Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 stycznia 2015

Janion. Prof. Misia

Janion. Transe - Traumy - Trangresje
t. 2 Prof. Misia
Z Marią Janion rozmawia Kazimiera Szczuka
Korekta: Anna Papiernik (niemal bezbłędna)
Seria z Różą
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014

Kiedy wczoraj wybraliśmy się na okołonoworoczny spacer po Krakowskim Przedmieściu, mąż, ja i córka, która nas odwiedziła, mieliśmy oczywiście w planach zobaczyć świątecznie ozdobione miasto, może wejść do Domu Spotkań z Historią. Skończyło się jednak na kawie i ciastku i buszowaniu po księgarniach przy Uniwersytecie. Mąż - cały szczęśliwy - znalazł w księgarni LIBER jeden jedyny egzemplarz książki Piotra Stankiewicza Sztuka życia według stoików, a chciał trzy, po jednym dla każdego z naszych dorosłych dzieci. Nasz domowy egzemplarz jest zbyt pomazany notatkami, żeby nadawał się do pożyczania.

Ja z kolei, już w witrynie dojrzałam drugi tom rozmów z prof. Janion. I to jest mój pierwszy zakup książkowy w 2015. Oby wszystkie pozostałe były równie sensowne!

Niniejszy tom, tom drugi, dotyczy lat siedemdziesiątych, aż po stan wojenny. Rozmowy Szczuki z Janion zostały przeprowadzone dopiero co, pochodzą jakby z wczoraj, z okresu już po wydaniu tomu pierwszego. To jest świetne, bo autorki odnoszą się do jego krytyki.


Za cóż to potępia się Szczukę i jej wywiad? Że nie pisze o Janion z odpowiednim namaszczeniem i czcią, że ‘dusi’ ją o powiedzenie choćby kilku zdań  o życiu pozaakademickim, prywatnym. O eksponowanie siebie - Kazimiery Szczuki - w całej swojej obcesowości, co przecież nie przystoi. Mowa jest przecież o ‘papieżycy’ polskiego literaturoznawstwa! Wszystkie te zarzuty panie świetnie ogrywają i rozbrajają, bawiąc się tematem specjalnych rosołków gotowanych przez Szczukę dla Janion, czy 'wścibstwem' Szczuki, jak w tym dialogu:

- A bale, reduty, romanse? Sama sobie przypominam z dzieciństwa, że życie towarzyskie opozycji i jej sympatyków kwitło.
- Coś tam kwitło, na pewno, ale ja nie bardzo miałam na to czas. Już te dowcipki Pani robiła w poprzednim tomie.

Trzymajmy się jednak faktów. Oto fakt: na koniec wywiadu wspomniana jest księga pamiątkowa na 80. lecie urodzin profesor. Wyrysowane jest tam drzewo jej osiągnięć dydaktycznych – 418 magistrantów i doktorantów w Warszawie i Gdańsku!

Było to możliwe dzięki świadomie wybranej postawie życiowej, tak opisanej:

Byłam jak ci pracownicy morza Wiktora Hugo. Wieczna praca. Nieskończona.


Znalazłam w tej książce dla siebie mnóstwo ciekawych wątków. Np. bibliofilstwo posunięte do granic manii. Profesor Maria Janion, czyli prof. Misia (nazwy nadane sobie wzajemnie),  prof. Henryk Markiewicz, czyli prof. Henio, Alina Witkowska, czyli Alina, oraz Maria Żmigrodzka, czyli Maryna byli zdaje się największymi odbiorcami literatury humanistycznej w Polsce. Jak wspomina sama profesor, kiedy wchodziła do księgarni PAN w Pałacu kultury i Nauki, tzw. ‘wzorcówki ‘ ( my mówiliśmy ‘wzorcowni’) słychać było pomruk wśród księgarzy: Wykładamy książki. Wiadomo było, że kupi te spod lady, najcenniejsze (kiedyś tak myślano o książkach). Zdjęcie mieszkania prof. Misi, nazywane ‘pieczarą gotycką’ nieodmiennie budzi szok niedowierzania. Jak mury mieszkania na Niemcewicza zdołały utrzymać te wszystkie papiery? Pani profesor sama zdaje sobie już sprawę, że to silne dziwactwo, sama zastanawia się, czemu do robiła i konstatuje w końcu:

[…] Na pewno fakt, że zgromadziłam tyle książek i papierów, jakoś pomaga mi trwać, rzeka czasu została w ten sposób… no, może nie zamulona, może pogłębiona czy jakoś zmeandrowana. Nie wiem. Jest mi łatwiej trwać wśród tych wszystkich tekstów i śmieci.

