Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z półki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z półki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 lutego 2015

"Saladyn i krucjaty"

Pewnie nie ja jedna uległam fascynacji Saladynem i Balianem z Ibelinu w interpretacji Ridleya Scotta z Królestwa Niebieskiego (a w tych rolach odpowiednio: doskonały syryjski aktor i profesor tamtejszej szkoły aktorskiej Ghassan Massoud oraz piękny bez wątpienia Orlando Bloom). To w wersji dla pań. W wersji dla panów fascynacja zapewne dotyczyć będzie Scottowskiego wyobrażenia Sybilli Jerozolimskiej (piękna i fascynująca bez dwóch zdań Eva Green).

Poza tym, powiedzmy sobie szczerze, wypadałoby coś wiedzieć o historii i tradycji dżihadu. No i wydano u nas wreszcie "biografię" Jerozolimy Simona Sebag Montefiore. Jerozolima - miasto, które nikogo nie pozostawia obojętnym...
Poza tym Ryszard Lwie Serce, Król Trędowaty... Ach ten wieczny romantyzm i pragnienie, żeby bohaterowie bez skazy naprawdę istnieli...


I jak tu nie kupić biografii Saladyna po polsku? Z takim pomnikiem na okładce?

Czyli widać już, że zakup był nieco impulsywny. Teraz już wiem, że być może lepszym wyborem  byłyby pozostałe dwie książki o Saladynie wydane po polsku - Lyonsa i Jacksona z 2006, z której obficie czerpie Piotr Solecki, albo nawet (o zgrozo!) XIX wiecznej praca Lane-Poole'a, wydanej po polsku także w 2006 roku (sic!).

Saladyn w filmie Ridleya Scotta

Nie ma jednak tego złego... Przeczytałam książkę P. Soleckiego i już coś więcej wiem o Saladynie. Najwięcej i bardzo dokładnie o jego wojennych działaniach, bitwie pod Hittin, w której wojska krzyżowców wzięto na "suchy pysk" i udar słoneczny oraz o zakulisowej walce o władzę pomiędzy dwoma islamskimi kalifatami tamtych czasów.

Jednak lektura nie sprawiła mi przyjemności. Autor ma niewątpliwie zapał popularyzatorski (jest zresztą nauczycielem historii) i przestudiował imponującą ilość literatury przedmiotu. Książka jest podzielona bardzo korzystnie i klarownie na części w układzie chronologicznym. Korpus główny dotyczący wewnętrznej walki Saladyna o władzę i potem z państwami krzyżowymi jest też najlepiej napisany.

Piotr Solecki
Niestety części początkowe i końcówka naznaczone są dużą niezdarnością. Są próbą, bardzo usilną próbą autora, żeby nadać prostemu relacjonowanu faktów wyczytanych u innych autorów (arabskich, brytyjskich i sporadycznie polskich) posmaku kontrowersji. W tych fragmentach, gdzie autor sili się na własną interpretację postaci Saladyna widać przede wszystkim brak redaktorskiej ręki. Wielokrotnie napotykałam więc zdania zawierające wewnętrzną sprzeczność. Autor nijak nie może się zdecydować, czy Jusuf ibn Ajjuba, zwany Salah ad-Din (Dobro Wiary) to wielki szlachetny wódz i strateg, czy może kurdyjski uzurpator, który miał wyjątkowo dużo szczęścia.

No, bo też w takiej popularnej pracy, w której zaledwie relacjonuje się ustalenia naukowców, nikt nie oczekuje takich decyzji od autora. To jest sprawa naukowców, a nie popularyzatorów. Po co więc takie zadęcie? Po co te przypisy w stylu niemieckim, na każdej stronie, po każdym zdaniu konstatującym kolejny fakt czy inną przepisaną z książki (lub internetu) lub zasłyszaną przez telefon (naprawdę!) opinię. W tego typu pracy wystarczy lista bibliograficzna na końcu i ewentualnie przypisy amerykańskie tylko przy cytatach (autor, data dzieła, strona). Bo niestety u P. Soleckiego część op. cit. się nie zgadza. Jakoś niektóre opusy nie były wcześniej cytowane, przynajmniej w tej wersji książki, którą ostatecznie wydano ...

Redaktorka powinna też usunąć niespójności logiczne. Np. w jednym akapicie autor ulega fascynacji Saladynem jako dziecko, obejrzawszy film z Rexem Harrisonem, żeby po chwili ulec tejże w chwili targowania się o jakiś towar na ulicy w Betlejem. Drobna sprawa, ale trochę rzutuje na wiarygodność autora. W książce historycznej, z dużym wysiłkiem próbującej walczyć o zachowanie obiektywizmu, lepiej też nie używać takich sformułowań jak "niewierni" - bo o kimż to mowa? Tacy byli wzajemnie dla siebie i krzyżowcy, i muzułmanie. Zabrakło też redaktorki, gdy Jerozolima "niestety" upadała. I kiedy Saladyn podawał królowi Gwidonowi "drinka" po pokonaniu go pod Hittin (Hattin).


Słabo też wygląda w tej pracy kontekst dotyczący przeciwników Saladyna, władców chrześcijańskich. Gdyby nie Wikipedia pozostałby dla mnie nieczytelny. Także z powodu braku zaufania do precyzji autora dotyczących postaci historycznych. Dziwne jest uparte pisanie Lusignon zamiast Lusignan, no i te młodsze siostry (przyrodnie, jak się okazuje) wyskakujące jak z rękawa, itd.

Do książki Soleckiego, wyrażnie zafascynowanego popkulturową sławą Saladyna, świetnie by za to pasowałoby wyjaśnienie skrótów scenariuszowych u Ridleya Scotta, wymieszanych postaci i zbitek fabularnych. Ale wtedy trzeba by troszkę spuścić z tonu w recenzji, i nie pisać, jakoby autor korzystał ze źródeł arabskich (co prawda w tłumaczeniu na angielski, czyli nie bezpośrednio, tylko w sposób zapośredniczony, i już przez kogoś opracowany i zinterpretowany, ale oj tam, oj tam.)

No, to czytamy dalej.

Piotr Solecki Saladyn i krucjaty, Replika, Zakrzewo 2011
_________________________________
 Z półki

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Ota Pavel "Śmierć pięknych saren"


Ota Pavel Śmierć pięknych saren
Przeł. A. Czcibor-Piotrowski i J. Waczków
MUZA S.A., Warszawa 1998 , wyd. IV
wyd. oryg. 1971
seria Biblioteka Bestsellerów

Dziesiątki razy chciałem odebrać sobie życie, gdy już nie mogłem wytrzymać, ale nigdy tego nie zrobiłem. Pewnie w podświadomości pragnąłem jeszcze jeden raz pocałować usta rzeki i łowić srebrne ryby. To właśnie jako rybak nauczyłem się cierpliwości, a wspomnienia pomagały mi żyć.

Ota Pavel

Czytam w raporcie o czytelnictwie, że w Polsce książka ma szansę być przeczytana  (podkreślmy, że szansa ta jest minimalna) wtedy tylko, gdy opowiada o bohaterach podobnych do nas i kiedy książka ma happy end. Aha, i ma być 'łatwa' w czytaniu. To pewnie dlatego bestsellerem jest erotyczna opowiastka, o której da się powiedzieć tylko, że jest to szybkozbywalny produkt literaturopodobny.

W takich czasach chyba tylko jakieś szaleństwo może sprawić, że ktoś sięgnie po opowiadania Oty Pavla. Sarny, ryby, rzeka, knedle, pies...

Niemniej co jakiś czas znajdują się tacy. To przeczytałam obejrzała ekranizację z 1987 roku, bo się chyba kocha w Hrabalu i czeskim języku :) Co z kolei sprowokowało mnie do sięgnięcia na półkę męża, tę ważną - przy wezgłowiu - gdzie od jakiegoś czasu stało wydanie kupione w antykwariacie.

Ota Pavel (Otto Popper) żył zaledwie 43 lata, zachorował psychicznie (miał urojenia mesjanistyczne, podobno była to psychoza z elementami schizofrenii) jako trzydziestokilkulatek. W ramach autoterapii pisał autobiograficzne opowiadania o dzieciństwie i młodzieńczych latach. Sam był raczej typem 'luzera', człowieka pozbawionego chęci zawojowania świata. Jednak jego idolem i głównym bohaterem opowieści był ukochany 'tatuńcio' - jego przeciwieństwo. Przed wolną utalentowany komiwojażer i sprzedawca produktów Elektroluksa, po wojnie i pobycie w obozie koncentracyjnym, zaskoczony przez realia realsocjalizmu w Czechosłowacji. Choć - jak dowiadujemy się starał się znowu dostosować - wstępnie był optymistycznie nastawiony do komunistycznych idei równości i braterstwa, jak to ocalały z H. Żyd.

