Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 listopada 2014

J.D. Salinger 'Buszujący w zbożu'

J.D. Salinger Buszujący w zbożu
tłum. Maria Skibniewska
ISKRY, Warszawa 1998, wydanie X

Już niedługo przez blogi przeleje się zapewne fala promocji nowej biografii Salingera. Piszę o tym, bo po raz pierwszy byłam bliska złamania się i skorzystania z egzemplarza recenzenckiego. Biografia zapowiada się naprawdę dobrze, a ja jestem bardzo nią zaciekawiona. Ale usiadłam w kąciku, poczekałam, no… i przeszło mi. Dzięki temu mogę nadal pozostać bez zobowiązań wobec rynku książki.

Za to postanowiłam nadrobić zaległości i przeczytać ‘obra prima’ autora. Do tej pory bowiem uchowałam się, nie czytając Buszującego w zbożu. Jak to możliwe? Skoro w Polsce ta książka zawędrowała już nawet do szkół (moja córka ‘przerabiała’ ją w gimnazjum). Sama nie wiem. Dziwne. Nie powinno się to zdarzyć, skoro do momentu, kiedy powinna mi trafić w ręce (około 15 roku życia) było w Polsce kilka wydań… Na pewno nie było jej w żadnej bibliotece, z której wtedy korzystałam., bo jestem pewna, że trafiłaby w moje ‘głodne ręce’. Domyślam się, że była zbyt obrazoburcza dla pań bibliotekarek… W czasach liceum moje lektury zostały zdominowane przez lektury ‘wolnościowe’: np. Mistrza i Małgorzatę oraz Rok 1984, a potem już poleciała poważniejsza literatura iberoamerykańska orazu kochana literatura amerykańska: Faulkner, Bellow, Murdoch. Potem nie było jakoś okazji wracać do problematyki tożsamości i depresji nastolatka. A szkoda, bo warto by było.

Buszujący w zbożu przy pierwszej lekturze i bez znajomości biografii pisarza wydać się może rzeczywiście zaledwie przykładem literatury dla młodzieży. Tak jest najczęściej odczytywany. Z pozoru jest amerykańską wersją  typowej historii o outsiderze i buntowniku tak kochanej przez literaturę i kino  tamtych czasów (np. film Buntownik bez powodu w Stanach z 1955., ale i u nas: serial TV Stawiam na Tolka Banana z 1973 w Polsce, czy równie niezły film i serial Szaleństwa Majki Skowron z 1976). Gdyby tak było, i tak trzeba by bić brawo Buszującemu w zbożu, bo był pierwowzorem dla wszystkich tych dzieł kultury – został bowiem wydany w 1951 roku.

Jednak gdyby to była tylko literatura dla młodzieży, nie sprawiałaby takiej satysfakcji dorosłym czytającym, ‘jako i mi sprawiła’.

Moją lekturę Buszującego zdominowała myśl, że powieść ta jest jednym wielkim przemilczeniem i niedopowiedzeniem oraz grą z tym, co nieuświadomione, ale silnie obecne.

[Edit: Cchcę powiedzieć, że prawdziwa problematyka powieści kryje się, moim zdaniem, w tych elementach, które pojawiają się jako poboczne, drobne, ale wciąż powracające napomknięcia. Stąd w moim odbiorze nie jest to powieść o ucieczce ze szkoły i błąkaniu się po mieście 16-latka. 

Jest to powieść o: lęku przed śmiercią, o bezradności żołnierza i innych skoszarowanych, wcielonych w szeregi, walczących za sprawę, pozostawionych samymi sobie. Może więc być też o niewidocznych dla innych ranach wojennych (symbolizowanych przez zabawę pt. "jestem ranny w brzuch") Także o nieufności w stosunku do autorytetów pod postacią całkowicie nieobecnego ojca-adwokata.  Przede wszystkim o lęku przed odrzuceniem przez otoczenie i ośmieszeniem - jak w historii o koledze, który nękany przez chłopaków wyskoczył przez okno. Nie brak tu oczywiście lęku przed śmiercią, swoją i bliskich - jak w historii o śmierci, pogrzebie i grobie brata. Nie mówi się wprost, ale jasne jest, że chodzi tez o lęk przed bliskością, szczególnie z kobietami, co do których bohater ma ambiwalentne odczucia - jednocześnie pożąda ich, idealizuje je, gardzi nimi i współczuje.]

I żeby nie było tak strasznie poważnie, ilustracja powyższego:


Weźmy wojnę.  Powieść napisana została tuż po II wojnie światowej, w okresie realnych zimnowojennych obaw przed atakiem atomowym. Do tego przez 32-letniego człowieka, który jako 25-latek przeżył krwawy desant na plaże Normandii, a cały udział w II wojnie światowej przypłacił załamaniem nerwowym i pobytem w szpitalu. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że cierpiał na szok postraumatyczny. A z niego nie wychodzi się szybko... Naturalne byłoby, gdyby temat ten stał się podstawowym materiałem powieściowym. Jednak jest dokladnie odwrotnie. Temat ten jest wielkim nieobecnym w Buszującym. Nieobecnym, ale jakoś ciążącym motywem...

Powieść zawiera w sumie zaledwie trzy wypowiedziane wprost sarkastyczno-ironiczno-bagatelizujące zdania o wojnie. Jednak, jeśli się zastanowić, cała książka skierowana jest przeciw establiszmentowi, przeciw obojętności wobec jednostki. Dla mnie jest to ciekawy trop. Salinger wkłada owe zdania w usta enigmatycznego brata głównego bohatera D.B., którego traumę wojenną kwituje się stwierdzeniem, że ‘wojna, a szczególnie wojsko jest do d…. ‘. Co prowadzi młodego bohatera do wniosku, że lepiej dać się wystrzelić razem z bombą atomową niż do wojska iść. Innymi słowy: „Wojna jest głupia.” lub jak mówi Holden Caulfield: „Nienawidzę tego.”

Znacie przecież ten dziecinny sposób mówienia o rzeczach trudnych, bolesnych, niezrozumiałych, o rzeczach sprawiających, że czujemy się bezradni? ‘Pani nauczycielka jest głupia i wredna. Chłopcy są głupi. Piłka nożna jest głupia. Matematyka jest głupia. Skaleczona noga jest głupia.’ Taka dziecięca nieumiejętność nazwania swoich uczuć, brak kontaktu z nimi jest właśnie motywem przewodnim powieści Buszujący w zbożu. 

Główny bohater pozostając w pełni szczery, kłamie jednocześnie jak najęty. W swojej opowieści o życiu serwuje czytelnikowi po kolei przykłady wszelkich znanych mechanizmów obronnych opisanych przez psychoanalizę i psychologię psychodynamiczną.  Mamy więc bohatera, który wypiera prawdę, zaprzecza rzeczywistości, przypisuje innym swoje własne uczucia. Jego myśli, fantazje i zachowania mogłyby po prostu posłużyć jako ‘opis przypadku’ dla studentów psychoanalitycznego podejścia. Jego autoagresywne, autodestrukcyjne zachowania są nieznośnie typowe dla ludzi niedostosowanych społecznie.