W ten właśnie mocno metaforyczny, ale jednocześnie odarty z patosu i sentymentalizmu sposób, opowiada Kazimierze Szczuce o swoich najlepszych latach, najbardziej płodnych latach pracy akademickiej, kiedy zrezygnowała z pisania tylko o swojej wąskiej specjalności, jaką byli „romantyczni poeci krajowi” - czy wszyscy oprócz Mickiewicza, Krasińskiego, Słowackiego i Norwida. Zaczęła pisać z większym rozmachem, ukuła kilka istotnych dla humanistyki polskiej pojęć: fantazmat i transgresja. Będąc wierną wyznawczynią myśli Marksa – czyli krytyki kapitalizmu i mieszczańskiej odsłony pozytywizmu -  czytała na nowo wielkie teksty romantyczne, poddając je rewizji (kolejne słowo ‘janionowskie’). Wielbiła nowoczesność Mickiewicza, drażnił ją narodowy patos Norwida.

Jeśli czegoś w życiu żałuję, to właśnie tego, że nigdy nie byłam słuchaczką seminariów prof. Janion. Dwa razy miałam okazję słyszeć jej referaty na konferencjach naukowych, miałam szczęście być uczennicą jej uczniów i współpracowników, studiując podyplomowo w Instytucie Badań Literackich, ale niestety nigdy nie przeżyłam horroru intelektualnego (kiedy się czegoś nie wie, nie przeczytało, albo nie pojmuje) i zarazem skrajnej przyjemności intelektualnej (kiedy jakaś myśl odkrywa nam nagle oczy), z jaką kojarzą mi się jej zajęcia w IBL.  Pamiętam, że kiedy chciałam wrócić na Uniwersytet, po tym, jak go porzuciłam dla biznesu 10 lat wcześniej, bardzo pragnęłam dostać się do środowiska PAN. Niestety było za późno. Miałam już 40 lat, byłam spoza środowiska akademickiego, bez promotora, sama wyważałam wszystkie drzwi… Pamiętam, jak na egzaminie wstępnym Agnieszka Graff była na tak, a prof. Stefan Amsterdamski na nie. I w ten oto sposób nie udało mi się dostać do Szkoły Nauk Społecznych na studia. Po dzień dzisiejszy brakuje mi tego sposobu myślenia, tych tematów. Sztuki (myślenia) dla sztuki (myślenia). Zajmowania się heurystyką (której zasady są tu świetnie opisane) i interpretacją.

O tym, co czysta humanistyka wnosi do życia społecznego mówi w tym wywiadzie prof. Janion wiele, zawsze bez egzaltacji. O sobie mówi, że zawsze interesowała ją problematyka zła i obroną innych, obcych, zbuntowanych, odszczepieńców, prześladowanych. W tej chwili kojarzy się przede wszystkim z wprowadzeniem na uniwersytety Gender Studies, choć w rzeczywistości zrobiła to nie ona, lecz jej uczennice i uczniowie. Miała bowiem bardzo inspirujące , otwierające działanie na innych. I. jak sama wprost mówi, nigdy nie znosiła epigonów i tych, którzy prawią banały.

Poza tym dowiemy się z tych wspomnień o tym, jak po tłumaczenie Ulissesa stało się w kilkudziesięciometrowej kolejce na Foksal, o technice zbierania nocnych okruchów życia przez jej przyjaciela Mirona Białoszewskiego, oraz o jej fascynacji kinem Wernera Herzoga – przeciekawe! - sztuką Diane Arbuse oraz także odniesienia do drobnomieszczańskiego oburzenia w wykonaniu dzisiejszych pseudopatriotów. Mamy kilka pozytywnych słow o Księgach Jakubowych Olgi Tokarczuk- o riserczu, do którego Tokarczuk naprawdę się przyłożyła, docierając aż do rodziny Mickiewicza.

Jest też zajawka następnego tomu wspomnień: w okolicach 1989 roku ta silna, silniejsza niż skała, Maria Janion zachorowała na depresję, proszę państwa.












czwartek, 30 października 2014

Maria Janion. Niedobre dziecię?


