poniedziałek, 7 stycznia 2013

...i piszę, bo dostałam drugie życie blogowe


Mój blog zniknął z sieci na długie 2 dni. Po bezowocnym oczekiwaniu przez cały weekend, w poniedziałek rano dostałam wreszcie drugie życie blogowe – blog znowu zaistniał w sieci. A wszystko z powodu, w ramach i dzięki Google.

Trzeba jednak przyznać, że do samego zdarzenia doszło bez wątpliwości w wyniku głupoty & braku wyobraźni z mojej strony. Chciałam skorzystać z oferty Google i założyć galerię zdjęć na Picassa Web, żeby później zaprezentować ją jako pokaz slajdów na blogu. Wpisałam trzykrotnie błędną datę urodzenia. Nie sądziłam, że ma to jakiekolwiek znaczenie. Ale nie doceniłam maszyn Googla. Moje konto Google zostało zablokowane, a wraz z nim adres mailowy – aktywny od wielu lat – i znany Wam blog książkowy. Wszystko to zostało zablokowane w celu „wyegzekwowania zasad Google’a.”  Musiałam udowodnić, że mam prawo do posiadania u nich konta. Doradzono mi, że wystarczyłby drobny przelew na ich konto z karty kredytowej, ale że jej nie mam, musiałam przesłać zdjęcie mojego dowodu osobistego. Pierwsza „próba udowodnienia mojego prawa” została odrzucona – bez podania przyczyny, drugie przesłanie tego samego wniosku zaakceptowano – bez podania przyczyny…

Tyle faktów. I’m back! 

Teraz będzie o uczuciach, które mną nieznośnie targały przez ten niezapomniany weekend. Dużo tego było, ale będę się streszczać.

Najpierw zalała mnie fala złości i oburzenia. Ktoś ukradł MÓJ blog. Jednak okazało się to nieprawdą. To nie jest mój blog. Dzięki temu zdarzeniu mogłam pozbyć się tej iluzji. Ja nie jestem właścicielką mojego bloga. Google pozwala mi nazywać go tak, ale w rzeczywistości ja go tylko wypożyczam. Niespełnienie jakiejkolwiek „zasady Google’a” może spowodować jego utratę, bo on nie jest mój. To straszne.
Potem się uśmiałam. Jakiej to zasady nie spełniłam? Okazało się, że mogę być 111 letnią blogerką (mam głupi zwyczaj wpisywać jako datę urodzenia 01.01.1901 J), ale nie mogę być 11 letnią blogerką  i posiadaczką galerii na Picassa Web (pomyliłam się i wpisałam 01.01.2001) ;-)
Potem mąż uspokoił nieco mój śmiech, który stawał się już nieco histeryczny, przypominając, że zasadniczo mówimy nie o Wielkim Bracie tylko o Internecie, produkcie, kupowaniu i w związku z tym mogę liczyć, że zadziałają prawa rynku. Google na pewno życzy sobie, żebym korzystała dalej z jego produktu, jakim jest blog na blogspot.com, bo na tym zarabia. Więc na pewno umożliwi mi znowu korzystanie z tzw. ‘mojego bloga’.
Wtedy trochę się zdziwiłam… Jeśli ja korzystałam dotąd z produktu G. na prawach rynkowych, to czym ja za to zapłaciłam…?
I tu nastąpiła iluminacja. G. wypożycza mi ‘mojego bloga’ w zamian za stworzenie mojego konta. Do jego stworzenia niezbędne jest udzielenie co jakiś czas pewnych informacji o sobie, potem ujawniamy te informacje na każdym kroku: pisząc mejle, blogując, komentując, wyszukując. Informacje te zostają następnie przetworzone przez maszyny i programy i stanowią pożywkę dla rynku wtórnego, że się tak wyrażę eufemistycznie.
W następstwie tej iluminacji poczułam się oszukana. Kupiłam coś, co i tak do mnie nie należy, zapłaciłam, nie wiedząc o tym i to czymś cenniejszym nawet niż pieniądze – bo przecież nie mogę wykupić mojego bloga, choćbym nawet chciała płacić ‘in cash’. To jest „wbrew zasadom G.”
Potem nadeszło zdziwienie. Mój mąż stwierdził, że chyba jednak dostrzegam, że  G. zrobił to w gruncie rzeczy dla mojego dobra. Nie pozwolił podszyć się pode mnie nawet... mnie. To chyba dobrze?
Na koniec mój drogi mąż powiedział: 'Ale przecież nikt cię nie zmuszał do zakładania bloga na bloggerze… Możesz przecież w każdej chwili się wycofać.' Spowiła mnie mgła... No, to było już kopanie leżącego. Niemniej… skopana, czy nie, poleżałam chwilę, i tak sobie leżąc, przestałam tragizować.

