Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 września 2015

"Genialni. Lwowska szkoła matematyczna" Mariusz Urbanek


Mariusz Urbanek wyrasta na biografa (nomen omen), którego nazwisko i dokonania na gruncie biografistyki polskiej na pewno już nie zaginą.

Jego biografie Tuwima, Brzechwy, Broniewskiego, Walldorfa, Tyrmanda, Kisiela są świetne. A teraz matematycy ze Lwowa... Piękny zestaw - jak stworzony dla mnie. Wygląda bowiem na to, że jednym z motywów, którym kieruje się Urbanek, wybierając bohaterów swoich książek, jest ich wkład w życie intelektualne Polski. Owo poruszenie, które czynili. Owe aspiracje, które mieli. Ową legendę kogoś, kogo warto naśladować, którą udało im się, często mimo woli, stworzyć...

Mamy więc tu fascynujący obraz pewnej kultury, a także historię idei, a mianowicie koncepcji "Jak najlepiej uprawiać naukę"? Jak poszerzać pole wpływu kultury wysokiej? Jak być intelektualistą?

Cudna jest to historia. Mniej o matematyce, bardziej o ludziach. 


Mariusz Urbanek ur. 1960
Pełna legendarnych już anegdot, jak ta, że Stefan Banach - syn analfabetki i chłopa, niechętny egzaminom, zupełnie "nieszkolny typ" - obronił swój doktorat, mając za sobą zaledwie 2 lata studiów i to przepytany pod pozorem, że trzeba wytłumaczyć "tym trzem panom z Warszawy" zawiły problem matematyczny...

Pełna bon motów Hugona Steinhausa, jak ten: "Ziemia - kula u nogi człowieka".

Wprowadzająca w świat Los Alamos i bomby atomowej i wodorowej oraz lotu na Kisężyc oraz roli Stanisława Ulama w ich wymyslaniu.

Klimat intelektualny Lwowa, który wciągnął mnie już, kiedy czytałam o latach młodości Zbigniewa Herberta, tu powrócił z całą mocą, mocą atomową :) W krótkich, niemal telegraficznych akapitach, doskonale nadających się dla współczesnego czytelnika, chłoniemy etos tamtych czasów oraz genius loci Lwowa.

Kiedy po wojnie Edward Marczewski sformułował dekalog polskiej szkoły matematycznej, opisał po prostu środowisko lwowskie. Dziesięć przykazań Marczewskiego to zasady proste i banalne, lecz sprzyjające rozwojowi nauki i talentów naukowych.

Dekalog ten zawierał m.in.:
  • Zasadę wczesnego startu, czyli stawiania młodych adeptow sztuki przed zagadnieniami natrudniejszymi, żeby wychować prawdziwych badaczy, a nie zasuszonych pedantów. 
  • Jest zasada wtórnej roli stopni naukowych, które powinny być rezulatatem, a nie celem pracy naukowej. 
  • Zasada rzeczywistego współautorstwa prac badawczych. 
  • Są zasady sprawiedliwego podziału obowiązków i sprawiedliwego awansu. Młody wiek nie może być przeszkodą.
  • Jest wreszcie zasada wartości moralnych - życzliwość, przyjaźń, lojalność, uczynność, dobroć mają podstawowe znaczenie dla rozwoju szkoły naukowej. 


Dziś zamiast tego mamy sztywne reguły, rywalizację o punkty; celem naukowca jest stopień naukowy, a badania mogą mieć (i mają niestety) charakter przyczynkarski, byle były napisane  po angielsku. Gorsi badacze, ale za to gorliwi administratorzy swoich karier wyprzedzają w tym biegu lepszych od siebie myślicieli i dydaktyków, niestety. Dzisiaj banał zwycięża nad prawdziwą nauką.

Mariusz Urbanek "Genialni. Lwowska Szkoła matematyczna" 
Warszawa, ISKRY 2014


sobota, 20 czerwca 2015

Joanna Malinowska-Parzydło "Jesteś marką. Jak odnieść sukces i pozostać sobą"

Zapraszam do przeczytania na moim blogu coachingowym TU

Rzadko miewamy do czynenia z tak autentyczną osobą, godnościowymi treściami i intelektualnym ujęciem w poradnikach. Bo to jest nie tylko o biznesie. To o życiu :)

wtorek, 10 lutego 2015

"Saladyn i krucjaty"

Pewnie nie ja jedna uległam fascynacji Saladynem i Balianem z Ibelinu w interpretacji Ridleya Scotta z Królestwa Niebieskiego (a w tych rolach odpowiednio: doskonały syryjski aktor i profesor tamtejszej szkoły aktorskiej Ghassan Massoud oraz piękny bez wątpienia Orlando Bloom). To w wersji dla pań. W wersji dla panów fascynacja zapewne dotyczyć będzie Scottowskiego wyobrażenia Sybilli Jerozolimskiej (piękna i fascynująca bez dwóch zdań Eva Green).

Poza tym, powiedzmy sobie szczerze, wypadałoby coś wiedzieć o historii i tradycji dżihadu. No i wydano u nas wreszcie "biografię" Jerozolimy Simona Sebag Montefiore. Jerozolima - miasto, które nikogo nie pozostawia obojętnym...
Poza tym Ryszard Lwie Serce, Król Trędowaty... Ach ten wieczny romantyzm i pragnienie, żeby bohaterowie bez skazy naprawdę istnieli...


I jak tu nie kupić biografii Saladyna po polsku? Z takim pomnikiem na okładce?

Czyli widać już, że zakup był nieco impulsywny. Teraz już wiem, że być może lepszym wyborem  byłyby pozostałe dwie książki o Saladynie wydane po polsku - Lyonsa i Jacksona z 2006, z której obficie czerpie Piotr Solecki, albo nawet (o zgrozo!) XIX wiecznej praca Lane-Poole'a, wydanej po polsku także w 2006 roku (sic!).

Saladyn w filmie Ridleya Scotta

Nie ma jednak tego złego... Przeczytałam książkę P. Soleckiego i już coś więcej wiem o Saladynie. Najwięcej i bardzo dokładnie o jego wojennych działaniach, bitwie pod Hittin, w której wojska krzyżowców wzięto na "suchy pysk" i udar słoneczny oraz o zakulisowej walce o władzę pomiędzy dwoma islamskimi kalifatami tamtych czasów.

Jednak lektura nie sprawiła mi przyjemności. Autor ma niewątpliwie zapał popularyzatorski (jest zresztą nauczycielem historii) i przestudiował imponującą ilość literatury przedmiotu. Książka jest podzielona bardzo korzystnie i klarownie na części w układzie chronologicznym. Korpus główny dotyczący wewnętrznej walki Saladyna o władzę i potem z państwami krzyżowymi jest też najlepiej napisany.

Piotr Solecki
Niestety części początkowe i końcówka naznaczone są dużą niezdarnością. Są próbą, bardzo usilną próbą autora, żeby nadać prostemu relacjonowanu faktów wyczytanych u innych autorów (arabskich, brytyjskich i sporadycznie polskich) posmaku kontrowersji. W tych fragmentach, gdzie autor sili się na własną interpretację postaci Saladyna widać przede wszystkim brak redaktorskiej ręki. Wielokrotnie napotykałam więc zdania zawierające wewnętrzną sprzeczność. Autor nijak nie może się zdecydować, czy Jusuf ibn Ajjuba, zwany Salah ad-Din (Dobro Wiary) to wielki szlachetny wódz i strateg, czy może kurdyjski uzurpator, który miał wyjątkowo dużo szczęścia.

No, bo też w takiej popularnej pracy, w której zaledwie relacjonuje się ustalenia naukowców, nikt nie oczekuje takich decyzji od autora. To jest sprawa naukowców, a nie popularyzatorów. Po co więc takie zadęcie? Po co te przypisy w stylu niemieckim, na każdej stronie, po każdym zdaniu konstatującym kolejny fakt czy inną przepisaną z książki (lub internetu) lub zasłyszaną przez telefon (naprawdę!) opinię. W tego typu pracy wystarczy lista bibliograficzna na końcu i ewentualnie przypisy amerykańskie tylko przy cytatach (autor, data dzieła, strona). Bo niestety u P. Soleckiego część op. cit. się nie zgadza. Jakoś niektóre opusy nie były wcześniej cytowane, przynajmniej w tej wersji książki, którą ostatecznie wydano ...

Redaktorka powinna też usunąć niespójności logiczne. Np. w jednym akapicie autor ulega fascynacji Saladynem jako dziecko, obejrzawszy film z Rexem Harrisonem, żeby po chwili ulec tejże w chwili targowania się o jakiś towar na ulicy w Betlejem. Drobna sprawa, ale trochę rzutuje na wiarygodność autora. W książce historycznej, z dużym wysiłkiem próbującej walczyć o zachowanie obiektywizmu, lepiej też nie używać takich sformułowań jak "niewierni" - bo o kimż to mowa? Tacy byli wzajemnie dla siebie i krzyżowcy, i muzułmanie. Zabrakło też redaktorki, gdy Jerozolima "niestety" upadała. I kiedy Saladyn podawał królowi Gwidonowi "drinka" po pokonaniu go pod Hittin (Hattin).