Ota Pavel 1930-1973

Wygląda na to, że Ota Pavel chce za wszelką cenę utrzymać się na powierzchni życia. Pomaga mu w tym wędrówka pamięcią do szczęśliwych czasów, gdy jego głównym zajęciem było wędkowanie i siedzenie nad rzeką. Brzmi durnie? Ale i ja, gdy chcę szybko zredukować poziom stresu, przenoszę się myślą do letniego wałęsania się z patykiem po piaszczystej drodze na wsi u dziadka. Do chwil betroski. Tej samej techniki relaksacyjnej nauczyłam swoje dzieci. One też, to ciekawe, przywołują wtedy pejzaże z wakacji na wsi. Inne miejsca, inne zakamarki - zakola rzek, polany leśne, ale wciąż w tej samej mazowieckiej wiosce. Książka o karpiach i szczupakach. Książka o piaszczystej drodze.


Jak się domyślacie opowieści Pavla muszą zawierać pewną tajemnicę. Nie powiem Wam jaką. No, dobrze, zdradzę, że jest to tajemnica egzystencjalna. Dlatego właśnie opowiadania Pavla są wciąż wznawiane. W Polsce zrobił to ostatnio Czuły Barbarzyńca.

A poniżej powieści, które w latach 90. zostały wydane w serii Biblioteka Bestsellerów wydawnictwa MUZA.
Znajdź trzy różnice pomiędzy bestsellerami wtedy a teraz.



_________
 Z półki

niedziela, 18 stycznia 2015

Michael Crummey "Dostatek"

Michael Crummey Dostatek
(oryg. Galory)
Przeł. Michał Alenowicz
Wydawnictwo Wiatr od morza Michał Alenowicz, Gdańsk 2013

Saga rodzinna z Nowej Fundlandii. Często wskazywana jako warta przeczytana przez polskich czytelników w 2013. Mąż kupił  kiedyś, a teraz mi przyniósł na wieść, że czytam Teatr ryb Gimlette’a.

To nie jest jedyne powiązanie z książką Gimlette’a. Michael Crummey, niemal równolatek Gimlette’a, ale w odróżnieniu do niego rodowity Nowofundlandczyk, napisał ją jak sam pisze, w oparciu o dziesiątki lokalnych opowieści, dzienniki i wspomnienia, opracowania akademickie i strony internetowe, dokumenty archiwalne i zbiory piosenek, opowieści i podania ludowe… oraz Teatr ryb, co uczciwie Crummey przyznaje na końcu książki.

Widocznie wykonali z Gimlettem tę samą robotę, albo po prostu zamknięta na świat kultura nowofundlandzka jest bardzo jednorodna, bo książka Crummeya jest niemalże zbeletryzowaną wersją Teatru ryb. Nie jest to specjalny zarzut, bo jest to bardzo dobra powieść, wciągająca i szlachetna w wyrazie.

Michael Crummey ur. 1965

Gdybym była utalentowanym pisarsko Nowofudlandczykiem, żeby nie powiedzieć pierwszym w życiu utalentowanym pisarsko Nowofudlandczykiem, sięgnęłabym po ten sam motyw: dwóch wiosek – katolickiej i protestanckiej – położonych po dwóch stronach tej samej zatoki morskiej i zwartych ze sobą w niekończącym się sporze. Pozwala to przedstawić mikroświat tej zimnej krainy, której mieszkańcy toczą niekończącą się, nierówną walkę z nieprzyjazną naturą. Morze, ryby, głód, choroby, śmierć noworodków, uszkodzenia ciała dorosłych, prymitywizm życia, analfabetyzm i tak aż po I wojnę światową.

Nowa Fundlandia normalnieje ostatnimi czasy.

Powieść - od zawsze – karmi się opowieściami o miłości. I tu mamy takie, bardzo ładnie 
poprowadzone, stosownie do okoliczności, często jak z Romeo i Julii.

Początek XXI wieku to z kolei wymóg wprowadzenia na karty powieści postaci silnych kobiet. I tu mamy takie, bardzo ładnie poprowadzone – o niebo ładniej i wiarygodniej niż w innych, czytanych przez mnie ostatnio sagach, np. u Cabre w Wyznaję, czy u Rushdiego w Ostatnim tchnieniu Maura.
Z pewnością byłabym zachwycona, gdyby nie to, że wcześniej przeczytałam Teatr ryb, który ma tę samą zawartość treściową, a pozbawiony jest owej „literackości”, której oczekuje się i którą musi dawać czytelnikowi powieściowy gatunek. Oczywiście składam Crummeyowi wyrazy uznania za pomysł z albinosem trafiającym na wyspę w cudowny sposób i jak zostało to wykorzystane jako klamra dla zamknięcia powieści. Ten motyw albinosa, odszczepieńca, odmieńca, niemego i nieczytelnego dla obcych symbolizuje świetnie tamtą krainę. Brawo autor!

Przy okazji poznałam ciekawe maleńkie wydawnictwo Wiatr od morza. Mam nadzieję, że Michał Alenowicz przetłumaczy też powieść Crummeya o krwawej historii indiańskiej piękności z plemienia Beothuk - porwanej do Europy. Jest to kolejna z kluczowych założycielskich opowieści z Nowej Fundlandii i Labradoru. 


Proszę tylko nie umieszczać na okładce historii, których akcja toczy się w latach 1700-1921, zdjęć plastikowych łodzi. Na litość boską! Wystarczy już chyba ten paradoksalny tytuł, żeby zmylić (zainteresować?) czytelnika.
_____________________
Z półki


środa, 14 stycznia 2015

John Gimlette "Teatr ryb. Podróże po Nowej Fundlandii i Labradorze"

John Gimlette Teatr ryb. Podróże po Nowej Fundlandii i Labradorze
Przeł. Hanna Pustuła-Lewicka
Seria: Orient Express
Wyd. Czarne, Wołowiec 2014

- Po co tam jedziesz?  - pytali - Tam   n i c  nie ma.


Zwykle po księgarni krążę niczym jastrząb: skupiona na poszukiwaniu zdobyczy… Tym razem niespodziewanie dostałam ataku śmiechu. Przywołałam gestem córkę z końca sali, żeby odczytać jej przedziwne zdanie z tyłu okładki: Czytelnik zaś wyrusza w brawurową podróż do nieznanej krainy dorsza.
- Brawura, podróż, kraina dorsza? Słyszałaś o czymś takim?
- Nie, ale słyszałam o „tajemniczym Don Pedro, szpiegu z krainy deszczowców”, może to coś w tym stylu? – odparła Zuza, wyczuwając, podobnie jak ja, coś nieodparcie napuszonego i przez to śmiesznego w tym zestawieniu słów.  – Podoba mi się. Musisz to przeczytać!

No, i przeczytałam! Jestem zachwycona.

Zaskoczenie, ironia, paradoksalne myślenie, inteligentny dowcip na każdej stronie - to atuty tego reportażu.  Nie zapomnę tej lektury także dlatego, że zdołała mnie zaskoczyć niezliczoną ilość razy. To była prawdziwa przygoda!

Miejsce, do którego zabiera mnie autor kojarzyło mi się dotąd tylko z psami. Trochę głupia sprawa. Labradory i nowofunlandy – aportujące psy ‘dowodne’. Sama mam labradora. Każda kałuża, dowolny ciek wodny jest jego. Ale, że Nowa Fundlandia pisze się przez -d- w środku – tego już nie wiedziałam…  Podobnie jak tego, że przez stulecia była zamorską kolonią Wielkiej Brytanii, a akces do Kanady złożyła zaledwie po II wojnie światowej. Nawet mi się to o uszy nie obiło... Przejście tak dużego terytorium z kraju do kraju… dobrowolne i bezkrwawe? Dziwne. 
Dopływam  na miejsce z autorem i co się okazuje? Że stolica tej zlodowaciałej krainy, odciętej od świata dziesiątkami tysięcy dryfujących gór lodowych leży na tej samej szerokości geograficznej co zielony Paryż. Co jest? No, jest lodowaty Prąd Labradorski. I zaczęło się…


Autor, Anglik w wieku mojego męża (ale wyglądający na znacznie starszego, co stwierdzam z niczym nieuzasadnioną satysfakcją :) jest w życiu prywatnym prawnikiem i pracuje jako adwokat osób poszkodowanych w wyniku błędów lekarskich. Kiedy sobie to uświadamiam, przeżywam kolejne zaskoczenie. Ten człowiek  zdołał mi zaimponować niesamowitą uważnością w stosunku do świata. To, że jest podróżnikiem, jest co prawda zakorzenione w jego rodzinie. Jego pradziad uczestniczył jako lekarz w wielomiesięcznej ekspedycji  na Nową Fundlandię i Labrador w 1893 roku. Był wysłannikiem tego słynnego nawiedzonego chirurga, o którym akurat teraz robi się seriale, bo zrewolucjonizował operacje wprowadzając na salę kwas karbolowy.  Pradziadek Johna Gimletta zostawił rodzinie zdjęcia z wyprawy. Przeczytajcie, jak uważnie mały John „czytał” te zdjęcia:

Zdjęcia przywiezione przez Curwena z tamtej podróży fascynowały mnie od wczesnego dzieciństwa.  […] Nie wiem, ile razy odbywałem tę podróż , w deszczowe popołudnia w czasie przerw semestralnych i słotnych weekendów. Za każdym razem dostrzegałem nowe szczegóły: bose stopy urwisów  w porcie Saint John’s; zegar na domu zbudowanym z kostek darni; ręce wytatuowane kopciem i łuskami śledzi; twarze Eskimaux, ciemne i i błyszczące jak kasztany; elegancką kamizelkę mężczyzny, który zabił swoje żony; buty z foczej skóry na nogach członków orkiestry dętej.

