Pokazywanie postów oznaczonych etykietą e-book. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą e-book. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 listopada 2014

"Jesli zimową nocą podróżny" Italo Calvino

Jeśli zimową nocą podróżny Italo Calvino
Tłum. Anna Wasilewska
W.A.B, Warszawa 2012 wyd. III
Seria: Don Kichot i Sancho Pansa

Kto powinien dostać Nobla przy najbliższej okazji? Italo Calvino. Niestety zmarł w 1985 roku.

Trochę to absurdalne, co napisałam. Przecież upominam się o niemożliwe. Po co? To nie ma sensu… Ale tak właśnie nastraja i do takich crazy apelów zachęca mnie dopiero co zakończona lektura Jeśli zimową nocą podróżny. Do wykraczania poza konwencjonalne myślenie, do odwagi w domaganiu się tego, co ważne dla mnie, do „skakania po górach”.

W odpowiedzi na Pereca Życie. Instrukcja obsługi (1978) Calvino wydał w 1979 Jeśli zimową nocą podróżny… To jest zabawa literaturą. Kombinatoryka literacka. Zabawa konwencjami, tytułami, językiem pojedynczego utworu, językami użytymi w utworach, nazwami, bohaterami, kanonem literackim, a nawet nawiązaniami do estetyki kilku tuzów literackich (wśród nich są Gombrowicz i Witkacy). Ale przede wszystkim jest to otwarta rozmowa z czytelnikiem. I to jest wyjątkowe w tej powieści-pastiszu, powieści-składance. Kiedy autor mówi o sposobach czytania, moszczenia się w fotelu, potrzebie dzielenia się refleksjami po lekturze z innymi ludźmi, o bibliotece i jej ‘żywych’ i ‘martwych’ półkach, o więzi pisarza z czytelnikiem – czuję się fantastycznie. Italo Calvino uwodzi mnie skutecznie. Pisze, a ja czytam, zupełnie jakby mi szeptał na ucho.


A kiedy zaczyna kolejną  z dziesięciu powieści w powieści, nie jestem w stanie mu się oprzeć. Choć wiem, że zabawia się ze mną i moją potrzebą wciągającej, łatwej prozy, która mnie pochłonie. On wie, że literatura ma swoją podstawową funkcję: oddala nas od rzeczywistości, przenosi w inny świat. Calvino gra z tym właśnie pragnieniem rasowego czytelnika, żeby zatopić się całkowicie, zlać z tekstem, wejść w niego. Czyż nie ta eskapistyczna nadzieja jest odpowiedzialna za uzależnienie od czytania?

Bez obawy, Calvino ani przez chwilę nie kpi z nas, czytelników. On nam raczej uświadamia ten bajkowy moment, w którym ‘wpadamy jak śliwka w kompot’ i chcemy więcej. Przerywa swoją narrację zawsze w tym właśnie momencie i żąda gry bardziej zaawansowanej. Lubię to. To jest porównywalne do słuchania współczesnej muzyki poważnej. Zwoje mózgowe od razu bardziej się fałdują.


Salman Rushdie uznał kunszt Italo Calvino, panowanie nad słowami, obrazami, w końcu nad czytelnikiem za mistrzostwo świata. Potwierdzam. To dzieło jest jak awangardowe perfumy: od pierwszej nuty budzi zaciekawienie, przypomina klasyków, krąży wokół nich, zbija z tropu, ale pokazuje nam nowe możliwości, otwiera nam oczy, daje nam nowe światy.

To będzie moja pierwsza lektura po włosku, jeśli w końcu opanuję ten język jako tako.

Se una notte d'inverno un viaggiatore... - czujecie piękno brzmienia tego pierwszego zdania? Tę zapowiedż niespodzianki?
____________________________
e-book


czwartek, 14 listopada 2013

Joanna Bator "Piaskowa Góra"

Nazwiska: Chmura, Kowalik, Maślak, Wrona, Lepki, Czeladź.
Imiona: Jadzia, Halina, Zofia, Bożenka, ale i bliźniaczki: (żywa) Dominika oraz (martwa) Paulina, które powinny być po prostu Iwoną i Mariolką.
Miejsca: wioska pod Wilnem, Wałbrzych, Książ, Piaskowa Góra, a na niej największy blok - Babel (odmieniany: kogo? czego? Babela, komu? czemu? Babelowi...)

Widzicie te nazwy? Słyszycie te dźwięki? To dźwięki powojennego awansu społecznego. 