Holden to bohater, który aż wola o pomoc, ale jednocześnie odrzuca od siebie agresją i wszelkiej maści prowokacją. Robi wszystko na odwrót. Odwrotnie niż  należy. Mówi, kiedy nie powinien, wychodzi, kiedy powinien zostać. Krzyczy, kiedy powinien milczeć, obraża, kiedy powinien okazać wdzięczność, no i przede wszystkim nie przyjmuje pomocy, jak to zwykle bywa u osób toksycznych, wywołując poczucie winy u niewinnych świadków swego psychicznego cierpienia.

Salinger pokazuje swój kunszt we wszystkich tych sytuacjach, w których nasz bohater jest bliski dostrzeżenia, jak bardzo cierpi. Np. po stracie młodszego brata Alika, zmarłego na białaczkę. 

Jeżeli ktoś umarł, to jeszcze nie powód, żeby go przestać lubić, zwłaszcza jeżeli to był ktoś tysiąc razy sympatyczniejszy niż inne znajome osoby, które żyją.

Autor doprowadza swojego bohatera do samej granicy, na sam brzeg świadomości swego bólu… i robi krok wstecz, ukrywając tę praprzyczynę wszelkich nieszczęść bohatera i jego buntu. Znowu trafiają do sfery nieuświadomionej. Doprawdy sztuką jest tak umiejętnie przeplatać prawdę faktów i prawdę emocji, a także banał z patosem!

Ta właśnie umiejętna gra z czytelnikiem polegająca na ciągłym ocieraniu się o istotę problemu i nieprzekracaniu tej 'cienkiej czerwonej linii', poza którą rzeczy nazwane zostałyby po imieniu oraz mistrzowskie operowanie naprzemiennie nastrojami depresyjnej bierności i euforycznej aktywności wywołuje niezwykłe napięcie u czytelnika. Jesteśmy jednocześnie bardzo wciągnięci w tę historię i bardzo bezradni wobec niej.

Wracając do mającej się ukazać biografii Salingera... Liczę, że znajdziemy w niej więcej szczegółów dotyczących możliwych  interpretacji Buszującego. Liczę też, że wymienione będą wszystkie powiązania tego dzieła z biografią Salingera. Muszę powiedzieć, że taka socjologia literatury jest dla mnie najciekawsza.

Jedno z unikalnych zdjęć J.D. Salingera

Już wiem, że tak Salinger (podobnie jak jego bohater Holden) pochodził z mieszanej rodziny (matka katoliczka, ojciec innej religii), że miał nieudane epizody w różnych szkołach średnich, że jego talent pisarski został zdiagnozowany wcześnie. Że jako dorosły był skrajnym  outsiderem i człowiekiem pełnym obsesji i kompulsji (co opisala jego córka).

W Buszującym Salinger ustami Holdena ujawnia, że podziwia literaturę Scotta Fitzgeralda i Isaka Dinesena. Może to także jest akcent autobiograficzny? A swoją drogą, ciekawe, czy wiedział, że Dinesen to pseudonim pisarski kobiety, bo w powieści pozostawia to bez komentarza. Myślę, że wiedział,  ale - jak już wspomniałam - jako autor nie pozwalał swojemu 16-letniemu bohaterowi  na ‘wychodzenie poza nastoletnie emploi’. Sukces tej powieści zasadza się właśnie na tym idealnym odwzorowaniu psychiki nastolatka i ukryciu w tej pseudodokumentalnej opowieści innych, ogólniejszych, dorosłych treści.

Jeszcze inna myśl zasiedliła mój umysł w czasie czytania o Holdenie, który nie może pogodzić  się z obłudą wyższych klas społecznych, podwójnymi statndardami studentów, antyintelektualizmem procesu edukacji, antypedagogicznym działaniem instytucji oświatowych – szkół i internatów. Nagle olśniła mnie myśl, że ja miałam już niedawno do czynienia z baaardzo podobnym bohaterem!

P. Roth

To Marcus Messner we Wzburzenia Philipa Rotha. Podobna konstrukcja mentalna bohatera, intelektualisty rzuconego w środowisko pełne obłudy, syna Żyda handlującego mięsem. Ten bohater,  tak jak Salinger i jak Caulfield, wyrzucony zostaje z uczelni z powodu braku pokory, a następnie jak Salinger wzięty do wojska, trafia koniec końców do Korei, bo mamy 1951 rok...

Toż to spleciona w jedną biografię  historia pisarza Jeroma Davida Salingera i jednocześnie bohatera jego powieści - Holdena Caulfielda. Napisana pod koniec życia Rotha - w 2008 roku – wygląda mi na pisarski hołd dla Salingera i dzieła jego życia.

niedziela, 15 grudnia 2013

Stare nowelki i opowiadania ratują mię




Guy de Maupassant Naszyjnik
Antoni Czechow Człowiek w futerale
Erskine Caldwell Dzikie kwiaty
Edgar Allan Poe Złoty żuk

W zeszłym tygodniu miałam pod opieką moją teściową, która cierpi na średniozaawansowanego  alzheimera. Jest to na tyle wyczerpujące doświadczenie, zużywające mnóstwo zasobów, że aż nie chce się czytać. Poratowały mnie niewielkie tomiki z serii Koliber Książki i Wiedzy. Znalazłam je na półkach w pokoju teściowej, postawione tam bezładnie w trakcie przeprowadzania jej do nas. 


Babcia Zosia, choć nadal zachowała umiejętność czytania i liczenia, nie rozpoznaje już ani  autorów, ani tytułów. Niegdyś uwielbiany Mickiewicz to teraz nic nieznaczące nazwisko. Mój pomysł, że teściowa prędzej się u nas zadomowi i poczuje lepiej wśród książek ze swojej przez lata gromadzonej biblioteczki okazał się iluzją, bo teściowa nie wie już nie tylko, kto to taki Kasprowicz, ale i kim ja jestem... 

Niemniej książeczki ze ślicznym znakiem graficznym kolibra na okładce wpadły mi w ręce. Przeczytałam cztery pierwsze z brzegu. Wydane w małym formacie (A6) w roku 1968 i 1969. W lekko usztywnionych okładkach z matowym, dziś całkowicie pożółkłym papierem klasy VII w środku. Zszyte zszywaczem. Wydane w ogromnych nakładach powyżej 100 tysięcy w cenie równo 4 złote. To były czasy...

Opowiadania i nowele. Mistrzowskie. 



