Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 września 2014

Per Wahlöö 'Stalowy Skok'- katastrofa systemu


Per Wahlöö Stalowy Skok
wyd. Albatros, Opole 2013

Antysystemowa, katastroficzna powieść z krainy dobrobytu - Szwecji AD 1968.

Nie jest to kryminał, choć napisał ją Per Wahlöö, który zyskał sławę jako autor powieści kryminalnych. Co więcej, nie jest to kryminał, choć autor Stalowego Skoku jest wręcz ojcem skandynawskiej powieści kryminalnej, a dokładnie jej podgatunku zwanego 'kryminałem z życia policji".
Nie jest to kryminał, choć jest dedykowany matce tegoż podgatunku czyli Maj Sjöwall. Nie jest to kryminał, nawet pomimo tego, że głównym bohaterem książki jest komisarz policji Jensen. Nawet to, że trup ściele się tam gęsto i jest to związane z pewną zagadką, której rozwiązanie zaskoczy nas na końcu powieści, nie uczyni Stalowego Skoku kryminałem.

Maj Sjöwall i Per Wahlöö

Jest to powieść antysytemowa z gatunku dystopii wzorowanych na Orwellu.

Któregoś dnia Jensen, który jest regularnym jak zegarek człowiekiem dobrej roboty i raczej przypadkiem jest policjantem, musi opuścić kraj, żeby przejść przeszczep wątroby. (Czyżby wątki autobiograficzne? Per Wahloo zmarł z paierosemw ręku w wieku 49 lat...) Kiedy się ocknie po operacji, okaże się, że jego spokojny i grzeczny kraj zwariował. Establiszment padł, tak jak transport i telefony. W kraju panuje dziwna epidemia chrakteryzująca się m.in. fazą nienaturalnego podekscytowania i gwałtownych, emocjonalnych zachowań - dotychczas niespotykanych i źle widzanych w oazie spokoju i oboejętności, którą była dotąd Szwecja.

Jansen wraca do kraju i jako jeden z niewielu niezarażony bada sprawę. Atutem Jansena jest jego całkowity brak lęku i chyba też wyobraźni oraz uwewnętrznione przywiązanie do zasad praworządności. Etos pracy. Poczucie sensu z tym związane. On nie potrzebuje przełożonego, żeby dobrze wykonywać swoją robotę. Jensen po prostu inaczej nie potrafi. To nas w nim pociąga. To, że nie kuma, dlaczego pielęgniarka czasami płacze, to nas w nim odpycha. Na tej ambiwalencji autorzy oprą zresztą następne pokolenia powieściowych skandynawskich komisarzy policji.

Per  Wahlöö

Podsumowując, tematem powieści Wahloo z 1968 roku jest katastrofa systemu opartego na kłamstwach. Kłamstwie pozornego dobrobytu - opartego jednak na niesprawiedliwej dystrybucji dochodu narodowego. Opartego na fałszywej zgodzie światopoglądowej i zmanipulowanego zjednoczenia wokół pseudowartości, jaką jest konsumcja i nabywanie kolejnych dóbr. Ludzie na dole hierarchii traktowani są jako głupcy, którzy, działając pod wpływem konformizmu grupowego grzecznie pracują na luksusowe życie elit, podczas kiedy dla nich pozostają ochłapy w postaci mieszkania w blokach, papkowatego jedzenia bez wartości odżywczych dostarczanego z fabryk gdzieś daleko i sprzedawanych 'na tackach obciągniętych folią' oraz papki propagandowej w postaci reklam. Każda próba niepodporządkowania się jest surowo karana. Szczególnie karane jest też picie alkoholu, handel którym jest jednak promowany, bo przynosi duży dochód podatkowy państwu i jego elitom. Ludzie dali sobie wmowić, że nie potrzebują juz żadnych innych ideałów jak produktywność. Króluje apatia i obojetność. W każdym aspekcie życia najważniejsze są względy praktyczne: niskie koszty, wysoka zyskowność dla niewidocznych, odległych właścicieli.

Zadbano o jednostkę pod względem materialnym, ale ubezwlasnowolniowo ją pod względem duchowym. Polityka i społeczeństwo stały się czymś abstrakcyjnym, przestały dotyczyć jednostki. Żeby ludziom wszysko to wmówić, atakowano ich ocenzurowanymi bełkotem płynącym z radia, gazet i telewizji. Trwało to do momentu, gdy się udało ogłupić prawie cały naród, gdy ludzie pojęli, że mają mieszkanie, samochód, telewizję i są nieszczęśliwi. Że lepiej jest popełnić samobójstwo albo zapić się na śmierć, niż pracować.

Czy ta wizja nie porzypomina Wam czegoś?

Akcja Stalowy Skok koniec końców nie powiodła się. Sama obeność Jensena pomogła... Czy już wspomniałam, że to jest utopia?... Niektórzy pisali złośliwie, że to komunistyczna utopia... Choć ja powiedziałabym, że po prostu  z gruntu lewicowa i naiwna. Przenikliwa w analizie sytuacji, bezradna w proponowaniu rozwiązań.



sobota, 27 września 2014

'Niechciani' - serce raczej boli niż umiera z przerażenia

Yrsa Sigurdardottir Niechciani
wyd. MUZA SA 2014

Smutna i przejmująca powieść obyczajowa z Islandii. Pokazuje najbardziej charakterystyczne kłopoty społeczne, jakie niesie ze sobą skrajnie liberalna kultura wyspiarzy z północy w połączeniu z silnym państwem opiekuńczym. Alienację jednostek, słabość instytucji rodziny, dobrze ukryte wykorzystywanie slabszych, niską empatię, niechęć do angażowania się, polityczną poprawność na każdym kroku, pustkę i tęskonotę do silnych emocji i głębokich więzi. Oczywiście trzeba odjąć te kilka nadmiarowych trupów, które służą za sztafaż - niezbędny w dzisiejszych czasach, żeby książkę sprzedać.

Yrsa świetnie portretuje kobiety.  Doskonale znana jest wykreowana przez nią prawniczka Thora - trochę alter ego Yrsy (z jej inteligencją i zaradnością życiową oraz kilkunastoletnim synem z dzieckiem...).  W Niechcianych mamy kilka takich perełek. Prezentują znane wszystkim - i pod wszystkimi szerokościami geograficznymi - typy kobiece: kociaka, zrzędę, sumienną dziewczynę, bewolną kobietkę, wymagającą sekutnicę, pomocną istotę, która zlewa się z osobą, której pomaga, itd. Wszystko są napisane bardzo bardzo sprawnie - bez jednego przymiotnika. Postaci pokazane są wręcz wzorcowo dla prozy narracyjnej - tylko poprzez działanie okraszone minimalną dawką introspekcji.

Mężczyźni są tłem. Ich zachowanie wydaje mi się mniej zrozumiałe. Czasami jest tak autystyczne, że się wydaje niemożliwe. Czy naprawdę można być mężczyzną aż tak pozbawionym uczuć i refleksji?
Dziękuję Bogu, że nie ma takich w moim otoczeniu...
Być może naprawdę Islandczycy są uszkodzeni pod względem empatyczności. Brak dostępu do uczuć, umiejętności choćby ich nazwania oraz adekwatnego zachowania jest dla mnie zawsze szokującym obrazem. Mam nadzieję, że lekko przesadzonym.

Trzeba jednak oddać sprawiedliwość autorce, że w Niechcianych podejmuje także próbę skreślenia pozytywnego portretu  mężczyzny, mężczyzny zmieniającego się pod wpływem doświadczeń, angażującego się, mężczyznę otwierającego się na uczucie miłości do córki, na poczucie odpowiedzialności. Jednak i tak czegoś mu brak. Koniec końców jego zachowania okazują się nie tak racjonalne i zrozumiałe jak zachowania występujących w powieści kobiet. Czyli prawdę psychologiczną postaci męskich u Yrsy oceniam na czwórkę.

