Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia Polski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia Polski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 października 2014

Maria Janion. Niedobre dziecię?


Janion: Transe – Traumy – Trangresje.
t. 1 Niedobre dziecię
Z Marią Janion rozmawia Kazimiera Szczuka
Korekta: Anna Papiernik (idealna)
Seria z Różą
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012

Mam dobrą passę. Kolejna inspirująca książka przeczytana. Tym razem sięgnęłam po tę właśnie rzecz z powodu tego, co Herbert o napisał o Janion, a raczej wspomniał lekko protekcjonalnie. Co z kolei przytoczyła Joanna Siedlecka w rozdziale o pierwszych latach powojennych w Łodzi. Mianowicie, że na tamtejszym Uniwersytecie, bardzo się wymądrzała - a propos marksizmu - młodziutka Misia Janion. Czytając to pomyślałam, że jak zwykle złośliwy, potem że Janion musi być jego równolatką (rzeczywiście Herbert był z 1924, Janion jest z 1926), na koniec, że oboje byli  repatriowani do Polski.


Jeśli Herbert był z Lwowa, to skąd była Janion? 
Z Wilna. Do końca jej ukochanego miasta.

Wilno dziś
Poza tym wspólnym mianownikiem ta szanowna dwójka to kompletne przeciwieństwa. Janion lewicuje całe życie (według swoich słów jest ‘za postępem’), podczas gdy Herbert stawał się coraz bardziej konserwatywny w swych poglądach politycznych. Janion jest tytanem sumiennej pracy naukowej, niezafałszowaną intelektualistką, bo żyje ideami, i dla idei. Nimi zajmuje się całe życie – nie ludźmi, nie przedmiotami, nawet nie działaniem. Herbert, choć studiujący początkowo równie zachłannie, szybko przyrzucił się na życie towarzyskie, podróże i samotnicze pisanie. Z temperamentu jednak podobni – oboje dominujący i lubiący postawić na swoim. Z tym, że ona nietowarzyska, niezainteresowana ubarwianiem sobie codziennego życia. Tymczasem on uwielbiał życie towarzyskie. Ona na seminariach, w IBLu, on najczęściej spędzał czas w towarzystwie kobiet – może nie ‘gąsek’, ale i nie intelektualnych partnerek. Janion minimalistka, jeżeli chodzi o sprawy materialne. On oczekujący zarobków i uznania materialnego, zbieracz pięknych przedmiotów. W literaturze ona zainteresowana romantyzmem, poświęciła część życia pomniejszym poetom polskim XIX wieku, ale przede wszystkim wprowadzająca do myślenia Polaków ideę nadmiernego mitologizowania rzeczywistości, fantazmatu, motywu inności, nieprzepracowanej traumy, kwestii żydowskiej, metodologii myślenia i pisania o literaturze. On klasyk, uniwersalizujący swoje przeżycia, mitologizujący je właśnie, autor nośnych haseł bogoojczyźnianych. Ona nieznosząca braku powściągliwości, emfazy, teatralnego przeżywania., frenetyczności zachowań i przeżywania świata. On uczynił z teatralności zwój znak rozpoznawczy, zawsze gotowy kogoś potępić, skrytykować w ostrych słowach, wzbudzić czyjś gniew. Ona gotowa zrozumieć innego, jego wybory, jego dziwactwa; on zasadniczy, zbyt często nie było go stać na empatię. Ona wybitna, wprost urodzona nauczycielka humanistyki, wychowawczyni wielu pokoleń młodych niezależnych inteligentów, on wspominał swoje doświadczenia w roli nauczyciela jako koszmar kontaktu z idiotami.