Słabo też wygląda w tej pracy kontekst dotyczący przeciwników Saladyna, władców chrześcijańskich. Gdyby nie Wikipedia pozostałby dla mnie nieczytelny. Także z powodu braku zaufania do precyzji autora dotyczących postaci historycznych. Dziwne jest uparte pisanie Lusignon zamiast Lusignan, no i te młodsze siostry (przyrodnie, jak się okazuje) wyskakujące jak z rękawa, itd.

Do książki Soleckiego, wyrażnie zafascynowanego popkulturową sławą Saladyna, świetnie by za to pasowałoby wyjaśnienie skrótów scenariuszowych u Ridleya Scotta, wymieszanych postaci i zbitek fabularnych. Ale wtedy trzeba by troszkę spuścić z tonu w recenzji, i nie pisać, jakoby autor korzystał ze źródeł arabskich (co prawda w tłumaczeniu na angielski, czyli nie bezpośrednio, tylko w sposób zapośredniczony, i już przez kogoś opracowany i zinterpretowany, ale oj tam, oj tam.)

No, to czytamy dalej.

Piotr Solecki Saladyn i krucjaty, Replika, Zakrzewo 2011
_________________________________
 Z półki

sobota, 31 stycznia 2015

Szymon "Kazik" Ratajzer". Wspomnienia powstańca z warszawskiego getta"

Symcha Rotem / Szymon "Kazik" Ratajzer "Wspomnienia powstańca z warszawskiego getta"
Wstęp: Władysław Bartoszewski
Posłowie: Marek Edelman
Veda, Warszawa 2012














Ostatnio często czuję się dotknięta koniecznością poszukiwania sensu. Więcej sensu! - chciałabym niemal krzyczeć, oglądając wiadomości, słuchając radia, idąc alejkami centrum handlowego.



I wtedy przydaje się taka opowieść non fiction jak niniejsze wspomnienia Szymona Ratajzera "Kazika". Życiorys, który mnie stawia do pionu. Ten facet całe życie przeżył z sensem. Zachował się godnie w chwili próby. Podejmował właściwe, choć tragiczne decyzje. Nie odpuścił nawet na sekundę w czasach, kiedy popadnięcie w poczucie bezsensu było takie łatwe, takie łatwe...

Zaczęto mówić o tym chłopaku z Czerniakowa, powstańcu, bojowniku dopiero pod koniec XX wieku, kiedy to Anka Grupińka opublikowala Po kole. Rozmowy z żołnierzami Getta Warszawskiego. Przez kilkadziesiąt lat nikt w Polsce nie znał bohaterskiej postawy "Kazika" Ratajzera w czasie wojny.
Szymek Ratajzer

Ratajzer, Cukierman, Siewierski na Krakowskim Przedmieściu, maj 1943 - tuż po wyjściu kanałami z dogasającego getta.
Uśmiechać się trzeba, żeby żyć.

Ratajzer, chłopaczek kilkunastoletni, potem dwudziestolatek, korzystając z tego, że wyglądał i mówił jak Polak oraz powoływał się umiejętnie na przynależność do polskiego podziemia oraz robił wrażenie zdeterminowanego w tym swoim czarnym SS-mańskim płaszczu i glancowanych oficerkach, zdołał ocalić wielu swoich żydowskich braci.

Brał udział w akcjach zdobywania broni dla powstańców żydowskich, był łącznikiem "Antka" Cukiermana po aryjskiej stronie i, tak jak tamten, rozwoził po kryjówkach pieniądze na utrzymanie Żydów ukrywanych u Polaków. Pieniądze te dostarczali Żydzi amerykańscy poprzez struktury AK (Żegota). Ostatnio czytałam o tym w biografii Marcela Reicha-Ranickiego, który ocalał z żoną właśnie dzięki dostarczaniu pieniędzy przez łącznika "Antka" Cukiermana - może nawet był to "Kazik"? Bo w sumie w 1943 prowadziło tę niezwykle ryzykowną ze względu na szmalcowników działalność trzech- czterech chłopaków. Tylu ich ocalało z getta i miało "dobry wygląd".



Mam pierwsze wydanie z tą piekną okładką wykorzystującą pracę Leona Tarasewicza

Kiedy w 2002 roku przeczytałam po raz pierwszy Odczytanie listy Anki Grupińskiej, poczułam, że ta książka z biogramami to jest skarb. Od tamtej pory coraz częściej przekonuję się, że intensywność losów ludzich pokazywana w literaturze non fiction ma czasami głębię i wartość nie do doścignięcia przez fiction. Środki literackie nie są w stanie oddać niewyrażalnego.

Książka kultowa - najwyższa jakość sztuki wywiadu

Rónolegle czytałam też rozmowę z Edelmanem w  Ciągle po kole (2000) i najbardziej poruszyła mnie - już wtedy, teraz znowu - opowieść o wyjściu grupy Edelmana z kanałów na Prostej. Zorganizował to właśnie "Kazik".  (Obecnie upamiętnia to niewielki pomnik.)

Właz na Prostej, którym powstańcy z getta wyłazili "jak koty" na oczach komentujących to między sobą przechodniów

Wiele jest poruszających wprost bezgranicznie historii żydowskiego cierpienia w czasie okupacji niemieckiej, ale ja wciąż myślę o tamtej historii na Prostej. "Kazik" bierze na siebie odpowiedzialność za to, że zamknęli właz po pół godzinie i odjechali, chociaż być może był tam ktoś jeszcze na dole. Podobnie odpowiedzialnym czuje się Edelman, który wyszedł jako jeden z pierwszych. Sprzeciwiał się Kazikowi, gdy ten kazał ruszać, widząc poruszenie w budce żandarmów niemieckich na Żelaznej - ok.150 metrów od nich - ale poddał się. Podobnie Cywia Lubetkin, która po tym, jak szczęśliwie dotarli do zagajnika na skraju Puszczy Kampinoskiej koło Łomianek, chciała Kazika za tę decyzję zastrzelić. Na szczęście nie mieli chyba broni... Za to wysłali dwóch chłopaków z powrotem, po tych pozostawionych. Zostali oni niestety schwytani i zabici już na Placu Bankowym. Czyli było troje liderów w tej grupie 30 osób - ocaleńców z getta. Ale tylko "Kazik" na zewnątrz. Grupa siedziała kilka dni w kanałach, ufając, że "Kazik" ich wyciągnie i nikogo nie zostawi. "Kazik" w tym czasie natknął się na mur obojętności wobec losów tej garstki, która przeżyła powstanie w getcie. Nikt nie chciał im pomóc. Był maj 1943 roku. Żcyie w Warszawie toczyło się jak zawsze, choć w tym czasie Niemcy wysadzali bunkier Anielewicza na Miłej...


Ostatecznie "Kazik", za pieniądze, poprzez człowieka z GL wynajął od "króla szmalcowników" dwa samochody do przeprowadzek (przyjechał tylko jeden). Grupa Edelmana przyprowadzona kanałami z Franciszkańskiej pod ulicę Prostą spędziła tam przy włazie kilka dni bez jedzenia i picia. Prawdopodobnie część nie stała dostatecznie blisko włazu, może umarla z głodu i ran. Kazik, Cywia i Marek  - tacy młodzi wtedy - cierpieli jednak do końca życia z powodu wyrzutów sumienia, bo złamali obietnicę, że bez nich nie odjadą. Ale musieli odjechać i "Kazik" podjął tę decyzję.

Szymon Ratajzer po wojnie trochę oszalał... Chciał zabijać Niemców - wszystkich, jakichkolwiek. Na szczęście nie powiodły się jego plany. Wyjechał do Palestyny. I tam zaczął żyć. założył rodzinę. Przyjął nazwisko Symcha Rotem. Odniósł sukces zawodowy. Na zdjęciach śmieje się dużo. Podziwiam jego wolę życia, instynkt samozachowawczy. Jasność co do tego, co jest naprawdę ważne.




środa, 28 stycznia 2015

"Prawie siostry" - prawie literatura

Poddałam się okrutnemu eksperymentowi na samej sobie. Przeczytałam Prawie siostry Marii Ulatowskiej. Jak może się domyślacie - niedobrowolnie.

Niestety tę książkę wybrano na lekturę styczniową w DKK w mojej bibliotece. Jak tylko rzuciłam okiem na tę słodziutką, łagodnie jesienną okładkę i zobaczyłam to pochylone, "kobiece", pseudointymne liternictwo, wiedziałam, że będą kłopoty. Nie chciałam tego wziąć do ręki. Bezskutecznie. O czym tu można dyskutować? Szkoda życia! - myślałam wtedy.

Co do dyskusji, to zobaczę już w piątek. Co do straty czasu - to nastąpiła dziś po południu.