"Bose stopy", "kamizelka", "buty z foczej skóry..." John Gimlette okazuje się mieć to coś, co mają tylko niektórzy. On też: sam niepozorny i niewygadany, jest jak czuła antena odbiorcza. Trafia do niego to, co musi zostać wypowiedziane. Odbiera niezwykle uważnie fale innych ludzi. Tacy jak on, wsiadając do przedziału w pociągu, mogą za chwilę spodziewać się opowieści ze strony sąsiada.  W przedziale pociągu, gdzie są także inni, niezainteresowani, obojętni ludzie. A co dopiero na Nowej Fundlandii, gdzie nadal większość osad nie ma innego połączenia ze światem jak łodzią i wita gości może raz na rok!

M. in. z tego powodu mieszkańcy tamtych okolic są niezwykle ‘teatralni’ swoich reakcjach.  Czyli przesadni, ekspresyjni, głośni, radykalni, obcesowi, itd., itp.To tłumaczy słowo ‘teatr’ w tytule. A ‘dorsz’? Ooo, dorsz to jest jeszcze poważniejsza rzecz, najpoważniejsza na świecie. Do niedawna dorsz nadpływał tam milionami ton razem z Prądem Labradorskim. Teraz nie ma go – został wytrzebiony. Powiem Wam tylko, nie próbujcie robić sobie żartów z ‘ryby’ (synonim słowa ‘dorsz’), jak będziecie w tamtej okolicy. To naprawdę jest ‘kraina dorsza’, nawet, jeśli już go nie ma, a może nawet tym bardziej, że już go nie ma…


Dziwna to jest kraina. Budzi ambiwalentne odczucia. I pomyśleć, że nie zdawałam sobie sprawy, że to tam toczy się akcja Kronik portowych mojej drogiej Annie Proulx. Aktorzy i filmowcy kręcący adaptację ‘Kronik portowych’ w 2001 roku […] spędzili tu osiem tygodni najbardziej śnieżnej zimy od stu dwudziestu lat…

- Nie zadzierali nosa. Bardzo im się podobało w Trinity. Judi Dench nauczyła się piec ciasta, a troje innych kupiło sobie tu domy.

Nie wszystkie relacje filmowców były równie entuzjastyczne. Już na samym początku odkryli, że będą się musieli obyć bez cappuccino, ale w prawdziwą panikę wpędził ich dopiero bezkres pustkowia, oddzielający ich od najbliższego sklepu z sałatą. Nawet dla aktora z Walii był to zimny prysznic.

- Nie miałem pojęcia – powiedział Rhys Ifans – że Bóg stworzył tyle niczego.

Po przeczytaniu reportażu, wszystkich 568 stron (razem z opisem zdjęć), bez opuszczenia jednego zdania, powiem tak – ta kraina jest tak irracjonalna, że aż baśniowa.

Co mówi autor, kończąc swoją podróż?

Autor w opuszczonej osadzie.

Po spacerach z Johnem często wspinałem się po zboczach fiordu na samą górę, tam gdzie tajga przechodziła w tundrę. […] Była w tym jakaś brutalna piękność – a może piękna brutalność? Przyszło mi do głowy, zresztą nie po raz pierwszy, że coś jest nie w porządku z moimi reakcjami. Przebywałem w jednym z najbardziej przygnębiających miast, jakie można sobie wyobrazić, ale nie odczuwałem przygnębienia, a jedynie ciekawość. Jakby moja podróż zmieniła się w literaturę. Nie potrafiłem już chłonąć faktów inaczej niż w poczuciu oderwania – jakby naprawdę wcale mnie tam nie było. Jak mogłem być tak niewrażliwy. Przerażały mnie moje reakcje, a jednocześnie rozpierała mnie radość. Może odpowiadał za to mój własny, wypaczony charakter, a może tak kończy się każda podróż. Niewykluczone, że podróżnik jest tylko podglądaczem, poszukującym cierpienia i lęku, których zawsze doświadcza ktoś inny. […] Właśnie w jednej z takich chwil niezdecydowania spotkałem niedźwiedzia.

Gdybym nie zdawała sobie sprawy, że uznacie, że oszalałam, miałabym chęć zacytować Wam z połowę książki. Tak mi się podoba sarkazm jej autora. I jego totalny brak politycznej poprawności. Choć bez wątpliwości jest przychylny mieszkańcom, pomimo tego, że w większości są szokująco prymitywnymi ludźmi. Wykazuje mnóstwo dobrej woli i zrozumienia dla ich wad, co pozwala mu się tam świetnie odnaleźć, dogadać się z nimi i zdać nam szczegółową relację. Jednak niektóre doświadczenia przekraczają nawet jego wytrzymałość. Zaskakujące jest to, które. Np. to poniżej:

Wbrew radom przyjaciół wsiadłem do autobusu jadącego na półwysep Bonavista. Podróżowanie autobusem uważali za coś potwornie prymitywnego, jakby nieposiadanie swojego samochodu było obrazą dla ewolucji. Wyobrażam sobie, że wielu Nowofundlandczyków myśli podobnie, lękając się powrotu do przeszłości, przemoczonych nóg i mozolnego marszu.

- Będziesz jechał w towarzystwie gówniarzy i rozmaitych lebieg życiowych. – uprzedził mnie jeden ze znajomych.

 Część moich towarzyszy podróży zapewne można było nazwać gówniarzami, a większość niewątpliwie nie odniosła życiowego sukcesu. Prawie wszyscy byli otłuszczeni biedą, często przystrojoną w nierealne blondy i pomarańcze albo purpurowe pasemka. Patrząc na rządek zagłówków przede mną, miałem wrażenie, że udaję się na wycieczkę z Muppetami, ale w otaczających mnie dźwiękach nie było nic muppeciego – wyłącznie siorbanie słodkich napojów i przeżuwanie naczosów z sosem serowym ze słoika.

Czy można wyciągnąć jakiś sens z tego typu ‘brawurowych przygód w krainie dorsza’? Pewnie mi nie uwierzycie, ale tak, i to jeszcze jak.
_____________________
 Zpółki

sobota, 10 stycznia 2015

Jaume Cabre "Wyznaję" - czas zdjąć z mojej półki

Jaume Cabre Wyznaję
przeł. z katalońskiego Anna Sawicka
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2013
wyd. oryg. 2011

Całkiem dobra powieść obyczajowa, w swym charakterze bardzo mieszczańska, tradycyjna – żaden przełom.

Powieść bardzo iberyjska, bardzo osadzona w hierarchicznej, patriarchalnej kulturze Półwyspu. Jakbym znów widziała te wyglancowane przez służące podłogi, meble, wypolerowane srebra i siedzących sztywno: pana domu w jednym pokoju, panią domu w drugim, a dzieci w bawialnym. W XX wieku. Miałam okazję to poobserwować, kiedy pracowałam na studiach jako opiekunka do dzieci u radcy ambasady hiszpańskiej. W domu nigdy nie było nic do jedzenia, bo rodzice mieli niemal codziennie jakiś raut lub przyjęcie, a dzieci, no cóż, jadły w szkole (amerykańskiej)... Dzieci w ogóle nie rozmawiały z ojcem, nie ośmieliłyby się mu przeszkadzać. Na wakacjach u babci w Alicante musiałam organizować dzieciom cały dzień (na szczęście na prywatnej plaży :), bo rodzice nie spędzali z nimi nawet 5 minut dziennie. Posiłki jedliśmy w jadalni dla dzieci. Dorośli, stara mieszczańska, liczna rodzina, jadali w ciemnej jadalni pełnej bibelotów obsługiwani przez dwie służące. Pani domu siwowłosa sucha staruszka oraz jej siostry - wszystkie właśnie wróciły od fryzjera… I to głębokie przekonanie, że dzieci i ryby głosu nie mają. Historię o potopie i Noem dzieci usłyszały ode mnie. Nikt im nigdy niczego nie opowiadał. Zawsze przeszkadzały dorosłym i wiedziały o tym. Wyznaję opowiada właśnie o takiej typowej rodzinie hiszpańskiej, tu w wydaniu katalońskim. Są też – liczne i obszerne - wątki poboczne, jak np. tragedia ofiar Auschwitz, tragedia ofiar Inkwizycji na przełomie XIV i XV w., wątek skrzypiec – zresztą bardzo ciekawe i chyba dlatego dołączone przez autora. Przez cały czas miałam wrażenie, że są jednak zbędne, bo cała problematyka utworu kryje się w historii rodziny Ardèvol. Nie, nie zbędne - osobne - zasługujące na osobne opowieści. Jednak autor oświęcił dużo wysiłku, żeby wszystkie wątki połączyć w kunsztowną całość, nawet kosztem poczucia sensu, jak choćby w przypadku klonu, z którego za kilkaset lat powstaną skrzypce Adriana, wyrastającego ze zwłok mnicha zabitego na rozkaz Wielkiego Inkwizytora... Trochę to zalatuje Danem Brownem czy innym Reverte, czy Zafonem, u którego też wszystko się ze wszystkim łączy, a we wszystkim tkwi kolejna tajemnica, symbol i znak....