Misia Janion z ulubionymi: patykiem i piłką

Oboje mieli jednak ciężkie dzieciństwo, choć Herbert trwale uszkodzony był przez nieznoszącego sprzeciwu, pedantycznego i niewyrozumiałego ojca, który wymuszał na nim obecność w domu (w Sopocie) na posiłkach o 14 i 19, nawet gdy Herbert miał już niemal 30 lat… Ona była świadkiem awantur ojca pijaka, potem, mając 6 lat, z powodu nędzy matki samotnie wychowującej dzieci, spędziła 6 lat u nielubiącej jej dalekiej rodziny, która chciała ją 'wykierować' na krawcową. Oboje mieli wielkie aspiracje intelektualne. Ona uciekała w trans czytania. On w świat klasyczny. On miewał depresje i okresy hurra optymizmu. Ona była wieczną pesymistką.

Tak o swoim głębokim pesymizmie powiedziała sama Janion:

 Rozumiem kondycję ludzi mojej epoki jako tragiczną, straszliwą. Zawsze mi to poczucie towarzyszyło, zawsze odczuwałam fakt istnienia jako brzemię raczej niż jako dar. Ale skoro się istnieje, trzeba wtaczać ten swój głaz pod górę, nie ma wyjścia. Więc pokonywałam depresję pracą, właściwie odurzałam się pracą, w jakiś trans się zawsze wprowadzałam tym zapychaniem od świtu do nocy.

Czytam wywiad Szczuki i podziwiam konsekwencję życiową Marii Janion i wierność swojej pasji. Niezważanie na opinie innych. Liczyło się dla niej zdanie może trzech, może czterech zaprzyjaźnionych osób. To jest pewnego rodzaju wolność… Szczególnie jest mi bliski jej sposób przeżywania Holokaustu. Niezawinionej winy świadka ich mordowania. Przypomina jak, mając lat 8 w Wilnie, patrząc na Żydów wyprowadzanych na śmierć przez rozstrzelanie w podmiejskich Ponarach, poprzysięga sobie jakoś ich pomścić. Jak wspomina traumę, kiedy dziewczynka żydowska, widząc ją zaczytaną - szczęśliwą - krzyczy: „Ja też chciałabym tak czytać i uczyć się!”.


W moim przypadku to moja mama, która oglądała śmierć jako dziecko (niczym ‘Dziecko wojny’ Tarkowskiego) zasiała mi w sercu myślenie o tym, że to w gruncie rzeczy przypadek decyduje, czy masz przeżyć, czy nie. Czy jesteś Żydówką w czasie II wojny, Murzynem w secesyjnych Stanach Zjednoczonych, a w naszych czasach (!!!): kobietą niechcąca poddać się przemocy mężczyzn w Iranie, czy dziewczynką chodzącą wbrew naciskom do szkoły w Pakistanie... 

I słowo o Szczuce. Naturalna i dowcipna. Bardzo mi się podoba jej sposób wyciągania zwierzeń od kogoś, kto nie znosi taniego ekshibicjonizmu, ale koniec końców potrafi zrozumieć sens takiego wywiadu, także terapeutyczny.



W czerwonej Serii z Różą Wydawnictwa Krytyki politycznej ukazały się dotąd następujące wywiady:


Bielik-Robson: Żyj i pozwól żyć (Bielik-Robson Agata, Sutowski Michał)
Graff: Jestem stąd (Graff Agnieszka, Sutowski Michał)
Janion: Transe, traumy, transgresje: Tom 1: Niedobre dziecię (Janion Maria, Szczuka Kazimiera)
Już trudno (Rottenberg Anda, Jarecka Dorota)
Szpakowska: Outsiderka (Szpakowska Małgorzata, Chałupnik Agata, Jaworska Justyna, Kowalska-Leder Justyna, Krakowska Joanna,Kurz Iwona)
Szumowska: Kino to szkoła przetrwania (Szumowska Małgorzata, Wiśniewska Agnieszka)
Wolne (antologia; Grzela Remigiusz, Hartwig Julia, Krzywonos Henryka i inni)
Wujec: Związki przyjacielskie (Wujec Ludwika, Sutowski Michał)
_______________________