Joanna Bator, sama wałbrzyszanka, będąc młodą doktorantką antropologii na japońskim uniwersytecie, siadła i zamiast (jak przystało na pilną i wybitnie uzdolnioną pracownicę naukową) wyprodukować kolejną porcję przypisów, napisała dziwne zdanie:


"Jadzia toczy się i kula. Dominika jest lekka i krucha.(...)" 

To o różnicy między matką i córką. To o różnicy między pokoleniem wojennym, a pokoleniem powojennym. Tak więc Bator, siedząc w Tokio, napisała to pierwsze zdanie... I dalej już się potoczyła opowieść o innych wstydliwych rzeczach, które miały i mają miejsce w blokach w Wałbrzychu. 


Bo ja myślę, że to jest książka spowodowana wstydem... Wstydem, że ludzie mogą być takimi prostakami, albo takimi grubasami, niedbającymi o siebie, albo takimi głupimi matkami tuczącymi dzieci, albo takimi podłymi synowymi, gardzącymi teściowymi, albo  takimi ojcami- pijakami, albo takimi głupimi, ale za to sprytnymi małymi przedsiębiorcami, itd, itp. 


Mamy tu setki takich świetnie podpatrzonych, z życia wziętych historii. A dostrzec to mógł tylko ktoś z tego środowiska, ktoś, kto jednak wyrósł ponad nie. Odciął się od swoich korzeni. Nigdy do tego siermiężnego środowiska nie pasował; był za bystry; zbyt dbał o siebie, o swój wizerunek człowieka sukcesu, o swoje zdrowie; był zbyt niekonwencjonalny, zbyt niezależny, żeby pozostać wśród swoich. Tylko, że niestety niewidzialne związki krwi pozostają. I nie pozwalają zapomnieć, że przeciętna Jadwiga Chmura naprawdę najbardziej martwi się np. nie wymiarem transcendentalnym sakramentu Komunii Św., tylko tym, czy uda się uchronić fryzurę i sukienkę córki przed deszczem. 


Coś mi się zdaje, że Bator może nawet chciałaby być bardziej wyrozumiała dla bohaterów swoich powieści. Jako były naukowiec musi być świadoma, że nasze jednostkowe życie nie zależy tak do końca od nas samych. I że miejsce urodzenia i rodzina pochodzenia mają kolosalne znaczenie. Że nasze powodzenie, osiągnięty status społeczny, wykształcenie, samoświadomość, a nawet choroby, na które zapadamy, zależą w dużej mierze od splotu okoliczności i otoczenia, w jakim przyszło nam żyć. 


Ale jako człowiek, Joanna Bator- kobieta sukcesu - śliczna, szczupła, wysportowana, wymagająca dużo od siebie i innych, kontrolująca wszystko dookoła i szczycącą się tym, że panuje nad sobą i swoim życiem; niepragnąca i nieposiadająca dzieci, posiadaczka pustego biurka, przy którym pracuje, i niezasłoniętego niczym widoku z okna; osoba obdarowana wybitną inteligencją, samodzielna, niezależna finansowo może wstydzić się nieco i lekko się dziwić tym wszystkim bezradnie rzucanym przez los Dziuniom i Bożenkom.

Jak widać jakoś boli mnie domniemamana intencja odautorska Joanny Bator...  Ja naprawdę czuję, że w książkach Bator jest dużo poczucia wstydu i poczucia winy.  Maskowanego, ukrywanego, a może po prostu nieuświadamianego...


Jak widać, rusza mnie to. 


Dlaczego? Bo to jest historia szalenie mi bliska. Gdybym kiedyś zechciała napisać historię mojej rodziny -  przeflancowanej spod Grójca do Warszawy -  i mnie - pierwszego pokolenia z wyższym wykształceniem w mojej rodzinie - mogłabym wzorować się na Joannie Bator...


A Piaskową Góra wydaje mi się nawet ciekawsza od nagrodzonej Nike "Ciemno, prawie noc...". Czyta się wyśmienicie.



______________________________
Czytamy serie wydawnicze - seria Archipelagi [W.A.B.]
e-book

wtorek, 8 października 2013

Współczesna "Komedia ludzka" czyli "Balzakiana" Jacka Dehnela

Jacek Dehnel Balzakiana

Poznawszy i polubiwszy smakowity styl Dehnela w Młodszym księgowym sięgam teraz po jego wcześniejsze pozycje. Ma chłopak zmysł obserwacji. To jest pewien dar. Ja też setki razy mijałam np. witryny sklepów w alei Solidarności. Tych wykończonych w stylu socrealistycznym, ale korzeniami sięgających czasami przedwojnia. I też mi czasami przychodziła do głowy myśl, że te sklepy, ten wystrój sa jakimś nieprawdopodobieństwem w dzisiejszych czasach. Dehnel przechodzi koło takiego sklepu z szyldem TKANINY MIĘSO WĘDLINY, czy budki na dworcu i z tego wszystkiego buduje mu się literacki obraz - mikroświat współczesnego mieszczanina. A w każdym razie mieszkańca miasta... Mikroświat ze wszystkimi jego blaskami i cieniami, językiem, postaciami jak wyjętymi z tramwaju nr 33 czy mszy o 10.