Temat główny to moim zdaniem władza, kontrola człowieka nad człowiekiem, czasami zinstytucjonalizowana i zabójcza, zawsze uszkadzająca.  Oraz drugi temat: poczucie winy i wstydu. Na okładce piszą, że powieść dotyczy istoty zła. No nie. Być może autor by sobie tego życzył, bo to bardzo nobilitująca tematyka, jakże filozoficzna… Dlatego zapewne bohater Cabrego marzy o napisaniu Historii zła, w ogóle dużo się o tym dyskutuje na kartach powieści. Powieść w żadnym razie nie dociera jednak do sedna tej idei. W ogóle te  wymuszone intelektualne wtręty psują realistyczny charakter zwyczajnej powieści obyczajowej, jaką jest Wyznaję.

Pragnienie władzy rzecz jasna rodzi zło. To prawda i to od początku świata. Jednak nie można powiedzieć, że u Cabrego mowa jest o przyczynach zła. Raczej o jego konsekwencjach. Za to dogłębnie zanalizowany jest problem władzy. Co prawda w dość lokalnym wymiarze, ale jednak. Władzy usankcjonowanej konwenansami społecznymi (mąż, żona, nauczyciel, dziecko), zależnościami ekonomicznymi (szef, podwładny, ach ta podwładna-kochanka), władzą religijną (Inkwizycja), władzą polityczną (junta frankistowska), itd.

Przy tym wszystkim powieść jest przyjemna w czytaniu. Szczególnie dla bibliofilów, a jeszcze bardziej dla filologów. Co za ulga mieć przed sobą wtręty, cytaty w różnych językach z zachowaniem języka oryginału. Robić przeskoki z języka do języka, z kultury do kultury, z epoki do epoki. Jedynym mankamentem tłumaczenia jest spolszczenie imion bohaterów głównych. Na tym czystym filologicznie tle imię Feliks, zamiast Fèlix czy Adrian zamiast Adrià  tuż obok charakterystycznego katalońskiego, dwuczłonowego nazwiska połączonego spójnikiem "i"... Nie podoba mi się, jakoś mnie razi.

Konstrukcja powieści wyciska co się da z wzorca introdukowanego w latach 70. przez Italo Calvino w Jeśli zimową nocą podróżny.  Czyli wiele powieści gatunkowych  w jednym tomie. Jedna przechodząca niepostrzeżenie w drugą. Nawiązanie do konceptu palimpsestu, dość udane (o wiele bardziej sensowne niż np. u Salmana Rushdiego w Ostatnim westchniemu Maura) . Od czasu do czasu komentarz narratora nawiązujący do treści lub formy utworu, czyli takie mrugnięcie okiem do co bardziej oczytanego czytelnika. Powieść ma podobno przypominać symfonię, ale mnie przypomina patchwork lub dywan z gałganków z nierówno rozłożonymi plamami barw. Główna osnowa, wiele wątków, niektóre się kumulują niespodziewanie w większe supły, czasami zapętlają lub mamy odwrócenie sytuacji – jeśli poprzednio Bernat upominał Adriana, teraz Adrian będzie upominał Bernata. Takie techniczne rozwiązania dają zmianę tempa i zwiększają dynamikę tekstu, umożliwiając przeczytanie takiej kolubryny jaką jest Wyznaję.  
Niewątpliwie w kwestiach literacko-technicznych autor doszedł do dużej biegłości. Ma też dużą swobodę pisania. Mam jednak poczucie, że tekst powinien być dużo krótszy, a jego intencje mniej nadęte. 


Ciekawie zarysowani bohaterowie, szczególnie mężczyźni. Wnikliwie opisano, jak ich ukształtowało dzieciństwo i wiek nastoletni.

Słabością powieści jest według mnie niezrozumiałe, nieuzasadnione psychologicznie przemiany miłych dzieciaków we wrednych dorosłych. Jak taki sympatyczny chłopak jak Feliks Arvedol, bibliofil, uroczy, zakochany młodzieniec mógłby porzucić bez słowa dziewczynę, która zaszła z nim w ciążę? Sorry, ale w jego wcześniejszym zachowaniu brak choćby śladu uzasadnienia dla takiego postępku. Zwrot akcji zbyt niespodziewany, w rezultacie mam poczucie kontaktu z  kłamstwem literackim.

Kolejny minus to postaci kobiet. Rozpięte pomiędzy wizją nieskalanej dziewicy a nieznośnie ograniczoną służącą. W rezultacie świat kobiet u Cabre zawiera za dużo – jak na moją wytrzymałość -  postaci kobiet, matek, córek, kochanek i służących naiwnych, o wąskich horyzontach i skoncentrowanych na świecie materialnym. Myślę, że Cabre chciał dobrze. Mając tak ogromne ambicje, jakie miał w stosunku do swojego opus magnum, zachowuje polityczną poprawność. Chciał, aby świat kobiet był równie reprezentatywny i bogaty jak świat mężczyzn. Poświęcił na uzupełnianie planów powieściowych (czytaj: pisanie powieści) 8 lat! Czuję, że chciałby oddać kobietom sprawiedliwość. Jednak jego ambiwalentne uczucia w stosunku do kobiet nie dają się ukryć. Postrzegam go jako mistrza opisywania,  ile to mężczyźni zawdzięczają służącym, nianiom, a potem kochankom, które jednakowoż po prostu istnieją po to, aby im służyć i się nimi opiekować. Dawać im to, czego chcą, kiedy tylko chcą. Naturą kobiet jest smarowanie chleba kremem czekoladowym i wciskanie do ręki chłopca. Hm, jakże się z tym utożsamiam… Żeby oddać sprawiedliwość swoim kobiecym bohaterkom, poddaje je próbom i pozwala im całkiem dobrze sobie radzić - „prawie jak mężczyźni” . Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Cabre nie zdołał pokonać ograniczeń kultury zamożnego mieszczaństwa iberyjskiego i wbrew swej świadomej woli popada w protekcjonalny ton.




Krótko mówiąc, Wyznaję to w moim odbiorze skomplikowana, ale tylko w planie fabularnym, nie intelektualnym czy moralnym, historia o chłopcach i mężczyznach, którzy walczą o władzę, kontrolę, panowanie nad sobą i innymi. Wyrywają ją sobie na różne sposoby, demonstrują, rządzą otoczeniem. A wszystko to z kobietami w tle – bo bez nich jednak się nie da. Zresztą pominąć kobiety by się nie opłacało, bo to one głównie są czytelnikami takich książek jak Wyznaję :)

Klasę tej powieści obniża też fakt, że konsekwentne trzymanie się narracji pierwszoosobowej  bywa w razie potrzeby przerwane, żeby nagle oddać głos narratorowi wszechwiedzącemu, który nam wykłada intencje bohatera i pozwala nam, ni stąd ni zowąd czytać w myślach jego i innych. Odczuwam to jako obniżanie lotów, brak wiary w inteligencję czytelnika. Przez to nie czuję, żeby ta powieść stawiała mi jakieś wyzwanie, „poszerzała  pole walki”. Tak się robi w literaturze naznaczonej, zatrutej oglądaniem seriali telewizyjnych, czyli literaturze popularnej. Nawet jeśli dość ambitnej. Którą Wyznaję jest.
__________________
 Z półki



środa, 7 stycznia 2015

Zapach kamienia - "Pachnidło" Patrick Süskind

Patrick Süskind Pachnidło. Historia pewnego mordercy
z niem. przełożyła Małgorzata Łukasiewicz
Wyd. Świat Książki, Warszawa 2006
Wyd. oryg. 1985

Najpierw film. Pamiętam go nad wyraz dobrze... Największe wrażenie zrobiła na mnie gra aktorska młodego Bena Whishaw (I love this man! Podobno kręci teraz film o Freddim Mecury'm?!) w roli Jana Baptysty Grenouille'a. 