Poe - to opowiadanie quasi kryminalne. W swoim czasie, będąc młodą dziewczyną, czytałam sporo Poe. Ostatnio znowu kupiłam - już nowe  - wydanie jego opowiadań. Duża przerwa, w czasie której myślałam o nim - staroświecki. Teraz znowu myślę - nowoczesny, w wielką ponadczasową wyobraźnią, jedyny w swoim rodzaju, prekursorski. A że jego bohaterowie piszą sympatycznym atramentem na pergaminie, przerażają ich czaszki i ekscytują ich skarby piratów? To znak jego czasów. Czyta się go z zapartym tchem. To chyba rytm opowiadania i mroczny klimat sprawiają, że mnie porusza. Dostarcza jakiejś - zapewne dla wielu dziwacznej  przyjemności - bycia sam na sam z geniuszem, który wyprzedzał swój czas. Znowu dostrzegam, że Poe się nie starzeje.




Czechow i Maupassant - niemal równolatkowie. Mistrzowie kąśliwej ironii, kreślenia charakterów chciwych i głupich ludzi, którzy z powodu dbałości o pozory gotowi są na wszystko. Życie ludzkie jako walka o hierarchię w stadzie - to ich temat. Kołtuneria mieszczańska jako krańcowe stadium degeneracji naszego gatunku. Bigoteria, zatrzaśnięcie w futerale konwenasów, strach przed spontanicznością... Myślicie, że to się skończyło? Że nikt już nie mówi innym, jak maja żyć i co mają robić, że by zadowolić innych? Może juz nie władzę (jak to drzewiej w Rosji bywało), ale świat pseudoautorytetów. Jednym słowem rzecz jest o konformistycznej naturze człowieka. 
Co prawda my wiemy, że im głebiej w XX wiek, tym będzie gorzej. Potrzeba tylko, żeby narodził się Adolf Hitler. Więc wybaczmy Czechowowi i Maupassantowi, że potępiali skostnienie mieszczańskie. Mieli szczęście umrzeć przed wojnami światowymi. No, i kiedy Czechow ujmuje w słowa ciemną noc na rosyjskiej prowincji, wyć mi się chce z tęskonoty do tych dźwięków i zapachów.




Caldwell - jego powściągliwa proza opisująca nędzę Murzynów na amerykańskim Południu przed i tuż po abolicji, kiedy jeszcze mieli mniej praw niż przedrożne psy, jest na miarę naszego Janka Muzykanta. Czyli jest to najwyższy w swojej klasie poziom. Serce boli, dusza krzyczy na tę niesprawieliwość. Do tego dokucza świadomość, że nawet teraz gdzieś na świecie jakieś dziecko właśnie umiera z głodu.


Przede mną jeszcze kilka tomików Kolibra z biblioteczki Zofii - tym razem juz póżniejsze wydania. Jeszcze kilka spotkań z prozą najwyższych lotów ujętych w pigułce.




__________________
Czytamy serie wydawnicze...
Z biblioteczki Zofii


czwartek, 29 sierpnia 2013

Kurt Vonnegut „Kocia kołyska”

Kurt Vonnegut Kocia kołyska

<Dobra książka to po prostu uwspółcześniona wersja Biblii."> 

Powiedział to Vonnegut zapytany o receptę na dobrą powieść. A zanim to powiedział dobrze się zastanowił. Po czym zrealizował to, nawet kilka razy. I pomyśleć, że ja dopiero teraz, mając niemal 50 lat,  zaczęłam go czytać… Oj, bardziej niż zwykle żałuję czasu zmarnowanego na czytanie jakichś głupot.

Kocia kołyska - czy to nie dziwny tytuł? Dziwny, śmieszny i trochę straszny jednocześnie. Choć nazwa ta powinna budzić przyjemne skojarzenia, bo to po prostu znana wszystkim zabawa w przekładanie nitki zaczepionej o palce. Prosta, twórcza i niegroźna. Jednak u Vonneguta nabiera ona złowrogiego znaczenia. Symbolizuje wszystkie te kłamstwa, w które człowiek dobrowolnie chce wierzyć. Przecież te nitki to nie jest tak naprawdę kołyska… Nie ma tam żadnego kota…. My tylko tak się umawiamy. I o tym, na jakie straszne rzeczy umawiają się ludzie, jest cała ta historia.

Dobra to jest powieść, oj dobra, i mocna. A poznać to można m.in. po tym, że nie można jej streścić. To znaczy można próbować spisać po kolei wydarzenia (prawdopodobne, a po chwili zupełnie fantastyczne), opisując bohaterów (zwyczajnych, a po chwili kompletnie dziwnych), a nawet próbować ująć w jednym zdaniu, o czym to jest. No, oczywiście jest to o dobru i złu, o czymże by innym?

Tylko, że to jest jak lizanie loda przez szybę. Wartość tej groteski-thrillera-komedii i przypowieści antropologicznej  w jednym jest ukryta dokładnie tam, gdzie powinna być, czyli między słowami. W interakcji tych słów Vonneguta z mózgiem i wrażliwością czytelnika.

Zabawne, że kiedy zajrzałam do internetu, żeby sprawdzić datę pierwszego wydania Kołyski (1963), zobaczyłam, że uważa się ją za powieść science-fiction. Że co? Przecież ona jest mniej więcej tak bardzo sf jak baśń Andersena o Królowej Śniegu. Obie te dzieła mają nawet wspólny motyw: tajemniczego czegoś, co wywołuje zamarzanie ludzi... Podobnie sf jest też sama Biblia - kolejne dzieło, do ktorego Vonnegut chętnie się odwołuje...

Jak widać, Kocia kołyska to literatura, która przynosi wiele zaskoczeń i ma tyle interpretacji, ilu czytelników. To sprawia, że jednocześnie łatwo i trudno o niej pisać. Ja sama napisałam początkowo wielostronicowy elabotrat, tak się nakręciłam po jej przeczytaniu. To, co widzicie przed sobą, to zaledwie wyimek moich kłębiących się po Kołysce myśli :)

W zakładce Z półki 2013 napisałam  o Kociej kołysce w skrócie: 
Brawurowa powieść z 1963, która stała się manifestem pacyfistycznym pokolenia. Opowiada w tonie buffo o zagładzie ludzkości. Lód-9 sprawi pewnego dnia, że wszystko, co zawiera wodę, skamienieje.  Po drodze poznamy plejadę dziwacznych postaci, z młodym, nieudolnym, acz sympatycznym dziennikarzem na czele. Dziwne są to postaci, dziwne miejsca, dziwne sytuacje, nie na tyle jednak, żeby nie mogly się pojawić w naszym codziennym życiu tu i teraz... Będziemy z przerażeniem i jednocześnie śmiechem obserwować niespodziewany rozwój sytuacji biorący się z niefrasobliwości i braku moralności u naukowców, żądzy władzy polityków i nieludzkiej bezmyślności wojskowych, które my, szarzy zjadacze chleba chętnie bezrefleksyjnie aprobujemy, bo jesteśmy zbyt zaabsorbowani swoją głupotą. Książka, która nie pozwala zasnąć.

Reszta postu jest dla takich maniaków, jak ja :) Pozostałych proszę o nieczytanie.