Bystre oko, bystry umysł. Może nieco za gładki język, trochę nieprzystający do współczesnej polszczyzny naszpikowanej brutalizmami. Obraz banalnego świata, wąskiego horyzontu pragnień. Którego jednak nie chcielibyśmy porzucić. Bo jest nasz, swojski, najlepszy, jaki znamy. I nie ma co się obrażać. Tacy jesteśmy.

Dehnel serwuje nam cztery takie opowieści w stylu Balzaka. Do zastanowienia się. Tak jak to zestawienie graffiti i portretu Balzaka na okładce.
___________________________
Czytamy serie wydawnicze... (seria Archipelagi)
e-book


poniedziałek, 22 lipca 2013

Peter Heller "Gwiazdozbiór psa"

Peter Heller, autor "Gwiazdozbioru psa", to superman.
Wydaje się być mężczyzną z marzeń, supersprawny kajakarz i surfer, wrażliwy na nieszczęście zwierząt obrońca wielorybów i delfinów, od niedawna pisarz nagardzanych ekoreportaży i od 2012 autor poczytnej powieści, ktora niebawem zostanie zapewne sfilmowana. Niesamowite CV.


"Gwiazdozbiór psa" to powieść z gatunku postapokaliptycznych. Dobrze mi się ją czytało. Jej nastrój jest rodem z "Mad Maxa" (nieprzypadkiem wspomnianego w książce). 

Książka ma trzy części. Pierwsza część jest bardzo dobra. Smutna i przejmująca. Samotny człowiek, jego pies, jego samolot i jego partner-zrzęda. Kawałek o tym, że ludzi wokół ciebie może być jednocześnie za dużo i za mało. Że można się dusić od nadmiaru wolności i braku zobowiązań. Że brak dotyku boli.

Niektóre pomysły budujące dramaturgię i nastrój tęskonoty za lepszym światem podobały mi się szczególnie: monolog wewnętrzny pełen niedokończonych - stłumionych zdań (dobre tłumaczenie, pełne wewnęrznego napięcia), opisy lotu Cessną, spanie pod gołym niebem, jako sposób na przetrwanie, wszechobecne rozgwieżdżone niebo, nazywanie każdego pojawiającego się w zasięgu wzroku zwierzęcia nazwą gatunkową i ironia płynąca z każdego zdania wyrzucanego z ust przez Bangleya - towarzysza głównego bohatera - mordercę - wewnętrznego wroga. Genialnie też pokazany jest fakt, że apokalipsa może czaić się za rogiem, być naprawdę niedaleko. 

Dzięki sugestywnemu obrazowaniu możemy zobaczyć, jak wygląda świat po tym, jak powszechnie zapanuje zasada "Stand your ground". Dzięki nagłośnieniu śmierci 17-letniego czarnoskórego Trevora zabitego, gdy wracał ze sklepu z puszką coli w ręku - wiemy, że zasada zadomowiła się już w USA. Daje ona prawo do zastrzelenia każdego, kto znajdzie się w pobliżu nas pod pozorem obrony naszego bezpieczeństwa lub urojeń, które za tym stoją. Może więc apokalipsa już się zaczęła?  

Część pierwsza przynosi więcej takich pytań, kwestii do zastanowienia, do rozstrzygnięcia. Jest cenna. I formalnie robi wrażenie: świetnie dobranym językiem bohatera, który non-stop  toczy monolog wewnętrzny ze sobą samym oraz dialog z jedynym przyjacielem, jaki mu został - psem. Kiedy otwiera usta do drugiego mieszkańca fortecy-lotniska, zaczyna rzucać kurwami. Tak mówi świat. To też już mamy  - niemożność dogadania się inaczej jak za pośrednictwem przekleństw. Może więc apokalipsa już się zaczęła? 

A potencjalnie śmiercionośne wirusy wytwarzane w silnie strzeżonych laboratoriach? Może więc apokalipsa już się zaczęła? 

OK. Będzie, jak ma być. A ludzie zawsze będą mieli te same marzenia. Nawet jeśli świat będzie się kończył.