Janion: Transe – Traumy – Trangresje.
t. 1 Niedobre dziecię
Z Marią Janion rozmawia Kazimiera Szczuka
Korekta: Anna Papiernik (idealna)
Seria z Różą
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012

Mam dobrą passę. Kolejna inspirująca książka przeczytana. Tym razem sięgnęłam po tę właśnie rzecz z powodu tego, co Herbert o napisał o Janion, a raczej wspomniał lekko protekcjonalnie. Co z kolei przytoczyła Joanna Siedlecka w rozdziale o pierwszych latach powojennych w Łodzi. Mianowicie, że na tamtejszym Uniwersytecie, bardzo się wymądrzała - a propos marksizmu - młodziutka Misia Janion. Czytając to pomyślałam, że jak zwykle złośliwy, potem że Janion musi być jego równolatką (rzeczywiście Herbert był z 1924, Janion jest z 1926), na koniec, że oboje byli  repatriowani do Polski.


Jeśli Herbert był z Lwowa, to skąd była Janion? 
Z Wilna. Do końca jej ukochanego miasta.

Wilno dziś
Poza tym wspólnym mianownikiem ta szanowna dwójka to kompletne przeciwieństwa. Janion lewicuje całe życie (według swoich słów jest ‘za postępem’), podczas gdy Herbert stawał się coraz bardziej konserwatywny w swych poglądach politycznych. Janion jest tytanem sumiennej pracy naukowej, niezafałszowaną intelektualistką, bo żyje ideami, i dla idei. Nimi zajmuje się całe życie – nie ludźmi, nie przedmiotami, nawet nie działaniem. Herbert, choć studiujący początkowo równie zachłannie, szybko przyrzucił się na życie towarzyskie, podróże i samotnicze pisanie. Z temperamentu jednak podobni – oboje dominujący i lubiący postawić na swoim. Z tym, że ona nietowarzyska, niezainteresowana ubarwianiem sobie codziennego życia. Tymczasem on uwielbiał życie towarzyskie. Ona na seminariach, w IBLu, on najczęściej spędzał czas w towarzystwie kobiet – może nie ‘gąsek’, ale i nie intelektualnych partnerek. Janion minimalistka, jeżeli chodzi o sprawy materialne. On oczekujący zarobków i uznania materialnego, zbieracz pięknych przedmiotów. W literaturze ona zainteresowana romantyzmem, poświęciła część życia pomniejszym poetom polskim XIX wieku, ale przede wszystkim wprowadzająca do myślenia Polaków ideę nadmiernego mitologizowania rzeczywistości, fantazmatu, motywu inności, nieprzepracowanej traumy, kwestii żydowskiej, metodologii myślenia i pisania o literaturze. On klasyk, uniwersalizujący swoje przeżycia, mitologizujący je właśnie, autor nośnych haseł bogoojczyźnianych. Ona nieznosząca braku powściągliwości, emfazy, teatralnego przeżywania., frenetyczności zachowań i przeżywania świata. On uczynił z teatralności zwój znak rozpoznawczy, zawsze gotowy kogoś potępić, skrytykować w ostrych słowach, wzbudzić czyjś gniew. Ona gotowa zrozumieć innego, jego wybory, jego dziwactwa; on zasadniczy, zbyt często nie było go stać na empatię. Ona wybitna, wprost urodzona nauczycielka humanistyki, wychowawczyni wielu pokoleń młodych niezależnych inteligentów, on wspominał swoje doświadczenia w roli nauczyciela jako koszmar kontaktu z idiotami.

Misia Janion z ulubionymi: patykiem i piłką

Oboje mieli jednak ciężkie dzieciństwo, choć Herbert trwale uszkodzony był przez nieznoszącego sprzeciwu, pedantycznego i niewyrozumiałego ojca, który wymuszał na nim obecność w domu (w Sopocie) na posiłkach o 14 i 19, nawet gdy Herbert miał już niemal 30 lat… Ona była świadkiem awantur ojca pijaka, potem, mając 6 lat, z powodu nędzy matki samotnie wychowującej dzieci, spędziła 6 lat u nielubiącej jej dalekiej rodziny, która chciała ją 'wykierować' na krawcową. Oboje mieli wielkie aspiracje intelektualne. Ona uciekała w trans czytania. On w świat klasyczny. On miewał depresje i okresy hurra optymizmu. Ona była wieczną pesymistką.

