piątek, 21 lutego 2014

Cena książek w Polsce

Polska Izba Książki proponuje uchwalenie ustawy o przeciwdziałaniu cenom dumpingowym książek. 

W opinii Izby Książki ma to paradoksalnie wzmocnić rynek książki. A tym samym czytelnictwo w Polsce.




Na co dzień mam do czynienia z handlem detalicznym, dlatego wiem, że właśnie tak - paradoksalnie - to działa. W dzisiejszych czasach zaczęły bezwzględnie królować sklepy sieciowe, ktore oferują niską cenę, ale kosztem jakości. Małe sklepy oferują wyższą jakość, ale konsekwencją jest sprzedawanie drożej. Wynika to przede wszystkim z faktu, że sprzedają mniej, dłużej to trwa (bo rozmawiają z klientami, a nie tylko podają im towar, albo i to nie), no i kupują swoje produkty drożej (niższa marża jednostkowa), bo mają niższe obroty. Małe księgarnie nie są w stanie konkurować z sieciami lub internetem ceną. Nie ma szans.

Ja też nie mogę sobie pozwolić na regularne kupowanie w małych księgarniach. A w takim MATRASIE kupuję oczywiście POD WARUNKIEM obniżonej ceny. Możliwość zakupu po niższej cenie jest uzależniające. To jasne. Dopóki jest taka możliwość będę z niej korzystać, nawet jeśli mam świadomość, że w dłuższej perspektywie ogałaca to rynek z miejsc, które tak bardzo kocham.

Bo, czy możecie sobie wyobrazić rynek księgarski w Polsce bez księgarni naukowych (moje ulubione w Warszawie  Prus, Liber), specjalistycznych (dopiero co odkryta Bona w Krakowie), czy kawiarni-księgarni (znany i lubiany Tarabuk, Czuły)? Gdzie miałby zaopatrywać się bardziej wyrobiony, bardziej wymagający czytelnik, czytelnik doświadczony, który nie z jednego pieca chleb jadł, chciałam powiedzieć, przeczytał już te kilka tysięcy książek w życiu? 

Poza tym, gdzie wtedy przeglądalibyśmy książki przed zakupem?!

Chcę powiedzieć, że ja także życzę sobie niższej ceny książek, ale nie kosztem jakości. Nie będę kupować, ani czytać byle czego, nawet jeśli taka książka kosztowałby zero złotych. Nawet gdyby mi do jej czytania dopłacili :) 

Zdaję sobie sprawę, że jeśli średni nakład utrzyma się absurdalnym poziomie 2 tysięcy egzemplarzy, to ceny nigdy nie się nie obniżą. A za kilka lat z polskiego rynku znikną moje ulubione wydawnictwa, czyli Karakter, Czarne, Wyd. Dolnośląskie, czy Znak.

Z księgarni zaś pozostaną tylko sieciówki z kolejnym, setnym już wydaniem porno-pseudo-literatury, bo przecież nic innego nie będzie warto sprowadzać i układać w stosach "na sklepie".

Izba Książki mając to na uwadze, proponuje utrzymanie ceny książki przez 12 miesięcy - także w internecie. Ma to wesprzeć wydawców i małych sprzedawców i w konsekwencji zwiększyć jakościową różnorodność produkcji książkowej w Polsce oraz podnieść nakłady z absurdalnie niskiego średniego nakładu 2 tysięcy sztuk do takiego, który będzie rekompensował pracę profesjonalnego tłumacza i redaktora oraz dawał szanse mniejszemu, za to prawdziwemu księgarzowi. Takiemu, ktory nie potrzebuje, żeby mu literować tytuł "Ziemiomorze" (przykład  z dzisiaj!).

Cytat z propozycji Izby Książki:

Zdaniem twórców projektu ustawy do działań, które należy podjąć, aby ratować rynek książki w pierwszej kolejności należą:
- wznowienie intensywnych prac nad wprowadzeniem ustawy o książce;
- lobbowanie na rzecz wspierania rynku księgarskiego - stosowanie preferencyjnych stawek czynszu, zwolnień podatkowych itd.
- zgłaszanie zawiadomień o nieuczciwych praktykach niektórych podmiotów,
a dopiero na ostatnim miejscu lobbowanie na rzecz promowania czytelnictwa!
Link do tekstu TU.
Bo musicie wiedzieć, że mnie też nie przekonał Narodowy Plan Rozwoju Czytelnictwa w Polsce 2014-2020. Opiera się on, o ile dobrze rozumiem te ogólniki, wyłącznie na rozwoju życia bibliotecznego. Po pierwsze twórcy tego planu koncentrują się na już czytających i to tych, którzy regularnie chodzą do biblioteki. Nie dostrzegam tam pomysłu, jak zachęcić małe dziecko do czytania, tak żeby zechciało ono do tej biblioteki pójść. Naturalnymi przewodnikami na drodze do nawyku czytania są moim zdaniem rodzice. O nauczycielach trzeba zapomnieć. Rodzice, którzy powinni sami czytać i mieć książki w domu, tak, żeby w najwłaściwszym momencie po nie sięgnąć i podać dziecku.