I o tym są część druga i trzecia "Gwiazdozbioru psa". Części, które wręcz "domagają się sfilmowania". Nie chcę za dużo zdradzać. Ale pomyślcie, o czym marzy samotny zdrowy mężczyzna w sile wieku? Spoko loko. Będzie to miał. (Żeby ułatwić znalezienie odpowiedniej odtwórczyni tej roli została ona opisana jako "trochę za chuda kobieta z piersiami jak twarde jabłka" :) O czym marzy kobieta, która dużo przeszła? No, no...? Będzie to miała. Jeśli jeden z pobocznych bohaterów jest weteranem wojny w Afganistanie i mistrzem strzelectwa, to o czym będzie marzył? O drugim takim jak on, kochającym męskie rozmowy przy oliwieniu broni... I będzie to miał.



Krótko mówiąc: dwie trzecie tej powieści  to popkulturowe klisze, sentymentalna ściema. 

Samolot jest tu ważnym współbohaterem. A w lataniu istnieje pojęcie "przeciągnięcia". Jest to śmiertelnie niebezpieczna utrata siły nośnej samolotu w wyniku niedoboru lub nadmiaru dodanej mocy.

Mam wrażenie, że pod koniec powieści autor kilka razy "przeciągnął". Zabrakło tylko dzidziusia o blond włoskach i szczeniaczka. Ale to zawdzięczamy zapewne tylko interwencji redaktorki... Z tego powodu jestem trochę zawiedziona i czuję drobny absmak.
__________________
 Z literą w tle
 e-book



wtorek, 11 czerwca 2013

O tym, co nieuchronne - ze Zbigniewiem Mikołejko

Zbigniew Mikołejko W świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu

Prof. Mikołejko to ktoś taki jak dawny „uczony w piśmie”. Intelektualista i erudyta, któremu jednak świat nie jest obojętny. Zajmuje się nauczaniem rzeczy najważniejszych. Rzeczy ostatecznych. Stawia wysokie wymagania rozmówcy, w zamian oferując szczerość, ogromną wrażliwość i zrozumienie dla człowieczeństwa (co to jest według Ciebie?), erudycję i w efekcie bezlitosną prawdę lub przynajmniej próbę sięgnięcia po nią. 



W swoich pracach akademickich, literackich, publicystycznych niejednokrotnie ubolewa nad banalnością i tandetą współczesnego świata, jednocześnie nie ukrywając, że jest świadomy, że powierzchowność karnawału, zabawianie się na śmierć – tak charakterystyczna dla naszej kultury -  jest drugą stroną ciemnej otchłani lęku przed nieznanym. Idzie w parze z najbardziej ludzką obawą przed śmiercią i śmiertelnością, przed różnie rozumianym grzechem i przed zatraceniem. 



Przewodnim tematem tomu pt. W świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu jest naturalna i niezbywalna ludzka trwoga wobec przemijalności. Trwoga, którą znam, co do której nie mam wątpliwości, trwoga, o której ja także bardzo chcę zapomnieć.



Profesor zajmuje się egzegezą podstawowych dla naszej kultury tekstów kultury, które o tym temacie traktują. I są to zarówno teksty starożytne, hebrajskie, ewangelie, jak i teksty gnostyckie, ale także obrazy i rzeźby, a nawet opera i film. Bojaźń człowieka wobec sacrum, sposoby, na jakie sacrum przenika się z profanum, to jak radzimy sobie z bojaźnią bożą – to tematy intelektualnych rozważań profesora. Spisał je w jedynym w swoim rodzaju stylu - melodyjnym jak muzyka - poetyckim w gruncie rzeczy. Na żywo jego wykład brzmi jak przypowieść, archaiczna i, rzecz jasna, nie do końca zrozumiała. Taki poziom oczytania może poruszyć największego twardziela! Snuta przez profesora opowieść daje nam pewność, że mamy do czynienia z czymś głębokim i wartym wręcz zatracenia się. Tak to odbieram.



Drugim elementem tego tomu są  teksty, w których - jak przystało na prawdziwego nauczyciela - swoje tezy autor przykłada wprost do sytuacji z naszego życia, z życia  człowieka na co dzień po milionkroć zapewnianego o swojej autonomii i panowaniu nad światem. Przecież jesteśmy panami swojego losu. Czyż nie? 