Już Wam zdradziłam, że jednym z głównych wątków Kociej kołyski jest bomba atomowa i w ogóle zagłada ludzkości. Kto ponosi odpowiedzialność za broń masowego rażenia? Naukowcy? Politycy? Wojsko? Pasywni obywatele? Po co, tak naprawdę, człowiekowi broń zabijająca masowo? Co zdecyduje o jej powstaniu? O jej użyciu? Czy są to świadome decyzje? Może splot okoliczności, na którego początku jest zawsze ludzka głupota? Jak można coś takiego w ogóle zrobić i dlaczego tak łatwo?

Zrozumiałe, że pytania te były aktualne w latach powojennych, po Hiroszimie i Nagasaki. Ale, zgodnie z diagnozą Vonneguta o odwiecznej głupocie gatunku ludzkiego i niezdolności do uczenia się na swoich błędach, są aktualne także w 2013, kiedy ktoś w Syrii (czy kiedykolwiek dowiemy się kto?) morduje cywilów sarinem!

Czytam, to co napisałam i widzę, że można by sobie pomyśleć, że Kocia kołyska to jakiś filozoficzny traktat o potrzebie pokoju na świecie. Nic tego. Książka nie ma w sobie nic z powagi, której można by oczekiwać! Traktuje jednak o śmiertelnie ważnych kwestiach pomimo żartobliwego tonu i zupełnie fantastycznych, wręcz absurdalnych, pomysłów fabularnych.

Np. Co myśleli o swojej odpowiedzialności za bombę uczestnicy projektu Manhattan? Jak to pokazać krótko i dowcipnie?
Vonnegut robi to tak: Bohaterem opowieści czyni dziennikarza podążającego śladem jednego z twórców bomby atomowej. Ten dociera do jego dzieci. I oto czytamy wspomnienia syna tegoż naukowca, zresztą karła o talentach malarskich:

<Czy zna Pan na przykład anegdotę o pierwszej próbie z bombą w Alamogordo? Po wybuchu, kiedy stało się jasne, że Ameryka jest w stanie jedną bombą znieść z powierzchni ziemi całe miasto, jeden z uczonych zwrócił się do ojca ze słowami:
- Od dzisiaj nauka wie, co to grzech.
I wie Pan, co na to ojciec? Spytał: <<Co to jest grzech?>>

Takich akapitów o sile aforyzmu jest u Vonneguta mnóstwo. Jest genialny pod tym względem. To on jest autorem m.in. zdania, że <Gdyby Bóg żył w dzisiejszych czasach, to byłby ateistą.> Takich zdań, ktore zasiedlają pamięć czytelnika, napisał więcej :) Tak naprawdę to każdy króciutki rozdział Kociej kołyski wart byłby długiej i wnikliwej analizy. 

Muszę kończyć. Kocia kołyska jest dla mnie książką szalenie inspirującą i zmuszającą do myślenia, przede wszystkim o naturze ludzkiej. Dlaczego walczymy o władzę, toczymy wojny, zabijamy innych i siebie? W imię abstrakcyjnych idei, które są tak samo realne (lub tak samo umowne) jak tytułowa kocia kołyska. To straszna świadomość. Natura wyposażyła jednak człowieka w śmiech i ironię. One przynoszą ulgę. I to właśnie Vonnegut nam serwuje: straszną prawdę o nas samych skrywaną pod maską śmiechu.

PS. Sięgnęłam po Vonneguta dzięki cytatowi na blogu Zbyszekspira. Tamten tekst o pisaniu wydał mi się tak brawurowy i szczery, że nie mogłam o nim zapomnieć. Dzięki!
 ____________________________________________
Czytamy serie wydawnicze...
Z literą w tle [litera V]
Z półki

Książka pochodzi ze wspaniałej serii Kolekcja Gazety Wyborczej XX wiek. Prawdziwym wyzwaniem byłoby przeczytać wszytkie pozycje z tej serii. Sporo mi ich jeszcze zostało:

Imię róży (Eco Umberto) (tom: 1)
Lolita (Nabokov Vladimir (pseud. Sirin W.)) (tom: 2)
Na Zachodzie bez zmian (Remarque Erich Maria (właśc. Remark Erich Paul)) (tom: 3)
Mistrz i Małgorzata (Bułhakow Michaił (Bułhakow Michał)) (tom: 4)
Sztukmistrz z Lublina (Singer Isaac Bashevis) (tom: 5)
Blaszany bębenek (Grass Günter) (tom: 6)
Pożegnanie z Afryką (Blixen Karen (pseud. Dinesen Isak lub Andrézel Pierre)) (tom: 7)
Tortilla Flat (Steinbeck John) (tom: 8)
Dziesięciu Murzynków (Christie Agatha (pseud. Westmacott Mary)) (tom: 9)
Ja, Klaudiusz (Graves Robert) (tom: 10)
Działa Nawarony (MacLean Alistair (pseud. Stuart Ian)) (tom: 11)
W stronę Swanna (Proust Marcel) (tom: 12)
Śniadanie u Tiffany'ego (Capote Truman (właśc. Streckfus Persons Truman)) (tom: 13)
Kocia kołyska (Vonnegut Kurt (Vonnegut Kurt Jr)) (tom: 14)

Gra w klasy (Cortázar Julio) (tom: 15)
Zniewolony umysł (Miłosz Czesław) (tom: 16)
Dżuma (Camus Albert) (tom: 17)

Miasto i psy (Vargas Llosa Mario) (tom: 18)
Rok 1984 (Orwell George (właśc. Blair Eric Arthur)) (tom: 19)
Kroniki marsjańskie (Bradbury Ray (Bradbury Raymond Douglas)) (tom: 20)

Opowiadania (Iwaszkiewicz Jarosław) (tom: 21)
Absalomie, Absalomie... (Faulkner William) (tom: 22)
Proces (Kafka Franz) (tom: 23)
Sedno sprawy (Greene Graham) (tom: 24)
Cesarz (Kapuściński Ryszard) (tom: 25)

Obietnica poranka (Gary Romain (właśc. Kacew Roman, pseud. Ajar Émile)) (tom: 26)
Pociągi pod specjalnym nadzorem (Hrabal Bohumil) (tom: 27)
Postrzyżyny (Hrabal Bohumil) (tom: 27)
Oddział chorych na raka (Sołżenicyn Aleksander) (tom: 28)

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Co ma wybuch wulkanu do literatury?

Dzisiaj poczytałam sobie dodatek GW AleHistoria. W artykule Rok czerwonego śniegu Sebastian Duda pisze o  zaskakujących następstwach wybuchu wulkanu na indonezyjskiej wyspie Sumbawa w 1815 r. 

Mowa jest o anomaliach pogodowych w 1816 roku: mrozach w Europie w czerwcu, śniegu w sierpniu i czerwonych mgłach nad Nowym Jorkiem.

