego bólu… i robi krok wstecz, ukrywając tę praprzyczynę wszelkich nieszczęść bohatera i jego buntu. Znowu trafiają do sfery nieuświadomionej. Doprawdy sztuką jest tak umiejętnie przeplatać prawdę faktów i prawdę emocji, a także banał z patosem!

Ta właśnie umiejętna gra z czytelnikiem polegająca na ciągłym ocieraniu się o istotę problemu i nieprzekracaniu tej 'cienkiej czerwonej linii', poza którą rzeczy nazwane zostałyby po imieniu oraz mistrzowskie operowanie naprzemiennie nastrojami depresyjnej bierności i euforycznej aktywności wywołuje niezwykłe napięcie u czytelnika. Jesteśmy jednocześnie bardzo wciągnięci w tę historię i bardzo bezradni wobec niej.

Wracając do mającej się ukazać biografii Salingera... Liczę, że znajdziemy w niej więcej szczegółów dotyczących możliwych  interpretacji Buszującego. Liczę też, że wymienione będą wszystkie powiązania tego dzieła z biografią Salingera. Muszę powiedzieć, że taka socjologia literatury jest dla mnie najciekawsza.

Jedno z unikalnych zdjęć J.D. Salingera

Już wiem, że tak Salinger (podobnie jak jego bohater Holden) pochodził z mieszanej rodziny (matka katoliczka, ojciec innej religii), że miał nieudane epizody w różnych szkołach średnich, że jego talent pisarski został zdiagnozowany wcześnie. Że jako dorosły był skrajnym  outsiderem i człowiekiem pełnym obsesji i kompulsji (co opisala jego córka).

W Buszującym Salinger ustami Holdena ujawnia, że podziwia literaturę Scotta Fitzgeralda i Isaka Dinesena. Może to także jest akcent autobiograficzny? A swoją drogą, ciekawe, czy wiedział, że Dinesen to pseudonim pisarski kobiety, bo w powieści pozostawia to bez komentarza. Myślę, że wiedział,  ale - jak już wspomniałam - jako autor nie pozwalał swojemu 16-letniemu bohaterowi  na ‘wychodzenie poza nastoletnie emploi’. Sukces tej powieści zasadza się właśnie na tym idealnym odwzorowaniu psychiki nastolatka i ukryciu w tej pseudodokumentalnej opowieści innych, ogólniejszych, dorosłych treści.

Jeszcze inna myśl zasiedliła mój umysł w czasie czytania o Holdenie, który nie może pogodzić  się z obłudą wyższych klas społecznych, podwójnymi statndardami studentów, antyintelektualizmem procesu edukacji, antypedagogicznym działaniem instytucji oświatowych – szkół i internatów. Nagle olśniła mnie myśl, że ja miałam już niedawno do czynienia z baaardzo podobnym bohaterem!

P. Roth

To Marcus Messner we Wzburzenia Philipa Rotha. Podobna konstrukcja mentalna bohatera, intelektualisty rzuconego w środowisko pełne obłudy, syna Żyda handlującego mięsem. Ten bohater,  tak jak Salinger i jak Caulfield, wyrzucony zostaje z uczelni z powodu braku pokory, a następnie jak Salinger wzięty do wojska, trafia koniec końców do Korei, bo mamy 1951 rok...

Toż to spleciona w jedną biografię  historia pisarza Jeroma Davida Salingera i jednocześnie bohatera jego powieści - Holdena Caulfielda. Napisana pod koniec życia Rotha - w 2008 roku – wygląda mi na pisarski hołd dla Salingera i dzieła jego życia.

sobota, 8 listopada 2014

Martin Gilbert 'Noc kryształowa'

Martin Gilbert Noc kryształowa. Preludium do zagłady
Tłum. Jacek Lang
Wydawnictwo Replika Axis, Poznań 2010

Dzisiaj przypada kolejna rocznica Kristallnacht z 1938 roku. Noc potłuczonego szkła, o której już (zdaje się) nie uczą w szkołach. 

Jednej nocy i w ciągu następnego dnia na terytorium hitlerowskich Niemiec, dołączonej Austrii i zaanektowanych za zgodą Europy czechosłowackich Sudetach (zajętych jak dziś Krym ‘na prośbę’ tamtejszych Niemców) zaczął się Holokaust.


Autor książki, sir Martin Gilbert, posiadł dar pisania bardzo skrótowego i treściwego. Jednocześnie nie idzie na łatwiznę: nie ma zalewu dat i nazw. Swoją książkę skomponował z czterech głównych części: przestawienia niekwestionowanych faktów dotyczących tematu, pokazania przyczyn i konsekwencji Nocy kryształowej, podania przykładów bohaterskich obrońców Żydów oraz końcowego zestawu map. Wielkim atutem są cytaty ze świadectw uczestników wydarzeń. Widać, że bardzo bliskim mu wątkiem są dziecięce ofiary wojny. Sam jako kilkulatek został ewakuowany z Anglii do Kanady w ramach programu ratowania dzieci żydowskich. Dzięki tej zrozumiałej inklinacji autora mamy w książce opowiedzianych sporo nieznanych faktów dotyczących dobrych ludzi dających schronienie dzieciom żydowskim.