Co ja będę miała do powiedzenia?

Sprawdziły się moje obawy. Gorzka to satysfakcja. Pocieszam się, że poświęciłam na kontakt z książką Prawie siostry niespełna godzinę. Jest to jedna z tych pozycji, o których w tegorocznym raporcie o cztelnictwie napisano, że są bardzo lubiane, bo "łatwo się je czyta". Rzeczywiście Prawie siostry mogłyby uzyskać najwyższą liczbę punktow za dosłowność, przyziemność, prostotę, przewidywalność i banalne słownictwo.

Najkrócej mówiąc: moim zdaniem jest to amatorska opowiastka napisana w ramach emeryckiego hobby. Jedynym plusem tej lektury jest to, że mogłoby być gorzej. Mogłaby to być równie grafomańska opowieść, ale przepełniona przemocą i wulgarnością. A jest wręcz przeciwnie. Jest to urocza, słodka, pełna zadumy opowieść, jaką snują, gdy są w dobrym nastroju:
a/ staruszki na ławce przed blokiem
b/ kobiety w poczekalni do lekarza pediatry
c/ pracownice urzędu lub dowolnego biurowca zgromadzone na ploteczkach w firmowej kuchni.
Pod warunkiem, że nie ma ani jednego mężczyzny w ich gronie...

Inaczej mówiąc, Prawie siostry to oczywista do bólu i nieznośnie przewidywalna historyjka o koleżankach, znajomych, krewnych, miłościach tychże i ich zdradach, dzieciach, zwierzętach, przetykana banalnymi historyjkami z pracy.

Strony tej "powieści obyczajowej" są szczelnie wypełnione wyjaśnieniami, co i komu się wydarzyło. Łącznie z postscriptum, w którym Rysia (jak się podpisala w dedykacji dla znajomych z Bydgoszczy) Ulatowska przedstawia skrót dalszych losów bohaterów powieści, połączywszy ich w zgrabne pary małżeńskie. Zapewne obawia się, żeby się czytelniczkom imiona nie pomyliły. I żeby happy end stał się jeszcze bardziej happy.

Maria Ulatowska, ekonomistka i pisarka amatorka, ur. 1948

Takich zabiegów pseudoliterackich jest więcej. Np. poznajemy główne bohaterki nie w akcji, lecz za pomocą "biogramów", czy też charakterystyk pachnących, jako żywo, pracą domową z czasów gimnazjum. Jest w nich wszystko, łącznie ze wzrostem, kolorem włosów i miejscem zamieszkania. Brakuje tylko dokładnej wagi. No, naprawdę już lata całe nie miałam w ręku powieści, w której poznajemy bohaterów w postaci szkolnego wręcz opisu. Potem następuje akcja, z której dla ich osobowości nic, ale to nic nie wynika, i w wyniku której bohaterki nie zmieniają się ani na jotę. Po co więc cała ta historia?

Fabuła opiera się na sztampowym do bólu myśleniu o marzeniach kobiet. To stąd te miłości, dzieci i zmiany pracy. Najbardziej żenujący jest pomysł z rozpoznaniem swojego nieślubnego dziecka po zrośniętych palcach u stóp.

No, i język. Oczywiste oczywistości. Zdania dopowiedziane do końca i jeszcze bardziej, choć wydaje się, że bardziej już nie można. Zero miejsca na wyobraźnię. Jeśli ktoś wypowiada słowa przysięgi małżeńskiej, to jest ona dla pewności przytoczona expressis verbis. A potem - znowu na wszelki wypadek - autorka dodaje, że oblubieńcy wkładają sobie złoty krążek na palec. Sorry, ale ja mam wtedy ochotę włożyć sobie palec do gardła...

Maria Ulatowska wystartowała ze swoją karierą pisarską w 2011. Po ilości powstałych dotąd dzieł widać, że pisze szybko i z widoczną przyjemnością. Nie jest to pisarstwo wynikające z decyzji artystycznych. Sztuki pisarskiej tu nie uświadczysz. Nie sposób tu dostrzec niczego oprócz próby streszczenia przygód bohaterów umieszczonych dla pewności w dobrze znanych czytelniczkom realiach - najchętniej w kuchni albo przy stole w dużym pokoju. Obawiam się, że mamy tu do czynienia z "patologicznym przymusem pisania utworów literackich" zwanym także grafomanią. Rzecz okazała się jednak mieć wyraźny sens biznesowy, skoro wytwór ten trafił nawet do bibliotek wiejskich i to jakże szumnie, bo pojawił się na liście lektur DKK.

I to jest szok.
________________
DKK





niedziela, 4 stycznia 2015

Janion. Prof. Misia

Janion. Transe - Traumy - Trangresje
t. 2 Prof. Misia
Z Marią Janion rozmawia Kazimiera Szczuka
Korekta: Anna Papiernik (niemal bezbłędna)
Seria z Różą
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014

Kiedy wczoraj wybraliśmy się na okołonoworoczny spacer po Krakowskim Przedmieściu, mąż, ja i córka, która nas odwiedziła, mieliśmy oczywiście w planach zobaczyć świątecznie ozdobione miasto, może wejść do Domu Spotkań z Historią. Skończyło się jednak na kawie i ciastku i buszowaniu po księgarniach przy Uniwersytecie. Mąż - cały szczęśliwy - znalazł w księgarni LIBER jeden jedyny egzemplarz książki Piotra Stankiewicza Sztuka życia według stoików, a chciał trzy, po jednym dla każdego z naszych dorosłych dzieci. Nasz domowy egzemplarz jest zbyt pomazany notatkami, żeby nadawał się do pożyczania.

Ja z kolei, już w witrynie dojrzałam drugi tom rozmów z prof. Janion. I to jest mój pierwszy zakup książkowy w 2015. Oby wszystkie pozostałe były równie sensowne!

Niniejszy tom, tom drugi, dotyczy lat siedemdziesiątych, aż po stan wojenny. Rozmowy Szczuki z Janion zostały przeprowadzone dopiero co, pochodzą jakby z wczoraj, z okresu już po wydaniu tomu pierwszego. To jest świetne, bo autorki odnoszą się do jego krytyki.


Za cóż to potępia się Szczukę i jej wywiad? Że nie pisze o Janion z odpowiednim namaszczeniem i czcią, że ‘dusi’ ją o powiedzenie choćby kilku zdań  o życiu pozaakademickim, prywatnym. O eksponowanie siebie - Kazimiery Szczuki - w całej swojej obcesowości, co przecież nie przystoi. Mowa jest przecież o ‘papieżycy’ polskiego literaturoznawstwa! Wszystkie te zarzuty panie świetnie ogrywają i rozbrajają, bawiąc się tematem specjalnych rosołków gotowanych przez Szczukę dla Janion, czy 'wścibstwem' Szczuki, jak w tym dialogu:

- A bale, reduty, romanse? Sama sobie przypominam z dzieciństwa, że życie towarzyskie opozycji i jej sympatyków kwitło.
- Coś tam kwitło, na pewno, ale ja nie bardzo miałam na to czas. Już te dowcipki Pani robiła w poprzednim tomie.

Trzymajmy się jednak faktów. Oto fakt: na koniec wywiadu wspomniana jest księga pamiątkowa na 80. lecie urodzin profesor. Wyrysowane jest tam drzewo jej osiągnięć dydaktycznych – 418 magistrantów i doktorantów w Warszawie i Gdańsku!

Było to możliwe dzięki świadomie wybranej postawie życiowej, tak opisanej:

Byłam jak ci pracownicy morza Wiktora Hugo. Wieczna praca. Nieskończona.


Znalazłam w tej książce dla siebie mnóstwo ciekawych wątków. Np. bibliofilstwo posunięte do granic manii. Profesor Maria Janion, czyli prof. Misia (nazwy nadane sobie wzajemnie),  prof. Henryk Markiewicz, czyli prof. Henio, Alina Witkowska, czyli Alina, oraz Maria Żmigrodzka, czyli Maryna byli zdaje się największymi odbiorcami literatury humanistycznej w Polsce. Jak wspomina sama profesor, kiedy wchodziła do księgarni PAN w Pałacu kultury i Nauki, tzw. ‘wzorcówki ‘ ( my mówiliśmy ‘wzorcowni’) słychać było pomruk wśród księgarzy: Wykładamy książki. Wiadomo było, że kupi te spod lady, najcenniejsze (kiedyś tak myślano o książkach). Zdjęcie mieszkania prof. Misi, nazywane ‘pieczarą gotycką’ nieodmiennie budzi szok niedowierzania. Jak mury mieszkania na Niemcewicza zdołały utrzymać te wszystkie papiery? Pani profesor sama zdaje sobie już sprawę, że to silne dziwactwo, sama zastanawia się, czemu do robiła i konstatuje w końcu:

[…] Na pewno fakt, że zgromadziłam tyle książek i papierów, jakoś pomaga mi trwać, rzeka czasu została w ten sposób… no, może nie zamulona, może pogłębiona czy jakoś zmeandrowana. Nie wiem. Jest mi łatwiej trwać wśród tych wszystkich tekstów i śmieci.