Zawsze z zadziwieniem czytam tez opisy islandzkich scenek obyczajowych. Ta obawa przed zadaniem najprostszego pytania o samopoczucie wynikająca z obawy, żeby nie zostać nazwanym intruzem... Bezpruderyjne podejście do seksu na jedną noc i to zarówno u mężczyzn, jak i  u kobiet... Pozbawiony wyrzutów sumienia stosunek do rozstania czy też rozwodu.... Upijanie się do nieprzytomności jako rutynowy sposób spędzania czasu.... Wczesna i często destrukcyjna samodzielność młodzieży.

Piękny jest ten kraj, Islandia - szczególnie dla kogoś lubiącego samotność i skaliste wybrzeże - czyli dla mnie :) Jednak samotność w tłumie musi tam doskwierać chyba kilka razy mocniej niż na łagodnych nizinach Mazowsza. A może się tylko pocieszam...


PS. Czytam Yrsę od jej pierwszych wydań polskich. Wtedy to zarzekano się, że wciąż pracuje na budowach jako inżynier. I chyba tak było na początku. Kiedy patrzy się na jej przemianę fizyczną, zmianę koloru włosów z mysiego na intensywnie ciemny, fryzury z przylizanej na luźne włosy z młodzieńczą, filuterną grzywką, wybielenie i wyprostowanie zębów, wygładzoną twarz, zgrabną sylwetkę, to szczególnie jej zazdroszczę :)  Potrafiła zrobić świetny użytek ze swojej popularności. I pomyśleć, że jest babcią od kilkunastu już lat...


poniedziałek, 30 września 2013

Kolejny punkt dla Nessera, tym razem "Punkt Borkmanna"

Hakan Nesser Punkt Borkmanna

Nesser wydawał swoje książki początkowo rok po roku. Tu mamy pozycję nr 2, z 1994. Piękne to były czasy. Urodziłam wtedy córkę na przykład :) 

A w książce? Nikt nie gada przez komórkę. Nikt nie siedzi w internecie. Policjanci rozrysowują problemy na tablicy. Wieczory spędzają, pijąc. Przestępca ukrywa się pod rondem kapelusza. Dzisiaj mężczyzna w kapeluszu wzbudziłby taką sensację, że zatrzymano by go za sam dziwaczny wygląd...

Po prostu czytadło. Intryga kryminalna wątlutka, ale jednak na końcu okazuje się, że nie cieniutka. Morderstwa dokonywane za pomocą topora rzeźnickiego są jednak tak mało prawdopodobne jak to, że pokrywa lodowa na Antarktydzie wróci do swojego stanu z 1994 roku.

Ale czyta się, bo trochę o samotności, trochę o ryzyku zdrady małżeńskiej, trochę o toksycznym stosunku do pracy zawodowej, skąd się to bierze... A inspektor Munster znowu wydał mi się ciekawszą postacią niż tytułowy Van Vetteren.

Poza tym znowu znalazło się kilka zdań, które mnie zatrzymały na chwilę. 

O morzu - rzecz dzieje się w portowym miasteczku nad Bałtykiem, ale dla ułatwienia dodam, że nie jest to Ustka :)
Czy po protu nad morzem trudniej było opanować wszystkie sprawy? Czy obecność tego szarego bezkresnego lustra oznaczała, że wszystko staje się niuchwytne, nie do ogarnięcia... (...) właśnie tutaj - na granicy między lądem, morzem i niebem - każda rzecz zyskuje prawdziwą wagę i znaczenie.

__________________________
Z literą w tle (N)
Z półki

środa, 25 września 2013

Kryminał w ramach walki ze stresem

Hakan Nesser Nieszczelna sieć

Zdarzyło się, że ostatnio osiągnęłam w skali stresu  SRRS Holmesa i Rahe'a chyba ze 300 punktów. W ciągu ostatnich 2 tygodni wszystko zmieniało się w moim życiu z taką szybkością i natężeniem, że określenie "jazda bez trzymanki" byłoby z pewnością zbyt mało wyrazistą metaforą, żeby to opisać... 

W efekcie nie jestem w stanie czytać nic trudniejszego. Potrzebuję prostej struktury. Czegoś nieskomplikowanego. Sięgnęłam więc po Szweda Hakana Nessera, którego kiedyś kupiłam, a teraz naszykowałam sobie pod kątem wyzwania z z literą N.
Jego książki z komisarzem Barbarottim były co prawda dość słabe, ale może nowa seria...? Czemu by nie spróbować? 

No, i nadało się jak znalazł. Jest to kryminał jak trzeba przewidywalny, bo eksploruje ulubione skandynawskie chwyty, ale jednocześnie dostarcza czegoś nowego: przyjemnie skonstruowanej postaci policjanta. Cóż ja zrobię, że po prostu lubię bystrych inspektorów? Glina z kryminału musi mieć w sobie coś pociągającego, żebym była stanie poświęcić mu uwagę. A policjantow idiotów to wystarczająco dobrze sportretowali Francuzi w filmie Taxi. Wydaje mi się, że tego nie da się przebić, a nawet nie trzeba tego robić :)

A co do tych stałych skandynawskich chwytów... Nieszczelna sieć została wydana po raz pierwszy w 1993 roku, a Mankell zaczął wydawać zaledwie dwa lata wcześniej. Czyli muszę pamiętać, że to, co odbieram jako oczywistość w 2013, było wtedy nowatorskie, a z pewnością nikt nie nazwałby tego "typowym dla skandynawskiego kryminału". Bądźmy sprawiedliwi.

Policjant. Mamy tu gościa o dużym doświadczeniu i szóstym zmyśle. Interesującego, jak na razie, wyłącznie jako specjalistę. Bez wyrazu jako mężczyznę. Jednak jestem przekonana, że postać ma potencjał i planuję przekonać się, jak rozwinie się pod piórem autora w kolejnych częściach cyklu. Miłe jest tez to, że akcja powieści odbywa się jeszce przed ekspansją telefonii komórkowej. To wielka ulga. Ludzie rozmawiają ze sobą jak ludzie. Całymi zdaniami. Często sensownymi, bo formułowanymi twarzą w twarz.

Mankamenetem jest zbyt duża przewidywalność fabuły. Także rażący błąd popełniony przez śledczych, zbyt łatwo dostrzegalny dla doświadczonego czytelnika kryminałów :) Niemal zabiło to we mnie chęć przeczytania książki do końca. I do tego niewiarygodna wręcz ilośc alkoholu wypijanego przez bohaterów powieści. Siedem butelek wina na raz? Nauczyciel? Filozofii? Ciekawe, ale już wiem, że jednak całkiem możliwe w tamtym rejonie świata... Podobnie jak możliwiość wyboru lektoratu suahili w gimnazjum...

Czasami, na szczęście rzadko - odpowiednio dla gatunku - zdarzało się autorowi wyjść poza konwencję. I tak na przykład przyjemnie było zobaczyć na piśmie taki tekst włożony w usta jednego ze współpracowników Van Veeterena (najbystrzejszego zresztą), Munstera:

Stopniowo ogarnęło go też to uczucie, które wcześniej albo później pojawiało się zawsze w czasie dochodzeń. (...) Chodziło o wyzwanie, które stanowiło sedno jego pracy. (...) Wszystko wskazuje na to, że będzie to cholernie trudny przypadek. Na jego rozwikłanie poświęcą tysiące godzin, a kiedy w końcu dojdą do celu, okaże się, że prawie wszystko, co w tej sprawie zrobili, było zupelnie niepotrzebne. Zorientują się, że gdyby zrobili w odpowiednim czasie to lub tamto, sprawę udałoby się rozwiązać w dwa dni zamiast w dwa miesiące.