Ale przeczytałam tam też historię o tym,jak to w 1816 roku lordowi Byronowi przebywającemu w Szwajcarii ogromnie owe anomalie pogodowe dokuczały. Zimno i ciągly deszcz zmusiły go do przesiadywania w domu. Z nudów zaprosił wówczas,oprócz swojego lekarza J. W.Polidoriego, także Percy'ego Shelleya i jego narzeczoną Mary Wollstonecraft Godwin. Zabawiali się oni wymyślaniem historii z kategorii tych mrożących krew w żyłach. I tak powstał "Frankenstein, czyli nowy Prometeusz" autorstwa Mary Shelley oraz zapoczątkowany został nurt powieści gotyckiej z wampirami w roli głównej autorstwa J.W. Polidoriego. 

Czytam na koniec: Dzieła Mary Shelley i Johna Polidoriego są pewnie najtrwalszym w kulturze śladem feralnego "roku bez lata".

Literatura jest ważna. Jakość literatury się liczy. To mówi nam historia.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Na kotwicy - "Moby Dick"

Herman Melville Moby Dick czyli biały wieloryb

Trzeba powiedzieć wprost: gdybym musiała przeczytać Moby Dicka od pierwszej do ostatniej strony, to chyba bym się pocięła. Ale na wyrywki, przeskakując, wracając i skanując tekst, dałam radę. I podtrzymuję tezę, że trzeba wiedzieć, kto zacz ten Moby Dick.

Na czym polega mój problem z tą nowatorską na swoje czasy powieścią? Na nadmiarze. Autor powieści pomyślał o wszystkim. Na szczęście także o krótkich rozdziałach :) I podjął wysiłek, żeby o każdej kwestii, która przyszła mu do głowy, napisać. Duża sprawa dla samouka, którym był. Napisał o wszystkim, o czym wiedział, co zasłyszał (inspiracją była tragedia statku wielorybniczego Essex), a czego mu brakowało do pełni obrazu, wymyślił (wieloryb odgyzający nogę?). 

Starał się też objąć swoją uwagą jak największą ilość zdarzeń, zjawisk, ludzi, charakterów, losów. A następnie wszystko to jakoś powiązać z wielorybami lub w ostateczności rekinami. I Biblią. I ująć w piękne słowa. Raz przyjętej symbolice pozostał wierny do końca. Czyli to jest o wielorybach i ludziach, a dokładnie o polowaniu na wieloryby (które Melville znał z autopsji) ujętego jako alegoria walki dobra ze złem. Także walki człowieka z naturą. Drugim głównym bohaterem Moby Dicka jest na poły mityczna społeczność wielorybnicza  z Nantucket - przeniesiona na morze nie przestaje być skonfliktowana. Trzecim - ogarnięty obłędem kapitan Ahab. Czyli mamy też człowieka w sytuacji skrajnej. Natura, społeczność i człowiek. Od ogółu do szczegółu. Komplet.


Moby Dick pisany w połowie XIX wieku jako majstersztyk sztuki piśmienniczej musiał zadziwić. Chyba nikt czegoś takiego wcześniej nie skonstruował... Zadziwił i mnie w XXI wieku. 

Jak można pisać książkę w nadziei, że zdoła się poruszyć każdą  ważną kwestię, jaka stanęła przed człowiekiem w historii jego dziejów, biorąc za jej początek czasy biblijne? A wyraźnie takie zadanie postawił sobie Herman Melville. Powieść totalna, tak to się teraz mówi. Łącząca  sobie wszystkie możliwe gatunki,  łącznie z nieistniejącymi przypisami do nieistniejących ksiąg. Tak, on zastosował ten ulubiony chwyt borgesowsko-cortazarowsko-ecowsko-bolanowski już w 1850 roku!

Niestety. Wszechobecna w tej księdze poetyka nadmiaru zupełnie mi  jednak nie smakowała. Czytam wielce precyzyjne opisy nabijania na harpuny poszczególnych sztuk w wielorybim stadzie. Cieszę się, że ostatnie tchnienie niektórych z nich nie pozostawia obojętnym nawet dziewiętnastowiecznego  narratora, choć przemysłowy połów był wówczas - i jest w tej książce - aprobowany bez zastrzeżeń.  Obecnie pewnie inaczej byśmy widzieli rozkład sił zła i dobra. I raczej nie wieloryb (Lewiatan) by nam posłużył jako odwieczny symbol zła... 


Potem czytam esej o bieli w rozdziale Białość wieloryba. Jestem zaskoczona i doceniam tę próbę intelektualnych rozważań nad symboliką barwy, wplecioną w opis rzeźniczej działalności ludzi na statkach. Patrzmy dalej. Obłęd Ahaba jest... nieciekawy. Nie porusza. Może dlatego, że nazwany wprost nie niesie tajemnicy? A inne postaci? No cóż, paleta charakterów jest zaiste imponująca, ale głównie dla literaturoznawcy. 

Udane – zaskakujące i ujęte w piękne słowa –  jest szczęśliwe zakończenie, kiedy to tratwa ratunkowa  wyskakuje niczym korek z wiru wciągającego statek bohatera w morskie odmęty. Ale na podziwie skończyć się musi. Brak we mnie współbrzmienia. Może w innym momencie mojego życia?

Bo ja jestem zanurzona we współczesności. Moja wrażliwość nakierowana jest na brak, niedopowiedzenie, sugestię zaledwie, prostotę. Wczoraj oglądałam obraz Rothko – malowany czarną farbą na czarnym tle. Malarstwo toralne. Tylko tyle i aż tyle. Ja to odczułam. Ja w to się zagłębiłam. Wszystkie słowa Melvilla, cały ten sztuczny gwar, przymus dopisania jeszcze jednej strony w nadziei skatagolowania wszelkich objawów życia jest dla mnie dziś nie do przyjęcia. Nie dziś.

Rothko Chapel, Houston

___________________________

Wyzwania:
Czytamy serie wydawnicze... Kolekcja Gazety Wyborczej: XIX wiek [AGORA]
Trójka e-pik (powieść, której jednym z głównych bohaterów jest zwierzę)

sobota, 3 sierpnia 2013

Co pani, czyta pani o wielorybach?

A przecież jakieś znaczenie musi się kryć we wszystkich rzeczach, gdyż inaczej wszystkie one byłyby mało warte, zaś cały ten krągły świat – jedynie pustą cyfrą, chyba żeby go sprzedawać na wzory dla zasypania bagien na Mlecznej Drodze, podobnie jak się sprzedaje wzgórza w pobliżu Bostonu.
Herman Melville "Moby Dick"
Wchodzę do biblioteki gminnej. O, widzę okres urlopowy... Sama szefowa wydaje książki...
- Dzień dobry, czy macie "Moby Dicka"?
- "Moby..." co? 
?!
- "Moby Dick" Melvilla?
- Nigdy nie słyszałam...? A co to jest?
Pytanie niby proste, ale jakoś trudne...
- Wie pani, klasyka dziewiętnastowieczna...
- Eee, tego to u nas nikt nie czyta... Zaraz sprawdzę w komputerze. O, proszę... Jest!
Pani kierowniczka idzie między półki. Słyszę głos i prawie widzę, jak kiwa głową...
- No tak, nikt tego u nas nigdy nie wypożyczał... 
Wraca do biurka i czyta:
- "Moby Dick czyli biały wieloryb". Co pani, czyta pani o wielorybach?! U nas nikt takich rzeczy nie czyta.
Zaczynam się więc tłumaczyć:
- Czasami czytam klasykę. Ale to nie jest tylko o wielorybie...
Na szczęście pani Małgosia mi odpuszcza.
- Taaak, u nas nikt  tego jeszcze nie czytał. Pani patrzy, to jest z tej serii Gazety Wyborczej. Mamy ją całą. Jakiś bank nam ją podarował. Ale wie pani, toto można teraz za grosze kupić. Nikt tego nie czyta, proszę pani. 
- To macie całą tę serię? Cieszę się. Dziękuję! 
I myślę sobie, co na to klasycy? Chyba:
<I wtedy ona zaniosła się pustym śmiechem...>


