Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 października 2014

Colin Thubron 'Góra w Tybecie'

Colin Thubron Góra w Tybecie. Pielgrzymka na święty szczyt
(Tyt. oryg. To a Mountain in Tibet)
Tłum. Paweł Lipszyc
Wydawnictwo Czarne 2014, seria Orient Express


Książka przeczytana jednym tchem! Zdecydowałam się nie zjeść kolacji o czasie, byle tylko doczytać do końca J

Autor, Colin Thubron, jest uznanym i nagradzanym na świecie twórcą literatury podróżniczej. Ja jednak zetknęłam się z jego literaturą po raz pierwszy. Na szczęście w serii ORIENT EXPRESS wydawnictwa Czarne znalazłam więcej jego dzieł (Po Syberii, Cień Jedwabnego Szlaku, Utracone serce Azji).

Po Górę w Tybecie sięgnęłam, bo dwa dni temu obejrzałam w telewizji film o nieszczęsnej wyprawie zimowej na Broad Peak w 2013 roku, jednocześnie zwycięskiej (górę zdobyto) i tragicznej - dwóch wspinaczy (M. Berbeka i T. Kowalski) zginęło podczas zejścia. Ta wyprawa bardzo mnie porusza. Tomek Kowalski był niemal równolatkiem mojego syna, a nawet mieli wspólnych znajomych w środowisku sportów wytrzymałościowych, a z kolei Berbeka był niemal moim równolatkiem. Krótko mówiąc, temat Himalajów nie jest dla mnie obojętny. TU o mojej lekturze książki Hugo-Badera.

Tak więc obejrzałam film… i kolejny raz zszokowało mnie moje kompletne niezrozumienie dla idei wspinania się w Himalajach. Dlaczego jestem tak bardzo obojętna wobec tego pragnienia stanięcia na szczycie? Wobec Himalajów... Wobec Tybetu...Sięgnęłam na półkę, gdzie książka Thubrona - z kosmicznie wyglądającym, ośnieżonym szczytem na okładce - czekała na taką okazję.

Colin Thubron (ur. 1939 r.)
Rzecz jest o co prawda nie o wspinaczce himalajskiej, ale o wyprawie pieszej (trekkingu z przewodnikiem i kucharzem oraz momentami dodatkowym tragarzem konnym) z Simikot w Nepalu do podnóża świętej góry Kajlas w Tybecie.


Góra ta jest uznawana za świętą w tamtejszych religiach: hinduizmie, buddyzmie, dżinizmie i religii bon. Hinduiści wierzą, że jest to siedziba boga Śiwy. Znajduje się ona nie samych Himalajach, lecz w Transhimalajach w Tybecie.

Ludzie pielgrzymują do jej stóp, aby tam obejść jej podnóże (na wysokości około 6000  m n.p.m.) po okręgu długości pięćdziesięciu kilometrów, idąc pielgrzymkową trasą w kierunku ruchu wskazówek zegara. Niektórzy robią to na osiołkach, jakach, niektórzy na kolanach i padając co kilka metrów na ziemię. Wszystko to przynosi przebłaganie bóstw i odpuszczenie win doczesnych. Oczywiście używam tu niepoprawnych sformułowań z kręgu religii chrześcijańskiej. Za to  Colin Thubron wyjaśnia podstawy tych wierzeń bardzo umiejętnie, choć bez złudzeń osoby wierzącej w jakiegokolwiek boga.


A więc góra jest święta. Jejpolska nazwa to Kajlas angielska nazwa to Mount Kailash. W mitologiach jest znana jako Meru. Posłuchajcie gawędy samego Colina Thubrona o wypiętrzaniu się tamtejszych szczytów:

Tu patrzymy na dno dawnego Oceanu Tetydy. Czterdzieści pięć milionów lat temu, kiedy Plata tektoniczna Indii – wówczas stanowiących oddzielny kontynent – uderzyła w podbrzusze Azji, Ana południu wypiętrzyły się Himalaje, a ten pradawny ocean wysechł. Morskie skamieliny, do dziś występujące na płaskowyżu tybetańskim, zdradzają, że ten najwyżej położony kraj na świecie leżał niegdyś w głębi oceanu.