Czyż  nie jest to dobra metafora tego, co nam się przydarza w ogóle? Gdybyśmy niekiedy zrobli to czy tamto, w odpowiednim czasie?
__________________________
Z literą w tle (N)
Z półki

niedziela, 25 sierpnia 2013

Kryminał – żart. „Pani komisarz nie znosi poezji” Georges Flipo

Georges Flipo „Pani komisarz nie znosi poezji”

Kiedyś mój synek, który miał wtedy ze 4-5 lat, zaskoczył babcię usilnie starającą się zainteresować go opowiadaną bajeczką, mówiąc: „Babciu, ja chyba zdechnę od tej bajeczki.” Tak był znudzony. Moja reakcja po przeczytaniu „Pani komisarz…” – tej powiastki kryminalnej, którą otrzymałam jako wygraną (promocja wydawnictwa) w konkursie w Książkowie - byłaby mniej więcej taka sama... Gdybym tylko miała pod ręką autora...

Jest to debiutancka powieść, o której marketingowcy niepotrzebnie napisali za dużo za dużych słów... Po pierwsze jest chwalona, bo wprowadza do gatunku nowy typ bohatera – zażywnej policjantki około 40… Powiem tak: w sumie trudno żałować, że dopiero teraz doczekaliśmy się takiej protagonistki. Jest to kompletnie nieciekawa psychologicznie postać, myśląca wyłącznie o swoim wyglądzie, diecie, frustracji seksualnej, samotności oraz o tym, jak dogryźć podwładnym. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest to złośliwy obraz, mający wywołać u czytelnika uśmiech. Tylko po co przywoływać przy tak błahej okazji tuzy francuskiej literatury popularnej? Jeżeli ktoś widzi w Vivianne Lanciere żeńską wersję komisarza Maigreta, to chyba dawno nie czytał Simenona. 

Podstawową cechą Maigreta było to, że był to człowiek rozumny, a nasza "nowa bohaterka" pochodzi jak z magla. Jest po prostu głupia. Nie interesuje się niczym. Słucha Bacha, ale tylko dlatego, że przypomina jej to jej byłego… 
Maigret budził powszechny szacunek. Ona budzi przede wszystkim obawę, żeby jej nie podpaść i nie narazić się na jej złośliwość. Zupełnie nie mogę pojąć, skąd pomysł, że czytelnik uwierzy, że tego typu umysłowość i osobowość jest w stanie awansować na komisarza policji? 
Maigret nie myślał ciągle o jedzeniu i seksie, tylko po złapaniu bandytów wracał do domu, jadł i kochał się z żoną, którą – nie mamy wątpliwości – uszczęśliwiało uszczęśliwianie Maigreta. Krótko mówiąc Maigret był człowiekiem spełnionym w życiu osobistymi (może poza brakiem dzieci) i zawodowym, z którym każdy z nas chciałby spędzić czas, bo było z nim i o czym pogadać i o czym pomilczeć.

Od „Vivianki” miałabym ochotę trzymać się tak daleko, jak tylko można. Ma wszystkie negatywne cechy stereotypowo przypisywane kobietom–szefom. Kiedy o niej czytałam, miałam nieodparte wrażenie, że Georges Flipo opisał  swoją znienawidzoną byłą szefową z biura z czasów, kiedy pracował, zdaje się, w banku. Nieprzypadkiem najczęstszym słowem, które pojawia się w książce, jest słowo open space. Któregoś dnia Flipo – jak sam napisał – siedział z koleżanką nad pizzą i postanowił napisać książkę. To wtedy - mam wrażenie - postanowił stworzyć nową bohaterkę, czytaj: złośliwie odrysować taką starzejącą się, sfrustrowaną babę z biura. Ale, wiedząc już, że książki z intrygą biurową się nie sprzedają, dla niepoznaki wcisnął jej do torebki legitymację policyjną.

No więc mamy pseudopolicjantkę.  A więc pożądana byłaby fabuła kryminalna… I co my mamy? Zero napięcia, absurdalne zwroty akcji, z zasady pozbawione prawdopodobieństwa psychologicznego zachowania zbrodniarzy, którzy, tak jak i policjanci, budzą w nas wszelkie możliwe uczucia krążące wokół… litości. Najczęściej są pożałowania godni. Przypomnę tylko, że u Simenona nigdy tak nie jest. Tam się czyta o tym, że zło nie jest takie łatwe do potępienia, jakbyśmy my – porządni obywatele - chcieli, a szacunek należy się także złoczyńcom, których ludzką twarz Simenon zręcznie przed nami odkrywał.

Tutaj mamy tylko śmichy-chichy, PR i farsę. Bo to jest gatunek, w którym startuje ta opowieść. Zupełnie niepotrzebnie przywołano przy jej okazji mojego ukochanego George’a Simenona. Gdybym spodziewała się właśnie pastiszu, a nie „nowego współczesnego Simenona”, nie byłabym tak bardzo zawiedziona.

I jeśli dodać, że całkiem zręczne tłumaczenie jest od czasu do czasu okraszone jakąś banalną niezdarnością tłumaczki (bo, co ona miała na myśli, pisząc o pozostawieniu komórki na partnerze - ładowarkę? A kamionetka to chyba furgonetka? Pancake z kolei, to zwykły naleśnik chyba?) To dopełnia pretensjonalnego obrazu całości.

Jedynym jasnym punktem tej książki są cytaty z Kwiatów zła Baudelaire’a, które skontrastowane z napisanym specjalnie na potrzeby tej książeczki fałszywym, grafomańskim sonetem jakoby jego  autorstwa, podkreślają  dodatkowo przykre odczucie kontaktu z tombakiem udającym złoto. A od Simenona trzymajcie się PR-owcy i marketingowcy z daleka, dopóki go nie poczytacie.

niedziela, 14 lipca 2013

Po co komu nowy Hannibal?


Thomas Harris ”Milczenie owiec” i „Hannibal”

Cykl powieściowy Harrisa zapoczątkowany został  „Czerwonym smokiem” (wyd. am. 1981). Tę powieść opuściłam, bo nie było jej w bibliotece. Przeczytałam za to drugi z kolei tom „Milczenie owiec” (1988)  i trzeci  „Hannibal” (1999). Jest jeszcze prequel wszystkich „Hannibal po drugiej stronie maski” (2006).  

Sięgnęłam po te thrillery z dwóch powodów: szukałam jakiegoś w miarę wartościowego czytadła wakacyjnego w ramach Trójki e-pik. Ponadto dowiedziałam się, że ostatnio ponownie nakręcono „Hannibala”. Rolę kanibala Lectera, która na wieki wydawała się spleciona z Anthony Hopkinsem, powierzono w nowym filmie Duńczykowi Madsowi Mikkelsenowi. To mnie zaskoczyło. Jak się okazuje, Mikkelsena tez zaskoczyła propozycja powtórzenia  roli  Hopkinsa. Podobno zapytał: "Rola Hopkinsa jest perfekcyjna, niby co można do niej dodać?

Postanowiłam też poszukać odpowiedzi, sięgając po pierwowzór literacki.  I wiele zrozumiałam. Ale od początku. Oto, co ustaliłam w moim wewnętrznym śledztwie :)

Nie mam wątpliwości, że „Milczenie owiec” Harrisa to przełomowy kryminał o charakterze thrillera psychologicznego, który już na zawsze będzie punktem odniesienia dla każdego ”mocnego” kryminału. Jest to tzw. benchmark, żeby użyć niezbędnego czasami języka language. Wszystkie szaleństwa i okrucieństwa powieściowych seryjnych morderców stały się możliwe i do wyobrażenia dopiero po „Milczeniu owiec”.

Późniejszy o dekadę „Hannibal” też jest przełomowy. Jak to możliwe? Chyba trochę przesadzam? Nie przesadzam, powieść ma przełomowy charakter. O tym, że mało sie o tym mówi, zdecydował fakt, że wszyscy oglądali film, a nie wszyscy przeczytali książkę. Jeśli kojarzymy ten tytuł z filmem, to widzimy w Hnnibalu zaledwie nowatorskie ujęcie rodzącej się wzajemnej fascynacji między psychopatą i policjantką. 