Najbardziej poruszające były dla mnie sceny w garbarni. Te śmierdzące doły. Niewolnicza praca. Oraz scena z okresu siedmioletniego samotnego pobytu Grenouille'a na szczycie góry. Wolność. Znalezienie swojego miejsca. Samoograniczenie. Ekstaza pustelnika. Nagłe zakończenie tej euforii. Drapanie własnego ciała w poszukiwaniu choć odrobiny tego, co czyni nas ludźmi - ludzkiego zapachu.


 W powieści z kolei największe wrażenie robi na mnie świat XVIII-wiecznego rzemiosla perfumiarskiego. Które niewiele zmieniło się do dziś w swej istocie (poza odkryciem chemicznych podstaw zapachu). Te cudowne nazwy ingrediencji. Rzetelne opisy destylacji, enflerażu na ciepło i zimno. Niuansów różniących esencje zaledwie dobre od świetnych. Widać, że autor rozumie, nomen omen czuje, świat zapachów. 


Poza tym niesamowita scena, kiedy Grenouille schodzi ze swojej samotni na górze - dziki, brudny, obłożony wrzodami - i zostaje umyty, podtuczony, podmalowany, ufryzowany i przede wszystkim ubrany zgodnie z kanonami epoki. Wystarczyło, żeby dołożył do tego charakterystyczny kwaśno-zatęchły zapaszek ludzki (własnej produkcji,) i nagle Jan Bartysta Grenouille, istota niechciana, nielubina, niepożądana przez nikogo na tej planecie, staje się nagle pełnoprawnym członkiem stada ludzkiego. Zapadła mi w pamięć ta smutna konstatacja odautorska: czyżby to było najważniejsze? Powierzchowność i maksymalne upodobnienie się do reszty ludzi? Skądinąd dziś badacze odpowiadają, że tak. To jest minimum, żeby zostać zaakceptowanym przez inne homo sapiens. Grenouille nie pachniał i w związku z tym jakby nie istniał.. Albinosi są w Afryce zabijani na talizmany i lecznicze mikstury. Nie do wyobrażenia jest młody konsultant z PwC bez garnituru i krawata na co dzień. Nasze babki też o tym wspominały: Kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one. 


Nie wychylaj się, bo znajdziesz wrogów, a przyjaciół stracisz. Uproszczenie, bez wątpliwości. Nieaktualne jednak tylko dla najwybitniejszych jednostek. Lub socjopatów.

Patrick Süskind, Niemiec zakochany we Francji. Imponuje mi odważnymi, niemal grafomańskimi w swoim nieprawdopodobieństwie fabułami, świetnie skrojonymi postaciami mężczyzn (jak Jan Baptysta, czy inny nieudacznik - Kontrabasista) i filmowym obrazowaniem wypełnionym szczelnie obrazami, sceneriami, kolorami, zapachami. Język jego jest trochę zbyt dopowiedziany, bez żadnych niedomówień, bez szczelin i niejasności. Po prostu zbyt pedantyczny.

Pachnidło przypomniałam sobie, ponieważ aktualnie córka poprosiła mnie, żebym jej szukała (na studia) cytatów związanych z motywem zapachu kobiety jako wyznacznika jej atrakcyjności fizycznej.


Zapach spływał niczym wstęga w dół Rue de Seine, ten właśnie zapach, aczkolwiek wciąż bardzo słabiutki i bardzo subtelny. Grenouille czuł, jak mu bije serce, i wiedział, ze bije tak nie wskutek pospiesznego marszu, ale z bezradnego podniecenia, jakie ten zapach w nim wywoływał. Próbował przypomnieć sobie coś, co dałoby się z nim porównać, ale zaraz odrzucił wszelkie porównania. Zapach miał w sobie świeżość, ale nie była to świeżość limet czy pomarańczy, ani świeżość mirry, ani liści cynamonu, ani mięty ogrodowej, ani brzóz, kamfory, szpilek jodłowych, ani majowego deszczu, ani mroźnego wiatru, ani źródlanej wody… i zarazem miał w sobie ciepło, ale nie tak jak bergamotka, cyprys czy piżmo, i nie jak jaśmin czy narcyz, nie jak drzewo różane i nie jak irys… Ten zapach był mieszaniną jednego i drugiego, był ulotny i zarazem ciężki, nie, nie mieszaniną, był jednością, a do tego był nikły i słaby, acz z drugiej strony trwały i mocny, niczym strzęp mieniącego się, cieniutkiego jedwabiu… ale znowu nie przypominał wcale jedwabiu, tylko słodkie jak miód mleko, w którym rozpuszcza się biszkopt, czego przy najlepszej woli nie dawało się pogodzić: mleko i jedwab! Niepojęty był to zapach, nie do opisania, nie można go było w żaden sposób zakwalifikować, na dobrą sprawę  ie powinien w ogóle istnieć. A przecież istniał i był niezrównanie oczywisty. Grenouille szedł za tym zapachem i serce tłukło mu się lękliwie w piersi, czuł bowiem, że to nie on idzie za tym zapachem, ale, że ów zapach schwytał go i nieodparcie ciągnie ku sobie. […] Zapach bił od dziewczyny.

[…] Teraz czuł już, że to człowiek tak pachnie, czuł zapach potu, dobywający się z jej pach, zapach przetłuszczonych włosów, zalatujący rybą zapach płci, i wdychał te zapachy z najwyższym upodobaniem. Jej pot pachniał tak świeżo jak morska bryza, przetłuszczone włosy tak słodko jak oliwa tłoczona z orzechów, jej płeć jak bukiet lilii wodnych, skóra jak kwiat moreli…, a połączenie wszystkich tych składników dawało w sumie pachnidło tak bogate, tak wyważone, tak urzekające, że wszystko, co Grenouille zdążył do tej pory w tej dziedzinie poznać, wszytkie konstrukcje zapachowe, jakie dla zabawy stworzył w swej wyobraźni, nagle stały się wprost niedorzeczne. […] Ten zapach był wyższą zasadą […]. Był czystym pięknem.
_______________________
 Z półki

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Stanisław Lem "Opowieści o pilocie Pirxie"

Stanisław Lem Opowieści  o pilocie Pirxie
posłowie Jerzy Jarzębski
Okladka: Tomasz Lec
Wydawnictwo Literackie, Kraków 1999
I wyd. 1968

Pirx:
Książki fantastyczne? Lubię, owszem, ale tylko złe. To jest nie tyle złe, ile nieprawdziwe. [...] Dobre książki są zawsze prawdziwe, nawet gdyby opisywały rzeczy, które nigdy nie wydarzyły się i nie wydarzą. Są prawdziwe w innym sensie - jeśli mówią, powiedzmy o kosmonautyce, to tak, że poznaje się coś z tej ciszy, która jest zupełnie inna od ziemskiej, z tego spokoju, tak doskonale nieruchomego..

Stanisław Lem Opowiadanie Pirxa 




Akurat książki Lema są dobre i prawdziwe, chociaż opowiadają o rzeczach, które nigdy nie wydarzyły się i nie wydarzą. Lubię je i sięgam po nie, żeby odetchnąć świeżym powietrzem prawdziwie mistrzowskiej literatury gatunkowej. Przepadam za Pirxem astronautą-kadetem, później pilotem, nawigatorem, wreszcie komandorem. Tym okrągłym na twarzy, na szczęście dość wysokim, za to niezbyt zręcznym życiowo, żeby nie powiedzieć gapowatym, chłopcem, a potem mężczyzną. Człowiekiem, który ma więcej szczęścia niż rozumu. Jest utalentowanym pilotem przemierzającym próżnię kosmosu, ale jednocześnie nie przestaje bujać w obłokach.  Pirx marzy o sukcesach na wielką skalę, sławie, a dostaje to...., co zwykle dostajemy od życia... Uroczy gość.


Młody, pucołowaty, nieco gapowaty Stanisław Lem
Lubię kamuflaż, który stosuje Lem. Z przyjemnością zanurzam się w naszpikowane technicznym żargonem opowieści, w których Lem dba, żeby tam gdzie jest próżnia nie roznosił się głos, a tam, gdzie jest mała grawitacja nie dawało się wziąć prysznica. Dopiero, kiedy sceneria jest w miarę wierna ustaleniom naukowym, zapuszczamy się na grunt fikcji. Lem startuje zwykle z punktu wyznaczonego jakąś ciekawostką naukową, którą wyczytał w którymś z prenumerowanych przez siebie czasopism naukowych. Np. w latach sześćdziesiątych zaczęto na zachodzie eksperymentować z deprywacją sensoryczną. Lem natychmiast poddał swojego ulubionego bohatera Pirxa testowi "wariackiej kąpieli" w osolonej wodzie i ciemności. Opisał zjawisko w Polsce jeszce nikomu nieznane i niezrozumiałe. I, jak zwykle, nadał mu swoją nazwę: "pozbawienie bodźców aferentnych". Takie właśnie zagadnienia - ciekawe i tajemnicze - wplatał w swoje z pozoru kosmiczne historie.