piątek, 3 maja 2013

Joe Alex "Jesteś tylko diabłem" - wspomnienie dobrego stylu

Joe Alex (Maciej Słomczyński) Jesteś tylko diabłem

Ach, jak przyjemnie!
Jak można się nudzić,
Jak można marudzić,
Że świat jest smutny, że jest źle,
Nie rozumiem, nie.
Jak można faktycznie
Na świecie jest ślicznie.
Niech ten co gdera, przyjdzie tu,
A ja powiem mu tak:
Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal,
Gdy szumi, szumi woda i płynie sobie w dal…

…Śpiewała Grossówna i Andrzejewska w filmie „Zapomniana melodia”...


Może to trochę dziwne, ale przeczytany przeze mnie po raz n-ty  kryminał Joe Alexa Jesteś tylko diabłem skojarzył mi się właśnie z tym przebojem… Może to przez majówkę :), a może dlatego, że ta wydana w 1960 r., kolejna z serii powieści Joe Alexa vel Macieja Słomczyńskiego ma wszelkie cechy przedwojennego kryminału - eleganckiej, uroczej i cudownie konwencjonalnej ramotki.

Dla czytelników młodszego pokolenia, którzy nie znają powieści z Joe Alexem jako głównym bohaterem – a wiem, że są tacy, bo czytam, że trudno o polskiego autora kryminałów na literę A -  dodam tylko, że POLECAM Joe Alexa!

Świetnie skonstruowana opowieść z wyrazistymi bohaterami, z godnym podziwu i pełnym uroku i seksapilu detektywem, męską przyjaźnią w tle i tajemniczymi wydarzeniami, przy którym musimy nieco wysilić mózgownicę – czegóż chcieć więcej... A do tego dobra polszczyzna, urok angielskiej prowincji, spora dawka ciekawostek z zakresu demonologii i polowań na czarownice oraz, co najważniejsze, inteligentna ironia autora. Joe Alex,  podobnie jak Maciej Słomczyński, był autorem bardzo poczytnych i dochodowych powieści kryminalnych nieco z przypadku. Joe Alex w Jesteś tylko diabłem zwierza się:  "Piszę kryminały, ale ich nie-na-widzę!" Bo jeśli Joe Alex miał ambicje być naukowcem, ekspertem w jakiejś dziedzinie, tak Słomczyński poświęcił życie na przetłumaczenie wszystkich dzieł Szekspira, a na dodatek Ulissesa Joyce’a.

Do jakiegoś momentu był jedynym tak zaawansowanym tłumaczem szekspirowskim. Teraz, kiedy mamy tłumaczenia Barańczaka (25 z 36 dramatów), Jerzego S. Sito (7) wypadałoby sprawdzić, przez porównanie choćby wyrywkowe, czy to prawda, że tłumaczenia Słomczyńskiego „pozbawione są jakiekolwiek wartości artystycznej” (cytat z Wikipedii). 

Bo autorem kryminałów był Słomczyński świetnym! Szkoda tylko, że nie lubił siebie w tej roli…

A teraz bawmy się!



__________________ 
Wyzwania: Z literą w tle oraz Trójka e-pik (kryminał polskiego autora)

czwartek, 25 kwietnia 2013

...ach, ta ironia i luz - Gombrowicz "Ferdydurke"


Witold Gombrowicz Ferdydurke

Po 11 dniach pracy bez dnia przerwy mam wreszcie wolne! Zasiadam więc i nadrabiam wpisy na blogu :) Na pierwszy ogień idzie Gombrowicz... 

Dotąd znałam Ferdydurke mniej więcej tak jak moja córka – tegoroczna maturzystka – we fragmentach, czyli… wcale. Ale nie ma tego złego... (a mam tu na myśli maturę córki), bo ostatnio z powodu tejże przerabiałyśmy podręcznik poetyki. Dzięki temu przypomniałam sobie to, co umiałam w jej wieku i proszę, znowu rozróżniam metonimię, peryfrazę, a parenteza tak mi się spodobała, że zaczęłam ją stosować w moich wpisach na blogu.

Ale ja nie o tym, tylko o ironii. Ironia wg Zarysu poetyki to typ metaforycznego ujęcia rzeczywistości polegający na przypisywaniu przedmiotom bądż osobom, o ktorych się mówi, cech absolutnie im obcych badź przeciwnych.Tak jak w powiedzeniu o Pałacu Kultury i Nauki, że jest „mały, ale gustowny”. Jest to rodzaj gry z czytelnikiem. Jej funkcją jest nadanie "charakteru" tekstowi, wskazanie na złożoność, niejednoznaczność treści, danie do myślenia, zaczepka intelektualna. Ironia jako środek stylistyczny jakoś tak... wyjątkowo pasuje do naszych dziwnych czasów, w których nic nie jest takie, jakie się wydaje...

I tak wyposażona w wiedzę, wzięłam się  wreszcie za Gombrowicza. Przy okazji wspomnę, że moja nieznajomość z 'Jaśniepaniczem' polskiej literatury wynika z faktu, że w czasach mojej młodości Gombrowicz był nieobecny w oficjalnym obiegu literackim w Polsce. Od 1957 był częściowo (poza dramatami) niepublikowany w Polsce, a od 1963 aż do 1986 zakazano go całkowicie. Nie wolno było go drukować, wspominać go, ani go cytować. Wszelkie próby obejścia tego zakazu kończyły się ingerencją urzędu cenzorskiego. Sito było na tyle gęste, że skończyłam studia (w 1987 r.), znając Gombrowicza jedynie w urywkach z jakiś kopii odbitych na powielaczu. [To napisałam dla mojej córki, gdyby przypadkiem coś przygnało ją na stronę mojego bloga :) Pozdrawiam Cię córko i życzę Ci zdania wspomnianego, jakże cudownie pomyślanego, egzaminu dojrzałości…. Jak widzicie ironia jest zaraźliwa!].

I wreszcie  w 2013 r. przyszedł czas dla mnie i Gombrowicza! I co się okazało? 