Powieść tymczasem może być uzana momentami wręcz za nudną, bo wypełniona jest szczegółami z zakresu historii sztuki, muzyki poważnej, architektury, historii Włoch, urbanistyki, kulinariów, winiarstwa, historii broni białej, polowań, hodowli trzody chlewnej, ryb drapieżnych, aparatury podtrzymującej życie, kryminalistyki. I do tego wszystkie te detale  są naprawdę niezbędne, żeby opisać i skontrastować dwie postawy życiowe: skrajnie estetyzującego sybaryty i konesera jakości życia - Europejczyka, byłego hrabiego, Hannibala Lectera i skrajnie pragmatycznej, pedantycznej, wzorowej uczennicy Quantico, prostej amerykańskiej „wiejskiej czerstwej baby” – agentki FBI Clarice Starling. 

A wszystko to napisane  zostało dla kilku końcowych scen, w których nasza para bohaterów  znajduje wspólny język... i nie tylko. Dobro i zło jednoczy się w kulcie piękna i sztuki, zupełnie abstrahując od kategorii dobra i zla... [Jako żywo jak w przypadku Leni Riefenstahl i Hitlera.]

I na tym polega przekroczenie kolejnego tabu dokonane przez Thomasa Harrisa. Przyjęło się, że autorzy  nie pozwalają złu zwyciężyć, choć wielu nie waha się pokazać go jako bardzo pociągającego. Fascynacja złem - tak. Ale na końcu i tak dobro musi zwyciężyć. A tu psikus...


I do tego potrzebny jest Mads Mikkelsen. Młodszy od intrygującego, ale na pewno nie seksownego Hopkinsa. O niebo przystojniejszy, o niebo bardziej przypominający upadłego anioła, pięknego, pociągającego Szatana-erudytę, którego przyszło mu zagrać, w zgodzie z prawdziwym sensem powieści Harrisa „Hannibal”.
___________________
Trójka e-pik (wakacyjne czytadło)
Z półki ("Hannibal" to moja 25. książka z własnej półki w tym roku. Wyzwanie ukończone!)
Z literą w tle [H]


piątek, 3 maja 2013

Joe Alex "Jesteś tylko diabłem" - wspomnienie dobrego stylu

Joe Alex (Maciej Słomczyński) Jesteś tylko diabłem

Ach, jak przyjemnie!
Jak można się nudzić,
Jak można marudzić,
Że świat jest smutny, że jest źle,
Nie rozumiem, nie.
Jak można faktycznie
Na świecie jest ślicznie.
Niech ten co gdera, przyjdzie tu,
A ja powiem mu tak:
Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal,
Gdy szumi, szumi woda i płynie sobie w dal…

…Śpiewała Grossówna i Andrzejewska w filmie „Zapomniana melodia”...


Może to trochę dziwne, ale przeczytany przeze mnie po raz n-ty  kryminał Joe Alexa Jesteś tylko diabłem skojarzył mi się właśnie z tym przebojem… Może to przez majówkę :), a może dlatego, że ta wydana w 1960 r., kolejna z serii powieści Joe Alexa vel Macieja Słomczyńskiego ma wszelkie cechy przedwojennego kryminału - eleganckiej, uroczej i cudownie konwencjonalnej ramotki.

Dla czytelników młodszego pokolenia, którzy nie znają powieści z Joe Alexem jako głównym bohaterem – a wiem, że są tacy, bo czytam, że trudno o polskiego autora kryminałów na literę A -  dodam tylko, że POLECAM Joe Alexa!

Świetnie skonstruowana opowieść z wyrazistymi bohaterami, z godnym podziwu i pełnym uroku i seksapilu detektywem, męską przyjaźnią w tle i tajemniczymi wydarzeniami, przy którym musimy nieco wysilić mózgownicę – czegóż chcieć więcej... A do tego dobra polszczyzna, urok angielskiej prowincji, spora dawka ciekawostek z zakresu demonologii i polowań na czarownice oraz, co najważniejsze, inteligentna ironia autora. Joe Alex,  podobnie jak Maciej Słomczyński, był autorem bardzo poczytnych i dochodowych powieści kryminalnych nieco z przypadku. Joe Alex w Jesteś tylko diabłem zwierza się:  "Piszę kryminały, ale ich nie-na-widzę!" Bo jeśli Joe Alex miał ambicje być naukowcem, ekspertem w jakiejś dziedzinie, tak Słomczyński poświęcił życie na przetłumaczenie wszystkich dzieł Szekspira, a na dodatek Ulissesa Joyce’a.

Do jakiegoś momentu był jedynym tak zaawansowanym tłumaczem szekspirowskim. Teraz, kiedy mamy tłumaczenia Barańczaka (25 z 36 dramatów), Jerzego S. Sito (7) wypadałoby sprawdzić, przez porównanie choćby wyrywkowe, czy to prawda, że tłumaczenia Słomczyńskiego „pozbawione są jakiekolwiek wartości artystycznej” (cytat z Wikipedii). 

Bo autorem kryminałów był Słomczyński świetnym! Szkoda tylko, że nie lubił siebie w tej roli…

A teraz bawmy się!



__________________ 
Wyzwania: Z literą w tle oraz Trójka e-pik (kryminał polskiego autora)

poniedziałek, 4 lutego 2013

…literatura popularna to literatura konwencji i... wszystko gra


Literatura popularna… Może się podobać albo nie (mnie rzadko się podoba, ale zdarza się, i pisałam o tym TU, TU, TU, a TU się nawet zachwycam :),  ale bez wątpienia po prostu nas otacza. Jesteśmy zanurzeni w popkulturze. Kultura wysoka jest niszowa z definicji.

Jednak jestem, i zawsze będę, zwolenniczką aspirowania do kultury wysokiej, stawiania sobie wymagań, rozwijania się w tym właśnie kierunku oraz zachęcania do tego innych J Odrzucam myśl o  równaniu w dół. A trzeba powiedzieć, że tutaj toczy się zażarta walka. Także na słowa, o czym później…

Dzisiaj piszę o literaturze popularnej, bo mam przed sobą broszurę promocyjną EMPIKu opatrzoną tytułem: Bestsellery EMPIKu 2012 rozdane! Jest to sieć sprzedaży, więc oczywiste jest, że decydującym kryterium jest ilość sprzedanych egzemplarzy, czyli „popularność” danej pozycji.
Oczywiście domyślacie się, kto się w Polsce najlepiej sprzedaje… Fikcja literacka: Katarzyna Grochola, E.L. James; literatura faktu: Danuta Wałęsa. Poradniki: tu nie podany jest nawet autor, widnieje tylko tytuł: Dlaczego mężczyźni kochają zołzy. Literatura dla dzieci: Chylińska (ta piosenkarka? ciekawe), Literatura młodzieżowa: Igrzyska Śmierci Suzanne Collins.

To są fakty. I szlus.

Są rzeczy, które podobają mi się w tej broszurce, o ogromnym zasięgu, a więc dużej sile rażenia.
Np. Uważny czytelnik wywiadu z autorką prozy młodzieżowej Aimee Agresti może się sporo dowiedzieć o konwencji literackiej charakterystycznej dla tego typu literatury. Pisarka określa wymagania, które sobie stawia, pisząc powieść młodzieżową:

„Zamierzałam napisać taką książkę, jaką sama chciałabym przeczytać jako nastolatka: z historią miłosną, zagadką, przygodami oraz, przede wszystkim, z silną główną bohaterką.”  Co więcej zdradza nam być może kulisy sukcesu tej konkretnej książki (chodzi o Olśnienie). Mowa o problematyce utworu, czyli tym czymś, co kryje się pod spodem intrygi, fabuły, dialogów i opisów. „[…] zalążkiem opowieści był dla mnie pomysł, aby przedstawić nastolatkom dwa moje ulubione dzieła: „Fausta” i „Portret Doriana Greya”. […] zastanawiałam  się, co skłoniłoby młodą osobę do zaprzedania swojej duszy.”