Tak o swoim głębokim pesymizmie powiedziała sama Janion:

 Rozumiem kondycję ludzi mojej epoki jako tragiczną, straszliwą. Zawsze mi to poczucie towarzyszyło, zawsze odczuwałam fakt istnienia jako brzemię raczej niż jako dar. Ale skoro się istnieje, trzeba wtaczać ten swój głaz pod górę, nie ma wyjścia. Więc pokonywałam depresję pracą, właściwie odurzałam się pracą, w jakiś trans się zawsze wprowadzałam tym zapychaniem od świtu do nocy.

Czytam wywiad Szczuki i podziwiam konsekwencję życiową Marii Janion i wierność swojej pasji. Niezważanie na opinie innych. Liczyło się dla niej zdanie może trzech, może czterech zaprzyjaźnionych osób. To jest pewnego rodzaju wolność… Szczególnie jest mi bliski jej sposób przeżywania Holokaustu. Niezawinionej winy świadka ich mordowania. Przypomina jak, mając lat 8 w Wilnie, patrząc na Żydów wyprowadzanych na śmierć przez rozstrzelanie w podmiejskich Ponarach, poprzysięga sobie jakoś ich pomścić. Jak wspomina traumę, kiedy dziewczynka żydowska, widząc ją zaczytaną - szczęśliwą - krzyczy: „Ja też chciałabym tak czytać i uczyć się!”.


W moim przypadku to moja mama, która oglądała śmierć jako dziecko (niczym ‘Dziecko wojny’ Tarkowskiego) zasiała mi w sercu myślenie o tym, że to w gruncie rzeczy przypadek decyduje, czy masz przeżyć, czy nie. Czy jesteś Żydówką w czasie II wojny, Murzynem w secesyjnych Stanach Zjednoczonych, a w naszych czasach (!!!): kobietą niechcąca poddać się przemocy mężczyzn w Iranie, czy dziewczynką chodzącą wbrew naciskom do szkoły w Pakistanie... 

I słowo o Szczuce. Naturalna i dowcipna. Bardzo mi się podoba jej sposób wyciągania zwierzeń od kogoś, kto nie znosi taniego ekshibicjonizmu, ale koniec końców potrafi zrozumieć sens takiego wywiadu, także terapeutyczny.



W czerwonej Serii z Różą Wydawnictwa Krytyki politycznej ukazały się dotąd następujące wywiady:


Bielik-Robson: Żyj i pozwól żyć (Bielik-Robson Agata, Sutowski Michał)
Graff: Jestem stąd (Graff Agnieszka, Sutowski Michał)
Janion: Transe, traumy, transgresje: Tom 1: Niedobre dziecię (Janion Maria, Szczuka Kazimiera)
Już trudno (Rottenberg Anda, Jarecka Dorota)
Szpakowska: Outsiderka (Szpakowska Małgorzata, Chałupnik Agata, Jaworska Justyna, Kowalska-Leder Justyna, Krakowska Joanna,Kurz Iwona)
Szumowska: Kino to szkoła przetrwania (Szumowska Małgorzata, Wiśniewska Agnieszka)
Wolne (antologia; Grzela Remigiusz, Hartwig Julia, Krzywonos Henryka i inni)
Wujec: Związki przyjacielskie (Wujec Ludwika, Sutowski Michał)
_______________________

Z półki

wtorek, 16 września 2014

'Myśl to forma odczuwania' Susan Sontag

Myśl to forma odczuwania
Susan Sontag w rozmowie z Jonathanem Cottem
Tłum. Dariusz Żukowski
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2014

Cieszę się, że przeczytałam ten wywiad zrobiony w 1978 dla magazynu Rolling Stone. Osobiście dopiero poznaję twórczość Sontag. Poza fragmentami eseju O fotografii nie czytałam jeszcze nic więcej. Okazuje się, że mitologizowałam ją, pewnie jak wielu. Błyskotliwa myślicielka, pisarka i reżyser, piękna kobieta z pasmem siwizny na czole, niezależny człowiek, biseksualna postać, buntownicza hippiska, jedna z pierwszych poważnych pisarek zagarniętych przez świat pop-celebrytów.