Kajlas – jako góra z łupku, nie z granitu - nie jest typowa dla szczytów himalajskich. Łupki pękają pod najmniejszym naciskiem, czy to kijka trekkingowego, czy to czekana. Jest jedyna w swoim rodzaju. Ma kopulasty, irracjonalnie geometryczny i regularny  kształt. Stoi samotnie na płaskowyżu sp. Wszystko to sprawia, że od zawsze się wyróżniała. Jej religijne znaczenie - przypisywana jej świętość, sprawiły, że POZOSTAJE NIEZDOBYTA PRZEZ CZŁOWIEKA. To jest absolutnie niezwykłe. Wysoki szczyt (6714 m n.p.m.), trudny technicznie, położony w Tybetańskim Regionie Autonomicznym kontrolowanym przez Chiny, w sumie niedaleko ośmiotysięczników typu Mount Everest pozostaje NIEZDOBYTY? W dzisiejszych czasach, kiedy wydaje się, że człowiek zostawił swoje ślady w postaci plastiku i innych śmieci, a często także trupów, już praktycznie wszędzie? Reinhold Messner próbował, ale pogoda nie pozwoliła. W 2001 władze chińskie udzieliły zezwolenia na wspinaczkę hiszpańskiemuu alpiniście Jesue M. Novasowi, jednak po fali protestów środowisk wspinaczkowych i mediów, ten zrezygnował (za Wikipedią). Odtąd już nikt się nie poważył jej tknąć, nawet siejący zniszczenie Chińczycy.

Teraz narzucające się, rzecz jasna, pytanie, co sprawiło, że Colin Thubron, starszy pan, Anglik, absolwent Eton College, zawodowy podróżnik, wybrał się na tę górę w Tybecie?

Tak o swoim marzeniu sam pisze:

Tybet rozbrzmiewa jak wspomnienie o czymś utraconym, co przetrwało z czystszej epoki; nie tyle kraj, ile obszar umysłu. […]
Krajowi towarzyszyła oniryczna aura, jakby czas się w nim zatrzymał. Podróżnicy czuli, że wracają do dzieciństwa albo wkraczają w niewinną, nieskrępowaną podświadomość. Inni porównywali podróż po Tybecie, mimo niebotycznych gór, do zejścia do podziemi, natomiast niezwykła atmosfera coraz popularniejszej Tybetańskiej księgi umarłych, wydawanej w licznych przekładach, udzieliła się także i mnie.


Reportaż Thubrona jest tylko i aż szczegółową relacją z codziennego przemierzania szlaku. Niesamowicie wciągającą relacją. Na podstawie swoich codziennych notatek autor zdołał odtworzyć każdy zakręt na trasie, każdą perspektywę na dolinę, każde załamanie terenu, każdego napotkanego człowieka. A przynajmniej stworzył takie wrażenie - podróży w skali 1:1, po prostu przeniesienie się w czasie. Absolutne mistrzostwo świata! Budowanie nastroju takimi zdaniami, jak:

Nad doliną na wschodzie zwisają łachmany nocnego deszczu.

Thubron w sposób godny najwyższego podziwu panuje nad tym, co chce napisać i jak chce to zrobić. Czytając go, czuję się jak pod najlepszą ‘specjalistyczną opieką’. Użycie czasu teraźniejszego, koncentracja na szczegółach dotyczących kolorów ubrań, chmur, trawy, rzek i skał. Niesamowicie wierne opisy zmieniającej się roślinności. Wiedza przyrodnicza, antropologiczna, kulturoznawcza, antropologiczna widoczna na każdym kroku. Wszystko to  razem złożyło się na niezwykle wymowną, malowniczą literaturę. Sprawiło, że wciągnęłam się w spokojną, medytacyjną, surową atmosferę pielgrzymki do świętej góry. Całkowicie to mną zawładnęło. Jakbym tak była.

Autor dba jednak, żeby zbytnio nie oderwać się od rzeczywistości. Jest powściągliwym realistą. Od czasu do czasu burzy nasze iluzje:

Podróż nie sprzyja refleksji, na co niegdyś liczyłem. Wędrówka jest zbyt uciążliwa, droga zbyt stroma. Każdy krok na kamiennym szlaku wymaga drobnej, półświadomej decyzji, którą podejmuje się niepostrzeżenie.


Także kiedy autor napotyka na swej drodze ludzi: mieszkańców wiosek, mnichów, na koniec chińskich żołnierzy i nawet obcokrajowców, którzy tak jak on dotarli do Kajlas, iluzja Arkadii musi rozpłynąć się w obliczu tragicznej rzeczywistości. Opis zachowań ludzkich, ludzkiej nędzy działa jak kontrapunkt dla metafizyki, która pojawia się w naszej lekturze w sposób nieunikniony. Oto np. współcześni mnisi buddyjscy:

Mnisi się bardzo podniecają [oglądając mecze piłki nożnej w telewizji] . […] Chodziło o Manchester United. Wszyscy mnisi uwielbiają piłkę nożną. Wczoraj złościli się podczas meczu Ligi Mistrzów. Barcelona pokonała Manchester United, a wszyscy mnisi kochają Manchester United. Szkoda, że nie widziałeś, jak sprzeczali się przed telewizorem.