W ten właśnie mocno metaforyczny, ale jednocześnie odarty z patosu i sentymentalizmu sposób, opowiada Kazimierze Szczuce o swoich najlepszych latach, najbardziej płodnych latach pracy akademickiej, kiedy zrezygnowała z pisania tylko o swojej wąskiej specjalności, jaką byli „romantyczni poeci krajowi” - czy wszyscy oprócz Mickiewicza, Krasińskiego, Słowackiego i Norwida. Zaczęła pisać z większym rozmachem, ukuła kilka istotnych dla humanistyki polskiej pojęć: fantazmat i transgresja. Będąc wierną wyznawczynią myśli Marksa – czyli krytyki kapitalizmu i mieszczańskiej odsłony pozytywizmu -  czytała na nowo wielkie teksty romantyczne, poddając je rewizji (kolejne słowo ‘janionowskie’). Wielbiła nowoczesność Mickiewicza, drażnił ją narodowy patos Norwida.

Jeśli czegoś w życiu żałuję, to właśnie tego, że nigdy nie byłam słuchaczką seminariów prof. Janion. Dwa razy miałam okazję słyszeć jej referaty na konferencjach naukowych, miałam szczęście być uczennicą jej uczniów i współpracowników, studiując podyplomowo w Instytucie Badań Literackich, ale niestety nigdy nie przeżyłam horroru intelektualnego (kiedy się czegoś nie wie, nie przeczytało, albo nie pojmuje) i zarazem skrajnej przyjemności intelektualnej (kiedy jakaś myśl odkrywa nam nagle oczy), z jaką kojarzą mi się jej zajęcia w IBL.  Pamiętam, że kiedy chciałam wrócić na Uniwersytet, po tym, jak go porzuciłam dla biznesu 10 lat wcześniej, bardzo pragnęłam dostać się do środowiska PAN. Niestety było za późno. Miałam już 40 lat, byłam spoza środowiska akademickiego, bez promotora, sama wyważałam wszystkie drzwi… Pamiętam, jak na egzaminie wstępnym Agnieszka Graff była na tak, a prof. Stefan Amsterdamski na nie. I w ten oto sposób nie udało mi się dostać do Szkoły Nauk Społecznych na studia. Po dzień dzisiejszy brakuje mi tego sposobu myślenia, tych tematów. Sztuki (myślenia) dla sztuki (myślenia). Zajmowania się heurystyką (której zasady są tu świetnie opisane) i interpretacją.

O tym, co czysta humanistyka wnosi do życia społecznego mówi w tym wywiadzie prof. Janion wiele, zawsze bez egzaltacji. O sobie mówi, że zawsze interesowała ją problematyka zła i obroną innych, obcych, zbuntowanych, odszczepieńców, prześladowanych. W tej chwili kojarzy się przede wszystkim z wprowadzeniem na uniwersytety Gender Studies, choć w rzeczywistości zrobiła to nie ona, lecz jej uczennice i uczniowie. Miała bowiem bardzo inspirujące , otwierające działanie na innych. I. jak sama wprost mówi, nigdy nie znosiła epigonów i tych, którzy prawią banały.

Poza tym dowiemy się z tych wspomnień o tym, jak po tłumaczenie Ulissesa stało się w kilkudziesięciometrowej kolejce na Foksal, o technice zbierania nocnych okruchów życia przez jej przyjaciela Mirona Białoszewskiego, oraz o jej fascynacji kinem Wernera Herzoga – przeciekawe! - sztuką Diane Arbuse oraz także odniesienia do drobnomieszczańskiego oburzenia w wykonaniu dzisiejszych pseudopatriotów. Mamy kilka pozytywnych słow o Księgach Jakubowych Olgi Tokarczuk- o riserczu, do którego Tokarczuk naprawdę się przyłożyła, docierając aż do rodziny Mickiewicza.

Jest też zajawka następnego tomu wspomnień: w okolicach 1989 roku ta silna, silniejsza niż skała, Maria Janion zachorowała na depresję, proszę państwa.












poniedziałek, 29 grudnia 2014

Stanisław Lem "Opowieści o pilocie Pirxie"

Stanisław Lem Opowieści  o pilocie Pirxie
posłowie Jerzy Jarzębski
Okladka: Tomasz Lec
Wydawnictwo Literackie, Kraków 1999
I wyd. 1968

Pirx:
Książki fantastyczne? Lubię, owszem, ale tylko złe. To jest nie tyle złe, ile nieprawdziwe. [...] Dobre książki są zawsze prawdziwe, nawet gdyby opisywały rzeczy, które nigdy nie wydarzyły się i nie wydarzą. Są prawdziwe w innym sensie - jeśli mówią, powiedzmy o kosmonautyce, to tak, że poznaje się coś z tej ciszy, która jest zupełnie inna od ziemskiej, z tego spokoju, tak doskonale nieruchomego..

Stanisław Lem Opowiadanie Pirxa 




Akurat książki Lema są dobre i prawdziwe, chociaż opowiadają o rzeczach, które nigdy nie wydarzyły się i nie wydarzą. Lubię je i sięgam po nie, żeby odetchnąć świeżym powietrzem prawdziwie mistrzowskiej literatury gatunkowej. Przepadam za Pirxem astronautą-kadetem, później pilotem, nawigatorem, wreszcie komandorem. Tym okrągłym na twarzy, na szczęście dość wysokim, za to niezbyt zręcznym życiowo, żeby nie powiedzieć gapowatym, chłopcem, a potem mężczyzną. Człowiekiem, który ma więcej szczęścia niż rozumu. Jest utalentowanym pilotem przemierzającym próżnię kosmosu, ale jednocześnie nie przestaje bujać w obłokach.  Pirx marzy o sukcesach na wielką skalę, sławie, a dostaje to...., co zwykle dostajemy od życia... Uroczy gość.


Młody, pucołowaty, nieco gapowaty Stanisław Lem
Lubię kamuflaż, który stosuje Lem. Z przyjemnością zanurzam się w naszpikowane technicznym żargonem opowieści, w których Lem dba, żeby tam gdzie jest próżnia nie roznosił się głos, a tam, gdzie jest mała grawitacja nie dawało się wziąć prysznica. Dopiero, kiedy sceneria jest w miarę wierna ustaleniom naukowym, zapuszczamy się na grunt fikcji. Lem startuje zwykle z punktu wyznaczonego jakąś ciekawostką naukową, którą wyczytał w którymś z prenumerowanych przez siebie czasopism naukowych. Np. w latach sześćdziesiątych zaczęto na zachodzie eksperymentować z deprywacją sensoryczną. Lem natychmiast poddał swojego ulubionego bohatera Pirxa testowi "wariackiej kąpieli" w osolonej wodzie i ciemności. Opisał zjawisko w Polsce jeszce nikomu nieznane i niezrozumiałe. I, jak zwykle, nadał mu swoją nazwę: "pozbawienie bodźców aferentnych". Takie właśnie zagadnienia - ciekawe i tajemnicze - wplatał w swoje z pozoru kosmiczne historie.

Oczywiście z dzisiejszego widzenia pełne są one śmiesznostek. Uśmiech budzi uparte nazywanie rakiet pociskami, komputer pokładowy to Kalkulator, pisany wielką literą. A wykorzystywany jest on wyłącznie do obliczeń matematycznych. Lem - którego talent futurologiczny był ceniony przecież na całym świecie - nie spodziewał się, że kiedy kosmonauta znajdzie się samotnie w kosmosie nie będzie musiał marzyć o pudełeczku ze zręcznościową zabawką w trzy świnki i wilka :), bo rozrywki dostarczy mu przecież Kalkulator... Nie przewidział, że najszerszym zastosowaniem "mózgów elektronowych" będzie właśnie  z a b a w i a n i e ludzi, a nie ich  z b a w i a n i e. Jego wyobraźnia nie podsunęła mu mieszczących się w dłoni ipadów czy smartfonów i wytrenowanego kciuka dowolnego współczesnego dziesięciolatka.


Jednak doskonale rozumiał istotę problemów, z jakimi borykać się będzie człowiek przyszlości w kontakcie z technologią. Przede wszystkim ryzyko, jakie człowiek sam sobie stworzy i nad którym w którymś momencie nie zdoła zapanować. Potem natłok i chaos informacyjny. Następnie zanik więzi międzyludzkich.