Wszystko wskazuje na to, że to właśnie ironiczny stosunek do świata sprawia, że pasuje mi pisarstwo Gombrowicza, ale także Rudnickiego czy Karpowicza, jego dalekich naśladowców. Mam na myśli oczywiście  ich postawę pisarską. O tym, że Gombrowicz uważany był za kontrowersyjnego pisarza, powszechnie wiadomo. Ale dlaczego? Bo się buntował przeciw konwenansom i konwencjom, drażnił, sprzeciwiał się wciskaniu w ramy zachowań i poglądów utrwalonych z pokolenia na pokolenie. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że walczył z każdą próbą „sformatowania”. Także na polu pisarskim, próbował przełamywać tradycyjne formy i gatunki. W Ferdydurke prześmiewał się z typowej powieści w stylu „wspomnienia z lat szkolnych”, z powieści „ z biegiem lat, z biegiem dni”, a w końcu z sentymentalnej „powieści dworkowej” w stylu Rodziewiczówny. 

Racja była po jego – prekursora – stronie. Gatunki te przestały nagle pasować do problemów, które chciałby wyrazić ktoś taki jaki Gombrowicz - młody, bystry chłopak widzący świat ostro jak brzytwa... Czegoś tym starym gatunkom brakowało... Może odpowiedniej dozy niejednoznaczności i niejasności? Czegoś, co wisiało w powietrzu już w latach 30. XX wieku. Tradycyjna powieść nie była dłużej w stanie opowiadać o świecie współczesnym. Gombrowicz to w Ferdydurke zasygnalizował.

Jego nowoczesność wyrażała się też w autotematyczności. Jako jeden z pierwszych na gruncie polskim uczynił swoją osobę i swoje dylematy tematem głównym swoich utworów. Z naszej, dzisiejszej perspektywy widać doskonale, że Gombrowicz niczym ‘trendsetter” przedstawia w swoich utworach zjawiska, które już niedługo zdominują i świat i literaturę. A są to: niedojrzałość, egocentryzm, lęki egzystencjalne, poczucie bezsensu oraz obawa przed zaangażowaniem i odpowiedzialnością. Gombrowicz jest prekursorem odkrycia, że człowiek współczesny pozostaje egoistycznym dzieckiem w świecie, świecie którego nie aprobuje, który wyśmiewa, ale od którego żąda ciągłego zainteresowania, a nawet uznania.

Na koniec słowo o Klubie Ferdydurkistek. Dowiedziałam się o jego istnieniu, czytając o Iwaszkiewiczu w „Pra.” Ludwiki Włodek. Córki Iwaszkiewicza jako nastolatki dały się uwieść Gombrowiczowi (sam Iwaszkiewicz też był jego admiratorem). Wymyśliły tajny Klub Ferdydurkistek z tajnym językiem. Opierał się on na ulubionej przez pana G. grze słów, chytrze wykorzystującej mechanizm ironii, a więc mówienia jednego, żeby przemycić coś wręcz przeciwnego. Kiedy chciały spotkać się w nocy dworze za domem, mówiły: „Omińmy się w domu w ciągu dnia.” „ Nie mów o niczym ojcu” to rzecz jasna „Powiedz wszystko matce”.

Ot, taka zmyłka, żeby wreszcie było ciekawie. I żeby wszystko było odrobinę mniej banalne.



___________________
 Z literą w tle

środa, 20 lutego 2013

...niełatwo wyjaśnić, skąd brało się zaczadzenie komunizmem



Czesław Miłosz Zniewolony umysł

Przeczytałam właśnie klasyczny, wręcz legendarny esej Miłosza o uległości intelektualistów wobec socrealizmu w Polsce wczesnych lat 50. XX wieku. Sam autor używa tu analogii z niewolnictwem, poddaństwem umysłowym wobec dialektyki marksistowskiej (zwanej przez niego Metodą) i wobec obyczajowości, stylu funkcjonowania w fałszywej uległości wobec idei stalinowskich, zwanych przez Miłosza (za Gobineau) Ketmanem.

Obszerny, bo 150-stronicowy, esej Miłosza jest jednym z najsłynniejszych tekstów o jednoznacznym wydźwięku antykomunistycznym napisanych tuż po II wojnie przez obywatela państwa znajdującego się pod dominacją sowiecką. Zniewolony umysł ukazał się równocześnie po angielsku, francusku, niemiecku i polsku (w paryskiej Kulturze) w 1953r. w momencie, w którym Miłosz podjął decyzję o pozostaniu na Zachodzie.

Stanowi, jak rozumiem, dzieło, którym Miłosz jednoznacznie zrywa z możliwością powrotu do ojczyzny. Odbieram to jako bardzo dramatyczny i odważny gest – bo rzeczywiście zatrzasnął za sobą drzwi, i rzeczywiście przez 40 lat był w Polsce autorem nieznanym, niedrukowanym, cenzurowano najmniejsze nawet aluzje do jego istnienia. Tak o tym pisze w 1953r.:
Jako poeta tylko w moim kraju miałem swoją publiczność i tylko tam mogłem publikować swoje utwory. […] Teraz jestem bezdomny.[…]

Jednocześnie Zniewolony umysł to tekst świadomie napisany dla czytelników zachodnich, nie Polaków. Jest to długi, obszerny, bardzo szczegółowy tekst dla intelektualistów, którzy o realsocjalizmie i ogólnie o życiu w Polsce nie wiedzą nic. Stąd liczne wtręty wyjaśniające szczegóły życia powojennego w Polsce: opisy literackiego życia przedwojennego, życia w okupowanej Warszawie - łapanek, życia w getcie, życia w gruzach już po wojnie, akademii ku czci, egzekutyw. Wydaje się, że Miłosz świadomie zdecydował się na taki poziom szczegółów, ponieważ znał z autopsji – jako pracownik ambasady Polskiej w Paryżu - niewiedzę ludzi Zachodu na temat realiów życia w naszym kraju. Niemniej czasami szedł w swojej trosce o czytelnika zachodniego zbyt daleko. Pisał np. o Gałczyńskim: 
Jechał dorożką (przed drugą wojną  światową ten sposób lokomocji ciągle jeszcze pospolity był w Warszawie). 
Pisząc w tym stylu, nie tylko gmatwa najprostsze opisy i pozwala sobie na setki dygresji – tak naprawdę bez znaczenia – ale więcej, pobrzmiewa, moim zdaniem,  zbytnią  uniżonością wobec cywilizacji Zachodu, a protekcjonalnością wobec rodaków, zwykłych zjadaczy kartofli. Wielokrotnie zresztą miałam wrażenie, że tekstowi bardzo brakuje selekcji treści, porządnej redakcji, która pozwoliłaby łatwiej uchwycić przesłanie tego eseju.

Oczywiście brzmi to trochę arogancko, bo mówimy o kultowym tekście Miłosza, niemniej nikt ode mnie nie oczekuje lektury na kolanach, prawda? Zniewolony umysł jest zresztą znany jako tekst kontrowersyjny. Dlatego też czytając go, chciałam przede wszystkim sama zrozumieć, dlaczego tak się o nim mówi? Jakiego typu kontrowersje mógł budzić?