Góra w Tybecie ma także bardzo skondensowana i powściągliwą, ale znaczącą warstwę osobistą. Autorowi zmarła niedawno matka. Jest teraz ostatni ze swojego rodu. Kiedy idzie po szlaku nad przepaścią i braknie mu tchu, przypomni sobie, jak podawał tlen umierającej matce. Kiedy na mapie dostrzeże znajomą nazwę powróci wspomnieniem do swego arystokratycznego ojca, brytyjskiego oficera, który stacjonował w Indiach i urządzał tam polowania. Kiedy spojrzy na skałę – wyglądającą jak w Alpach – wspomni młodą siostrę, która zginęła porwana przez lawinę w Alpach. Kiedy się jest na szlaku do Kajlas, Tybetańska księga umarłych czyta się sama.

Posłuchajcie więc o Kajlas:

Mimo swej ogromnej masy ta góra jest światłem. Według ludowych wierzeń tybetańskich przyleciała tu z innej nieznanej krainy - wiele tybetańskich gór lata – i została umocowana flagami modlitewnymi oraz łańcuchami, zanim diabły zdążyły wciągnąć ją pod ziemię. Później, aby niebiańscy bogowie nie unieśli Kaljas i nie zwrócili jej tam, skąd pochodziła, Budda przybił ją do ziemi czterema odciskami stopy.

Czy warto zdecydować się na ogromny wysiłek pielgrzymki? Nie pytaj góry… Ona Ci nie odpowie. Milczy i milczeć będzie, nieporuszona.

Wywiad z autorem, dla zainteresowanych.




niedziela, 7 kwietnia 2013

...szukam wyzwań intelektualnych 'Bóg urojony' Dawkinsa


Richard Dawkins Bóg urojony

Książka inspirująca, pobudzająca intelektualnie, wymagająca od czytelnika samookreślenia. Niepozostawiająca czytelnika obojętnym. Odważna rzecz, szanowana w świecie.

Trzeba od razu wyjaśnić, że pojęcie ‘Boga urojonego’ Dawkins stosuje wyłącznie do wiary w boga osobowego i nadnaturalnego jednocześnie. To ważne, bo jak niektórzy być może wiedzą, a inni zaledwie przeczuwają, można myśleć o ‘Bogu’ w różny sposób. Pomijam wiarę w bogów animistycznych, ale np. można utożsamiać Boga z panteistyczną ideą natury, stawiać go bliżej kategorii Absulotu lub myśleć o nim tak, jak robił to Einstein, czy u nas ks. Haller. 

Dawkins, naukowiec i jednocześnie popularyzator myślenia naturalistycznego (materialistycznego) i racjonalizmu naukowego napisał swoją książkę z myślą głównie o takich jak on - ateistach, którzy – jak się okazuje - często przeżywają cierpienia psychiczne związane z tym, że przestali wierzyć w Boga. Trudno im pogodzić się z odejściem od religii swoich przodków, „oddzieleniem się od stada”. Do nich skierowane są te rozdziały, które przedstawiają racjonalne wyjaśnienia ateizmu jako światopoglądu.


Książka jest też na pewno przeciekawa dla osób, które nigdy nie wierzyły w żadnego boga, bo wypełniona jest analizą różnych zachowań związanych z wiarą, religią, a także historią najważniejszych wyznań i kościołów czyli wspólnot religijnych. Oczywiście fakty związane z dewocją, religijnością plebejską, naiwną  - jak można się domyślać – są interpretowane przez Dawkinsa z dużą dozą ironii. Ale trudno spodziewać się czegoś innego po intelektualiście i zdeklarowanym racjonaliście. Prymitywna dewocja może budzić opór intelektualny niezależnie od wyznania, czy jego braku. Podobnie zresztą jak fanatyzm religijny – który w każdym wydaniu jest nieszczęściem dla świata. Pamiętajmy jednak, że nie należy poglądów ekstremistów nawiązujących do Boga wiązać nadmiernie z samym Bogiem… To są sprawy czysto ludzkie…

Na szczęście interpretacje Dawkinsa są pozbawione fanatyzmu, inteligentne i pełne poczucia humoru, więc absolutnie nadające się do czytania.

Możliwe, że Bóg urojony będzie najtrudniejszą lekturą dla osoby wierzącej. Po pierwsze zawsze trudno jest konfrontować się z poglądami tak otwarcie przeciwstawnymi do naszych poglądów. Na szczęście u Dawkinsa zawsze są to poglądy i argumentacje logiczne i klarowne, można więc - i trzeba - w taki właśnie sposób – racjonalny – do nich podchodzić. Dzięki temu można zyskać fantastyczny wgląd w poglądy inne niż nasze. To jest ogromnie pouczające. 