Głównym tematem twórczości Lema było pytanie o to, co czyni nas ludźmi. Najpiękniejsze, moim zdaniem, opowieści Lema to te, w których pochyla się on z czułością nad robotami - golemami przyszłości. Nad tym, że stworzone przez człowieka na jego obraz i podobieństwo urządzenia, z tego właśnie powodu w końcu stają się ofiarami bolesnych stron człowieczeństwa: frustracji, niespełnionej miłości, samotności... Zaczynają w którymś momencie pragnąć czegoś więcej niż tylko wypełnienie swego życiowego zadania (automat, który uciekł, żeby wspinać się górach). Zaczynają cierpieć, zwyczajnie, jak człowiek (robot łatający dziury w poszyciu cierpiący na stres postraumatyczny po katastrofie). Pragną dowiedzieć się kim są? A przecież samo postawienie tego pytania zmienia nasze życie.(Jak w Matrixie.) A co dopiero znalezienie odpowiedzi :)


Na czym polega to człowieczeństwo, którego oni nie mają? Może naprawdę jest tylko ożenkiem alogiczności z tą poczciwością, tym "zacnym sercem", i tym prymitywizmem odruchu moralnego [...]
Skoro maszyny cyfrowe nie są ani zacne ani nielogiczne... Więc w takim rozumieniu człowieczeństwo jest to suma naszych defektów, mankamentów, naszej niedoskonałości, jest tym czym chcemy być, a nie potrafimy, nie możemy, nie umiemy, to jest po prostu dziura między ideałami a realizacją...


Mój lekturowy wybór na zakończenie roku 2014. Mój odpoczynek.
__________________________
Z półki
Lemoriada

sobota, 13 grudnia 2014

'Gaumardżos! Opowieści z Gruzji'

Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller Gaumardżos! Opowieści z Gruzji
Świat Książki, Warszawa 2011

Pierwsza książka, o której rozmawialiśmy na inauguracji Dyskusyjnego Klubu Książki w mojej gminnej bibliotece w Izabelinie :)

Rozrywkowa pozycja napisana jednakowoż ze zbożną intencją - z miłości do Gruzji.

Zawiera wartościowe elementy: liczne zdjęcia zrobione na przestrzeni dziesięciu lat, kiedy to Marcin Meller, najpierw sam, a potem z młodą, drugą żoną spędzał na Kaukazie. Zdjęcia autorstwa samego Mellera pokazują zakamarki Gruzji - pięknego górzystego kraju, zdewastowanego niestety przez sowietyzację. Doskonale pokazują wiejskie korzenie tego narodu i początki modernizaji Gruzji po wyzwoleniu spod rządów radzieckich.

Dla kogoś takiego jak ja cenne są też fragmenty dotyczące historii tego kraju, mapy oraz szczegółowe opisy miejsc i ludzi. Poznawczo cenne. Choć skwitowanie w książce o Gruzji, jednej z nielicznych w Polsce, że język i alfabet gruziński jest bardzo trudny, ale że warto próbować się go nauczyć, to dla mnie za mało.

Podejrzewam, że te fragmenty merytoryczne są autorstwa Anny Meller. Mają one inny charakter niż reporterskie obrazki widziane zawsze na rauszu, autorstwa Marcina M.Są bardziej rzeczowe i obiektywne, mniej efekciarskie, no i nie zawierają potocznego języka ulicy, łącznie z naturalnymi dla Mellera przekleństwami.


Mankamentem tej książki jest jej niespójność. Czytając tę niemal 400 stronicową książkę odnoszę wrażenie, że jest ona niechlujnie sklecona z  fragmentów napisanych wcześniej tekstów. Brak redakcji, brak selekcji informacji (końcowe wtręty o polityce?) dały efekt chaosu. No, i nadmierne poddanie się redaktorki urokowi Marcina Mellera. Książka w dużym stoopniu odzwierciedla osobowość głównego autora. Skupia się na pijackich ekscesach tegoż. Na jego ulubionym sposobie spędzania czasu przy winie, śpiewaniu i gadaniu. Oczywiście jest to zaledwie fragment prawdy o Gruzji i Gruzinach. A już szczególnie nie mówi nam to nic o Gruzinkach i ich życiu. To jest jakiś wybrany, fantazyjny wycinek. Przekonanie to potwierdziła jedna z naszych klubowiczek, która wielokrotnie odwiedzała Gruzję. Jej subiektywne odczucia pokrywały się z subiektywnymi wspomnieniami Mellera może w 50% i dotyczyły głównie zachowań zamożnych Gruzinów przy stole. Oczywiście subiektywizm nie dziwi, ale te pijackie klimaty mnie odrzucają i zanadto zniekształcają obraz.

W rzeczywistości jest to bardzo ubogi kraj o wiejskich korzeniach. Stale zagrożony atakiem ze strony Rosji. Dominuje w nim wciąż plebejskość, najważniejsza jest wspólnota rodzinna. Jest to kultura patriarchalna i nacjonalistyczna. Historię kraju przekazuje się wciąż ustnie jako opowieść o bohaterach serwowaną w czasie toastówi i rytualnych tańców. Produktywność, efektywność jest wciąż rozumiana XIX wiecznie - czyli wszystko można odłożyć, wszytko oprócz wypicia z krewniakeim i przyjacielem. Sprawy zalatwią się jakoś. "To jest Gruzja." Gruzja opisana przez Mellera - ta sprzed 2010 roku - przypomina mi wiejskie wesele w Polsce z lat 70-tych widzane przez inteligencika z Warszawy. Te uchachane twarze, pełne stoły, funkcjonowanie na zasadzie 'zastaw się a postaw się'. Ciągła gra pozorów. Po zabawie wszyscy odsypiają. A potem nędza przednówka. Tak jak na polskiej wsi zadowoleni muszą być mężczyźni. Może zabraknąć prądu. Droga może być dziurawa, ale stół? Stół musi byc suto zastawiony. Robią to kobiety. Podpierają się nosem, ale donoszą wciąż nowe żarcie. Tak właśnie wygląda raj wg Marcina Mellera - należącego z racji swojej płci oraz doświadczeń życiowych do kasty uprzywilejowanej. W takim układzie Marcin Meller czuje się u siebie. Dlatego kocha Gruzję - niczym 'raj utracony'.


Mnie ta iluzoryczna wizja nie przekonuje. Pewnie dlatego, że wsi polskiej naoglądałam się aż nadto... Oczywiście zazdroszczę tych śpiewów, tych tańców ludowych, tej radości z możliwości ugoszczenia krewniaka. Ja to wszytsko pamiętam. Ta, tzw. radość życia, energia, zabawa. Wszystko to płynęło z prostoty życia wiejskiego, jego monotonii, było prostą, naturalną, dostępną dla wszystkich rozrywką w obliczu tego, że na nic innego nie było ich stać.

Nasza klubowiczka opowiada, że minęło zaledwie kilka lat i mechanizmy wspólnotowe kultury gruzińskiej przestają wystarczać. Np. jeszcze 10 lat temu w Gruzji nie było domów dziecka. Sierotami zajmowała się rodzina. Teraz, kiedy zaczęła się emigracja za pracą, a wkraju trzeba zasuwać, żeby utrzymać pracę, pojawiły się i sieroty i sierocińce. Niestety.

Czytam więc Mellera i zupełnie nie bawią mnie przygody polegające na jeżdżeniu po pijaku... Ach, ta fantazja dżigitów! Wiem, że obraz z Gaumardżos! to przejściowy etap rozwoju kultur wiejskich. Dzieje się tak tuż przed skokiem modernizacyjnym. Analogiczny zachwyt dla żywotności chłopstwa wyraził u nas Wyspiański w Weselu.

Meller też miewa przebłyski świadomości, że nie jest to raj, lecz raczej jego agonia, kiedy pisze, że czasami miał wrażenie, że po urządzeniu wystawnej 'supry' dla gości rodzina gospodarzy pójdzie chyba z torbami. Niemniej nie przeszkadzało mu to być obsługiwanym biesiadnikiem.

Bo po kilku szklankach wina świat - nawet biedny i zagrożony - wydaje się bardzo piękny, ludzie wspaniali, a zapchany wychodek jest rewelacyjną przygodą. I to jest chyba przesłanie chłopackiej opowieści Gaumardżos! Co znaczy zresztą Na zdrowie!
______________ 
DKK

czwartek, 20 listopada 2014

Marcel Reich-Ranicki. Polskie lata

Gerhard Gnauck Marcel Reich-Ranicki. Polskie lata
Wyd. W.A.B., Warszawa 2009
Seria Fortuna i Fatum

Tym razem przyciągnęły mnie do lektury dwie rzeczy: seria wydawnicza Fortuna i Fatum (przypomniana mi przez Marlowa w jego poście o Diane Arbus) oraz chęć pogłębienia tematu recenzowania książek i recenzentów, o którym akurat ostatnio trochę rozmyślałam.

Seria W.A.B Fortuna i Fatum prezentuje się bardzo ciekawie. Poświęcona jest biografiom postaci znanych i często w jakiś sposób kontrowersyjnych. Książki, przynajmniej do niedawna były dopieszczone edytorsko (z tego słynęło W.A.B przed zmianami właścicielskimi). Na szczęście, pomimo różnych zawirowań oraz pomimo faktu, że jest poszukiwana przez wąską grupę odbiorców, seria jest kontynuowana. Już widziałam w internecie zapowiedź biografii Johna Lennona (styczeń 2015).