Miołejko bezceremonialnie burzy to dobre samopoczucie. Pokazuje nam odwieczne korowody zachowań ludzkich, obrzędy i rytuały, zawsze te same, choć teraz już całkowicie odarte z duchowości – teraz odbywane głównie w w wirtulanej rzeczywistości i na jej potrzeby. Kategorie, które nam wcześniej przedstawił na przykładach biblijnych stosuje do jak najprawdziwszego życia: analizując „Pasję” Gibsona, pracę Nieznalskiej, sprawę Fritzla czy przypadek z Kiełpina koło Gdańska, kiedy to 14-letnia Ania Halman (poniżona seksualnie na oczach klasy, odarta z godności i odzienia oraz sfilmowana z głową wepchniętą między kolana "kolegi" w ramach "końskich zalotów" powiesiła się na skakance) stała się tym samym kozłem ofiarnym swojej prymitywnej wspólnoty. Dlaczego to się zdarzyło? Jakie odrodzenie tam zaszło? Czy rzeczywiście zaszło? Czy ofiara ta nie pójdzie na marne? To są pytania, na które Mikołejko szuka odpowiedzi. A ja wraz z nim.

Kontakt z intelektem klasy profesora Mikołejko jest... odurzający. Odkryciem jest dla mnie wszystko, co pisze lub jak to zbiera razem, interpretuje. W tym tomie wyróżniłabym także esej o ukrytym faszyzowaniu Mircei Eliade. A wspomnienia profesora z okresu, kiedy jako 19-latek w wypłowiałych portkach „czytał mocno Hemingwaya”, mnie wzruszają.

Sięgnęłam po tę lekturę, ponieważ zapragnęłam mieć do czynienia z czymś głębokim po lekturze Bolano 2666.

Tom W świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu jest pierwszym, który przedstawię z serii wydawniczej "Z Wagą"  wydawnictwa W.A.B.


Ta wspaniała seria prezentuje wyjątkowe w swojej klasie dokonania tzw. literatury humanistycznej. Tak ją prezentuje redaktor:

Seria obejmuje eseje dotyczące problemów współczesności i sięgające w odległą przeszłość, rozprawy filozoficzne i historyczne, dzieła poświęcone socjologii, religii, teorii i historii kultury, prace interdyscyplinarne. Książki należące do serii „z wagą” łączą głęboką myśl i niekwestionowany autorytet autorów z żywym i barwnym stylem. Ich literackim i naukowym walorom odpowiada wysoki poziom edytorski oraz staranne opracowanie graficzne serii. Czytelnik znajdzie wśród nich zarówno dzieła polskich autorów, jak i przekłady; teksty poświęcone egzystencjalnym niepokojom literatury i barwne opowieści o rzeczach, z którymi styka się na co dzień.
W serii „z wagą” ukazuje się sześć tytułów rocznie.
_____________________
Czytamy serie wydawnicze...
e-book


środa, 22 maja 2013

Mimikra powieści – Kasper Bajon "Klug"

Kasper Bajon Klug 

W
Klugu wszystko jest akuratne, a wszystko jest nieprawdą. I o tym jest chyba ta powieść, nazywana przez narratora raz esejem, raz biografią tajemniczego (nawet bardzo - bo nieistniejącego) Jakuba Kluga, dziewiętnastowiecznego, europejskiego formatu mistrza szachowego, pochodzącego z Polski zaborowej.

Klug to perfekcyjnie przemyślana atrapa biografii, imitacja kryminału, sztuczna rzeczywistość wymyślona na potrzeby tej książki. Czytelnik mając kontakt z tak doskonałymi pozorami prawdziwej historii czuje się zaskoczony, lekko zdezorientowany - zastanawia się, co tu jest prawdą? Czy kwerenda archiwalna autora naprawdę miała miejsce? A tak szczegółowo opisywane pojedynki szachowe z rozpisanymi ruchami bierek – czy one się wydarzyły? A liczne grono znajomych Kluga – czy to postacie historyczne? Stowarzyszenie Skarabeusza przecież mogło istnieć, choć o nim dotąd nie słyszeliśmy - w końcu było supertajne? Autor cały czas wodzi nas za nos i zbija z tropu.