Najciekawszy okazał się rozdział, w którym Dawkins obala (jak, to już trzeba sobie poczytać :) dowody na istnienie Boga. Dlaczego tak interesujący? Bo po raz pierwszy zetknęłam się z zebranymi w jednym miejscu, a potem rozebranymi na części i to bez użycia teologicznego żargonu, dowodami: Tomasza z Akwinu, dowodem ontologicznym, a priori, z piękna, z osobistego doświadczenia, z Pisma, z zakładem  Pascala, przez podziw dla autorytetu, z twierdzenia Bayesa. Dawkins świetnie odrobił pracę domową. To nie pierwszy raz w moim zyciu, gdy więcej dowiaduję się o logice  mojej wiary od niewierzącego niż od urzędników mojego kościoła. 

Ponadto Dawkins dostarcza mnóstwo ciekawych faktów: na temat  idei i historii różnych kultów i religijności, psychologicznej skłonności do religii, historii styku idei i praktyki świeckości i religijności. W tej kwestii z wieloma poglądami Dawkinsa zgadzam się całkowicie, np. kiedy mowa o religii jako spoiwie społecznym, czy o ciemnych stronach religii zinstytucjonalizowanej. Trudno racjonalnie bronić przywilejów wybranych grup wyznaniowych, nierównego traktowania przez prawo wyznawców i niewyznawców danej religii, idei penalizacji czegoś, czego granic nie da się zdefiniować, bo dotyczy to indywidualnego postrzegania świata , czyli tzw. ‘obrazy uczuć religijnych’, itp. 

Goryczą napełnia mnie myśl, co człowiek wyczyniał, wyczynia i będzie wyczyniał "w imię Boże"... Tu moje doświadczenie oraz moje racjonalne podejście do świata najczęściej potwierdza stwierdzenia Dawkinsa, niestety...

Jednak jeśli chodzi o stronę intelektualną - tam gdzie mowa o ideach - dostrzegam, że Dawkins w pewnym sensie nie jest w stanie  pojąć, dlaczego niektórzy mając pełną świadomość tego, że istnienia Boga nie można naukowo udowodnić, jednak w Boga wierzą. Tutaj Dawkinsowi brakuje wyobraźni, co jest zrozumiałe, bo mówimy  o czymś, czego on nie zna, a co jest niemierzalne i bardzo nienaukowe. Chodzi o stan łaski. Ktoś, kto go nigdy nie odczuł, chyba nie jest wstanie go sobie wyobrazić. To tak jak z miłością. Ktoś, kto jej nie zaznał, nie może jej ogarnąć...

Moje podejście opiera się na tym, że wiara (tak jak nadzieja i miłość) jest łaską. Nie można kogoś przekonać, żeby uwierzył; nie można kogoś zmusić, żeby uwierzył. Ale niektórym jest to dane. Zapewne ma rację Dawkins, że dzieje się tak, dlatego, że idea Boga - z bardzo wielu powodów -  jest człowiekowi potrzebna. Oczywiście fakt, że coś jest potrzebne, nie jest równoznaczne z tym, że jest to prawdziwe w sensie naukowym. Właśnie o tym mówi anegdota, wg której Pierre Simone de Laplace na pytanie Napoleona I,  dlaczego w swojej rozprawie o wahaniach okresowych w ruchu Saturna i Jowisza nie dał żadnej wzmianki o Bogu, odpowiedział:  ‘Sire, ta hipoteza nie była mi potrzebna.’

Najważniejsze jest jednak moim zdaniem to, że w momencie, w którym kwestię wiary i często związanej z tym religijności umieścić trwale w sferze prywatnej i pamiętać, że dotyczą jej te same ograniczenia, co innych naszych wolności – a więc ograniczenie wolnością drugiego człowieka,  to nie ma potrzeby zamartwić się tym, że ktoś wierzy w coś, co jest być może zaledwie konstruktem teoretycznym, czy nie wierzy. Oba wybory są równoważne.

Krótko mówiąc, Dawkins skłonił mnie do wielu cennych przemyśleń i był w nich bardzo pomocny. Myślę, że gdybyśmy się spotkali, rozeszlibyśmy się z szacunkiem.