Następny wywiad. Autorka popularnych kryminałów szwedzkich Asa Larsson (kolejny raz nagrodzona za swój utwór) zdradza nam z kolei, czego sama oczekuje od kryminału, do czego aspiruje w ramach swojej konwencji, z czego możemy ją rozliczać: „Pisarka PD James powiedziała, że kryminał musi być połączeniem dobrego opisu miejsca, kreacji ciekawych postaci i intrygi. Niesłychanie trudno to zrobić. […] myślę, że dużą rolę odgrywa tu także ciekawość czytelników.[…] W przypadku mojej twórczości jest też tak, że dzika północ ma w sobie coś egzotycznego.”


To wiele wyjaśnia, prawda? Myślę, że takie krótkie wywiady odsłaniające tajniki danej konwencji wzbogacają naszą lekturę książek popularnych. A może nawet zachęcą kogoś do sięgnięcia po kanoniczny utwór (literaturę wysoką), w którym ktoś kiedyś wzorcowo „opracował literacko” daną problematykę. Czego sobie i Państwu życzę. J

A gdzie walka na słowa? I na czym polega? (Bo teraz będzie o tym, co mi się nie podoba, czego nie jestem w stanie zaaakceptować nawet w tekstach marketingowych). To jest nadużywanie słów, banalizowanie znaczeń, czasami wręcz uwłaczanie inteligencji czytelników.

Podam tylko jeden przykład z broszurki EMPIKu. Pochodzi z rekomendacji Ciemniejszej strony Greya. Wspomnę tylko (bo mam za słabą psychikę, żeby cytować po całości) o tym, że napisano tu, że jest to utwór przedstawiający „losy (?)  burzliwego związku (?) młodziutkiej Anastazji i charyzmatycznego (???) miliardera Greya.”

Czy ja czegoś nie wiem? Wyczyny łóżkowe, choćby najbardziej pociągające,  jako synonim charyzmy? 
Dlaczego wcześniej nikt mi tego nie powiedział?!



czwartek, 24 stycznia 2013

…popkultura ma swoje jaśniejsze strony – kryminały Maj Sjowall, Per Wahloo



Maj Sjowall, Per Wahloo Ludzie przemocy
Tłum. Ewa Chmielewska-Tomczak

Jedną z tych jaśniejszych stron była, moim zdaniem, działalność literacka pary szwedzkich autorów, małżeństwa Sjowall-Wahloo.

Właśnie przeczytałam ostatni tom z dziesięcioksiągu historii kryminalnych rozwiązywanych przez ekipę Martina Becka. Żegnając się z żalem z tą serią, chciałabym podsumować, co ją wyróżnia w moich oczach.

Moje pierwsze czytanie Sjowall, Wahloo przypadło pod koniec lat 70-tych (oni zaś wydawali serię w Szwecji w latach 1965-75). Wtedy, przypadkiem sięgnęłam po Śmiejącego się policjanta. Teraz wiem, że miałam szczęście, bo jest to ich najlepsza powieść. Ja miałam kilkanaście lat, z kryminałów czytałam dotąd Conan Doyle’a i Agathę Christie. Przeżyłam szok. Zupełnie inna konwencja. (Oczywiście wtedy nie miałam o tym pojęcia.) Żadnych dworków, posiadłości, guwernantek, czarnych owiec w rodzinie, wydumanych historii o zawijaniu w dywan i spadających na głowę blokach skalnych, arystokratycznych bohaterów i wybitnych umysłów detektywistycznych… które zdążyłam tak bardzo polubić! Jakie to wszystko było śliczne, cukierkowo śliczne, w porównaniu z tymi - nie wiedzieć czemu -  ponurymi Szwedami. Dzięki nim dowiedziałam się, że są kraje, które borykają się z… dobrobytem i jego konsekwencjami. A przestępca i jego wykroczenie przeciw prawu jest tych problemów wytworem. Śledztwo zaś rozwija się dzięki sumienności zespołu policjantów, rutynie, byciu wiernym procedurom i obywatelskiej aktywności - oczywiście to sformułowanie też było mi wtedy nieznane.

Jedno chyba tylko łączyło te dwie konwencje - kryminału jako przyjemnej łamigłówki i kryminału jako „procedural novel” o zabarwieniu społecznym – teza, że prawdziwi detektywi nie potrzebują nosić broni. Tyle, że u Agathy Christie po prostu byłoby to nieeleganckie, u Sjowall i Wahloo byłoby to niemoralne.

Bo Ci ostatni byli moralistami. Pisali z powodu tego, że byli oburzeni, byli zaangażowani, byli przeciw. Jak sami wskazali w wydanym przez siebie w 1970 r. manifeście Odnowa powieści kryminalnej, który teraz mamy okazję przeczytać dzięki wydawnictwu SWPS Acta Sueco-Polonica nr 17 (2012): ‘Intencja, która nam przyświecała przy tworzeniu serii o Martinie Becku, to stworzenie analizy mieszczańskiego społeczeństwa dobrobytu […]. W nowoczesnym bezosobowym społeczeństwie powieść kryminalna  stanowi jeden z niewielu kanałów, przez który przeciętny czytelnik może poznać ściśle osłaniany system […], w którym  jest zmuszony funkcjonować.’ ***

Oczywiście mając lat naście nic o tym manifeście, ani zamyśle nie wiedziałam. Czytałam więc sobie, nie mogąc się nadziwić, jak tam wszystko spokojnie, nienerwowo przebiega (nawet jak piszą, że nerwowo…); jaka tam panuje wyrozumiałość (teraz wiem, że chodzi o tolerancję) dla inności; jaka tam panuje swoboda obyczajowa (ach, to luźne podejście do seksu); jak inaczej niż u nas traktowane są kobiety (już wtedy!). Jedynym zauważalnym problemem wydają się być żądza pieniędzy i władzy, dysproporcje społeczne, głupota i nieuctwo, obojętność na świat wokół. Po prostu zupełnie inny świat niż świat dostępnej mi Polski gierkowskiej.

Mamy początek XXI wieku. Na rynku polskim pojawiają się jak grzyby po deszczu skandynawskie kryminały z Wallanderem. Henning Mankell bez wahania wskazuje na Maj Sowall i Pera Wahloo jako „matkę i ojca” kryminału szwedzkiego, inspiratorów także jego serii. Za chwilę pojawiają się więc nowe tłumaczenia dziesięcioksiągu, rzeczywiście lepsze (brawa dla nowej tłumaczki pierwszych ośmiu części Haliny Thylwe, tłumaczki także Mankella, ale i Bergmana). 

Czytam znowu. Diagnoza aktualna, choć zaangażowanie w wizję socjalistyczną – archaiczne, a manifesty polityczne na całą stronniczkę trochę śmieszą. Jednak zastosowane chwyty formalne: wielogłos bohatera grupowego, polegający na oddawaniu narracji kolejnym członkom zespołu śledczego - stał się normą. Realizm w opisie żmudnej pracy policjantów - stał się normą, ale pożądaną normą. Zdiagnozowana przez autorów lista przyczyn przestępczości, w tym przestępczość na tle seksualnym, terroryzm na tle ekonomicznym – stała się normą. Szczegóły codzienne, praca, dom, przedszkole, muzyka, jedzenie, szczegóły topograficzne, obyczajowe, lokalne jako podstawowa charakterystyka bohaterów wydają się już także oczywistością, choć dopiero od czasów Sjowall i Wahloo stały się pełnoprawnym elementem fabularnym. Bez tego wszystkiego tzw. kryminał skandynawski przecież nie istnieje.

Jednymi z niewielu rzeczy, które zostały dodane do przepisu na ‘powieść o przestępstwie’, jaki sporządzili Maj Sjowall i Per Wahloo wydają się przestępstwa internetowe, most na Sundzie, telefony komórkowe, japońskie suvy zamiast wszechobecnych zielonych volvo oraz bruschetta na śniadanie  zamiast mleka ze śledziem. Oraz faszystowski trup w szafie i przestępstwa seksualne w rodzinie, które zdiagnozowano jako ważne dla Skandynawii stosunkowo niedawno.