Z półki

sobota, 4 października 2014

Mój kandydat do Nagrody Literackiej Nike 2014

Karol Modzelewski Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca
Wyd. ISKRY, Warszawa 2013

Nielukrowana, uczciwa, wnikliwa, rozważna i poważna, szlachetna wobec innych, krytyczna wobec siebie autobiografia jednego z legendarnych przywódców przewrotu solidarnościowego. Jej lektura to prawdziwe wytchnienie od wszechobecnego i wszechogarniającego optymizmu na siłę. Odpowiada mojej wrażliwości czytelniczej przede wszystkim z powodu szczerości, nieudawania, prostoty wypowiedzi, powściągliwości emocjonalnej, wierności faktom. Podoba mi się, że jest niemal jak książka historyczna... Ale to 'niemal' ma dla mnie pierwszorzędne znaczenie. Autor bardzo ułatwił mi życie, nie kryję :)

Modzelewski naturalnie wykorzystuje swoje historyczne wykształcenie, które wymaga doskonałej umiejętności zapamiętywania faktów, dat i rozwikływania skrótowców oraz kojarzenia zdarzeń i rozumienia procesów. Zajeździmy kobyłę...  idzie jednak trudniejszą (przynajmniej dla tego autora) drogą, bo jest świadectwem osobistym. Nie zawiera przypisów, nie podaje źródeł. Modzelewski wierzy, że jego świadectwo, jego osoba wystarczy, żeby mu zaufać. 

Ten człowiek w ogóle wierzy w swoją moc sprawczą. Wierzy też w siebie i swoją drogę. Nie kryguje się i nie sięga po fałszywą skromność, czego nie znoszę. Mówi, jak jest. Bardzo to pozytywne. 

Książka doskonała dla mnie, która przeżywałam na żywo zmianę 1981 roku  i to w momencie wchodzenia w dorosłość i budowania swojej tożsamości. Jest to też intrygująca lektura dla osób młodych, ciekawych tamtych czasów. Dominuje oczywiście opowieść o latach, w których Modzelewski działał w polityce, choć przecież nie jako zawodowy polityk, tylko jako obywatel. I to jest niezwykłe. Z osławionej trójki wspólnie działających, mających wspólne procesy wytoczone przez władze PRL-owskie i wspólnie wsadzanych do więzienia na długie lata, czyli  z grupki: Kuroń, Michnik, Modzelewski, tylko Kuroń na dobre trafił do sformalizowanej polityki. On był rzeczywistym działaczem, harcerzem, którym pozostał aż do śmierci. Jego też bardzo cenię i lubię! Pozostali dwaj byli głównie ideologami (poświęcili się idei odejścia od socjalizmu realnego). Byli jednak i pozostali w głębi serca myślicielami, intelektualistami. Czyli są ludźmi, którzy żyją, przetwarzając idee. Zazdroszczę takiej umysłowowści. 

Pamiętam, jak mój ojciec – prosty spawacz – w okolicach 1978 -79, a miałam wtedy 15 lat, próbował mnie przekonać, że to zdrajcy narodu polskiego. Kiedy spytałam go, skąd to wie, okazało się usłyszał na pogadance zorganizowanej na jego budowie. Macki służb sięgały głęboko, a indoktrynacja była skuteczna. (Zresztą popatrzcie, co wyczyniają  teraz Rosjanie... Są w tym mistrzami. A nasza SB to ich uczniowie.) Z mowy mojego ojca ziała nienawiść. Mięły lata, zanim ojciec zrozumiał, jak i przez kogo był manipulowany.