W książce toczy swobodną, absolutnie bezpretencjonalną rozmowę z zaledwie o 10 lat od siebie młodszym, ale jednak swoim byłym studentem,

Co mnie zaskoczyło: prostota stylu wypowiedzi, wielka racjonalność, bardzo krytyczny umysł, umiejętność formułowania przeciwnych poglądów bez zbędnego uderzania w rozmówcę, absolutny brak ironii, powaga, intelektualizm, silne nacechowanie moralnością, powinnością wobec innych przy bezwzględnej wierności swojej drodze i przyzwoleniu na bycie innym.

Sontag jest jednocześnie nieśmiała i preferująca tradycyjne rozwiązania oraz odważna i wybierająca bycie na marginesie. Prowincjonalna i wielkoświatowa. Kobieca i męska. Prosta i skomplikowana.

Czuję duże powinowactwo do tej kobiety. Uwielbiam jej przenikliwość, to że potrzebuje licznych bodźców „konceptualnych” doświadczania transcendencji, duchowości. Podkreśla, że w dobie banalizacji przeżyć, ich konsumpcji (w 1978 roku!), potrzebuje - jak tlenu - kontaktu ze sztuką, i nie zadowala jej w sztuce wrażliwość mieszczańska – potrzebuje i szuka rzeczy eksperymentalnych, jest otwarta na nowe style i estetyki. Wzrusza mnie to że, jak pisze,  'Przywykła do tego, że różne rzeczy robisama, bo nie może ich z nikim dzielić.' Pisze też : 'Myślę, że nie sposób nie odczuwać siebie jako istoty, która jest gdzieś uwięziona.' Że sama w ogóle nie ma poczucia zakorzenienia gdziekolwiek. Ma potrzebę ciągłych zmian i lubi żyć w dwóch miejscach na raz. Pisząc, analizuje różne ważne dla niej sprawy i w momencie przelania ich na papier traci dla nich zainteresowanie. Kiedy już coś wie, rozumie albo umie, porzuca to. To ostatnie dziwaczne zjawisko 'nieodcinania kuponów' jest mi szczególnie bliskie.

Sontag przyznaje się do wiary w swoja intuicję, ale postrzega ją jako rodzaj myślenia i odwrotnie. Jak mówi tytuł: 'Myśl to dla niej forma odczuwania.' Zresztą w naszych czasach głośno mówi się już, że to co od wieków nazywano intuicją (intuicyjnie wiedziałem, co zrobić, intuicja powiedziała mi, że to jest dzieło sztuki, dobry wybór, właściwy człowiek) to po prostu myślenie heurystyczne, znaczne szybsze niż algorytmiczne podejmowanie decyzji i że intuicja wynika  po prostu z osobniczego doświadczenia.

Wielu na pewno zaciekawi ta część rozmowy, która dotyczy jej doświadczenia choroby nowotworowej i napisanej na tej kanwie Choroby jako metafory. 


Pisze: 'Wszystko, co mi się przydarza, daje okazję do rozmyślań.' Ach, ta wolność rozmyślania! O, tak! 

Inni nie zawiodą się, lecz raczej zdziwią, czytając jej deklaracje dotyczące feminizmu, mizoginizmu czy różnych kwestii seksualnych. Wspomina małżeństwo, szczęście bycia matką, syna, poźniejsze związki z kobietami. O wszystkim tym rozmawia z J.C. swobodnie, żwawo, bezpruderyjnie i szczerze.

Susan Sontag z synem Davidem Rieffem w latach 60.

Świetny jest też cały ustęp o jej lekturach. Mała Susan zaczęła czytać w wieku 3 lat! Do 12 roku życia miała przeczytanych klasyków łącznie z Dostojewskim i Kafką. Czytała jedną książkę dziennie. Ksiązka do końca była dla niej tym, czym dla innych telewizja - "wehikułem, który przenosił ją gdzieś indziej". 

'- Książka, po której zapragnęlam zostać pisarką, to Martin Eden Jacka Londona - na końcu jest samobójstwo!'
- A jaka książka (...) najbardziej Cie podekscytowała?
- Biografia Marii Curie napisana przez jej córkę Ewę. Miałam bodaj siedem lat, kiedy ją przeczytałam.

Podoba mi się to wszystko bardzo. A najbardziej 'czystość' w sposobie myślenia Sontag.

Susan Sontag (1933-2004)


poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Co czytali sobie, kiedy byli mali?