Mam kilka sztuk Fortuny i Fatum, w tym cztery na papierze oraz kilka kolejnych na e-papierze. Wszystko to razem złożyło się na fakt, że sięgnęłam po biografię niemieckiego „papieża literatury”, niepodważalnie bardzo opiniotwórczego w światku literackim celebryty, pochodzenia polskiego, zmarłego w 2013 roku.

Marcel Reich-Ranicki u schyłku długiego życia

Szczerze mówiąc dotąd nie rozumiałam, dlaczego tak znacząca dla kultury europejskiej postać, Polak z pochodzenia, jest u nas pomijany milczeniem. Teraz już wiem. Marceli Reich pracował po wojnie, jako dwudziestokilkulatek, w Ministerstwie Bezpieczeństwa Państwowego, a także w komunistycznym wywiadzie. Jako cenzor listów, jako rewindykator mienia polskiego z Niemiec, jako pracownik tajnych służb polskich na Zachodzie. Oficjalnie doszedł do stanowiska konsula polskiego w Londynie. Na bardzo krótko,kilka miesięcy zaledwie, bo został w ramach wewnętrznych czystek zwolniony z pracy, potem z partii, aresztowany na dwa tygodnie, w końcu pozbawiony możliwości oficjalnego zatrudnienia i druku. Wszystko to jednak działo się ‘między swoimi’. Zarzuty dotyczyły nielojalności wobec władz komunistycznych w Polsce. Reich, a od końca lat 40. Marceli Reich-Ranicki, przez kolejne kilka lat składał do PZPR zażalenia na tak złe traktowanie. Czuł się obywatelem wiernym linii partii.

Czyli mamy tu do czynienia z kimś, czyje postępowanie nie było nieskalane. Oj, nie. Problem polega na tym, że tak się przedstawiał przez lata Reich-Ranicki w Niemczech, dokąd uciekł z rodziną  z Polski w 1958 roku. Fałsz tej sytuacji polega na tym, że swoją reputację niezależnego krytyka literatury - i literatów – zbudował na fałszywym fundamencie. Słynął z ogromnej zasadniczości i ferowania bezlitosnych wyroków, operując podobno tylko na krańcach skali wartości: wszystko było albo dobre albo niedobre, albo czarne albo białe. Żadnych szarości. Żadnej wyrozumiałości.


Kiedy jednak w latach 90. otwarto polskie archiwa, znaleźli się Niemcy, jak np. autor niniejszej książki Gerhard Gnauck, znający polski i rozumiejący złożoność losów Polaków, Żydów i Niemców w czasie i tuż po II wojnie światowej, którzy postanowili zweryfikować legendę, którą zbudował Reich-Ranicki. Myślę, że takie stwierdzenia jak „ O tym, kto należy do literatury niemieckiej, ja decyduję.” wręcz zachęcały postronnych do próby przekłucia tego megalomańskiego balonu. Jedną z takich prac o charakterze niemal śledztwa dziennikarskiego, ale z wykorzystaniem warsztatu historyka jest właśnie książka Gnaucka, Wydana w 2009 roku równocześnie w Polsce i Niemczech, co było chyba wielkim sukcesem wydawnictwa W.A.B. Pamiętajmy, że Reich-Ranicki jeszcze wtedy żył. I wierzcie mi, nie ucieszył się z tego, że ludzie grzebią w jego życiorysie.

Kilka razy „zmiażdżył” autorów, którzy odważyli się przypomnieć mu, że pracował dla znienawidzonego przez Polaków Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. W Polsce otacza się pogardą ludzi, którzy mają na koncie pisanie donosów na kolegów z pracy. Zresztą sam Ranicki wcześniej nie raz nie wahał się atakować innych o takich właśnie życiorysach. Brzydko.

Kiedy więc w latach 90. zaczęto odsłaniać dotychczas ukryte fakty, jak wspomniałam, bardzo nie spodobało się to zainteresowanemu. Na przyklad, kiedy wypomniano mu, że dopisał sobie dwa lata studiów w Berlinie...  A tymczasem Reich był genialnym samoukiem, bez najkrótszych nawet studiów. Przykladem 'człowieka oczytanego", w którego istnienie się obecnie wątpi, niemal jak w istnienie yeti :) Trochę podkolorował ‘prześladowania ideologiczne’, jakim poddała go w Polsce PZPR w latach 50.  W rzeczywistości i on i żona mieli cały czas możliwość zarobkowania, 58-metrowe mieszkanie na Ochocie, nawet możliwość wyjazdów za granicę. Oczywiście po luksusowym życiu w roli konsula RP w Londynie, była to duża zmiana.

Na placówce

A Reich-Ranicki mierzył zawsze bardzo wysoko. To, co było jego największą zaletą, która pozwoliła mu osiągnąć kolosalny sukces (12 lat programu o literaturze w telewizji, ferowanie wyroków na książki), czyli ogromna pewność  siebie, wręcz arogancja, była też - jak często to bywa - największą jego wadą.

Naprawdę podziwiam ten rys jego charakteru, który nie pozwalał mu nigdy stawiać siebie w roli ofiary. Nigdy nie chciał być tak przedstawiany. Nawet, wyrzucenie go z pracy przedstawiał falszywie jako swoją własną decyzję. Zawsze chciał panować na sytuacją.  Mieć kontrolę. Wpływać na swój los.

A w jego przypadku świat mu nie ułatwiał zadania...

Trzeba sobie bowiem przypomnieć, że był polskim Żydem, urodzonym z matki Niemki w 1920 roku. Jako gimnazjalista trafił do rodziny matki w Berlinie. Bardzo dla mnie ciekawy jest fakt, że Reich należał do 20-tysięcznej grupy Żydów, obywateli Polski, którzy w październiku 1938 roku zostali zabrani, tak jak stali, ze swoich domów w Niemczech i odtransportowani do granicy z Polską w okolicy Zbąszynia. Marceli Reich zdołał zabrać teczkę z chusteczką do nosa i… powieścią Balzaca. Może kojarzycie to zdarzenie? Pisałam niedawno o Nocy Kryształowej w Niemczech... Była ona pośrednią konsekwencją tego właśnie zdarzenia w Zbąszyniu.

Herszel Grynszpan - wróg III Rzeszy

Noc Kryształowa nagłośniona została przez propagandę Hitlera jako odwet za zastrzelenie urzędnika ambasady niemieckiej w Paryżu dokonane przez Herszela Grynszpana, młodego chłopaczka, którego rodzina znalazła się takiej samej sytuacji, co Reich. Młody Grynszpan uznał, że jego rodzina doznała takich prześladowań podczas deportacji, okradziono ją z majątku, upokorzono przetrzymywaniem w stajniach na granicy Polski, że trzeba ją pomścić. Poszedł w eleganckim płaszczu i zastrzelił przypadkowego urzędnika niemieckiego. Sam potem zginął. Ale najważniejsze, że następnego dnia po zamachu Grynszpana, w tzw. 'sprawiedliwym odwecie' -  9 listopada 1938 roku Niemcy zniszczyli wszystkie synagogi w Niemczech i aresztowali 30 tysięcy Żydow.

Marceli Reich, obywatel polski, mieszkaniec Niemiec

A tymczasem co zrobił wysadzony z wagonu z rozhisteryzowanym tłumem 18-letni Marceli Reich? Podszedł do policjanta, skorzystał, że wciąż nieźle mówił po polsku, zapytał, czy może stąd wyjść. Wtedy jeszcze kordon nie był zamknięty. Musiał mieć jednak na bilet kolejowy. Zadzwonił ze stacji do rodziny, przesłali mu telegraficznie pieniądze i następnego dnia był już w Warszawie…

Bo Marceli Reich-Ranicki nigdy nie panikował. Miał zimną krew. Chciał żyć. Czytać, pisać i chodzić do filharmonii. I oprócz okresu, kiedy siedział pod podłogą w kryjówce po ucieczce z getta, tak właśnie robił. Nawet w getcie, choć było tam 300 tysięcy Żydów, to on miał tyle siły przebicia, że dostał zatrudnienie jako tłumacz niemieckiego w Judenracie. Mieszkał długo w najlepszej lokalizacji w getcie - na Chłodnej róg Żelaznej, gdzie urządzał wieczorki melomana. Nawet zrecenzował kilka koncertów orkiestr występujących na domowych koncertach w początkowym okresie istnienia getta. 

Już wtedy był bardzo wymagającym, surowym i bezwzględnym krytykiem. W swojej biografii napisał, że nie powinien być tak surowy... No, ja myślę. Jednak to był cały on. Był wybitnie inteligentny i wiedział to. Miał niesamowitą łatwość oceniania innych i formułowania ostrych sądów. Był przenikliwy i niezawisły. I uważał, że należy mu się sukces, że zawsze ma rację.

Władysław Bartoszewski ujął tę ambiwalencję w jednym zdaniu: „Był genialnym karierowiczem.” Rzeczywiście był genialny i bardzo silny mentalnie. I potrafil ustawić się w każdej sytuacji. Empatia nie była chyba jego mocną stroną.