O tym, kim jest Modzelewski, o jego pochodzeniu: rosyjskim - naturalnym; żydowskim - nieprzyswojonym; polskim - wybranym; o jego całkowicie i jednoznacznie polskiej tożsamości, zagmatwanej historii jego dzieciństwa, jego dorosłym życiu, z czym i kim się utożsamia, o co walczył - o tym jest ta lektura. Bardzo ciekawy fragment dotyczy czasów stalinowskich. Bez ogródek pisze o tym, jakie – naprawdę koszmarne rzeczy, typu nękanie kolegów i koleżanek - wyczyniał za młodu, będąc zindoktrynowany (podobnie jak mój ojciec i setki jemu podobnych). On był jednak dużo groźniejszy dla otoczenia z powodu wybitnej inteligencji, talentów liderskich oraz wysokiej pozycji społecznej. 

Także o tym, jak udało mu się wyjść z tego bagna. Kim został, na szczęście dla nas wszystkich. Oraz o tym, czy jest zawiedziony współczesnością. O tym  wszystkim jest ta bardzo inspirująca książka. 

Klarowna, racjonalna, bezpretensjonalna, pozbawiona patosu i banału. Pełna skromności. Jak należy. Dla wspólczesnych mu i potomnych. Pamiętajmy, że Modzelewski ma 77 lat.

Dodam na koniec, że ten intrygujący, ale niewątpliwie niezbyt handlowy tytuł Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca, przydługi i niejasny, po prostu całkiem niezrozumiała ‘metafura’, to cytat z ulubionego poety z okresu dzieciństwa Karola Modzelewskiego, wtedy jeszcze Kiryła, czyli Kiriuszy. 

Jest to cytat z Włodzimierza Majakowskiego. Widać, że Modzelewskiego stać na równoczesny zachwyt nad poezją tego autora (obiektywnie świetną, jedyną w swoim rodzaju) i odrzucenie jego postawy życiowej (sługus systemu). To nieprzypadkowy wybór.




Lewą marsz…

   (marynarzom)

Rozwijajcie się w marszu!
W gadaniach robimy pauzę.
Ciszej tam, mówcy!
Dzisiaj
ma głos
towarzysz Mauzer.

Dosyć już żyliśmy w glorii
praw, które dał Adam i Ewa:
Zajeździmy kobyłę historii! 

Lewa!
Lewa!
Lewa!

Błękitnobluzi,
rwijcie
za oceany!
Zali się pancernikom na redzie
stępiły dzioby ze stali?
Niech się brytyjski lew pręży,
niech ostrą koroną olśniewa −
Komuny nikt nie zwycięży!
Lewa!
Lewa!
Lewa!

Za górą klęsk błyszczą zorze,
słoneczny kraj czeka nowy.
Za głód, za moru morze,
niech zadudni nasz krok milionowy!
Choć najemna otacza nas banda,
choć nas potok stalowy zalewa,
nie zadusi Sowietów Ententa!
Lewa!
Lewa!
Lewa!

Zali wzrok orli zgaśnie?
Czyż ulegniemy w walce?!
Ciaśniej
ściśnijcie światu na gardle
proletariatu palce!
Naprzód pierś podaj nagą,
niech flaga na niebo zawiewa!
Kto tam znów rusza prawą?
Lewa!
Lewa!
Lewa!
1919 r. tłumaczył Antoni Słonimski

Mam nadzieję, że „Zajeździmy kobyłę historii” dostanie jutro Nike.




poniedziałek, 29 kwietnia 2013

...brzydkie miasteczka stają się piękne, gdy zaczynamy je wspominać


Michał Głowiński Kładka nad czasem. Obrazki z Miasteczka

Opowieść o miejscu urodzenia, dzieciństwa i wczesnej młodości Głowińskiego – Pruszkowie. Choć nazwa ta ani razu w tomie się nie pojawia, zastąpiona uniwersalizującym słowem Miasteczko, jest łatwo rozpoznawalna dla czytelnika, szczególnie mieszkańca Mazowsza. A to za sprawą pojawiającego się słynnego na całą Polskę szpitala psychiatrycznego w Tworkach, obecnie dzielnicy P., także z powodu wspomnień o obozie przejściowym stworzonym w P. na terenach Warsztatów (kolejowych) w 1944 r. Obóz ten trwale zapisał się w pamięci wielu warszawiaków, bo trafili tam praktycznie wszyscy mieszkańcy miasta po jego poddaniu się po Powstaniu. Np. moja teściowa, mieszkanka Koła na Woli trafiła z rodzicami i siostrą przez P. do Berlina do obozu pracy, mając zaledwie 8 lat. Kolejny trop to kolejka WKD oraz druga linia - dawniej kolej warszawsko-wiedeńska. No i Utrata, dawniej słynna jako „rzeka-smródka”…