Ostatnia z części - Ludzie przemocy (oryg. Terrorristerna), ta którą przeczytałam ostatnio, stawia prowokacyjną jak na lata 70-te tezę, że nie tylko terroryści, ale i policja dopuszcza się nieusprawiedliwionej przemocy na ludziach, którzy chcą po prostu spokojnie żyć po swojemu. Nie jest to utwór tej klasy co Śmiejący się policjant. Ma wspaniałe fragmenty, szczególnie obyczajowe, ale też wiele ideologicznych natręctw. Intryga opierająca się na tym, że Beck, policjant kryminalny, dzięki swojej przemyślności i lojalności dobrze zgranego kilkuosobowego zespołu, zdoła pokonać globalną grupę terrorystyczną czytana w 2013 r. musi okazać się  niewiarygodna. A bezceremonialnie opisanej śmierci premiera, po tym jak naprawdę zginął Olof Palme, nie odbiera się już jak zabawnej kpiny z pewnych siebie policjantów. Jak dla mnie za bardzo też widać szwy pisania w parze, nadmiernie zmienia się styl narracji.

Podsumowując, cenna seria, dobra seria. Formalnie nowatorska. Zaangażowanie autorów – niedzisiejsze. Inklinacja lewicowa – bardzo idealistyczna, ale lepsze to niż naturalistyczne upodobanie do przemocy.
Literacko i pragmatycznie udało im  zrealizować swoje zamierzenie. Przemycili diagnozę społeczną do literatury popularnej. Ustawili wysoko poprzeczkę swoim następcom. Takich rodziców nie trzeba się wstydzić, choć są (jak to rodzice) nieco staroświeccy.

*** We wspomnianym tomie Acta Sueco-Polonica nt kultury popularnej i powieści kryminalnej znajdziecie też świetny esej Mariusza Czubaja „Deckare jako guerilla”.

____________________________
Książki przeczytane w ramach wyzwania Z półki

piątek, 4 stycznia 2013

...czasami trzeba wybierać najprostsze rozwiązania


Mika Waltari Błąd komisarza Palmu
Na potrzeby tego posta musimy przyjąć pewne założenie: najbardziej znanym na świecie autorem polskim jest ten, którego dzieła przetłumaczone zostały na największą liczbę języków obcych.
Kto jest więc najbardziej znanym autorem polskim na świecie? Tadeusz Różewicz. Żródło

A teraz wyobraźcie sobie, że Różewicz pisze kryminały dla pieniędzy…  Jak już dokonacie tego nadludzkiego wysiłku, to będę mogła przejść do rzeczy, czyli do Miki Waltariego.

Mika Waltari  to najbardziej znany na świecie fiński pisarz, poeta, dramaturg. Pisał i drukował od wczesnej młodości, podobno, wykańczając się przy tym tak, że kilkakrotnie trafił do szpitala z powodu wyczerpania psychicznego. Jego najbardziej popularne dzieło to Egipcjanin Sinuhe (znane i lubiane od dawna także u nas, bo spolszczone na polski za pośrednictwem szwedzkiego już w 1945 r.).
A ja właśnie przeczytałam ostatni z serii kryminał z komisarzem Palmu jego autorstwa.

Pierwsza myśl: jaka przyjemna, inteligentna ramotka.
Druga myśl: No tak, przyjemność czytania zapewnia talent pisarski autora, jego sprawność językowa wyćwiczona w wielu wprawkach, w tym w pisaniu na czas (dziennikarstwo), a także wszechstronne  humanistyczne studia przedwojenne (filozofia, estetyka, literatura). Do tego idealne zrozumienie tradycyjnej funkcji kryminału: dostarczenie inteligentnej rozrywki z konieczną szczyptą humoru, a najlepiej tak jak to robił Georges Simenon (Waltari mieszkał trochę w Paryżu).
Trzecia myśl: Ten kryminał nie jest za bardzo fiński, a na pewno nie jest to tzw. kryminał skandynawski. Waltari pisał jako Europejczyk i choć umieścił akcję swoich kryminałów w Helsinkach, to na pewno nie miał ambicji zapoznać czytelnika z tym miastem. Na szczęście zresztą, bo wystarczyłoby kilka topograficznych nazw fińskich i w tym momencie szanse na światowy sukces Waltariego zniknęłyby bez śladu…
Czwarta myśl: Jednak nawet pisząc konwencjonalną, uniwersalną w wyrazie powieść gatunkową Waltari wskazał kilka tematów, które po latach staną się osią kryminałów skandynawskich:
- ugruntowaną hierarchiczność tych społeczeństw (wywodzących się z kultur chłopskich)
- skrywane rodzinne tajemnice
- dziedziczność patologii
- wszechobecną skłonność do pijaństwa
- pełne utożsamienie się z rozwiązaniami idącymi w pakiecie demokratycznym (np. etos policji i szacunek dla urzędów państwowych).
Krotko mówiąc, coś tam wisiało w powietrzu od zawsze.
Piata myśl: Błąd komisarza Palmu został wydany w Finlandii w 1940. Wow! Jak można wydać taką książeczkę w trakcie najbardziej krwawej wojny, jaką przyszło toczyć Finom (wojna fińsko-radziecka)? Ciekawostka.
Szósta myśl: A pamiętacie Joe Alexa? Czyli Macieja Słomczyńskiego (tłumacza Joyce’a, Szekspira i Mechanicznej pomarańczy). On też wpadł na pomysł, żeby dorabiać sobie kryminałami, skoro już miał tę łatwość zaczerniania papieru…

I chwała im za to, bo dostarczyli mi rozrywki na poziomie.
______________________
Książka przeczytna w ramach wyzwania Trójka e-pik 
('książka, która jest częścią serii').


niedziela, 30 grudnia 2012

...w Nowym Jorku można spotkać alienistę


Caleb Carr Alienista
Nowy Jork 1896. Theodor Roosevelt nie jest jeszcze prezydentem, lecz dowodzi wydziałem policji w skorumpowanym (jak zawsze) Nowym Jorku. Jego pomocnikami w śledztwie przeciwko seryjnemu mordercy młodych prostytuujących się chłopców są: John Schuyler Moore - młodzieniec będący dziennikarzem oraz ‘czarną owcą” w bardzo bogatej rodzinie oraz lekarz psychiatra, naonczas zwany ‘alienistą’ - Węgier z pochodzenia Laszlo Kreizler. Dołącza do nich też młoda kobieta Sara, jedna z pierwszych emancypantek, pragnąca zostać policjantką ku zgrozie… praktycznie wszystkich. No cóż trafiliśmy do epoki wiktoriańskiej, drodzy Państwo. 

Książka została wydana w 1997 roku, co oznacza, że powstała na fali zainteresowania medialnego pracą 'profilerów' policyjnych. Zainteresowanie to bardzo wzmogło się na całym świecie od momentu ukazania się najpierw powieści Thomasa Harrisa (pierwsza Czerwony smok w latach 80., tł. polskie 1990), a potem filmu (Milczenie owiec z 1991) z Hannibalem Lecterem i starającymi dotrzymać mu kroku policyjnymi profilerami właśnie.

Jak na tym tle wypada Alienista?
Doceniam sugestywność scenerii nowojorskiej. Widać wypracowane w szczegółach tło, historyczne detale i pracę z mapą w ręce. Jest to precyzyjne, nawet aż za bardzo. Trzeba jednak przyznać, że dzięki temu poruszamy się wraz naszymi bohaterami w realistycznej scenografii. I trzeba jasno powiedzieć, że nie jest to sceneria z Kevina (nawet jeśli) samego w Nowym Jorku, raczej byłabym bliższa porównania tej wersji NJ z Gotham City. Bo Nowy Jork końca XIX wieku to ciemne zaułki czającego się wszędzie zła, kraina skrajnych nierówności społecznych i żywych uprzedzeń pomiędzy różnymi nacjami. Niedawno przez kraj przetoczyła się wojna secesyjna, a wielkimi krokami zbliża się wojna z Hiszpanią o ostateczny kształt USA.