Gilbert jest niezwykle płodnym autorem. Przede wszystkim zasłynął jako biograf Winstona Churchilla. Ma też na koncie także takie tytuły jak I Wojna Światowa, II Wojna Światowa.  Duże tytuły, prawda? Po przeczytaniu w dwa wieczory książki o Nocy Kryształowej - podkreślę, że wspanialego czytania - bez najmniejszego znużenia, jestem absolutnie gotowa uwierzyć, że jego pozostałe pozycje można bezpiecznie brać do ręki. Bo ten autor pisze tylko to, co ważne. Selekcja materiału jest imponująca. Logika wywodu godna podziwu. Obrazowość tekstu przemawia do wyobraźni. No i te mapy - doskonałe, pomocne. Dopiero zobaczenie na uproszczonym rysunku miejsc, gdzie dokonano zniszczeń pokazuje… masową skalę tego procederu. Skalę podporządkowania się fuhrerowi i jego obsesyjnej ideologii. A już najbardziej przejmująca jest mapka transportów niemieckich Żydów do pierwszych obozów śmierci pod Rygą z zaznaczonymi  godzinami przyjazdów, które były jakże skrupulatnie przestrzegane... Dzięki temu maszyna śmierci działała jak naoliwiona, jeszcze zanim zajął się nią buchalter Eichmann…
Szef bojówek SA, najwierniejszej służby Hitlera

Od 1933 roku Hitler i jego ludzie pracowali propagandowo, żeby uczynić z Żydów niemieckich podludzi. Ze współczesnych badań psychologicznych i socjologicznych wiemy, że odebranie godności  - w tym cech ludzkich -  wrogowi ułatwia jego późniejsze zabijanie. Paradoksem jest, jak względnie niewielu Żydów było w Niemczech - ok. 500 tys. we wszystkich częściach III Rzeszy – co stanowiło mniej niż 1% całej populacji. Jednak wokół problemu rozwiązania kwestii żydowskiej ogniskowała się polityka i ideologia hitlerowska już od 1933 r. Żydzi stali się kozłami ofiarnymi. Niemcy ‘aryjscy’ potrzebowali wewnętrznego wroga. Odzyskiwali dobre samopoczucie po przegranej wojnie. Tak to działa.

Trudno było jednak tak od razu zwrócić masy ludzkie przeciw dotyczczasowym dobrym sąsiadom. Żydzi niemieccy byli zakorzenieni na tych terenach od czasów rzymskich, w większości zasymilowani. Należeli najczęściej do klasy mieszczańskiej, uprawiali wolne zawody. Nie było tam subkultury sztetla, ruchów chasydzkich, biedoty żydowskiej odróżniającej się wyglądem, językiem i kulturą od rodowitych Niemców. Za to było wielu zasłużonych obywateli, w tym bohaterskich żołnierzy Wielkiej Wojny.

Ale wystarczyło 5 lat wytrwalej propagandy, przemówień, filmów, artykułów prasowych, wystaw poświęconych ideologii streszczającej się w haniebnych słowach: Żyd to nie jest człowiek, Żyd to jest wesz, którą trzeba i można zgnieść. Za tym szło ustawodawstwo – kilkanaście, z czasem nawet ponad 20 ustaw rocznie odbierających stopniowo prawa obywatelskie, zawodowe, w końcu ludzkie Żydom niemieckim. Najsłynniejsze z nich to Ustawy Norymberskie z września 1935 o ochronie czystości rasy aryjskiej skierowane przeciw Żydom, Cyganom i czarnym. Pisałam o nich TU.

Obojętność wobec krzywdy żydów stała się normą.

To z powodu tej długotrwałej ‘pracy nad nienawiścią’ stało się możliwe to, co zdarzyło się w nocy z 9 na 10 listopada 1938. Stopniowo zobojętniano Niemców na krzywdę Żydów - grupy wybranej do spełnienia roli kozła ofiarnego. Pierwszą częścią działań było pokazanie, że Żydzi nie mają praw do swojej własności i do swoich miejsc kultu. Zorganizowane grupy, na rozkaz, także grupy szkolne pod wodzą nauczycieli (sic!) i grupy podrostków niszczyły mienie żydowskie. Przede wszystkim synagogi, w tym architektoniczne perły, zabytki. Zniszczono wtedy ponad 1000 (słownie tysiąc) obiektów. Prawie wszystkie… Zwoje Tory były wdeptywane w ziemię, cenne elementy wystroju kradzione pod lufami pistoletów. Druga część polegała na niszczeniu, a następnie rekwirowaniu majątku prywatnego Żydów, w tym szczególnie sklepów – gdzie skupiono się na przyjemności wybijania szyb i palenia. Po czym zmuszano pierwotnych właścicieli żydowskich do przekazywania praw własności nowym aryjskim właścicielom oraz wypłacania im (!) odszkodowań za zniszczenia w obiektach. Czujecie tę perwersję? Trzeci etap to były aresztowania mężczyzn żydowskich i zamknięcie ich w obozach koncentracyjnych (już wtedy istniejących na terenie Niemiec). Udało się wtedy wsadzić do obozów (np. Dachau) ¼ Żydów płci męskiej.