_______________________________
 Wyzwanie Z półki

sobota, 6 kwietnia 2013

...ktoś kiedyś wymyślił alfabet

Lawrence Kushner Księga liter. Mistycznyczny alef-bet
przekład Piotr Paziński
opracowanie graficzne i skład: Jakub Kowalski

Książka rarytas da bibliofilów. Jej tematem są kolejne litery najstarszego alfabetu głoskowego czyli alfabetu hebrajskiego. Około 700 r.  p.n.e. stał się on podstawą dla alfabetu greckiego z jego alfą i betą. Ten z kolei zainicjował łacinę, a potem - nie minęło więcej niż 1000 lat - i zaczęli korzystać z liter także Słowianie znad Wisły :)

Ciekawostka dla czytelnika polskiego - czyta się tę książkę od tyłu, tak jak robią to Żydzi. Udało mi się wypatrzeć tę pozycję, nietypową na rynku polskim (tekst po polsku z okładką i stroną tytułową od tyłu), na majowych Targach Książki w PKiN. 

[Muszę się tu przyznać, że czasami myślę o sobie nie' mól książkowy', nie 'miłośnik książek', ale wręcz 'pożeracz słowa', czyli 'logofag'. Bo 'słowo' to po grecku 'logos' (gr. λόγος), a 'fagia' to 'pożeranie'. W ogóle mam wielką atencję dla wileoznacznego pojęcia logos. Nie mogę się w tym miejscu powstrzymać, żeby nie przytoczyć początku Ewangelii św. Jana (Jan 1,1-3):

Na początku było Słowo,
a Słowo było u Boga,
i Bogiem było Słowo.
Ono było na początku u Boga.
Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało,
co się stało.


Jest to jeden z najpiękniejszych cytatów, jaki znam. Każde zetknięcie z tymi poetyckimi frazami porusza mnie niemalże do łez. Ciekawe, że te odczucia dzieli ks. prof. Chrostowski, którego (w części autobiograficzną) książkę Bog, Biblia, Mesjasz wypatrzyłam właśnie dzisiaj w księgarni :)]

Ale wracajmy do Księgi liter Kushnera, amerykańskiego pisarza religijnego, rabina z San Fransisco, wykładowcy w Berkley. 


Każda litera afabetu hebrajskiego ma u Kushnera swój własny rozdział, w którym opisywana jest - nie bójmy się tego słowa - z miłością i zachwytem. Ten fakt podkreśla przemyślane opracowanie graficzne i typograficzne oraz wybitne tłumaczenie. Kushner spisuje tu swoje impresje, skojarzenia, do których skłania go odczytywanie danej litery oraz wiedza o jej użyciu, znaczeniu, przypisanej jej wartości liczbowej zgodnie z tradycją żydowską. A ta traktuje litery bardzo poważnie i...poetycko. Wygląda to np. tak: 

Taw (tu litera taw) to litera, którą Bóg dzieli z człowiekiem. Potrzeba dzielenia się była przyczyną stworzenia liter. [...]

He (tu litera he) prawie brzmi. To brzmienie wydychanego powietrza. Najbardziej naturalny dźwięk żywej istoty. [...]

Szin (tu litera szin) wygląda jakby była roztrzaskana. [...]

Księga liter została po raz pierwszy wydana w Stanach w 1975 r. i stała się tam bestsellerem. Traktowano ją trochę jak książkę o kaligrafii, trochę jak tekst poetycki, a trochę jak kabalistyczny. Isaac Bashevis Singer ją  docenił: „To księga miłości do żydowskich liter. Pozwala nam odczuć to, o czym kabaliści wiedzieli zawsze: że litery alfabetu nie są zwyczajnymi znakami, lecz symbolami naszej historii, naszej filozofii, żydowskiego życia."

Krótko mówiąc, jedyne w swoim rodzaju. Dla miłośników historii pisma, miłośników liter, alfabetów, książek, starożytnych języków obcych, a także zainteresowanych samym hebrajskim. Czyli dla 'filologów'. I znowu mamy 'logos'...

środa, 3 kwietnia 2013

...chciałabym być jak Indiana Jones



J.R. Porter Jezus Chrystus. Człowiek i Bóg
tłum. Marcin Stopa
konsultacja: prof. dr hab. Michał Wojciechowski, 
wyd. Świat Książki 2007

Vendyl Jones Manuskrypty z Qumran. Historia prawdziwego Indiany Jonesa
wyd. Świat Książki 2011



Dobrze się złożyło, że miałam na półce obie te pozycje i mogłam po nie sięgnąć w okresie Wielkanocy, tuż po lekturze fikcyjnej (choć opartej na faktach biblijnych) opowieści Niezłomny z Nazaretu – powieści historycznej o politycznych kontekstach ukrzyżowania Jezusa.

Postać historycznego Jezusa jest absolutnie fascynująca, podobnie jak archeologia Bliskiego Wschodu. Tematyka jest bardzo obszerna.