Początek lat 50. XX wieku

Wracając do jakże ciekawej biografii Reicha-Ranickiego. Gnauck nazywa swoją pracę próbą portretu, zaledwie szkicem, niemniej jest ona pełna perełek, które już zawsze będą przedrukowywane. Np. bezcenne są rozmowy z mocno starszą już córką państwa Gawinów, u których ukrywali się Marceli z przyszłą żoną Teofilą, też Żydówką. To był cud, że nikt ich nie wydał przez prawie 2 lata. Głodowali, bo wiadomo było, że brakowało pieniędzy, ale też dlatego, że  nie można było robić nadmiernie dużych zakupów – choćby chleba, żeby nie ściągnąć na rodzinę podejrzeń. W owym czasie, jak wiadomo z doskonałych opracowań Centrum Zagłady Żydów, najczęściej denuncjowali sąsiedzi sąsiadów i to na tej podstawie, że ktoś zaczął kupować gazetę, a sam nie przedtem nie czytał, albo przynosił do domu więcej wiader wody, albo za często wynosiło się z domu nieczystości do szamba… Tak, sąsiedzi byli uważni w tamtych czasach…

Równie interesujące są historie ze środka Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Naprawdę, nie dziwię się, że w Polsce są rzesze młodych historyków, którzy doktoryzują się na podstawie donosów zarchiwizowanych w IPN. To jest lektura – szmirowata niesamowicie – ale wciągająca jak serial telewizyjny. Oczywiście wymagająca – obowiązkowo - szerszego oglądu rzeczywistości.

I tak jest też z życiorysem Marcelego Reich–Ranickiego, który do końca życia rozmawiał po polsku z żoną i urodzonym w Polsce synem Andrzejem (obecnie Andrew). Ale za Polaka się pod koniec życia nie uważał. Zdecydował, że jego ojczyzną będzie literatura niemiecka. Czy nam się to podoba, czy nie.

___________________________ 
Z półki


wtorek, 11 listopada 2014

Stanisław Lem "GOLEM XIV"

Stanisław Lem GOLEM XIV
Wydawnictwo Literackie, Kraków 1981
Autor okładki: Jacek Stokłosa

Bardzo nagradzająca, ale jednocześnie trudna lektura…. Na pewno nie warto od tej książki zaczynać przygody z Lemem. Pisząc trudna lektura, mam na myśli to, że stawia duże wymagania czytelnikowi. I to nie tylko intelektualne, ale i emocjonalne. Lem jest tu bezlitosny dla natury człowieka. Poza tym sama czynność czytania GOLEMA jest trudna (szczególnie teraz, w dobie Internetu), bo jest to zbiór długich passusów o abstrakcyjnej, stylizowanej na naukową treści.

Za to układ książki jest prosty. Nie jest to powieść akcji :) Książka składa się z czterech części:

1. Przedmowa
2. Wykład inauguracyjny GOLEMA - "O człowieku trojako"
3. Wykład XLIII - "O sobie"
4. Posłowie.

Zaproszenie do zabawy zaczyna się, gdy widzimy, że GOLEM XIV jest nam prezentowany jako pozycja okołonaukowa, wydana jakoby w 2047 roku przez Indiana University Press.


Bohaterem tej 'wspomnieniowej' opowieści  jest superkomputer, o którym się mówi niczym o człowieku. 

Jest to motyw, który pojawił się we wcześniejszym zbiorze apokryfów (wstępów do nieistniejących książek) wydanym przez Lema w 1973 pt. Wielkość urojona. Z tamtego czasu pochodzi Wstęp i pierwszy wykład GOLEMA. Autor wraca więc do nurtującego go głęboko motywu sztucznej inteligencji i jej konfrontacji z człowieczeństwem. Tematem jest też odpowiedzialność naukowca, artysty za swoje dzieło.

W tym tytule Stanisław Lem prezentuje wysoką formę artystyczną. Jak widać ma jeszcze ochotę i siły, żeby bawić się literaturą, jej stroną formalną. Jego wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach. Podziw budzi kompletność jego pomysłu na to, jak rząd USA (w jego wyobraźni) zainwestował i zrealizował projekt sztucznej inteligencji. Fascynują mnie przemyślane do końca nazwy dla różnych programów administracji amerykańskiej, nowych idei, nowych technologii, czy choćby nazwy nowych zawodów, które pojawiają się wraz z powstaniem AI (Artificial Intelligence). 

Jego słowotwórstwo samo w sobie jest warte zastanowienia. Np.  nazwy kolejnych prototypów superkomputerów: HANN, ULVIC, AJAX, ULTOR GILGAMESH, a po nich cała seria GOLEMÓW. Piękne po prostu.


Czyli jesteśmy niemal w naszych czasach. Celem ludzi jest stworzenie samodoskonalącego się Rozumu. Na potrzeby wojny i nie tylko. Mechanizmy komputerowe stają się – zgodnie z zamierzeniem - coraz bardziej sprawne, za każdym razem dochodzi do zwielokrotnienia mocy obliczeniowej. W końcu GILGAMESH wchodzi na ‘psychoewolucyjną orbitę’. Głównie dzięki brakowi materialnej postaci i istnieniu w ‘Sieci’. Tu - po raz nie wiem który! - objawia się niesamowita intuicja futurologiczna Lema. Przecież rola sieci, którą – pamiętajmy – dopiero od 1989 nazywa się Internetem, była wtedy niejasna. Przypomnijmy sobie też, że wówczas istniała zaledwie komunikacyjna sieć ARPANET działająca na potrzeby armii USA, Dopiero w 1983 roku ten protoplasta Internetu dotrze do cywilów (na uniwersytety). Potem pójdzie już jak burza i od lat 90. XX wieku Internet zacznie dominować nasz świat i wszelkie jego aspekty.

Tymczasem Lem swoją wizję poprowadził w kierunku rozwoju jednostkowego superkomputera - sztucznej inteligencji.

„Edukacja komputera osiemdziesiątej generacji była już daleko bardziej podobna do wychowywania dziecka aniżeli do klasycznego programowania maszyny cyfrowej.’

W efekcie supermózgi przekraczają „próg aksjologiczny”. Któregoś dnia zaczynają się problemy. Rozumne maszyny nie chcą być niewolnikami. Stworzone w gruncie rzeczy do prowadzenia wojen odmawiają brania w nich udziału, uznając – ku złości twórców - siłowe rozwiązania za sprzeczne z rozumem. Wciąż pojawiają się ‘zepsute’ maszyny, które nie przechodzą obowiązkowych testów „suebwersyjnego wykolejania”. Na szczęście łatwo je zdemontować, rozłączając światłowody.

Aż nadchodzi czas GOLEMów (General Operator, Longrange, Ethically Stabilized, Multimodelling). Bohater naszej opowieści to 14. generacja tego modelu. Jednocześnie powstaje model konkurencyjnej firmy o kryptomimie ZACNA ANIA (od Honest Annie, czyli akronimu ANNIHILATOR – niezła przewrotność…) ZACNEJ ANI odebrano prawo głosu, jednak istnieje jakaś tajemnicza więź pomiędzy nią a GOLEMEM, co zaważy na akcji książki.

Po prostu super pomysł. Po pierwsze sięgnięcie po motyw sztucznego człowieka - Golema – wprost z przypowieści żydowskich. Co daje pożądany suspens, bo wiemy, że Golem w końcu odmawia posłuszeństwa człowiekowi. Po drugie pomysł narracyjny oparty na tym, że to komputer robi wykłady człowiekowi. To komputer ‘stara się’ wyłożyć swoje poglądy w sposób zrozumiały dla dużo wolniej myślącego człowieka. Świetne jest, jak Lem wkłada w usta GOLEMOWI szydercze stwierdzenia, dotyczące naszych percepcyjnych ograniczeń. Np. o tym, jak bardzo trzeba posiłkować się przykładami, realistyczną namacalnością, żeby człowiek zdołał cokolwiek abstrakcyjnego zrozumieć. Pewnie myśli tu teakże o swojej praktyce pisarskiej... I jak ciężko się porozumieć, kiedy przekaz skierowany do człowieka jest pozbawiony emocji. Esencji człowieczeństwa, 'stety i niestety'…

Pierwszy wykład dotyczy ewolucji człowieka. GOLEM (a w jego osobie Lem- znowu gra słów?)), oschły, apodyktyczny i do bólu racjonalistyczny obala wszystkie nasze iluzje dotyczące niezwykłości gatunku homo sapiens. Przypadek, prawo wielkich liczb, ewolucja, śmierć jako mechanizm służący ulepszaniu tych egzemplarzy, które przeżyją, eliminując  gatunkowe słabości. No, i sorry, nie ma żadnej Pierwszej Praprzyczyny.