Cynizm faszystów polegał na tym, że żądali od Żydów niemożliwego: żeby zniknęli z ‘ich kraju’ i jednocześnie, w tym samym czasie, żeby nie wyjeżdżali. Zabierano im paszporty, nie udzielano wiz.

Była w tym jakaś obsesja, perwersyjna satysfakcja, posłuszeństwo autorytetom, które doprowadziły, jak wiemy, do wymordowania milionów ludzi. Z tym nie mogę się pogodzić.

________________________
Z półki


niedziela, 2 listopada 2014

Salman Rushdie 'Ostatnie westchnienie Maura'

Salman Rushdie Ostatnie westchnienie Maura
Tłum. Wojsław Brydak
Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 1997

Nieźle się zaczynająca, im dalej, tym coraz bardziej pokręcona, ‘przeciągnięta’, nadmiarowa proza. 

Sięgnęłam w końcu po powieść Rushdiego, zachęcona jego esejami. Tak jak pisał Rushdie, ideałem literackim są dla niego ci, którzy zdołają zawładnąć czytelnikiem, opanować jego wyobraźnię, tak, żeby czekał z utęsknieniem na kolejne słowa pisarza. Niestety ze mną to się nie udało.

Koncepcja powieści – ukazanie wielonarodowych korzeni współczesnych Indii – robi wrażenie. Nakreślenie panoramy historyczno-kulturowej zawsze robi wrażenie i zawsze jest super trudne. Rushdie zabiera się do tego nieźle. Wybiera rodzinę o szczególnie zagmatwanych korzeniach (zahaczających nawet o wygnanie muzułmanów i żydów z Hiszpanii) i przedstawia ich losy od czasów premodernistycznego XIX wieku aż po współczesność – książka kończy się w latach 90. XX wieku.
Najcenniejsze i najbardziej wciągające są portrety dominujących kobiet z rodu Gama-Zagoiby: Epifanii, Izabelli i Aurory – kobiet władczych i niezależnych. Portretowani mężczyźni są z kolei nieudacznikami, mordercami, oszustami, są słabi. Sposób portretowania, malowniczość i ekspresywność języka namacalnie oddającego nastroje, zapachy, kolory robi pewne wrażenie.

Romantyczne ostatnie tchnienie Maura w wykonaniu narratora powieści, ostatniego z klanu, któremu towarzyszymy w momencie, gdy jego życie dobiega końca, okaże się po prostu trudno schwytanym przez astmatyka haustem powietrza.

Muszę powiedzieć, że oprócz wątków portugalskich, takich choćby jak: przypomnienie udziału Portugalczyków w kolonizacji Indii, handlu pieprzem, pozostawionym zaczynie cywilizacyjnym, nazwiskach – zresztą paskudnie zniekształconych na modłę a to hiszpańską, a to angielską (powinno być Sousa, a nie Souza, Camões a nie Camoens, Bragança a nie Braganza, Douro a nie Duero) spodobało mi się niewiele. Zaledwie zmyślne wplatanie raz po raz motywu tytułowego „Ostatniego westchnienia Maura”, a to jako nazwy stacji benzynowej (Último Suspiro), a to jako nazwy obrazu, itd. Czyli do jakiegoś stopnia podobała mi się gra z autora z czytelnikiem. Poza tym dostrzegam z  zaciekawieniem pewne przekonanie autorskie, pewną intencję, którą już wcześniej przeczuwałam, czytając odautorskie wyjaśnienia do Szatańskich wersetów. Bardzo elegancki pan profesor Rushdie po prostu lubi być jako pisarz niegrzeczny, chętnie bywa sprośny, lubi trochę psotować. W usta jednego z protagonistów wkłada takie oto słowa: 

[…]mężczyźni nie tęsknią za normami życia społecznego, lecz za tym, co gwałtowne, co ponad miarę, co znosi granice i uprawnia do rozkiełznania  naszych szalonych, pierwotnych możliwości. Gorąco prosimy o zgodę, by otwarcie stać się naszymi ukrytymi ja.

U Rushdiego tylko kobiety tak czynią, mężczyźni są skrępowani, tłumią swoją agresję, aż do ostatecznego często samobójczego gwałtownego wybuchu.


Ostatnie westchnienie to powieść, do której więcej nie wrócę. Niepotrzebna mi do niczego. Blurb redakcji, który ma zachęcić do jej przeczytania, jest kwintesencją bezradności wobec tego typu literatury:

"Ostatnie westchnienie Maura" to pieśń miłosna dedykowana ginącemu światu i jego ostatnie radosne zawołanie.  

_____________________________
 Z półki