Podziwiam świetnie całościowo pomyślany projekt pojawienia się Kluga na rynku książki w Polsce. Bo musicie wiedzieć, że podejrzewam, że funkcjonujące na portalach książkowych streszczenie Kluga, w którym autor tego marketingowego blurba sugeruje, że jest to pasjonujący kryminał, wyszedł zdaje się spod ręki samego Bajona... Wszystko w nim jest kpiną z czytelnika uwielbiającego kryminały. Tak to brzmi:

To nie było zwykłe morderstwo – raczej precyzyjny komunikat, ostrzeżenie wysłane światu.
Jakub Klug, genialny szachista, zwycięzca rekordowej liczby turniejów.
Pokonani przeciwnicy sugerowali, że w ogóle nie istniał.
Podobno na zawodach grywał w weneckich maskach, a na co dzień krył się za ciemnymi okularami.
Mówiono, że swoją najsłynniejszą partię rozegrał za pomocą telegrafu.
Podejrzewano, że był wielką mistyfikacją, zakrojonym na szeroką skalę oszustwem.
Jego zmasakrowane ciało znaleziono nad Tamizą w 1888 roku. Kości miał pogruchotane, twarz doszczętnie spaloną, a na pobliskim murze ktoś namalował jego krwią symbol żuka. Ostateczny szach i mat.


Wierzcie mi - ta książka nie jest oparta na intrydze kryminalnej, a zbrodnia na Klugu jest tam wspomniana zaledwie raz i to z odległości innego kontynentu…

Czym jest więc Klug Kaspra Bajona? Imitacją powieści, jaką powinien napisać młody polski autor, który chce zyskać miano pisarza. 

Powieść Bajona znajduje się w tym samym nurcie sztuki współczesnej, co niezwykłe realizacje Roberta Kuśmirowskiego w obrębie sztuk wizualnych i performance'u. Czymś w rodzaju imitacji znaczka pocztowego, wagonu towarowego, pracowni szalonego naukowca doktora Verniera czy bunkra z czasów II wojny światowej, które 'wytworzył' Kuśmirowski.

Kiedy w 2006 roku weszłam do gabinetu doktora Verniera (chyba w Zachęcie lub CSW) i zobaczyłam szafy pełne książek, szuflady katalogów, witrynki z retortami miałam wrażenie, że śnię… To niemożliwe, żeby ktoś współcześnie odtworzył, zrekonstruował z absolutną wiernością przedmioty, ba! całe przestrzenie mieszkalne sprzed 200 lat!!! 

To uczucie dezorientacji było bezcenne. Wybicie z pewności, że to, co widzę, jest prawdziwe. Co jest prawdziwe? Potem pytanie, po co Kuśmirowski to zrobił? Odpowiedź ukazała mi się, kiedy spróbowałam otworzyć jedną z szuflad. Ona była nieotwieralna, to była atrapa. Doskonała atrapa. Sama forma, zero treści. Włączyło mi się myślenie, o tym co jest ważne z perspektywy czasu. Czyli motyw vanitas...

Polecam Wam sztukę Kuśmirowskiego. On dostarcza niezwykłych, wyrafinowanych przeżyć.

Inaczej z Bajonem. Jego najlepsze fragmenty to... wtrącenia: kiedy nazwisko Kluga „pokazuje się” gdzieś w gazetach jako Gluck, Kulig, Kubalaj, itp. Coś nagle zaczyna „bąblować”, nowotworzyć się. Jakby autor, który tą atrapą powieści szczelnie się zasłonił, nagle nieco się odsłonił i pokazał czytelnikowi. Zabawne są też wprawki stylistyczne w postaci „pięciu pomysłów na tytuł tej książki”, krótkich recenzji 5 nieistniejących książek, „z którymi niniejsza będzie bić się o miejsce na liście bestsellerów”, czy 6 równie nieistniejących filmów, które „warto obejrzeć w nadchodzącym tygodniu”, a nawet 2 przepisy kulinarne „z zeszytu kucharza przygotowującego potrawy dla widzów spektaklu Immortal Game w rezydencji pana Legranda, z których wart skorzystać w przerwach pomiędzy kolejnymi rozdziałami książki” – każdy napisany w innym stylu. Bajon pokazuje, że już teraz posiadł sprawność stylistyczną, która pozwala mu napisać właściwie wszystko w obrębie wybranej konwencji. Cały czas pozostaje jednak pytanie: po co? Klug nie daje niestety na to odpowiedzi.

Jak rozumiem jest to debiut pisarski młodego Bajona. Wykształconego, naczytanego chłopaka z dobrej, artystycznej rodziny. Widać, że chłopak umie gładko i elegancko formułować słowa - naprawdę nie słychać ani jednego zgrzytu. Studia musiał ukończyć chyba kulturoznawcze, tak wiele tu ukrytych odniesień do wiedzy o kulturze. Bajon ma potencjał. Tylko musi pisać o czymś!
__________________________
 Z literą w tle 
seria Czytelnia Polska, wyd. Wielka Litera
e-book

piątek, 17 maja 2013

...Jest ciemno, prawie noc


Joanna Bator Ciemno, prawie noc

Powieść Joanny Bator została właśnie nominowana do Nagrody Literackiej Nike 2013. Ma na pewno duże szanse, bo obok Morfiny Twardocha jest chyba jedną z najmocniejszych pozycji na liście. Lista nominacji zresztą jest bardzo obszerna i zawiera wiele pozycji także niepowieściowych, co jest cenne. Jak wiadomo już sama nominacja do Nike jest silnym bodźcem marketingowym i sprawi, że te pozycje książki będą miały większe szanse na znalezienie czytelnika. A to dobrze.