Album J. R. Portera Jezus Chrystus przyciągnął kiedyś moją uwagę w księgarni Świata Książki z powodu okładki. Przedstawia ona popularny wizerunek Jezusa ukrzyżowanego, który można kiedyś było nabyć w czasie odpustów w moich rodzinnych okolicach podgrójeckich. Zresztą razem w komplecie z wizerunkiem Matki Boskiej. Takie dwa obrazy w ciężkich ramach, dość duże, ciemne i pełne słodyczy w wyrazie, wisiały przez większość mojego dzieciństwa w domu mojego dziadka nad łóżkiem, w którym sypiałam w wakacje...  Była to pierwsza rzecz, jaką widziałam  po otwarciu oczu... Niestety wydawca nie pokusił się o napisanie czegokolwiek o ilustracji z okładki... A ja tak chciałabym wiedzieć, kto to namalował?

Ale wracajmy do meritum, sam album Portera może stanowić podstawę do wielomiesięcznych samodzielnych studiów biblijnych… Podzielony jest na 5 głównych części:
Tło wydarzeń
Życie Jezusa
Nauczanie
Interpretacje
Jezus w sztuce.


Oczywiście skupiłam się  na  2 pierwszych częściach. Znalazłam tu klarowne wyjaśnienia i mapy, co mi bardzo pomogło lepiej zrozumieć tamte czasy i kontekst śmierci Jezusa.

Praca Portera jest o tyle interesująca, że jest napisana zrozumiałym językiem bez wtrętów i slangu teologicznego tak charakterystycznego dla wcześniej czytanych przeze mnie opracowań katolickich. Porter jest emerytowanym profesorem teologii uniwersytetów w Oxfordzie i Exeter, ale wywodzi się z kościoła anglikańskiego. Dlatego nie ma problemów z pisaniem wprost o żydowskich korzeniach i judaistycznym tle zarówno losów, jak i nauczania Joszuy bar Jozefa – jak zapewne zwracano się do Jezusa w jego czasach.

Lektura warta kontynuacji, z tym, że przez miesiące, a może i lata. Jeśli starczy mi wytrwałości, żeby poświęcić na to jeden wieczór tygodniowo, to połączę to ze studiowaniem nowowydanego Wiekiego Atlasu Biblijnego VOCATIO. Mapy i widoki miejsc akcji zawsze mi pomagają  lepiej ją zrozumieć, bo jestem wzrokowcem.

Równocześnie przeczytałam superinteresującą i pouczającą historię amerykańskiego archeologa i znawcy Biblii, także Hebrajskiej, tym razem należącego do Baptystów – zmarłego w 2010 r. Vendyla Jonesa pt. Manuskrypty z Qumran.

Jaką ciekawą biografię miał ten człowiek! Zasłynął jako poszukiwacz Arki Przymierza w grotach Qumran nad Morzem Martwym. W swoich poszukiwaniach kierował się przede wszystkim wskazówkami dotyczącymi skrytek ze skarbami zapisanymi na tzw. Zwoju Miedzianym 3Q15 z Qumran (obiekt znaleziony na półce skalnej w jaskini nr 3, jako ostatnie 15. znalezisko). Są to 2 rolki blachy miedzianej (99,9% czystej miedzi) z napisami w języku hebrajskim (odmiany misznaickiej, czyli nie starobiblijnej, ale potocznej z czasów 1 w n.e.) zawierające opis 64 miejsc (wg Jonesa 32, ale każde opisane dwukrotnie), w których ukryto skarby Świątyni Jerozolimskiej przed jej zniszczeniem w 1 w. n.e. przez Rzymian. Chodzi o tony złotych i srebrnych monet, inne cenne kruszce, elementy wystroju świątynnego, tkaniny z cennej purpury (łącznie z haczykami do ich zawieszenia :), oraz naczynia liturgiczne, szaty kapłanów, wonności, balsamy namaszczające. Jones twierdzi, że ich znalezienie doprowadzi do znalezienia także Arki Przymierza.