Ale zgódźmy się z autorem, że miasteczko P. można było przed wojną uznać za archetypowe polskie „Miasteczko”.  O dziwnym planie, pocięte drogami i kolejowymi torami, z neogotyckim kościołem, targowiskami, zakładami produkującymi ołówki, tartakiem (jednym z właścicieli takiego tartaku był żydowski dziadek Głowińskiego), z dobrym i słabym liceum oraz biblioteką, w której przyszły wyśmienity polonista znalazł przedwojenne wydanie Ferdydurke i Braci Karamazow – swoje najważniejsze młodzieńcze lektury. Był tam także, tak jak w większości miasteczek na Mazowszu także kirkut oraz dziś już zapomniane ślady po Żydach.

Głowiński, już po napisaniu słynnych „Czarnych sezonów”, w których wraca pamięcią do okresu wojny i wspomnień o byciu „dzieckiem  Sendlerowej” zapragnął przerzucić też kładkę wspomnień do czasów, kiedy jako dziecko chętnie przesiadywał przy oknie i obserwował ulicę 3 maja, jedną z kilku głównych ulic Miasteczka. Opisał to, korzystając z niezwykłej pamięci do szczegółów i do ludzi oraz tego, że obserwowanie, stanie z boku to jego prawdziwa natura. Znajdziemy więc tu opowiadanie o romansach Pani hrabiny, o znanej wszystkim prostytutce Andzi Przysmak, o głupim Zdzisiu, podmiejskim amancie Józefie Jelitko i Pani w czerni jeżdżącej co tydzień na groby powstańcze.

Kładka nad czasem to trochę prawda i trochę fikcja. To opowiadania, trochę legendy, trochę gawędy, trochę wspomnienia. Dla zwolenników wolno płynących opowieści o czasach minionych. Dla mnie ma dodatkowy urok, bo ja też przez 12 lat mieszkałam „nad torami”, w podwarszawskim Rembertowie i chodziłam czarną, żużlową drogą do szkoły…


___________________________
Wyzwania: Z literą w tle oraz Z półki

wtorek, 16 kwietnia 2013

...odczytuję listę powstańców z getta warszawskiego


Anka Grupińska Odczytanie listy

Odczytanie listy to przejmujące w swojej prostocie wspomnienie o powstańcach żydowskich z Warszawy. Książka zawiera tylko ich zdjęcia i biogramy. Żadnej martyrologii i płaczu. 

Paradoksalnie sięgnęłam po tę pozycję w księgarni - 10 lat temu - z powodu okładki wykorzystującej pracę Leona Tarasewicza, którego kocham miłością pierwszą. Moje wydanie to drugie wydanie książki  Grupińskiej, z 2003 roku (Wydawnictwo Literackie). [Pierwsze ukazało się rok wcześniej. Moje jest już uzupełnione o nowe nazwiska.]

Lista została sporządzona przez autorkę na podstawie tzw. listy londyńskiej, czyli listy spisanej przez Cywię Lubetkin, Antka Cukiermana i Marka Edelmana w czerwcu 1943 roku i przekazanej do Londynu. Zawiera ona nazwiska wyłącznie bojowców z ŻOBu, czyli Żydowskiej Organizacji Bojowej. [W getcie była jeszcze inna grupa zbrojna - ŻZW.]