Co czytali sobie, kiedy byli mali? 
Rozmawiali Ewa Świerżewska i Jarosław Mikołajewski

Gdy byłem maleńkim bobasem –
lat miałem siedem czy osiem –
pamiętam: na łące pod lasem
czytałem :”Jasia i Małgosię”

To wierszyk napisany przez ojca Wiktora Osiatyńskiego – Leonidasa. Ojciec i syn Osiatyńscy podobnie kochali książki – od dziecka. Teraz Wiktor Osiatyński i 23 innych znanych i lubianych osób wspomina tamte czasy. Czasy, kiedy zaczęli czytać książki. Czasy, kiedy ktoś im czytał. Pierwszą samodzielnie przeczytaną książkę. Ważne książki z dzieciństwa.

Najbardziej mi bliskie i jakoś podobne do moich wspomnień są wspomnienia Krystyny Jandy. Choć mnie raczej nikt nigdy nie czytał… Tak czy owak najważniejsze było to, że gdzieś w pobliżu była biblioteka. Biblioteki były w latach 50. -70.  XX wieku dobrze zaopatrzone i łatwo dostępne. Czy to w szpitalach dla dzieci (Janka Ochojska) czy na wsiach (Robert Korzeniowski) czy po prostu na parterze domu, w którym się mieszkało (Krystyna Janda).


Niektórzy z rozmówców pamiętają nawet nazwiska bibliotekarzy, którzy zachęcili ich do przeczytania „Serca” Amicisa. I pamiętają pierwsze ważne książki w swoim życiu. Jakże mnie cieszy, że nawet „O wróbelku Elemelku” Hanny Łochockiej z ilustracjami Zdzisława Witwickiego, „O kotku, który szukał czarnego mleka” Heleny Bechlerowej ilustrowanej przez Józefa Wilkonia ktoś wspomniał. Bardzo kochałam te książeczki. Były to pierwsze książeczki, które posiadłam na własność. Otrzymałam je jako nagrody na zakończenie roku w pierwszej i drugiej klasie. Innych książek niż te, które dostawaliśmy z bratem jako nagrody, nie mieliśmy w domu, niestety.



Wspaniale się czyta wywiady Świerżewskiej i Mikołajewskiego. Śledziłam z uśmiechem na ustach czasami zwyczajne, czasami niełatwe losy naszych bohaterów. Zabawne, ale najwięcej dowiadujemy się o nich na podstawie tego, jak reagowali jako dzieci na ”Chłopców z Placu Broni”, książki Niziurskiego, komiksy o Tin Tinie czy Tytusie i czy przeczytali do końca „Nad Niemnem”. A są tacy, zapewniam Was :)

Kolejną wyjątkową zaletą przedstawianego przez mnie zbioru jest staranne wydanie, z indeksem, i przedstawianie okładek i ilustracji książeczek wymienianych przez bohaterów wywiadów w ich oryginalnych wersjach, często pierwszych wydaniach! To jest absolutny hit! Niemal antologia dziecięcej ilustracji książkowej: Szancer, Siemaszkowa, Stanny, Butenko, Wilkoń, Uniechowski, Walentynowicz, Gintowt, Wytwicki, Rychlicki, Lutczyn i dawno niewidziany Józef Marek (ten od serii "Przygód Tomka", wyd. Śląsk z lat 50.) oraz genialni Leon Kudła i Alfred Ledwig - o ile dobrze pamiętam twórcy filmów animowanych z Baltazarem Gąbką, wydanych potem przez Wyd. Literackie w latach 70.

Sa to cuda. Najwyższa jakość estetyczna, intelektualna i emocjonalna.

W moim przypadku, bez wątpliwości, mogę powiedzieć, że przygody z książkami to najwspanialsze przygody w moim życiu. Nauczyłam się czytać wbrew niesprzyjającym okolicznościom z Expressu Wieczornego, w wieku pięciu lat. Od tamtej pory wszyscy wiedzą, że: „Agnieszka musi czytać”. Czytanie to zawsze było dla mnie przenoszenie się w inny świat. Nie raz, nie dwa wspominałam tu już pierwszą książkę, którą miała w ręku „Baśnie z dalekich mórz i oceanów” Markowskiej i Wolskiej z ilustracjami Bachtin-Kryłowskiej. To był cud - zobaczyć to i dotknąć, przewracać strony, z których aż kipiał kolor, smak i zapach egzotycznych krain. 