Drugi cenny wątek to pokazanie początków psychologii. Znajdziemy to liczne nawiązania do najważniejszych nurtów psychologicznych: psychologii zachowań i psychologii poznawczej oraz zainteresowania sferą nieświadomą psychiki ludzkiej. Jak wiadomo zawód psychologa i psychoterapeuty ma w USA wysoki prestiż i dużo dłuższą historię niż choćby u nas w Polsce, gdzie o zastosowaniu psychologii w kryminalistyce mówi się stosunkowo od niedawna, a zdobycie takiej specjalizacji jeszcze 10 lat temu było praktycznie niemożliwe. Zresztą mało kto pamięta, ale powstanie Wydziału Psychologii np. na Uniwersytecie Warszawskim to zaledwie przełom lat 70. i 80. XX wieku.

Popkultura, głównie amerykańska (czyli jej najważniejsze 99%), przedstawia aktualną rolę profilera policyjnego jako powszechnie szanowanego eksperta.  Można by tu wymieniać dziesiątki współczesnych filmów "z życia biura śledczego". Zaangażowanie takiego specjalisty psychologa jest obecnie uważane za oczywistość i  nieuchronnie zapewnia powodzenie śledztwa. Dlatego klimaty dziewiętnastowieczne, kiedy nie było to takie oczywiste, także w tym względzie wydały mi się ciekawe i pouczające.

Następna sprawa to fakt, że powieść kryminalna, w której ofiary mają wydłubywane oczy i obcinane genitalia, nie jest w stanie wzbudzić u dzisiejszego czytelnika oczekiwanego przez autora strachu i obrzydzenia. Podobnie sprawca będący ofiarą bezlitosnych opiekunów, to także codzienność wszelkich filmów amerykańskich. Tę wiedzę psychologiczną rzeczywiście Amerykanie świetnie sobie przyswoili.

Czyli, podsumowując: nic nowego pod słońcem, chociaż doceniam wysiłek autora. Czyta się przyjemnie, choć bez większego zaangażowania. Niewątliwie liczba szczegółów topograficznych może być przydatna, gdybyśmy chcieli zwiedzać Nowy Jork tematycznie, np. z książką w ręku. 
PS. Wiele wyjaśniła mi informacja, że autor jest sam rodowitym nowojorczykiem, a z wykształcenia jest historykiem militarystą.
______________________________
Jest to moja ostatnia książka przeczytana w grudniu w ramach wyzwania Z literą (C) w tle.

niedziela, 2 grudnia 2012

...mam nadzieję, że książka będzie wciągająca, a tu... klops!


Ake Edwardson „Kamienny żagiel”
Niepokojące było już to, że nie przeczytałam tej książki jak zwykle, na raz…. Zazwyczaj intryga szwedzkiego kryminału tak mnie wciąga, że nie przerywam aż do ostatniej strony. Potem pojawiły się mdłości… Im dalej się zagłębiam w… no właśnie… co to właściwie jest?
Wspomnę, że przeczytałam wszystkie dotychczas wydane pozycje Edwardsona (Taniec z Aniołem, wołanie z oddali, Słońce i cień, Niech to się nigdy nie kończy, Niebo to miejsce na ziemi). Zachęciła mnie szczególnie ta pierwsza  - z interesująco zarysowaną postacią komisarza Wintera, eleganckiego mężczyzny w drogim garniturze, wyrafinowanego wielbiciela Coltrana i Milesa Daviesa, biegle posługującego się angielskim i zasadami dobrego wychowania. Do tego interesująca ekipa śledcza w tle… A teraz, co my tu mamy…?

Zaraz, zaraz, już wiem! Nudy na pudy!

Na szczęście, wróciłam do lektury… Bo począwszy od strony 352 (sic!) Zaczęła się inna książka. I to dobra.

Komisarz Winter przybywa z Angelą do Szkocji na zaproszenie Steve’a McDonalda.
Tekst po prostu odżywa. Autor znowu jest sobą. Barwnie, malowniczo, sensualnie, wręcz z darem synestetyka, wprowadza nas w świat kolejnych starych szkockich miasteczek, opustoszałych skał i wrzosowisk nad Loch Ness, klanów Mc Leodów, Mc Donaldów i ich tradycyjnych zwyczajów i uprzedzeń. Następnie prowadzi nas do pubów, by w dowcipnych ironicznych dialogach ze znawstwem opisywać kolejne nuty smakowe najsłynniejszych gatunków whiskey. W końcu wpadamy na obiad  i wspólnie z Winterem jesteśmy zszokowani możliwością zjedzenia kiełbasy z baraniny i owsianki oraz czarnego puddingu z kwaśną kapustą. (I pomyśleć, że Szwedzi popijają śledzie mlekiem…)

O tak, ten świat jest pełen barw i życia, choć nieco mrocznego. Dzięki Bogu, że autor nie zawahał się opuścić na chwilę – wraz ze swym bohaterem – kraju, o którym w największej złości można powiedzieć, że spsiał, bo co jakiś czas zdarza się tam, że meble nie dają się skręcić zgodnie z instrukcją…

Gdyby nie druga, szkocka część, moja recenzja brzmiałaby tak:

Rolę głównej bohaterki przejęła czarnoskóra Aneta Djanali (Przepraszam autora, że tak piszę bez ogródek o kolorze jej skóry, choć to zdaje się tabu). Zapowiadało się nieźle… Ale okazało się, że to po prostu uprzejma, zimna jak ryba, zachowująca się jak mężczyzna z zaawansowanym Aspergerem, kobieta. Ma zdaje się jakieś rozterki związane ze swoim afrykańskim pochodzeniem… Choć to trochę dziwne, bo nikt oprócz jej kolegi z pracy, z którym także, dla wygody, jak rozumiem, sypia,  nikt nigdy na ten temat się nie zająknął… (Są rzeczy, o których się nie mówi, prawda? Chociaż właściwie dlaczego nie?) Szczególnie przestępcy u Edwardsona bardzo się pilnują, żeby jej przypadkiem nie urazić złym słowem. Tak, to może być powodem do zamartwiania się… Chociaż przepraszam, w którymś z poprzednich tomów padła sugestia, że raz pewnemu przestępcy (czy świadkowi?) opadła szczęka, kiedy po otwarciu drzwi w białą, zimną, polarną noc zobaczył na progu czarną, dużą kobietę w mundurze policji.

Erik Winter też ma kłopoty. Równie poważne. Jego bohater się zmienia. No, nie wiem, coś jakby się starzał…? Eee, nie, to niemożliwe. W Goteborgu [czyt. Jeteborje}? A jednak starzeje się chyba i chce się ustatkować… Już nic nie słychać o jego nowym garniturze od Ermenegildo Zegna, za to non stop  córeczka zadaje mu trudne pytania. Zresztą jest to dziecko anioł - nie płacze, nie grymasi, nie choruje i jakie inteligentne! Jedyny problem polega na tym, że nie wiadomo, czy zgodzi cię pojechać z rodzicami na wycieczkę zagraniczną…  (A przypominam, że mowa o 5-latce.) Jeśli powie „nie”, to cóż… Rodzicom nie pozostanie nic innego, jak zrezygnować z wyjazdu…

Mogłoby się wydawać, że Winter, choć zdolny, przystojny i bogaty i jeszcze niedawno młody, mógłby choćby z powodu uprawiania jednego z najbardziej stresotwórczych zawodów, czy pozostawania w związku z lekarką pracującą w szpitalu, albo w wyniku posiadania kilkuletniego dziecka przeżywać coś na kształt problemów. Ale nie, Wintera omijają wszelkie dolegliwości związane czy to ze zdążeniem na czas do przedszkola, czy zajmowaniem się dzieckiem, kiedy żona jest na nocnym dyżurze, cz też brakiem czasu czy pieniędzy. To jest Szwecja AD 2010 proszę państwa! Tutaj lekarka i policjant to zawody poważane, doceniane i tym samym dobrze opłacane…

Uwaga: teraz przeczytacie o największym problemie komisarza: czy kupić  działkę nad brzegiem morza (wyobraźcie sobie działkę w Sopocie) tylko dlatego, że mu się podoba? Kupić? Nie kupić? Opuścić wspaniale mieszkanie w najlepszej dzielnicy miasta na rzecz takiej prowincji po prostu?