Podczas kilkudziesięciu lat wykopalisk w Qumran nad Morzem Martwym udało mu się – wyłącznie dzięki sponsorom prywatnym – znaleźć jedną z takich kryjówek i dotrzeć w niej do poziomu, gdzie znajdował się świetnie zachowany dzban z cennym balsamem o nieznanym składzie – wciąż nadającym się do namaszczania - oraz do magazynu wonności w postaci 600 kg czerwonego proszku, nawet dziś doskonałego jako kadzidło. Dla człowieka współczesnego, ignoranta jeśli chodzi o czasy biblijne - brzmi to… skromnie. Jakiś tam garnek i jakiś tam proszek… Dla kogoś znającego zapisy biblijne, znaczenie rytualne oraz to,  jak cenne były składniki tych mikstur, oraz fakt, że uważano je za skarby, jest bardzo znaczące, że znaleziono je w bardzo trudnodostępnej grocie na pustyni, na brzegu Morza Martwego – w najniżej położonym miejscu na kuli ziemskiej, w odległości około 30 km od Świątyni Jerozolimskiej. Wydaje się, że groty w Qumran mogą kryć jeszcze niejedną tajemnicę.

Jednak nie to okazało się dla mnie najciekawszew książce Jonesa. Absolutnym hitem była dla mnie jego autobiograficzna opowieść o tym, jak stał się archeologiem biblijnym. 

Aż mnie coś skręcało i swędziało w środku, kiedy czytałam o jego dzieciństwie, a potem dorosłości w drodze do Qumran. A trzeba Wam wiedzieć, że Vendyl Jones to chłopak ze wsi, konkretnie z Teksasu. Miał być farmerem, jak większość jego krewnych – przede wszystkim - kombajnistą. I był z nim zresztą przez 3 lata. Poza tym umiał jeszcze tylko jedną rzecz – znał Biblię na pamięć, bo matka pierwszy raz przeczytała mu ją, jeszcze będąc z nim w ciąży, kierując do brzucha prowizoryczną tubę z gazety… Dziesięcioletni Vendyl szczególnie upodobał sobie fragment drugiej Księgi Machabejskiej 2 Mch 2,1-8, opisującej, jak prorok Jeremiasz ukrył Arkę Przymierza. Wtedy Vendyl zapamiętał, że bliskość Arki zwiastować będzie znalezienie któregokolwiek z przedmiotów ukrytych razem z nią przez Jeremiasza. Wtedy złożył matce przyrzeczenie, że jeśli są one gdzieś ukryte na naszej planecie, to on je odnajdzie.

Po prostu kocham takie historie. To jest o pasji, o poczuciu misji i klarownej pewności co do sensu swojego życia, czyż nie?

Jones trafił z czasem na jakąś prowincjonalną uczelnię teologiczną, został prezbitrem kościoła baptystycznego. Przez 15 lat prowadził studia nad Pismem świętym. Ożenił się, miał pięcioro dzieci. Któregoś dnia uznał, że musi zacząć uczyć się od Żydów, języka hebrajskiego i Biblii Hebrajskiej. Wyjechał z całą rodziną do Ziemi Świętej. Przez kolejne 15 lat studiował z nauczycielami żydowskimi, który wcale nie wyrywali się, żeby uczyć chrześcijanina, ale widząc jego wiedzę, dobre intencje i pasję, robili to. Historia życia jego rodziny w Izraelu, wojen, licznych przypadków i zrządzeń losu naprawdę zasługuje na film. Zresztą podobieństwo między Vendylem a Indianą Jonesem Spielberga i Lucasa podobno nie jest przypadkowa, a sam Vendyl Jones jest filmem zachwycony, bo zwraca on uwagę na to, że trzeba szukać Arki Przymierza.

Podziwiam tego człowieka, przede wszystkim dlatego, że do wszystkiego doszedł sam – a każdy następny krok na drodze do swojego celu musiał okupić pracą cięższą niż np. lokalni badacze. Że przełamał wiele barier i był żywym dowodem na to, że pozostając chrześcijaninem, można poznać tajemnice judaizmu dla dobra świata.
 ______________________
 Wyzwanie z półki

środa, 27 marca 2013

...o "Niezłomnym z Nazaretu"


Ryszard Kurylczyk Niezłomny z Nazaretu

Powieść historyczna o czasach Jezusa utrzymana w konwencji archaizowanych dialogów.

Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie i na moim mężu ta nieobszerna 70-stronicowa powieść, kiedy kupiliśmy ją w 1988 r. Muszę powiedzieć, że czytając ją wówczas, byliśmy oszołomieni erudycją autora i jego niezwykłym punktem widzenia, po który sięgnął, żeby zbliżyć się nieco do tajemnicy Jezusa. [O wrażeniu, które ta książka na nas zrobiła, świadczy też fakt, że zachowaliśmy ją przez te wszystkie lata w naszych zbiorach.] Kurylczyk ujął bowiem historię Jezusa nietypowo, zaskakująco - oczami jego wrogów, a nie wyznawców. O Jezusie „proroku, a może nawet mesjaszu” się mówi, o Jezusie „wichrzycielu” się myśli, nad Jezusem „prowokatorem” się głowi, Jezus „nauczyciel” jest debatowany. A Jezus milczy i robi swoje, daleki.