Niesamowicie mi się robi na sercu, gdy pomyślę, że w nocy z 18 na 19 kwietnia 1943 roku stanęły do boju tylko 22 grupy po ok. 10-12 osób…



Losy ich są godne zapamiętania. Kilkoro przeżyło, z czego tylko Edelman został w Polsce. Przez wszystkie lata swojego życia Edelman był strażnikiem grobów swoich towarzyszy broni. Stawiał się tam zawsze tego samego dnia, w kwietniu, zawsze zatrzymując się na kopcu usypanym na miejscu bunkra Mordechaja Anielewicza, a potem już zawsze zaczynając od chwili milczenia pod Pomnikiem Bohaterów Getta. Patrzył na świat z tamtego miejsca. Robił tak co roku, oprócz jednego, kiedy zatrzymano w areszcie domowym w stanie wojennym. Najczęściej sam, albo z rodziną, albo z przyjaciółmi, czasami z przybyłymi specjalnie na ten dzień Żydami polskimi z zagranicy. Tak minęło 50 lat. 
Od końcówki lat 90. zaczęli mu towarzyszyć mieszkańcy Warszawy. Początkowo wstydliwie, poźniej bardziej otwarcie, szli za nim spod Pomnika Bohaterów Getta na Umschlagplatz z żonkilami w dłoni…



W Odczytaniu listy wszystkie historie są interesujące, bo pokazują Żydów warszawskich przez pryzmat ich życiorysów, ich planów, ich wyborów. Największe wrażenie zrobiły na mnie historie Antka Cukiermana, Cywii Lubetkin i Kazika Ratajzera, obecnie Symchy Rotema – jednego z ostatnich żyjących bojowców ŻOBu, chłopaka o ‘świetnym wyglądzie’, łącznika Antka Cukiermana  ze światem zewnętrznym. Kazika, który wyprowadził Edelmana i jego grupę z getta przez właz na Prostej.

Edelmana już nie ma. Symcha Rotem - "Kazik" Ratajzer przyjeżdża na 70. rocznicę Powstania zbiegającą się z datą otwarcia Muzeum Żydów Polskich.


Na ich stronie przeczytałam, że zapraszają w dniu otwartym - 21 kwietnia 2013 r. -  o godz. 19.00 na premierę filmu Joanny Król i Karoliny Dzięciołowskiej Ocaleni. Czas trwania: 55 minut.
___________________________
 Z literą w tle

niedziela, 14 kwietnia 2013

...trzeba to ocalić


Mikołaj Grynberg Ocaleni z XX wieku

Autor jest z wykształcenia psychologiem, zajmuje się jednak pisaniem i fotografią. Sam jest potomkiem żydowskiego chłopca, który wraz z ojcem  - przedwojennym lekarzem - uciekł z warszawskiego getta, ukrywał się na Marymoncie, a potem w obawie przed niezdrowym zainteresowaniem sąsiadów uciekł na piechotę aż do Izabelina pod Puszczą Kampinoską, gdzie dotrwali, obaj na aryjskich papierach, do końca wojny.
A ja akurat mieszkam w tej okolicy…

Ocaleni z XX wieku to 25 historii Żydów, 25 relacji spisanych jeden do jednego podczas pobytu autora w Izraelu. Wszystkie są opatrzone pojedynczym, aktualnym czarno-białym zdjęciem zrobionym Leicą.