I teraz już wiecie skąd te mdłości. Problemy państwa dobrobytu, którym poświęcona jest  pierwsza część „Kamiennego żagla" "przygniotły" mnie całkowicie.

A propos przygniatania, gniecenia, gniotów, itd. kolejne dzieła Edwardsona już nadchodzą.

wtorek, 27 listopada 2012

… życie ma smak

A o smakach pisze się ostatnio często. I nie mówię tu o książkach kucharskich. 


Raczej chodzi mi o to, że dziś już nie wyobrażamy sobie opisu bohatera bez opisania jego sposobu jedzenia. Okazuje się, że bardzo łatwo scharakteryzować kogoś, pisząc o tym, jak i co je… 

Podejście do jedzenia i picia, codzienne menu bohatera, ile czasu poświęca bądź nie poświęca jedzeniu, z kim je, w jakich restauracjach, kto i jak mu gotuje, jak często o tym myśli, jak jedzenie wpływa na jego zdrowie, samopoczucie danego dnia, itd., itp. są dziś wszechobecnymi elementami opisu obyczajowości.

Zastanawiam się, jak ten fakt postrzegałam na przestrzeni moich czytelniczych lat?

Niektóre opisy przygotowywania jedzenia, spożywania posiłków, jedzenia pamiętam doskonale. 

Mam 7 lat. "Puc, Bursztyn i goście..." - jedna z  najwspanialszych lektur mojego dzieciństwa... Pamiętam, jak wypiekami na twarzy czytałam o nierównej walce kucharek  ze sprytnymi, acz dokuczliwymi psiakami próbującymi zepsuć to, co one z takim trudem zdołały ugotować. Oczywiście całkowicie utożsamiałam się z tytułowymi podwórkowymi kundlami... Jakże nie znosilam grymaszącego pekińczyka... Głodny pies pokazany w bardziej ludzkim świetle? Tak!

(I pomyśleć, że ludzie mieli kiedyś kucharki, a zakupy nosiło się w koszyku z pobliskiego targu, a mięso z jatki…)

Patrzmy dalej... Kiedy miałam wczesne naście lat, przyszedł czas na uczty (także literackie…). Na długie godziny, dni, miesiące, a nawet lata trafiłam do świata realizmu literackiego. 
Kiedy miałam 10 lat wpadło mi w ręce w niezwykłych dość okolicznościach  (opiszę to kiedyś:) "Ogniem i mieczem". Tak własnie zaczęłam czytać opasłe powieści. Zmieniła się skala. Żeby strawić tę dawkę potrzeba było dużo czasu, ale tego akurat mi nie brakowało… A że całkiem mi smakował ten realistyczny, a  bywało, że i naturalistyczny sos…

Umówmy się jednak, to nie było zwykłe jedzenie… To było totalne rozpasanie. Weźmy Sienkiewiczowskie uczty. Przypomnijcie sobie ucztowanie w pałacu Nerona czy Radziwiłła. Było w tym coś pociągająco straceńczego. To było jak odpoczynek pomiędzy kolejnymi bitwami i wojnami. Szalejmy, bo kto wie, co się zdarzy, gdy przyjdzie świt… Bardzo to było pociągające. Szczerze mówiąc ja też tak chciałam. Pić z kielichów wysadzanych cennymi kamieniami i zanurzać szczupłe palce w kiściach winogron…

Był czas, że szukałam wręcz najgrubszych rzeczy, uzależnienie się pogłębiało, a świat wokół nie rozpieszczał... Może to tłumaczy nieco, dlaczego kolejne tomy Komedii ludzkiej Balzaka wciągałam jak odkurzacz (mieli tego ze 40 sztuk w bibliotece), potem Stendhala i resztę Francuzów. Francuzi w ogóle byli bardzo OK, Polacy („Noce i dni” – cudne), Anglosasi  w romantycznych nastrojach także, a Rosjanie po prostu wielcy. Tylko Niemcy najzwyczajniej mi nie zasmakowali…

Jako nastolatka zanurzyłam się głębiej. Realizm i naturalizm zrobił się nagle passe. Czytywałam rzeczy, w których nie wypadało pisać o rzeczach tak przyziemnych jak jedzenie. Myśl szybowała – nieodżywiona - wysoko, wysoko… To się nazywa strawa duchowa J Utopie i kontrutopie, pierwsze dzieła eseistyczne. Powieść symboliczna. Rozważania o wartościach, idee abstrakcyjne. Już prawie zapomniałam, że bohater musi jeść, żeby żyć niezależnie od tego, czy czyni to w zgodzie czy niezgodzie ze sobą.

Potem przyszły czasy literatury iberoamerykańskiej...  Jest sensualna, ale jedzenie... Aż dziwne, że nic takiego nie pamiętam... Czas do tego wrócić.

Równolegle, w późnych latach siedemdziesiątych, trafiłam na coś nowego – klasykę kryminału: Simenon, Christie oraz Maj Sjowahl i Per Wahloo.
To był, jest i będzie zawsze smakowity kąsek, po który sięgam zawsze, gdy chcę wykwintnej prostoty…

Jak najkrócej opisać kontrast pomiędzy lotnym umysłem i pospolitą powierzchownością, kontaktem ze zbrodniami w pracy z banalną codziennością Maigreta? Sugerując, że rytm i sens życia nadaje komisarzowi potrawka, którą na obiad podaje po zamknięciu "sprawy" pani Maigret.

Lub weźmy Pokusę Janssona (ulubioną zapiekankę Szwedów) w „Śmiejącym się policjancie”? (a jest to, moim zdaniem, kryminał wszechczasów…)
Czyli co? Szwedzi zajadają się ziemniakami ze śledziem? A ja myślałam, że ludzie za granicą są ambitniejsi… A już na pewno jacyś tacy lepsi niż my… Aktualnie Camilla Lackberg najbardziej udatnie odziera nas z tych mżonek… Jednocześnie w każdej ze swoich powieści zapraszając nas do spróbowania którejś z tradycyjnych szwedzkich potraw. (Ostatnio została autorką książki kucharskiej).
A propos, wczoraj na kolację podałam wariację na temat Pokusy Jassona: puree ziemniaczane z anchois i serem ricotta. Wytrawne i pyszne…

A co powiecie na suche i niemal trzeszczące w zębach herbatniki podawane u Agaty Christie z płynem nazywanym bezpodstawnie, moim zdaniem, herbatą? Przecież wiadomo, że taki deser jest trujący nawet bez dodatku arszeniku! I jakże pasuje do powściągliwej, surowej, oszczędnej, purytańskiej, kabotyńskiej, pełnej hipokryzji postkolonialnej Wielkiej Brytanii…

Za to Włochy Camillieriego (prawdziwy Sycylijczyk, twórca postaci koisarza Montaalbano) i Donny Leon (przyszywana Włoszka, twórczyni postaci komisarza Brunettiego)!

To się nazywa orgia smaków i zapachów. Dostępna u tych dwojga autorów w dwóch wersjach (plebejskiej  oraz mieszczańskiej, czy nawet postarystokratycznej). 

U Camillieriego królują sardele, u Leon makarony i zapiekanki. Weźmy owe sardele. Kiedy czytam, jak czekają na odgrzanie w piekarniku komisarza Montalbano, nie wątpię, że to królewskie danie. To się nazywa moc literatury! W rzeczywistości są to drobne rybki, znane mi doskonale w postaci ostrej marynaty o nazwie… anchois… No nie, jestem zawiedziona…

Nie zmienia to faktu, że nie można być złym człowiekiem, jeśli lubi się proste dania i nigdy, ale to przenigdy nie spóźni się na obiad, kiedy czeka żona z dziećmi…

I znowu, to się nazywa moc literatury! Smaków, za którymi tęsknimy! I naszych marzeń!