Wracając do książki Bator... Powieść ta była polecana na blogach, forach w gazetach jeszcze przed czasami nominacji, a to już o czymś świadczy. Ja też wpiszę się w nurt szeptanej reklamy na rzecz Ciemno, prawie noc.

Okładka wspaniała. Wykorzystana została tu praca na płótnie (takim na prześcieradło) Ewy Kuryluk Dziewczynka. Kto zna twórczość malarską i pisarską samej Kuryluk już czuje, jak atmosfera gęstnieje...

Książka Bator jest „jakaś inna”. Czytała mi się dobrze, choć z trudem. Hmm… Dziwnie to brzmi… Ale tak właśnie było. Bohaterem zbiorowym książki jest miasto Wałbrzych i jego mieszkańcy pod hasłem „A to Polska właśnie”. Zestawcie to sobie z symbolicznym tytułem Ciemno, prawie noc, a od razu będzie jasne (?), w jaki sposób autorka odbiera otoczenie. Począwszy od opisu mlaskających podróżnych w pociągu do Wałbrzycha, przez kolejne postaci dramatu oglądamy przaśność Polski, niską jakość życia, miałkość moralną i intelektualną zapaść. Dobre intencje. Słabe wykonanie. Oczywiście zdarzają się pojedyncze jasne elementy, ale widać, że narratorka - w nieunikniony sposób powiązana z autorką, bo jak ona urodzona w Wałbrzychu, jak ona zarabiająca na życie słowem pisanym i jak on pasjonatka biegania - jest wyraźnie zniesmaczona światem, który ją otacza.

Powieść Bator oddziałuje na mnie silnie. Jest w tej autorce coś z pilnej uczennicy, kogoś, kto potrafi żyć w dyscyplinie, powściągliwości. Jej widzenie świata wyznaczone jest  przez bardzo wysokie wymagania wobec siebie i innych. Trudno z kimś takim żyć. Trudno czytać powieść tak napisaną. Często czułam się niekomfortowo. Ale nigdy nie czułam nieszczerości.

Wyśmienicie odtworzone realia wałbrzyskie - czyli polskie, podziały społeczne, skrywane konflikty wewnątrz społeczności, nakreślone grubą kreską typy społeczne, jakie znamy z warzywniaka, podsłuchanych rozmów na przystanku i rodzinnych obiadów.
Samotność na co dzień. Czy pogodzenie się z niesprawiedliwością losu? Nie wiem. Gdzieś czai się wewnętrzna złość.

Wart uważnego śledzenia jest stosunek narratorki do dzieci, wokół zniknięcia których zawiązuje się intryga. Dzieci – dane nie tym co trzeba - nie tym, którzy na nie czekają, lecz tym, którzy je porzucają i zaniedbują począwszy od dnia narodzin. Dzieci, które zmagają się ze światem. Dlaczego znikają? Przeczytaj i pomyśl. 

Polecam, choć gorzka to pigułka.

Seria archipelagi [W.A.B]
_____________________________

Trójka e-pik (powieść obyczajowa z wątkiem zagmatwanych relacji rodzinnych) 
Z Literą w tle 
 Czytamy serie wydawnicze... 
e-book

poniedziałek, 25 marca 2013

..'pisać trzeba poziomo' Janusz Rudnicki "Chodźcie, idziemy"


Janusz Rudnicki Chodźcie, idziemy

[Inwokacja:
Panie Rudnicki, pan mnie znowu rozśmieszył! Pan mnie poruszył. Pan mnie zasmucił. Pan sprawił, że pomyślałam o moich bliźnich z miłością. A potem pan mi ich obrzydził. Co pan mi robi panie Rudnicki…?]

Rudnickiemu po prostu trafił się niezwykły dar. Jest przenikliwy. Dostrzega całe sekwencje dziwnych zdarzeń, które normalnemu obserwatorowi umykają. Zdarzeń nawet prawdopodobnych, choć chyba jednak nie w takim natężeniu… Daje to efekt niemal surrealistyczny.