Autentyczność rozmowy, wyraziste charaktery bohaterów relacji, różnorodność historii i artystyczne zdjęcie oddające charakter postaci wyróżniają tę pozycję pośród innych, których ukazuje się w Polsce i na świecie na tyle dużo, że niektórzy mówią o przesycie, a np. Jacek Dehnel wskazuje wręcz na pojawienie się kiczu w tych opowieściach. Rzeczywiście, relacje te są przecież ciągle o tym samym... Są w gruncie rzeczy zawsze wariantem tej samej opowieści – o niezasłużonej ofierze. I zgoda, że ich multiplikacja niesie groźbę pojawienia się znużenia, a nawet poczucia banalności opisywanych śmierci – ale, pamiętajmy, tylko w kategoriach formalnych! 
Wydaje mi  się, że przy tak trudnej tematyce opór pojawiający się nawet u najbardziej wrażliwego czytelnika, jest naturalny. Tak działa empatia. Tak działają neurony lustrzane. Przeżywamy cierpienie razem z opowiadającymi. To boli. To jest ponad ludzką wytrzymałość. Poza tym we mnie budzi się wstyd za szmalcowników, bo wiadomo, że to oni stanowili największe zagrożenie, gdy możliwości Niemców się kończyły… To oni mogli rozpoznać Żyda wtedy, gdy hitlerowcy już nie dawali rady rozpoznać niuansów np. w mowie. To nie hitlerowcy byli w stanie wypatrzeć, że ktoś kupuje więcej chleba niż dotąd, czy że nosi w wiadrze więcej wody do picia i mycia, niż kiedyś…

Trzeba czytać te relacje, żeby oddać hołd ofiarom i nie zamykać oczu na rzeczywistość, taką jaka była.

Relacje Grynberga wnoszą do gatunku koncentrację na osobie, która opowiada, na tym, jaka jest  współcześnie. Język oddaje charaktery staruszków, niekiedy bardzo wyraziste. Wszyscy oni nie przypadkiem przetrwali, ich energia życiowa budzi podziw. Większość  nadal mówi świetnie po polsku – co więcej, niektórzy mówią wyrafinowanym polskim. Czyli wyraziste postaci, odlegle od naszego wyobrażenia „ofiar”. Do tego autor pokazuje swoje spotkania z ocalonymi z całą ich dramaturgią, z całym procesem psychologicznym, który zachodzi pomiędzy młodym przybyszem z Polski, a uciekinierami z niej. Przez to każda rozmowa jest inna i naświetla inny aspekt życia zarówno przedwojennego, wojennego, jak i powojennego tych Polaków żydowskiego pochodzenia.

Niesamowite, że przeżyli tę gehennę i potrafią się śmiać. Mogę się tego od nich uczyć. 
_____________________ 
Z półki i Z literą w tle


piątek, 1 marca 2013

...chcę dowiedzieć się czegoś o "żołnierzach wyklętych"

Żołnierze wyklęci upamiętniani są w w Polsce w dniu 1 marca   świętem państwowym od niedawna, bo od 2011 roku. To żołnierze zbrojnego poziemia antykomunistycznego, którzy albo nie złożyli broni po II wojnie światowej, jak np. stosunkowo znany "Łupaszka", albo uczestniczyli -  przynajmniej nominalnie  - w tajnych  grupach oporu przeciw władzy Polski Ludowej, jak np. 16-letni wówczas Andrzej J. Jaczewski, były harcerz szarych Szeregów (a po latach zasłużony dla edukacji seksualnej w Polsce profesor medycyny i pedagogiki). 


Prof. Jaczewski poświęcił chwilę wspomnień tamtym czasom, kiedy to trafił do piwnicy UB. Złożona to jest historia, niejednoznaczna - jak tamte czasy. To własnie jego historia zainspirowała mnie do napisania posta. Więcej TU.

Żołnierze wyklęci to także tytuł książki Jerzego Ślaskiego na ten sam temat, ale nie wiem, czy to on jest twórcą tego określenia. Jego emocjonalnie nacechowanie świadczy o tym, jak ważny musi to być temat dla niektórych, i jaki nieprzepracowany ból się za nim kryje. 

Ze swej strony chciałabym na pewno poznać historię rotmistrza Pileckiego zastrzelonego strzałem w tył głowy albo 17-letniej Inki zakatowanej na UB... 

Historia walki zbrojnej nigdy nie była mi zbyt bliska, ale historia ludzi wciągniętych w wir historii, historia niewinnych ofiar zbrodniczych systemów - tak.