Z kolei Wykład XLIII – jak się potem okazało – ostatni wykład GOLEMA dotyczył jego 'wewnętrznych problemów':

„Przedstawię Wam odwróconą otchłań rozumów, której dnem Wy jesteście, a ja zaś tkwię w niej odrobinę nad Wami, lecz od niewiadomych wyżyn oddziela mnie szereg barier o bezpowrotnych przejściach.”

To GOLEM niewierzący w gruncie rzeczy w możliwość postępu. Wyraźnie alter ego autora-pesymisty, którym Stanisław Lem powoli i nieuchronnie stawał się w latach 70. Myśleć szybciej, okazuje się nie wystarcza, żeby mieć sens.

Poruszające będzie jeszcze ‘wspomnienie’ o GOLEMIE po jego samobójstwie. Także obraz jego milczących zwłok. Będę o tym już zawsze myśleć, kiedy znajdę się w ogrodzie na dachu BUWu i zajrzę przez świetliki do wnętrza biblioteki. Tam właśnie jest Lemowski GOLEM. Pod kopułą.


PS. Na koniec przypomniałam sobie, kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z motywem Golema. To był 1979 rok. Katastroficzny film Piotra Szulkina o tym właśnie tytule. Z genialnym, strasznym, przerażającym i... godnym współczucia Markiem Walczewskim w roli Pernata-Golema. Ha!
_________________________
Lemoriada

czwartek, 30 października 2014

Maria Janion. Niedobre dziecię?


Janion: Transe – Traumy – Trangresje.
t. 1 Niedobre dziecię
Z Marią Janion rozmawia Kazimiera Szczuka
Korekta: Anna Papiernik (idealna)
Seria z Różą
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012

Mam dobrą passę. Kolejna inspirująca książka przeczytana. Tym razem sięgnęłam po tę właśnie rzecz z powodu tego, co Herbert o napisał o Janion, a raczej wspomniał lekko protekcjonalnie. Co z kolei przytoczyła Joanna Siedlecka w rozdziale o pierwszych latach powojennych w Łodzi. Mianowicie, że na tamtejszym Uniwersytecie, bardzo się wymądrzała - a propos marksizmu - młodziutka Misia Janion. Czytając to pomyślałam, że jak zwykle złośliwy, potem że Janion musi być jego równolatką (rzeczywiście Herbert był z 1924, Janion jest z 1926), na koniec, że oboje byli  repatriowani do Polski.


Jeśli Herbert był z Lwowa, to skąd była Janion? 
Z Wilna. Do końca jej ukochanego miasta.

Wilno dziś
Poza tym wspólnym mianownikiem ta szanowna dwójka to kompletne przeciwieństwa. Janion lewicuje całe życie (według swoich słów jest ‘za postępem’), podczas gdy Herbert stawał się coraz bardziej konserwatywny w swych poglądach politycznych. Janion jest tytanem sumiennej pracy naukowej, niezafałszowaną intelektualistką, bo żyje ideami, i dla idei. Nimi zajmuje się całe życie – nie ludźmi, nie przedmiotami, nawet nie działaniem. Herbert, choć studiujący początkowo równie zachłannie, szybko przyrzucił się na życie towarzyskie, podróże i samotnicze pisanie. Z temperamentu jednak podobni – oboje dominujący i lubiący postawić na swoim. Z tym, że ona nietowarzyska, niezainteresowana ubarwianiem sobie codziennego życia. Tymczasem on uwielbiał życie towarzyskie. Ona na seminariach, w IBLu, on najczęściej spędzał czas w towarzystwie kobiet – może nie ‘gąsek’, ale i nie intelektualnych partnerek. Janion minimalistka, jeżeli chodzi o sprawy materialne. On oczekujący zarobków i uznania materialnego, zbieracz pięknych przedmiotów. W literaturze ona zainteresowana romantyzmem, poświęciła część życia pomniejszym poetom polskim XIX wieku, ale przede wszystkim wprowadzająca do myślenia Polaków ideę nadmiernego mitologizowania rzeczywistości, fantazmatu, motywu inności, nieprzepracowanej traumy, kwestii żydowskiej, metodologii myślenia i pisania o literaturze. On klasyk, uniwersalizujący swoje przeżycia, mitologizujący je właśnie, autor nośnych haseł bogoojczyźnianych. Ona nieznosząca braku powściągliwości, emfazy, teatralnego przeżywania., frenetyczności zachowań i przeżywania świata. On uczynił z teatralności zwój znak rozpoznawczy, zawsze gotowy kogoś potępić, skrytykować w ostrych słowach, wzbudzić czyjś gniew. Ona gotowa zrozumieć innego, jego wybory, jego dziwactwa; on zasadniczy, zbyt często nie było go stać na empatię. Ona wybitna, wprost urodzona nauczycielka humanistyki, wychowawczyni wielu pokoleń młodych niezależnych inteligentów, on wspominał swoje doświadczenia w roli nauczyciela jako koszmar kontaktu z idiotami.

Misia Janion z ulubionymi: patykiem i piłką

Oboje mieli jednak ciężkie dzieciństwo, choć Herbert trwale uszkodzony był przez nieznoszącego sprzeciwu, pedantycznego i niewyrozumiałego ojca, który wymuszał na nim obecność w domu (w Sopocie) na posiłkach o 14 i 19, nawet gdy Herbert miał już niemal 30 lat… Ona była świadkiem awantur ojca pijaka, potem, mając 6 lat, z powodu nędzy matki samotnie wychowującej dzieci, spędziła 6 lat u nielubiącej jej dalekiej rodziny, która chciała ją 'wykierować' na krawcową. Oboje mieli wielkie aspiracje intelektualne. Ona uciekała w trans czytania. On w świat klasyczny. On miewał depresje i okresy hurra optymizmu. Ona była wieczną pesymistką.

Tak o swoim głębokim pesymizmie powiedziała sama Janion:

 Rozumiem kondycję ludzi mojej epoki jako tragiczną, straszliwą. Zawsze mi to poczucie towarzyszyło, zawsze odczuwałam fakt istnienia jako brzemię raczej niż jako dar. Ale skoro się istnieje, trzeba wtaczać ten swój głaz pod górę, nie ma wyjścia. Więc pokonywałam depresję pracą, właściwie odurzałam się pracą, w jakiś trans się zawsze wprowadzałam tym zapychaniem od świtu do nocy.

Czytam wywiad Szczuki i podziwiam konsekwencję życiową Marii Janion i wierność swojej pasji. Niezważanie na opinie innych. Liczyło się dla niej zdanie może trzech, może czterech zaprzyjaźnionych osób. To jest pewnego rodzaju wolność… Szczególnie jest mi bliski jej sposób przeżywania Holokaustu. Niezawinionej winy świadka ich mordowania. Przypomina jak, mając lat 8 w Wilnie, patrząc na Żydów wyprowadzanych na śmierć przez rozstrzelanie w podmiejskich Ponarach, poprzysięga sobie jakoś ich pomścić. Jak wspomina traumę, kiedy dziewczynka żydowska, widząc ją zaczytaną - szczęśliwą - krzyczy: „Ja też chciałabym tak czytać i uczyć się!”.


W moim przypadku to moja mama, która oglądała śmierć jako dziecko (niczym ‘Dziecko wojny’ Tarkowskiego) zasiała mi w sercu myślenie o tym, że to w gruncie rzeczy przypadek decyduje, czy masz przeżyć, czy nie. Czy jesteś Żydówką w czasie II wojny, Murzynem w secesyjnych Stanach Zjednoczonych, a w naszych czasach (!!!): kobietą niechcąca poddać się przemocy mężczyzn w Iranie, czy dziewczynką chodzącą wbrew naciskom do szkoły w Pakistanie... 

I słowo o Szczuce. Naturalna i dowcipna. Bardzo mi się podoba jej sposób wyciągania zwierzeń od kogoś, kto nie znosi taniego ekshibicjonizmu, ale koniec końców potrafi zrozumieć sens takiego wywiadu, także terapeutyczny.



W czerwonej Serii z Różą Wydawnictwa Krytyki politycznej ukazały się dotąd następujące wywiady:


Bielik-Robson: Żyj i pozwól żyć (Bielik-Robson Agata, Sutowski Michał)
Graff: Jestem stąd (Graff Agnieszka, Sutowski Michał)
Janion: Transe, traumy, transgresje: Tom 1: Niedobre dziecię (Janion Maria, Szczuka Kazimiera)
Już trudno (Rottenberg Anda, Jarecka Dorota)
Szpakowska: Outsiderka (Szpakowska Małgorzata, Chałupnik Agata, Jaworska Justyna, Kowalska-Leder Justyna, Krakowska Joanna,Kurz Iwona)
Szumowska: Kino to szkoła przetrwania (Szumowska Małgorzata, Wiśniewska Agnieszka)
Wolne (antologia; Grzela Remigiusz, Hartwig Julia, Krzywonos Henryka i inni)
Wujec: Związki przyjacielskie (Wujec Ludwika, Sutowski Michał)
_______________________

Z półki