Opowiadania Rudnickiego biorą się z tego niczego, czego pełno w gazetach: wybucha gaz ‘migrujący’ i zapada się blok; Polacy jadą do Niemiec walczyć o odszkodowania za pracę przymusową i spotykają jadących do Polski wysiedlonych Niemców; na szybie widać zaciek, w którym niektórzy dostrzegają Matkę Boską; jedna z miliona bomb zrzuconych na Hamburg zostaje znowu znaleziona i rozbrojona; polski komendant  obozu koncentracyjnego dla Niemców w Łambinowicach nie żałuje swoich czynów i chętnie opowie, jak kazał gwałcić Niemki rozpalonym pogrzebaczem. 

A także z najzwyczajniejszych w świecie zrządzeń losu: dziadek narratora-repatriant ze Wschodu - decyduje się opuścić z rodziną wagon przesiedleńczy właśnie w Koźlu (a nie w Krakowie czy Wrocławiu), bo jest tam piękna łąka; ojciec narratora - nieco przypadkowy ojciec - ginie podczas ich trzeciego w życiu spotkania pod kołami ciężarówki uwolnionej przez syna z hamulca ręcznego.

Rudnicki pomieści te wszystkie historie w siedmiu rozdziałach tomu Chodżcie, idziemy, z których cztery można by wziąć za dramat - dominują dialogi, reszta przypomina didaskalia. Jest to trochę Kartoteka początków XXI wieku (wyd. 2007 r.). 

Centralna postać - bezimienny, i niemal przez cały czas niemy - narrator, porte parole autora, Polak pomieszkujący w Niemczech i wracający do rodzinnego miasta gdzieś na Śląsku. Chłopak, ktorego wszyscy zapamiętali, jak kiedyś nasikał do piaskownicy. Teraz jest pewnie czterdziestolatkiem, samotnym. W życiu jest chyba bardziej obserwatorem niż bohaterem akcji, choć mimowolnie stale mu się coś przydarza. Jak to w życiu...

Patrzymy więc na świat oczami naszego nieco zagubionego bohatera, który słucha i relacjonuje. Robi to za pomocą potocznego języka ulicy, skundlonego języka gazet, języka wyjętego wprost ze świata ni to dzieci, ni to emerytów, ni to współczesnych inteligentów. Powiedzmy sobie szczerze - z mowy plebejskiej, pospolitej. Bez ozdobników, bez logiki, bez rygoru – po prostu tak jak to Rudnicki gdzieś kiedyś musiał usłyszeć… [Choć, czytając jego prozę, co chwila nie mogę się oprzeć wrażeniu, że chyba to sam przeżył, tak jest to dobre, żywe i prawdziwe.]

I w ten oto sposób za pomocą formy literackiej – jedynego w swoim rodzaju stylu -  Rudnicki trafia w sedno, konfrontując nas z faktem niemożliwym w gruncie rzeczy do zrozumienia,  a mianowicie, dlaczego przydarza nam się w życiu właśnie to, co się nam przydarza.

Gdyby chcieć styl Rudnickiego porównać do stylu Orhana Pamuka, którego czytałam niedawno, to należałoby powiedzieć, że styl Pamuka jest okrągły jak jajo, doskonały jak jajo, i zamknięty w tej doskonałości; podczas gdy styl Rudnickiego to same dziury w serze, coś jak sito o oczkach różnej wielkości, które nigdy nie wiadomo, co przepuści…
Trzeba polubić tę drażniącą poetykę absurdu, pospolitości, przyziemności i zwyczajności. 

Ja wpadłam w to jak śliwka w kompot…

Posłuchajcie sami. Narrator i jego matka idąc nocą osiedlową uliczką do domu, wpadają do wielkiej dziury po wybuchu gazu:
Po co wstawać od razu, jak już leżymy. Jak już coś się stanie, to niech się dzieje. Trzeba to wykorzystać, że leżymy. A nie idziemy. I tak musimy wstać i iść. To poleżmy, trochę. Ziemia pod nami, a nie łóżko. Niebo nad nami, a nie sufit. Ciągle tylko sufit i sufit,  a tu gwiazdy jeszcze widać, choć prawie jasno, widzisz?

Ja widzę.

Autor wydał:
  • Można żyć, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1993
  • Cholerny świat, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1996
  • Tam i z powrotem po tęczy, PIW, Warszawa 1997
  • Męka kartoflana, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2000
  • Der Grenzgänger, Tibor Schäfer Verlag, Herte 2002
  • Mój Wehrmacht, W.A.B., Warszawa 2004
  • Chodźcie idziemy, W.A.B., Warszawa 2007
  • Śmierć czeskiego psa, W.A.B., Warszawa 2009