Kurylczyk, jak sam zaznacza, powziął zamysł napisania tej książki mając lat 24, a zrealizował go, mając lat 42. W tym czasie poświęcił 14 lat studiując czasy starożytne, w tym nie tylko Nowy Testament, ale przede wszystkim historiografię rzymską. Udało mu się perfekcyjnie wystylizować język (zresztą swoją wcześniejszą  książkę o Persach przedstawił wydawcom jako nowe tłumaczenie tekstów staroperskich (sic!). Tekst przybiera postać dialogów, listów lub przemówień, a głos oddany zostaje trzem najważniejszym władcom regionu: Poncjuszowi Piłatowi (pewna zbieżność z Mistrzem i Małgorzatą), Herodowi Antypasowi i władcy Syrii Witeliuszowi. Nie brakuje też dyskusji toczonych w Sanhedrynie. W zaskakujących rolach pojawią się u  Kurylczyka Jan Chrzciciel, Judasz i  Weronika.

Niezwykłość tej prozy  polega na braku teologii, a koncentracji na odbiorze zachowań Jezusa, Żyda, Galilejczyka, poddanego cesarza Tyberiusza. Mamy przed sobą powieść polityczną - powieść o człowieku, który miał w sobie taką moc, że zagrażał władzy. Kurylczyk zdecydował się pokazać świat współczesny Jezusowi z Nazaretu w konwencji dramatu walki o władzę, o strefy wpływów i idące za tym prestiż i bogactwo.

A Jezus? Jest jednocześnie wszechobecny i nieobecny. Ludzie mu wspólcześni nie pojmują jego zachowania, obawiają się go i przypisują mu z tego powodu niecne intencje. Mierzą jego czyny swoją miarą. Wypowiadają się o jego postępowaniu bez zrozumienia, doszukując się w nim drugiego dna, nie przyjmując do wiadomości, że oto pojawia się nowy światopogląd, nowa duchowość, nowa moralność.

Analizuje się każdy jego krok, śledzi i knuje przeciwko niemu. Każda z zaangażowanych w  mord na Jezusie stron przypisuje mu sprzeczne ze sobą intencje: równocześnie chęć obalenia rzymskiego imperium, odebrania władzy aktualnemu panującemu (z rzymskiego nadania) władcy żydowskiemu, ale i bunt przeciw Sanhedrynowi i regułom przez niego chronionym, co traktowane jest jako zniszczenie statusu żydowskiego narodu wybranego.

Czyli o Jezusie non stop się mówi i jednocześnie non stop wymyka się on wglądowi swoich przyszłych  oprawców – przede wszystkim tych umywających ręce… Umyka im intelektualnie, emocjonalnie, duchowo – pozostaje poza sferą ich pojmowania…


Raz tylko mamy „zbliżenie” na Jezusa - w chwili ukrzyżowania widzimy go po prostu jako człowieka cierpiącego katusze. Nie ma słów. Jest człowiek, którego wrogowie nie docenili, sądząc, że zdołają go zabić.

Do tego trzeba przyznać, że powieść ma doskonałą konstrukcję. Widać tu rękę inżyniera – erudyty, którym (z pierwszego wykształcenia) jest Kurylczyk.  Historia rozpisana została na 12 godzin, które przybliżają świat do niezasłużonej kaźni Jezusa, pięknie tu nazwanego Niezłomnym z Nazaretu.

[PS. Cieszę się, że zetknęłam się z utworami Kurylczyka w latach 80., kiedy nie był jeszcze tym, kim jest teraz. Dziwnie to może brzmi, ale obawiam się, że dziś nie sięgnęłabym po Niezłomnego... Aż wstyd się przyznać - z powodu pewnych uprzedzeń… Kurylczyk bowiem interesował się władzą i jej uwarunkowaniami nie tylko teoretycznie, ale i praktycznie… 
Mianowicie, już po ukończeniu kolejnych studiów i napisaniu swoich sztandarowych powieści z okresu  sięgającego najdalej XIII wieku, „poszedł w ministry”. Był wojewodą  słupskim, pomorskim, a nawet – literalnie - wiceministrem infrastruktury… Myślę, że ten fakt by mnie skutecznie odstraszył od lektury jego utworów. Boję się cynizmu, do którego nieuchronnie prowadzi polityka.]

Niezłomny z Nazaretu robi wrażenie i dziś. A to za sprawą nietuzinkowego ujęcia, pełnego powściągliwości, skłaniającego do myślenia o małości ludzkiej i jednocześnie o niewymownej wielkości Jezusa i jego roli w historii ludzkości.