Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marzenia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 września 2014

Słodko-gorzka samotność Portugalczyka

Iza Klementowska Samotność Portugalczyka 
Seria: Reportaż
Wyd. Czarne
 Wołowiec 2014

Już w dniu premiery książka Klementowskiej znalazła się u mnie na biurku. Syn pobiegł i kupił, żeby być pierwszy z tym prezentem dla mnie J Wszyscy w domu wiedzą, że Portugalia była, jest i będzie moją wielką miłością. Że gdybym mogła, przeprowadziłabym się tam choćby dziś. Może nie do Lizbony, ale gdzieś na północ kraju, gdzie klimat bardziej atlantycki, a mniej śródziemnomorski.

Samotność Portugalczyka ma dobry tytuł, bo jest on zgrabną (choć nie jestem pewna czy zamierzoną) trawestacją tytułu filmu z Hoffmanem Samotność długodystansowca, o którym wielu słyszało  (choć raczej niewielu obejrzało do końca), a do tego zapowiada jakąś tajemnicę, drugie dno, czy może raczej jakiegoś trupa w szafie.

I rzeczywiście Samotność zaskakuje doborem tematów. Nie ma w niej nic o urodzie tej krainy. Żadnych oczekiwancyh obrazków z folderu reklamowego. Wiele zaś o tematach mało znanych, pomijanych, czasami wręcz niespodziewanych dla większości czytelników.

Jakie to nietypowe tematy porusza Iza Klementowska? Na co kładzie nacisk w swoich reportażach, jeśli nie na pocztówkową wręcz urodę tego pięknego kraju na zachodnim krańcu Europy? 

Na postkolonialną przeszłość. Na traumatyczną pamięć o wojnie w Angoli i Mozambiku. Na ujawniający się  coraz większą siłą rasizm. Na wciąż nierozliczone zbrodnie reżimu Salazara. Na dziedzictwo strachu i nieufności wdrukowanego przez zbrodnicze „gestapo” portugalskie (czyli PIDE), które słynęło ze stosowania metod spisanych potem w podręcznikach CIA i stosowanych tak udatnie np. w Guantanamo. Na niejasnej tajemnicy, której Lizbona nie chce odsłonić przed nikim obcym. Na kompleksach Portugalczyków. Na ich swoistej łagodności, tak innej niż machismo Hiszpanów. Na katolicko-konserwatywnych poglądach na temat roli kobiety utrwalanych jeszcze w latach 70. Nie tylko przez tradycję, ale nawet przez konstytucję kraju! Na niezwykłych wydarzeniach z czasów wojny, kiedy to pojedynczy dyplomata portugalski - kierując się swoim sumieniem - zdołał uratować tysiące istnień ludzkich. Na portugalskim temperamencie świetnie oddanym przez pojęcie saudade – mieszanki swoistej tęsknoty za czymś i pogodzenia się z tym, że to nieosiągalne. Mowa tu o portugalskim byciu miłym, niekonfliktowym, do pewnego stopnia otwartym na innych, ale w chwilach próby i tak szukającym spokoju - za wszelką cenę - i bezpiecznych rozwiązań.

Trzeba oddać sprawiedliwość Klementowskiej i bardzo docenić, że nie poddala się urokowi tego kraju i przyjrzała mu się naprawdę wnikliwiej niż czyni to zwykły turysta. Koncentruje się co prawda głównie na Lizbonie, ale doskonale pokazała przemianę z prowincjonalnego, spokojnego miasta w metropolię targaną wwnętrznymi napięciami, będącym efektem kryzysu gospodarczego, napływu cudzoziemcow, emigracji i reemigracji młodych. Ja sama byłam w Lizbonie po raz pierwszy zaledwie 12 lat po rewolucji Goździków, w 1986 roku. Lizbona w porównaniuz z Madrytem wydawała się  prowincjonalną dziurą. Było raczej biednie, a miejscami nawet nędznie z powodu pozostałości po okresie stagnacji gospodarczej i kulturalnej z okresu dykatatury Salazara i Caetano. Np. w centrum miasta, tuż przy pierwszej galerii handlowej Amoreiras stały  jeszce lepianki, przed którymi facet na bosaka śpiewał tęskne fado, goląc się... Miasto było jednak stuprocentowo bezpieczne dla młodej dziewczyny.

Kilka lat temu, kiedy tam byłam ostatni raz (niestety), miasto okazało się podzielone na dzielnice białych bogatych, białych biednych, czarnych z Afryki i Arabów. W okolicy pewnych stacji metra byłam niekiedy jedyną białą, samotną kobietą. Kierowcy autobusów okazywali się w większości Ukraińcami. Plaże zapełniali Rosjanie. Ulice pełne były hałaśliwych i pijanych Angoli. A zagadnięty na przystanku Portugalczyk wprost mnie zapytał, czemu to jego jego pytam o drogę, skoro jest on jest czarny... Que?

Klementowska jest, co widać na każdym kroku, ze stajni reporterskiej Szczygła. Książka jest dobra, bo pełna szczegółów, tak że nawet studenci iberystyki na jej przeczytaniu zyskają. A jednocześnie nie ucieka od stylizacji literackich, żeby oddać w sposób nieco poetycki niewątpliwe piękno i słodycz Portugalii i Portugalczyków. Autorka prezentuje doskonałą znajomości realiów zarówno historii politycznej kraju (ach te wzorcowo przetłumaczone nazwy partii), jak i niuansów wspólczesności. Brak jej może tylko wyczucia lingwistycznego. Kiedy przywołuje różne słowa o polskim brzemieniu znaczące 'em portugues' coś zaskakująco innego, wybiera nieco nieidealnie. Na samochód rzeczywiście mówi się ‘carro’, ale na pewno nie ośmieszymy się, mówiąc 'auto'. Jeszcze w latach 80. używano słowa ‘auto’ (od ‘automovel’). 'Auto' z kolei to nade wszystko 'akt', 'podniosłe wystąpienie', a nie 'protokół'. A mulatów (pisanych jednakowoż małą literą :) nazywa się z brazylijska ‘pardo’, z pewnością częściej niż ‘mulato’. Muszę też powiedzieć, że uważam odmianę nazwiska Pessoa (np. nie ma Pessoi) za rażącą. To brzmi jak... "kakała" - może to dlatego... :)

Lektura obowiązkowa dla każdego lusofila (nie mylić z rusofilem.)




niedziela, 8 grudnia 2013

Drogi Święty Mikołaju, pod choinkę poproszę...

W tym roku (zwykle) byłam bardzo grzeczna. Chciałabym więc dostać:

- z wiadomych względów:


- z powodu trwającej już 25 lat miłości do sztuki kreślenia map:


- skoro dotąd czytałam wszystkie opowieści o o Fandorinie, to wypada przeczytać i najnowszą, prawda?

- nie można ciągle uciekać od Polski i Polaków, choćby może i się chciało...



- drzeworyty japońskie w tym fantastycznym wydaniu z okazji 30-lecia Taschena, to jedyna taka okazja! Musisz to zrozumieć. Musisz!

 - ten Franzen to jest gość:



Co Ty na to, święty?