Nie ma nic lepszego niż po jakiejś inspirującej rozmowie z dzieckiem móc sięgnąć do biblioteki i powiedzieć: 
"Podobają Ci się kangury córciu? Tu jest to fajna historia o chłopcu i dziewczynce w Australii i jest dużo o kangurach... i dać "Tomka w Krainie kangurów". 
"Obejrzałeś synku film o kradzieży dzieł sztuki? Poczytaj sobie "Pana Samochodzika i Fantomasa". 
"Fascynuje Cię młody człowieku robienie kasy w branży komputerowej? Masz biografię Steve'a Jobsa." 
"Chciałabyś córko więcej wiedzieć o działaniu niewidzialnej ręki rynku i jak się to ma do demokracji? Trzymaj - oto wybór esejów dokonany przez prof. Balcerowicza." 
"Zastanawia Cię Rosja i co to jest dusza radziecka? Bez "Mistrza i Małgorzaty" nie rozbieriosz..."
"Zastanawiasz się, co to za potwór ten gender? Masz mamusiu :) Zobacz, jak o tym piszą w świecie, tam gdzie się go nie boją :)"

Ten moment inspiracji, zainteresowania w dzisiejszych "czasach ADHD" najczęściej bardzo szybko mija...

Dlatego interesuje mnie, żeby ludzie wciąż kupowali książki do własnych bibliotek. Ja chcę kupować książki i chcę, żeby mogli to robić wszyscy ci, ktorzy tego pragną. W wielu krajach rynek książki bywa chroniony w pewnym zakresie. Może to jednak rozważyć, teraz, u nas, w Polsce 2014?

2 komentarze:

  1. Muszę przyznać Ci rację. Bardzo często w Polsce jakiekolwiek akcje mające wspierać czytelnictwo okazują się projektami służącymi głównie tym, co już czytają. Zamiast zaszczepić w młodych ludziach nawyk sięgania po książki (albo przypomnieć o tym rodzicom), wymyślają jakieś kolejne eventy i programy o lichych 'fundamentach', tak żeby nikt nie mówił, że nie łożą kasy na rozwój czytelnictwa i bibliotek. A kasę tę pewnie dostaną głównie większe miasta, które posiadają wiele bibliotek o dobrze rozwiniętej infrastrukturze. A gdzie indziej dalej stare 'pecety' z kineskopowcami. Już nawet nie mówię o darmowym dostępie do internetu, który jest przydatny w czytelni, gdy piszesz jakąś pracę i potrzebujesz coś 'wygooglować'. Akurat w moim mieście (Wałbrzych) biblioteka główna ma się w miarę dobrze, ale niektóre filie już takie nowoczesne nie są.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tu masz rację. Z punktu widzenia Warszawy nie do wyobrażenia jest brak internetu iw bibliotece... Co prawda zaledwie od roku, dwóch, ale jest to standard. Jednak to moim zdaniem nie załatwie sprawy, bo przed ekranami w mojej bibliotece siedzą przeglądacze, a nie czytelnicy. Chyba, że przyznamy w końcu, że czas czytania strona po stronie skończył się i nigdy nie wróci. tak może być. Ja sama czytam ciągle mnóstwo, ale coraz częśćiej w sieci czyli już nie linearnie. I coraz trudniej mi przechodzić do przewracania stron... To niestety szcera prawda.
      A dzieci? One w większości z trudem czytają w ogóle. Mam na myśli, że czytają wolno, mało płynnie. Czytać na głos z elementami interpretacji? Potrafi to 1 na 30 osób w klasie. Wiem to od nauczycieli. Tylko ta jedna osoba czyta bez trudności, na tyle, żeby się nie męczyć i wyobrażać sobie np. akcję, jednocześnie składając litery. A dopiero to jest prawdziwe czytanie.

      Usuń

Zastrzegam sobie prawo do moderowania komentarzy, gdy uznam to za stosowne.