Oczywiście z dzisiejszego widzenia pełne są one śmiesznostek. Uśmiech budzi uparte nazywanie rakiet pociskami, komputer pokładowy to Kalkulator, pisany wielką literą. A wykorzystywany jest on wyłącznie do obliczeń matematycznych. Lem - którego talent futurologiczny był ceniony przecież na całym świecie - nie spodziewał się, że kiedy kosmonauta znajdzie się samotnie w kosmosie nie będzie musiał marzyć o pudełeczku ze zręcznościową zabawką w trzy świnki i wilka :), bo rozrywki dostarczy mu przecież Kalkulator... Nie przewidział, że najszerszym zastosowaniem "mózgów elektronowych" będzie właśnie  z a b a w i a n i e ludzi, a nie ich  z b a w i a n i e. Jego wyobraźnia nie podsunęła mu mieszczących się w dłoni ipadów czy smartfonów i wytrenowanego kciuka dowolnego współczesnego dziesięciolatka.


Jednak doskonale rozumiał istotę problemów, z jakimi borykać się będzie człowiek przyszlości w kontakcie z technologią. Przede wszystkim ryzyko, jakie człowiek sam sobie stworzy i nad którym w którymś momencie nie zdoła zapanować. Potem natłok i chaos informacyjny. Następnie zanik więzi międzyludzkich.

Głównym tematem twórczości Lema było pytanie o to, co czyni nas ludźmi. Najpiękniejsze, moim zdaniem, opowieści Lema to te, w których pochyla się on z czułością nad robotami - golemami przyszłości. Nad tym, że stworzone przez człowieka na jego obraz i podobieństwo urządzenia, z tego właśnie powodu w końcu stają się ofiarami bolesnych stron człowieczeństwa: frustracji, niespełnionej miłości, samotności... Zaczynają w którymś momencie pragnąć czegoś więcej niż tylko wypełnienie swego życiowego zadania (automat, który uciekł, żeby wspinać się górach). Zaczynają cierpieć, zwyczajnie, jak człowiek (robot łatający dziury w poszyciu cierpiący na stres postraumatyczny po katastrofie). Pragną dowiedzieć się kim są? A przecież samo postawienie tego pytania zmienia nasze życie.(Jak w Matrixie.) A co dopiero znalezienie odpowiedzi :)


Na czym polega to człowieczeństwo, którego oni nie mają? Może naprawdę jest tylko ożenkiem alogiczności z tą poczciwością, tym "zacnym sercem", i tym prymitywizmem odruchu moralnego [...]
Skoro maszyny cyfrowe nie są ani zacne ani nielogiczne... Więc w takim rozumieniu człowieczeństwo jest to suma naszych defektów, mankamentów, naszej niedoskonałości, jest tym czym chcemy być, a nie potrafimy, nie możemy, nie umiemy, to jest po prostu dziura między ideałami a realizacją...


Mój lekturowy wybór na zakończenie roku 2014. Mój odpoczynek.
__________________________
Z półki
Lemoriada

niedziela, 2 listopada 2014

Salman Rushdie 'Ostatnie westchnienie Maura'

Salman Rushdie Ostatnie westchnienie Maura
Tłum. Wojsław Brydak
Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 1997

Nieźle się zaczynająca, im dalej, tym coraz bardziej pokręcona, ‘przeciągnięta’, nadmiarowa proza. 

Sięgnęłam w końcu po powieść Rushdiego, zachęcona jego esejami. Tak jak pisał Rushdie, ideałem literackim są dla niego ci, którzy zdołają zawładnąć czytelnikiem, opanować jego wyobraźnię, tak, żeby czekał z utęsknieniem na kolejne słowa pisarza. Niestety ze mną to się nie udało.

Koncepcja powieści – ukazanie wielonarodowych korzeni współczesnych Indii – robi wrażenie. Nakreślenie panoramy historyczno-kulturowej zawsze robi wrażenie i zawsze jest super trudne. Rushdie zabiera się do tego nieźle. Wybiera rodzinę o szczególnie zagmatwanych korzeniach (zahaczających nawet o wygnanie muzułmanów i żydów z Hiszpanii) i przedstawia ich losy od czasów premodernistycznego XIX wieku aż po współczesność – książka kończy się w latach 90. XX wieku.
Najcenniejsze i najbardziej wciągające są portrety dominujących kobiet z rodu Gama-Zagoiby: Epifanii, Izabelli i Aurory – kobiet władczych i niezależnych. Portretowani mężczyźni są z kolei nieudacznikami, mordercami, oszustami, są słabi. Sposób portretowania, malowniczość i ekspresywność języka namacalnie oddającego nastroje, zapachy, kolory robi pewne wrażenie.

Romantyczne ostatnie tchnienie Maura w wykonaniu narratora powieści, ostatniego z klanu, któremu towarzyszymy w momencie, gdy jego życie dobiega końca, okaże się po prostu trudno schwytanym przez astmatyka haustem powietrza.

Muszę powiedzieć, że oprócz wątków portugalskich, takich choćby jak: przypomnienie udziału Portugalczyków w kolonizacji Indii, handlu pieprzem, pozostawionym zaczynie cywilizacyjnym, nazwiskach – zresztą paskudnie zniekształconych na modłę a to hiszpańską, a to angielską (powinno być Sousa, a nie Souza, Camões a nie Camoens, Bragança a nie Braganza, Douro a nie Duero) spodobało mi się niewiele. Zaledwie zmyślne wplatanie raz po raz motywu tytułowego „Ostatniego westchnienia Maura”, a to jako nazwy stacji benzynowej (Último Suspiro), a to jako nazwy obrazu, itd. Czyli do jakiegoś stopnia podobała mi się gra z autora z czytelnikiem. Poza tym dostrzegam z  zaciekawieniem pewne przekonanie autorskie, pewną intencję, którą już wcześniej przeczuwałam, czytając odautorskie wyjaśnienia do Szatańskich wersetów. Bardzo elegancki pan profesor Rushdie po prostu lubi być jako pisarz niegrzeczny, chętnie bywa sprośny, lubi trochę psotować. W usta jednego z protagonistów wkłada takie oto słowa: 

[…]mężczyźni nie tęsknią za normami życia społecznego, lecz za tym, co gwałtowne, co ponad miarę, co znosi granice i uprawnia do rozkiełznania  naszych szalonych, pierwotnych możliwości. Gorąco prosimy o zgodę, by otwarcie stać się naszymi ukrytymi ja.

U Rushdiego tylko kobiety tak czynią, mężczyźni są skrępowani, tłumią swoją agresję, aż do ostatecznego często samobójczego gwałtownego wybuchu.


Ostatnie westchnienie to powieść, do której więcej nie wrócę. Niepotrzebna mi do niczego. Blurb redakcji, który ma zachęcić do jej przeczytania, jest kwintesencją bezradności wobec tego typu literatury:

"Ostatnie westchnienie Maura" to pieśń miłosna dedykowana ginącemu światu i jego ostatnie radosne zawołanie.  

_____________________________
 Z półki

sobota, 1 listopada 2014

Isaac Bashevis Singer 'Golem'

Isaac Bashevis Singer Golem
Ilustracje: Uri Shulevitz
Przekład i słowniczek: Anna Bartkowicz
Wydawnictwo MARBA CROWN Ltd, Warszawa 1982

Chciałam na wieczór coś niewielkiego i baśniowego. Sięgnęłam na półkę zeszłorocznych nabytków. Mój egzemplarz zawiera dwie wersje Golema – polską i angielską. Tę ostatnią Singer przygotował osobiście w 1981, jednocześnie poprawiając oryginał z 1969 roku.

Opowiadanie ma charakter baśniowy. Rzecz dzieje się w szesnastowiecznej Pradze, gdzie hrabia Bratysławski chcąc zatrzeć swoje długi  u żydowskiego bankiera Eleziera Polnera oskarża go porwanie swojej córeczki Hanki w celu utoczenia jej krwi na macę. Ratuje go rabi Lejb z pomocą powołanego do tego zadania glinianego Golema. Ta część historii ma zwyczajowy dydaktyczny charakter. Potem jednak robi się ciekawiej. Rabi  Lejb na usilne żądania żony postanawia zlecić Golemowi dodatkowe zadanie. Ten odmawia, choć sam nie wie czemu. Skoro tylko poznaje smak słowa „nie” staje się wolny i niezależny od swego dotychczasowego pana. Zaczyna w pewnym sensie „dojrzewać”. Wszyscy jednak wiemy, że to się nigdy nie stanie, ma on skazę wrodzoną (co nią jest?) i Golema ktoś musi unieszkodliwić. Robi to jedyna osoba, której on ufa, i która go pokochała.