Albo najcudowniejsze możliwe wprowadzenie w świat pure nonsensu i absurdu "Ele-mele-dudki" rumuńskiego pisarza Octava Pancu-Iasi, wydane u nas w 1964 roku z ilustracjami Marii Mackiewicz. 




Może pisałam też już o mojej pierwszej traumie związanej z książką – zbiorem rycin angielskich róż, które pożyczyłam od koleżanki z zamożnego domu, a mama kazała mi ją odnieść w te pędy, z obawy, że książka mogłaby się u nas zniszczyć, a nigdy nie byłoby nas stać na jej odkupienie… Wtedy niemal pękło mi serce, tak bardzo chciałam popatrzeć na te obrazki znów i znów. Wtedy jeszcze nawet nie umiałam czytać. 

Pewnie dlatego przez resztę życia kupowałam dużo książek. Rzadko i z trudem potrafiłam sobie odmówić. Ostatnio jednak przeżywam dziwny czas. Przez dwa miesiące nic nie czytałam i nie kupiłam ani jednej książki. Aż mąż zaczął się o mnie martwić, takie to było dziwne. Czułam jakąś pustkę w środku, a myśl, że mój i tak ogromny księgozbiór miałby znowu się powiększyć, sprawiała mi... ból, bo przypominała o przemijaniu. Non omnis moriar… Cha, cha… Pewnie. Zostaną po mnie tony papieru w postaci czy to przeczytanych, czy zaledwie przejrzanych książek.

Jednak, kiedy czytałam książkę Co czytali,  kiedy byli mali – nie mam wątpliwości, że książki uszczęśliwiały mnie miliony razy i że było warto!!!

piątek, 31 maja 2013

Trochę wiary w człowieka - Małgorzata Braunek

Małgorzata Braunek Jabłoń w ogrodzie morze jest blisko (rozmawia Artur Cieślar)

Po spustoszeniu, jaki we mnie poczyniła Część krytyków z 2666 R. Bolano [ja przepraszam, ale jak można nadać taki podtytuł, skoro można było nazwać to po prostu: Krytycy?], musiałam szybko zakleić jakimś plastrem dziurę, przez którą uciekał ze mnie optymizm i wiara w człowieka. Wybrałam w tym celu książkę o zen i jego nauczycielce Małgorzacie Braunek. 
Bo tego cholernego Bolano nie rzucę. Muszę poznać jego intencje. 

Rozmowa z Małgorzatą Brunek mnie nie zawiodła. Jej bezpretensjonalność, szczerość bez ekshibicjonizmu, uczciwość wobec siebie i innych, pokora i zgoda na świat taki, jaki jest, stanowi dla mnie wielkie ukojenie. Nareszcie coś sensownego. Są jeszcze zrównoważeni ludzie na tej planecie... Ludzie, którzy wiedzą, po co życją... Jej wrażenia z podróży po Indiach, Tybecie, a wcześniej po... Cannes i Rio de Janeiro inspisują do wyjścia poza bezpieczny krąg doświadczeń. Braunek, ta panienka z dobrego, choć ubogiego  domu, która zdała maturę za którymś razem, znalazła mężczyznę na całe życie za którymś razem, znalazła swoje powołanie za którymś razem. Nie za pierwszym, a bywało, że za trzecim podejściem.... Niewyobrażalnie fotogeniczna, stylowa osoba.








Człowiek, byt spragniony duchowości, kobieta, żona, matka, córka, nauczyciel, no i zwierzę. Tak, zwierzę. Bo kiedy opowiada, jak w czasie obserwowania obrzędu candomble w Brazylii wchodzi w trans pod wpływem bicia w bębny, to wiem, że ona i ja mamy coś wspólnego - wrażliwe pudło rezonansowe, jakim jest nasze ciało.  Ja też intensywnie odczuwam energię świata. 

Myślę, że zarówno jej teatralność, chęć grania, wchodzenia w cudzą skórę, ale paradoksalnie także jej związanie swojego życia z zen jest wynikiem ogromnie wysokiego poziomu empatii. Poczucia wspólnoty ze światem. Swobody w  byciu sobą.

Inspirujące. Uzdrawiające. Polecam.
_____________________________
 Z literą w tle