I wiem już, że jest to tekst mocno zwichrowany. Jednocześnie odważny i bezkompromisowy  oraz  małostkowy i plotkarski. Jak to możliwe?

Ten tekst tak został pomyślany. Jako połączenie wywodu ogólnego i malowniczego szczegółu. Z jednej strony mamy tu więc rozprawę o wpływie marksizmu-leninizmu w jego odmianie stalinowskiej na państwo, system polityczny, kulturę, społeczeństwo, gospodarkę i literaturę, która musiała zacząć opiewać nie człowieka, jakim jest, tylko jakim „powinien być”. Ta Gra (dziś byśmy powiedzieli Matriks) nie może się powieść, bo jak Miłosz trafnie zauważa: 
Rzeczywistość sprawdza literaturę prędzej czy później. 
Fikcja życia oraz niespójność myślenia i czynów była chyba największą dolegliwością także dla samego Miłosza, i przyczyną jego ostatecznej, stosunkowo wczesnej, emigracji z Polski.

Z drugiej strony  Miłosz zdecydował się na zawarcie obok  polityczno-psychologiczno-socjologicznej eseistyki także czterech ‘analiz przypadku’, czyli biografii czterech pisarzy polskich, którzy stali się wyznawcami 'nowej wiary'. Inaczej mówiąc, napisał i wydał w kilku językach, cztery pamflety na swoich kolegów pisarzy, którzy zostali w kraju. Bohaterami tych pamfletów są Alfa – Jerzy Andrzejewski, Beta - Tadeusz Borowski, Gamma – Jerzy Putrament, Delta – Konstanty Ildefons Gałczyński.

Powiem Wam, że zabieg ten, unikatowy w charakterze, budzi we mnie naprawdę ambiwalentne uczucia. Bo, choć pisarze ci znani byli ze swojej proreżimowej postawy, to Miłoszowi nie przychodzi wcale z łatwością wykazanie ich zniewolenia, podczas, gdy wyjątkowo dobrze wychodzą mu zwykłe złośliwości, ataki ad personam i drwiny z nadmiernej łatwości w pisaniu (Gałczyński), nadmiernej trudności w pisaniu (Putrament i Andrzejewski), czy nadmiernej szczerości w pisaniu (Borowski). Kiedy to czytałam, to miałam częstokroć wrażenie, że niewiele to wnosi do analizy zniewolenia umysłów przez system socrealistyczny, co było deklarowanym celem autora. Wiele za to mówi o nim samym jako o pisarzu, czytelniku, koledze, człowieku z bardzo rozrośniętym ego i niskim autokrytycyzmem, niestety…

Po prostu trudno mi uwierzyć, że nominalny adresat tego tekstu – inteligent francuski czy amerykański -  przeczyta te kompromitujące informacje (np. o alkoholizmie tego czy owego) z zainteresowaniem i wyciągnie z tego sensowne wnioski… 
Tekst lepiej by wybrzmiał, gdyby pozbawiony był tych osobistych wynurzeń i ‘zanurzeń’ poniżej pewnego poziomu, moim zdaniem.

Wygląda na to, że Miłosz był wtedy zbyt podekscytowany swoim bohaterstwem, polegającym na ucieczce na Zachód, żeby uniknąć takiego pochopnego wytykania win żyjących, słabych ludzi. 
Wolałabym, żeby rozwinął wątek swojego uzależnienia od reżimu, swojego upadku w postaci przyjęcia posady w dyplomacji, aż po podniesienie się z niego i wybranie wolności wraz z ciężkim losem emigranta. Po prostu brakuje mi tu pisania o sobie i swoim własnym zaczadzeniu.  Historia osobista Miłosza opisana w Zniewolonym umyśle byłaby, wydaje mi się, po tysiąckroć ciekawsza niż jego wyzłośliwianie się nad dawnymi przyjaciółmi, którym jeszcze niedawno ściskał rękę. 

O sobie zaś pisał:
Nie moja to wina, że stworzyłeś mnie poetą i dałeś mi dar równoczesnego widzenia, co się dzieje w Nebrasce i Pradze, w krajach bałtyckich i na brzegach Oceanu Lodowatego. Czułem, że jeżeli czegoś z tym darem nie zrobię, wiersze moje będą dla mnie bez smaku, a sława obmierzła. Wybacz mi.

Wydaje się, że Miłosz już wtedy wyróżniał się pewnością siebie i pewnością swojego powołania. Z dzisiejszej perspektywy widać, że - na szczęście -  jego poezja i sposób, w jaki poprowadził resztę swojego życia, uzasadniły wzniosłość użytego przez niego tonu, w 1953 r. będącego chyba jednak trochę na wyrost.

Na koniec warto zwrócić uwagę na kilka konsekwencji wydania Zniewolonego umysłu. Była to bezcenna, bo czytana na Zachodzie rozprawa o socrealizmie. Pomimo swoich niedociągnięć pomogła ona otworzyć oczy wielu intelektualistom, szczególnie na ambiwalencję i fałsz życia intelektualnego wpisany w doktrynę sowiecką. Wielu pomogła nie dać się uwieść. Dla Polaków na emigracji był to akt odwagi i odcięcia się od czerwonej władzy Polski Ludowej. Jednocześnie dla wielu Polaków w kraju był to akt tchórzostwa Miłosza - był traktowany jako wynoszenie się ponad rodaków i ucieczka od prawdziwych problemów do luksusów emigracji (co jak wiemy, było złudzeniem). 
Zniewolony umysł jednak był czytany i wydaje się, że wiele spostrzeżeń Miłosza o wpływie propagandy na poszczególne warsty spoleczne, o roli robotników jako jedynej siły mogącej przeprowadzić zmiany w Polsce - był wręcz proroczy. Miłosz stawia też jasne oczekiwania intelektualistom, od których wymaga odrzucenia iluzji 'nowej wiary'. I sam stanowi tego najlepszy przykład. Dlatego o tym tekście mówi się, że był wnikliwie analizowany przez znaszą rodzimą opozycję w latach 60.  i 70.

Sam tytuł Zniewolony umysł  uważam za wyjątkowy. Wyszedł spod ręki poety i to się wyczuwa... Jest wspaniały, wymowny, symboliczny, nośny. Także poetycko piękny - przynajmniej w moim odczuciu. 
O tym, że tytuł  ten żyje swoim życiem, świadczą choćby książki nawiązujące do niego: np.  Stanisław Obirek pisze o Wyzwolonym umyśle. Andrzej Halicki analizuje Zniewolony umysł po latach. 
Korporacja ha!art wydała z kolei Zniewolony umysł 2 ze współczesnymi polskimi tekstami krytykującymi - dla odmiany - neoliberalizm.

W operze bydgoskiej możemy zobaczyć balet na postawie eseju Miłosza (premiera III 2011 r.).
_______________________
Wyzwanie Trójka e-pik (utwór z wątkiem niewolnictwa) oraz Z półki