Piękna to historia i wzruszająca. Dla dorosłych i dzieci. Mająca drugie i trzecie dno. Pełna ukrytych sensów i inspiracji egzystencjalnych, o których pisał Bruno Bettelheim w pracy Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni. Skłaniająca (tak jak należy, mimochodem) do zastanowienia się nad pytaniami: Kim jestem? Co sprawia, że jestem człowiekiem? Co znaczy władza nad innymi? Co nas uszczęśliwia? Dlaczego chcemy zawsze więcej?

Charakterystyczny wygląd dziecka z zespołem FAS

Patrząc na ilustracje Uriego Shulevitza, przypominając sobie choćby Golema Tolkienowskiego i wszelkie inne jego monstrualne wizerunki - jako wierna wyznawczyni teorii socjobiologicznej - nie mogę nie dostrzec w rysach twarzy i zachowaniu Golema objawów syndromu FAS (specyficzny niedorozwój fizyczny i psychiczny, ociężałość umysłowa i ruchowa wywołane Alkoholowym zespołem płodowym). Wiem, że to brzydko z mojej strony, tak psuć zabawę dzieciom i dorosłym, nazywając rzeczy po imieniu, ale tak już mam  :)

Podobnie wampir jest symbolicznym odzwierciedleniem strachu przed czymś nieznanym i niezrozumiałym, tu przed chorymi na porfirię, czyli nieuleczalną chorobę metaboliczną, związaną z zaburzeniami wchłaniania żelaza. Chorzy Ci mają stałe zapotrzebowanie na mięso, a najchętniej piliby krew, byle tylko dostarczyć sobie żelaza. Wyglądają strasznie, bo odchodzi im płatami skóra, mają odsłonięte zęby, światłowstręt i nagłe utraty przytomności oraz równie nagle ocknięcia…


Ale to już inna historia, o której będę myśleć, kiedy będę czytać o symbolicznym opracowaniu postaci wampira u Marii Janion w Wampirze. Biografia symboliczna. Czeka także na półce Golem Meyrincka z początku XX wieku, potem Golem XIV Stanisława Lema i na koniec zostaną eseje Od Golema do Terminatora. Wizerunek sztucznego człowieka w kulturze.


_____________________________________
Z półki

środa, 29 października 2014

"Pan od poezji. O Zbigniewie Herbercie"

Joanna Siedlecka Pan od poezji. O Zbigniewie Herbercie
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2002


Z okazji 90. rocznicy urodzin poety postanowiłam w końcu przeczytać książkę z biblioteczki mojej kochanej teściowej Zofii. Siedlecką czytałam wcześniej (Czarnego ptasioraa, Jaśnie panicza, Wypominki). Pamiętałam, że była uczennicą Kapuścińskiego i jest bardzo dociekliwa. Jednocześnie chodziły mi po głowie kontrowersje, jakie wzbudziły jej dwie ostatnie książki Obława. Losy pisarzy represjonowanych (2005) i Kryptonim "Liryka". Bezpieka wobec literatów (2008). Kołatało mi się w pamięci, że ujawniła w nich niepotwierdzone oficjalnie informacje o współpracy agenturalnej, a to Odojewskiego, a to Roberta Stillera i wielu innych. Że nie miała aparatu krytycznego niezbędnego do pracy z archiwami SB. Że zawierzyła im bezkrytycznie i zraniła wielu ludzi.

Czytając więc o Herbercie, byłam ostrożniejsza niż zwykle i mniej ufna. Biografia autora Pana Cogito (1974) okazała się poparta bardzo dobrym (w większości) riserczem, ciekawa i dobrze czytająca się. Nie mogę jednak powiedzieć, że to dobra biografia. Zgodnie z intencją autorki miała być nakierowana na wczesne lata poety, żeby pokazać kształtowanie się postawy poetyckiej.

Joanna Siedlecka
Rzeczywiście rozdziały poświęcone dziecięcym i wczesno młodzieńczym czasom lwowskim są najlepsze. To po prostu kopalnia wiedzy na temat Polaków mieszkających przed wojną we Lwowie. Co prawda Herberta jest tam tyle, co kot na płakał. Po prostu Herbert był cichym, schowanym, niziutkim, chudziutkim chłopaczkiem, który niczym nie wyróżniał się, może poza tym, że uwielbiał się uczyć. Miał dominującego, surowego ojca, przy którym nauczył się nie wychylać. W wieku 16 lat 'Zbynio' miał wypadek na nartach, krótszą i uszkodzoną trwale prawą nogę. Utykał z tego powodu do końca życia. Gdy zmarł mu 12-letni brat, rodzina uciekła ze Lwowa, jeszcze przed nadejściem frontu. Przedtem jednak, za czasów okupanta rosyjskiego, przypadkiem trafił do gimnazjum (dotychczas) dziewczęcego. I odkrył swój łobuzerski wdzięk, który bardzo działał na dziewczyny. Odtąd, do 40. roku życia, choć kulejący i wyglądający niemal jak chłopiec 'Dziubdziuś' brylował wśród pań. Jego losy naznaczone były licznymi podbojami miłosnymi.


Zbiegniew Herbert w latach 50.

No właśnie. To o nich, o romansach, o kobietach, którym z chęcią dawał się utrzymywać, o pijackich wybrykach, o biedzie, o kolegach od winka, pogardzanych miejscach pracy i niezliczonych złośliwych dowcipach jest głównie ta książka. Autorka nieźle scharakteryzowała teatralny, głośny, ekstrawertyczny rodzaj temperamentu Herberta. Ale także jego drugą twarz. Piorunującą mieszankę, która go wyróżniała: jego zasadniczość (wzorowaną na ojcu) i jednocześnie nieodparty wdzięk (po matce), które sprawiały, że poznawał mnóstwo ludzi, pił z nimi lub dyskutował, a następnie odkrywał ich słabe strony i obrażał bez pardonu. Poeta miał wyjątkowo paskudny charakter. Od mężczyzn oczekiwał poklasku (nie znosił krytyki, obrażał się na całe życie), od kobiet zachwytów i opieki. Miał w sobie sporo małostkowości. Trochę fantazjował na temat swojej przynależności do AK i sprawności fizycznej. Jednocześnie potrafił godnie przejść przez stalinizm, także dlatego, że jego poetycka natura ujawniła się dość późno. Wcześniej dał się poznać jako erudyta, miłośnik kultury antycznej i filozofii. Udało mu się zacząć wyjeżdżać do Paryża, Włoch, potem także Grecji, Niemiec, w końcu USA. W sumie około 10 lat spędził poza Polską. Początkowo za granicą utrzymywali go dobrzy ludzie, potem żona, sprzątając. Do 1974 roku nie był znany. Zofię Hertz z Maison Lafitte znienawidził, kiedy nie chciała mu zapłacić za tekst dla Kultury. Kopnął ją wtedy w przypływie złości (sic!)…

Koniec końców, jak wiadomo, owocem tych wyjazdów oraz ukochanego przesiadywania w bibliotekach i robienia cały czas notatek stał się Barbarzyńca w ogrodzie i Martwa natura z wędzidłem. Ukochane lektury mojej młodości.



Z. Herbert w 1963 r.

Niestety Siedlecka praktycznie w ogóle nie poświęciła uwagi twórczości pisarza. To jest fatalne. Prawdopodobnie nie dogadała się z wdową po artyście, która nie chciała z nią rozmawiać. Dopiero na koniec książki, ni stąd ni zowąd Siedlecka przedrukowała kilka anonimowych wierszy z końca lat 90. XX wieku, przypisywanych wg miejskiej legendy Herbertowi i wydanych pod pseudonimem Mak w czasopiśmie prawicowym ‘Słowo’. Domniemane autorstwo Herberta potwierdzało kilka osób z redakcji, choć nie sama redaktor naczelna. Wiersze są bardzo słabe. Obecnie mówi się, że Siedlecka dała się ponieść fantazji. Coś w tym jest.

Jej książka odbieram jako książkę w wyrazie bardzo plotkarską. Ze szczególnym upodobaniem Siedlecka opisuje konflikty, w które wchodził poeta (m.in. z Miłoszem). Teraz już wiadomo, że Herbert przez lata chorował nie tylko na astmę, inne choroby metaboliczne, palił do śmierci (nawet z rurką tracheotomiczną w krtani!), ale także (tak jak jego matka) na chorobę dwubiegunową-afektywną. Stąd nadaktywność słowna, skakanie po dachach samochodów, nagle wielodniowe zniknięcia, okresowe szalone zakupy, całotygodniowe balangi na przemian z niewychodzeniem z pokoju. Prawicowi czytelnicy co prawda nie życzą sobie, żeby starczą radykalizację jego poglądów przypisywać „jakiejś chorobie psychicznej, bo on miał tylko depresję, a to przecież nie jest choroba psychiczna”, niemniej trzeba się pogodzić z wpływem tejże na jego gwałtowne zerwania kontaktów i skrzywdzenie wielu.