Zamiast tego zastanowiłam się, dlaczego tak mi na tym blogu zależy, że pomimo wszelkich zastrzeżeń pozostanę klientką G.
I to było dla odmiany przyjemne olśnienie. Uświadomiłam sobie, ze prowadzenie bloga książkowego sprawia mi frajdę, przyjemnie bodźcuje intelektualnie. Narzuca pozytywną (bo mało bolesną, a bardzo nagradzającą) samodyscyplinę. Pozwala na kontakt z podobnymi do mnie ludźmi. Pozwala coś kreować, a taka drobna twórczość przynosi dużą radość. Blog książkowy pozwala także opowiedzieć się za wyznawanymi przez mnie wartościami, poprzeć cenne dla mnie idee. Także uczyć się ciągle nowych rzeczy.
Wiecie, czego najbardziej mi brakowało przez te dwa dni?  Po pierwsze przetwarzania zdarzeń, opinii, wrażeń na tekst – a więc nadawania im formy, a po drugie strasznie brakowało mi szybkiego podglądu na inne blogi.  Kontaktu z tym, co inni napisali. Od tego zwykle zaczynam przeglądanie MOJEGO BLOGA.


I będę robić to dalej, jeśli tylko pan pozwoli, panie Google…

9 komentarzy:

  1. Przyznam, że dotąd też nie myślałam o blogu i koncie w takich kategoriach - a rzeczywiście coś (bardzo dużo "cosiów") w tym jest...
    Przy okazji mam przestrogę: bardzo uważać z Googlem przy podawaniu wszelkich dat i bardzo uważać przy aktywowaniu nowych opcji.
    Najważniejsze, że odzyskałaś blog - bardzo się z tego cieszę :) Zgadzam się, mam podobne odczucia odnośnie "czytelniczego blogowania" - jest świetna zabawa, jest możliwość poznawania innych osób i ich opinii, jest możliwość artykułowania opinii własnych - i jest coś niesamowicie stymulującego w tym wszystkim.
    Oby blog przynosił Ci w tym roku już wyłącznie same miłe rzeczy, bo jedno denerwujące przeżycie wystarczy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wypada się nie zgodzić. Dzięki.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Szczerze mówiąc czułabym podobnie gdybym mój blog zniknął i nie mogłabym go odzyskać.. Rozumiem odczucia, bo mnie też cieszy to pisanie, zaglądanie na inne blogi, komentowanie i swoiste "molowe" rozmowy w tych komentarzach. Oby już więcej takich historii nie było! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak, to było traumatyczne przeżycie, ale potrzebne. Niemniej raz wystarczy.

    OdpowiedzUsuń
  6. To wróciłaś Agnieszko z "dalekiej podróży". Wyobrażam co ja bym myślał i jak bym się poczuł i nie są to miłe wyobrażenia:) Ja właściwie chyba nawet robię coś wbrew wujkowi Guglowi, bo przystąpiłem do programu partnerskiego z księgarnią, a blog jest darmowy i pewnie nie wolno tego robić, można zarabiać tylko z wujkiem Guglem. Tylko czekać, jak jakaś zyczliwa dusza doniesie i mnie zamkną, tzn, mojego bloga. Piszesz, że nie możesz robić co chcesz na "swoim blogu", że to nie jest właściwie Twój blog. Też o tym kiedyś myślałem i wykupiłem domenę w Wordpressie, tam sobie założę na prawdę swojego bloga, nie będę uzależniony od jakiegoś wadliwie lub nie działającego systemu, i będę mógł robić wszystko, no prawie wszystko:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Hej. Jeśli mówisz o mojej podróży, to raczej nie była to podróż do ciepłych krajów. Momentami to była bardziej powieść, co to ją Kafka napisał... Np. dotarło do mnie, że G. nigdzie nie podaje maila, nie istnieje możliwość kontaktu z żywym konsultantem. Jest to system samonaprowadzający się. Coś jak dron, dla którego kamer zarówno pies, jak i dziecko na piasku pustyni są tym samym, bo mają taką samą liczbą pikseli... I ta liczba zdecyduje, czy obiekt zostanie ostrzelany...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale traumę przeżyłaś. i daje to do myślenia, cholera teraz przenieść wszystkie te notki gdzie indziej? to byłoby straszne

      Usuń
    2. Odkąd podjęłam bardziej już świadomą decyzję, że zostaję na blogspot, postanowiłam robić kopie zapasowe postów i ew. rzeczy do przeczytania. W gruncie rzeczy, bloga założyłam właśnie, żeby to sobie utrwalić.

      Usuń

Zastrzegam sobie prawo do moderowania komentarzy, gdy uznam to za stosowne.