Podsumowując, książka tym ciekawsza im dawniejszych lat życia poety dotyczy. Pełna relacji znajomych i przyjaciół (lub uważających się za nich), relacji które niestety są jak z magla. A to w związku z pijackim trybem życia poety. Nie są one tak naprawdę ani ważne ani cenne dla jego czytelników.

PS. Joanna Siedlecka ma jednak moim zdaniem niesłychany talent do nadawania tytułów książkom.

______________________________
Z półki

środa, 15 października 2014

Stanisław Lem 'Dylematy'

Stanisław Lem Dylematy
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003

Ziór krótkich felietonów Lema z przełomu XX i XXI wieku. Dla fanów Lema jako człowieka i jako autora.

Była to już końcówka życia tego niezwykłego człowieka. Lem zmarł, jak pamiętamy, w 2006 roku, mocno już schorowany. I tak mi się czyta ten zbiór tekstów. Jako pożegnanie. Jako jeszcze jedną próbę ogarnięcia rzeczywistości. Jako szarpaninę z natłokiem informacji i przemyśleń. Jako pewnego rodzaju poddanie się, ale niepogodzenie z tym, że świat jest taki, jaki jest.

Nie wiem dlaczego, ale jestem z reguły zwiastunem raczej niedobrych wieści. 

I rzeczywiście Dylematy to w sumie zbiór zapowiedzi katastrof kulturowych, politycznych, militarnych, społecznych, medycznych i wszelkich innych.


Żyjemy na początku trzeciego tysiąclecia, tak ponurym, że skłania mnie to do kilku refleksji, przytłaczających wiarę w możliwość wykształcenia w człowieku cnót zgodnych z elementarnym kanonem moralności. 

Przyjrzyjmy się temu zdaniu. Stanowi ono podstawowy przekaz Dylematów. Napisane jest w typowym dla niego stylu: Ponury czas… Refleksja… Problem z wiarą w przyszłość człowieka… Próba kształcenia… Cnoty… Elementarny kanon… Moralność…

To są dylematy Lema. Umówmy się, kto tak dzisiaj pisze? Kto o tym dzisiaj rozmyśla? Moralność? Kanon? Cnoty? Tylko człowiek z zeszłego wieku może wierzyć, że jego ‘święte oburzenie’, rozważania i analizy, wreszcie zaangażowany apel zdołają choć trochę zmienić świat…
I właśnie dlatego przeczytałam Dylematy Lema, utwierdzając się w przekonaniu, że przynajmniej dopóki on żył (do 2006) był na tej planecie ktoś, kto myślał podobnie do mnie J Z tego punktu widzenia niewątpliwie sama jestem człowiekiem zeszłego wieku…


Lem był genialnym samoukiem. Urodził się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Przeżył wojnę – pamiętajmy, że to cud samym w sobie, bo żydowskie pochodzenie jego rodziny nie było tajemnicą we Lwowie. Nie zdobył formalnego wykształcenia, próbował jednak aspirować do bycia naukowcem. Predysponowały go do tego głód wiedzy, pracowitość i śmiałość pomysłów. Jego młodzieńczą pracę o mózgu poddano jednak miażdżącej krytyce. Wtedy też jego przyszły mentor dr Mieczysław Choynowski zachęcił go do samodzielnej nauki z wykorzystaniem prenumeraty czasopism naukowych: angielskich, amerykańskich, niemieckich i rosyjskich. Regularne ich czytanie oraz gromadzenie stało się odtąd drugą naturą Lema, jego esencją . 
Musiał zarabiać na życie i zaczął pisać. Wybrał gatunek, w którym w Polsce mało się dotąd pisało i wydawało, gatunek bezpieczny, bo daleki od rzeczywistości realizmu socjalistycznego – science fiction. Po kilkudziesięciu latach zarzucono mu eskapizm, ale ja myślę, że to był podszept zdrowego rozsądku oraz gorąca potrzeba wyżycia się jego bujnej, kosmicznej wyobraźni.

Dylematy są tak bardzo staroświeckie w wyrazie także dlatego, że jest to zestaw relacji z lektur, dygresji o tym, co Lem przeczytał oraz szczególnie kąśliwe relacje z tego, co zobaczył w telewizji.
Lem nie nauczył się nigdy korzystać z komputera, jego kontakt z Internetem miał charakter pojedynczej wizyty. To nie był jego świat. Jak powiedział w 1996 r.: Znacznie mniej boję się  antymaterii niż Internetu.


Bo też świat Lema to były rozważania o naturze ludzkiej, okrutnej i dzikiej, skłonnej do agresji i totalitaryzmu. Kiedy pokazywał Obcego, to po to, żeby mimowolnie jeszcze wyraźniej pokazać niedoskonałość człowieka, niedoskonałość jego fizyczności i jego naturalnych skłonności. Lem bez wątpliwości zawsze  był racjonalistą i pesymistą. Pod koniec życia wręcz mizantropem. Niezdolnym do pisania optymistycznych zakończeń. W omawianych tu felietonach jest dowcipny i złośliwy w staroświecki sposób – nawet wtedy gdy np. bardzo pragnie być dosadny - nie jest w stanie przestać być człowiekiem  kulturalnym. To człowiek starej daty.

Ale w ocenie wielu sytuacji trudno się z nim nie zgodzić. Może nazywa rzeczy zbytnio po imieniu, ale przecież taki był zawsze. Samotny jeździec Apokalipsy. Nigdy nie liczył się z opiniami innych i robił swoje.

Niejednokrotnie bywałem w późniejszej fazie mojego pisarstwa oskarżany o czarnowidztwo, nigdy jednak nie sądziłem, że będą mi się na usta cisnąć słowa: ludzkość jest olbrzymim stadem bezustannie rozmnażających się łysych małp, za opatrzonych w brzytwy wynalezione przez ich bystrzejszych krewnych.


Mierzi go fałsz polityków. Pierwszy felieton w zbiorze Dylematy jest o tym, że nie wiadomo, czego można spodziewać się po Putinie (wtedy wybranym na prezydenta Rosji po raz pierwszy), że jest ‘zaszyfrowany’, niepokojący. Po latach już nieco lepiej rozszyfrowaliśmy Putina… W telewizji ogląda się już gorsze rzeczy niż wyśmiewany przez niego Big Brother. Potwierdziła się jego opinia, że nie bomba atomowa, lecz walizka z mikrobami stanowi prawdziwe zagrożenie dla świata zachodniego. Jest o klonowaniu, nanotechnologii, człowieku przyszłości, ale także o biologii zjawisk religijnych, itd.
Globalizacja, komercjalizacja, tandeta popkultury, postmodernizm, w tym szczególnie fascynacja turpizmem, cielesnością. [I tu ciekawa rzecz. Lem pokazuje się jako człowiek przywiązany do sztuki klasycznej, ale sam przecież nie stronił od eksperymentów literackich, i to czysto postmodernistycznych. I tak np. pisząc recenzje nieistniejących książek (Doskonała próżnia 1971) i wstępy do nieistniejących dzieł (Wielkość urojona 1973) pozwalał sobie na harce wyobraźni i estetykę, których teraz by innym chyba zabronił.]

Dla fanów jego prozy sf interesujące będzie autorskie podsumowanie  trafionych prognoz wraz ze wskazaniem tytułów, gdzie się pojawiają dane pojęcia i koncepty, takie jak np. wirtualna rzeczywistość. Oraz teksty o filmowych adaptacjach Solaris czy Niezwyciężonego (niezrealizowana).

Zainteresowania Lema są niezwykle szerokie jak na człowieka o wysokim IQ przystało. Jego aspiracje, żeby wyrobić sobie zdanie we wszystkich możliwych sprawach jest po prostu… porażające i znowu niedzisiejsze. Dziś każdy nastolatek wie, że świat jest nie do ogarnięcia. I z góry się poddaje… Rezygnując często z porządnego ‘ogarnięcia’ choćby jednej dziedziny i osiągnięcia pewnej, może i niepełnej, ale jednak w miarę wszechstronnej wiedzy o pozostałych. Lem się nie poddawał, walczył do końca, żeby być na bieżąco.

Na koniec trzeba jednak wyraźnie powiedzieć i ostrzec czytelników, że opis świata Lema jest bez wątpienia naznaczony depresją i niemożnością dostrzeżenia pozytywnych stron rzeczywistości. Lem nie widzi światełka w tunelu.

Nie jestem pewien, czy udało mi się już dotknąć głównych czynników sprawczych owej marności naszego czasu, w której byle jaka pospolitość staje się żyzną glebą dla wzrostu plugawej agresji.
_______________________
 Z półki
LEMORIADA