sobota, 26 stycznia 2013

…co mam zrobić, że lubię czytać książki, które mam na własność


Czy Wy też pamiętacie pierwszą książkę, którą mieliście ręku?

W moim domu rodzinnym długo, bo aż do mojego 12. roku życia nie było w ogóle książek, oprócz książek szkolnych. Dlatego pamiętam doskonale, jak pierwszy raz zobaczyłam książkę z bliska. 
Odwiedziłyśmy z mamą sąsiadkę, która miała dzieci w zbliżonym wieku, 3-4 lata. One miały na półce książeczki dla dzieci. Największe wrażenie zrobiła na mnie taka z ilustracjami o morzach, wyspach i czarodziejskich ptakach. Oczywiście nie rozumiałam wtedy żadnego z tych słów. Potem odszukałam tę książkę. To były Baśnie z mórz i oceanów Markowskiej i Milskiej… Kolejną rzeczą którą pamiętam, jest to, niedługo potem nauczyłam się czytać, podglądając starszego brata i podczytując Express wieczorny – jedyne słowo pisane u nas w domu.

Ale odkąd skończyłam 5 lat, już nikt, nigdy, przenigdy nie mówił mi, co mam czytać albo nie czytać. Ta część życia stała się na zawsze ponad wszystko moja. To pewnie trochę tłumaczy, dlaczego mam taki poważny stosunek do czytania i jeżeli czymś się martwię, to spadkiem czytelnictwa :)

Przez lata czytałam tylko książki z biblioteki i książki, które mi podarowano jako szkolne nagrody. Jako nastolatka zaczęłam zarabiać korepetycjami, i oczywiście kupować wreszcie swoje własne książki. Od tej pory mam przemożną potrzebę posiadania na własność coraz to nowych książek.

Jednak ostatnio moja postawa zaczęła się zmieniać. Wpłynęło na to kilka rzeczy. Przede wszystkim policzyłam (mniej więcej), ile liczy mój księgozbiór. Potem policzyłam (mniej więcej), ile jest w nim książek do przeczytania. Wyszło, że około... połowa, może 40%. To mną wstrząsnęło.







Potem zobaczyłam na yt filmik (po ang.) pt. Ile jesteśmy w stanie przeczytać książek w życiu? 



Przy moim tempie czytania i możliwościach czasowych, to będzie maksimum 5 tys. książek w życiu. Czyli przede mną szansa na ok. 2 tysiące lektur, zakładając, że mam przed sobą jeszcze ok. 30 lat czytania. Potem popatrzyłam na wolne miejsce w domu. Popatrzyłam na księgozbiór mojej teściowej Zofii, która straciła zdolność czytania, a jej biblioteczka została...

Dzięki temu wszystkiemu ni stąd ni zowąd, zupełnie niespodziewanie dla siebie pogodziłam się z faktem, że nie przeczytam wszystkiego, co powinnam. Jakim sposobem? Po prostu przedefiniowałam pojęcie tego, „co powinnam przeczytać”. 

I podjęłam decyzję. 1. Przechodzę już marcu na czytnik. To powinno załatwić temat literatury pięknej. 2. Czytam przede wszystkim książki ze swojej półki. 3. Na papierze kupuję tylko klasykę i ew. literaturę faktu niedostępną inaczej. 4. Mocniej korzystam z bibliotek. 5. Wyprzedaję, co się da z półek.

I… Jeszcze nie wiem, co jeszcze, ale na pewno coś wymyślę…

Urealniłam moje plany. Niesamowita jest myśl, że dzięki temu jest szansa, że jeszcze przeczytam większość swojego dotychczas zgromadzonego  księgozbioru. To mój cel. Dlaczego przede wszystkim to, a nie nowości? A dlaczego nie? Współczesny czytelnik i tak nie ma szans przeczytania wszystkich wartościowych nowości. Musimy wybierać. Ja, Ty… Ja wybrałam to, co mam na półce, plus trochę nowości.

To jest kolejny, po zainicjowaniu bloga, ważny moment dla mojej prywatnej historii czytania.


39 komentarzy:

  1. O, to Ty jesteś optymistką. Ja wzięłam inne zmienne, jak stan umysłu i ciała w ciągu tych najbliższych 30 lat i obliczyłam sobie 3000 książek. Ponieważ nie mam w sobie nawet grama samozaparcia żeby nie kupować nowych książek, postanowiłam, że to po co na pewno nie będę sięgać, to gatunki które do mnie już w ogóle nie przemawiają jak np. romanse, czy babskie czytadła. Ale wiem, ze nie da się uniknąć wpadek, że jednak spośród tych 3 tys lektur będzie kilkadziesiąt dla których nie warto było tracić czasu. Dlatego nie spinam się, przeczytam ile przeczytam, najważniejsze, to czytać dla przyjemności własnej z czytania, a nie z poczucia obowiązku czy jakiejś innej konieczności :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się w 100%. Czytanie to przyjemność. Dla mnie była jest i mam nadzieję będzie :)
    A co do mojego bycia optymistką... No może... może trochę :) Na pewno chciałabym być!
    Oczywiście zakładam, ze nie zdarzy się jakaś katastrofa. Poza tym opieram swoje szacunki na dośwaidczeniu tych 40 lat za mną. Np. jako nastolatka czytałam po 4-5 książek tygodniowo. Miałam zasadę czytania na raz, do ostatniej strony. Moje najgorsze lata czytelnicze to był 1987 (urodziny syna, który bardzo chorował) i 2010 (zakładanie rodzinnej firmy). Przeczytałam wtedy około 75-80 książek w skali roku. W 1987 były to głownie rzeczy z biblioteki, bo byliśmy z mężęm na dorobku. W 2010 z kolei były to głównie kryminały (ach, ta fala skandynawska :) Wiem to dzięki temu, że zapisałam sobie, ile książek podarowałam wtedy bibliotece. Bardzo żałuję, że nigdy nie prowadziłam listy lektur, jak jedna z blogerek, która prowadzi takie zapiski od czasów liceum. Ale terazmam już zapiski blogowe :)
    Kasiu, napisz, jeśli możesz, jaką pierwszą książkę zapamiętałaś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapiski z lektur mam z czasu studiów (parę zeszytów) ale potem nie zapisywałam (błąd, potem zapominałam co czytałam - to znaczy pamiętałam już treść i fabułę gdy sobie uświadomiłam, że czytałam, ale zapominałam o tytułach, momentach przeczytania itd. chwalę sobie teraz zapisywanie właśnie ;D), teraz więc nadrabiam z tym zapisywaniem i przyznaję, że pomaga mi trochę portal LC ;) Czytam od czwartego roku życia, więc nie podam Ci dokładnie tytułu tej książki (bo to już bez mała 30 lat temu), bo pamiętam tylko mgliście okładkę - miś z bębenkiem, a rzecz się działa wśród zabawek ;) Pierwszą świadomie (w sensie, że pamiętam już doskonale) przeczytaną książką były dwie części o Kubusiu Puchatku (miałam 6 lat i pokłóciłam się z dziadkiem bo wydałam na nie oszczędności jakie on mi dawał na słodycze ;) mówił, że jestem dziwnym dzieckiem), a pierwszą która zrobiła wrażenie takie, że nie spałam w nocy to były "Pamiętniki Tatusia Muminka" Tove Jansson i "Taja z Jaśinowej" Adrianny Szymańskiej i miałam wtedy około 7 lat ;) i wiesz, to głupie i bez dwóch zdań infantylne, ale do dziś to moje ulubione (w sposób nostalgiczny) książeczki ;)

      Usuń
    2. Uwielbiam, że są takie 'dziwne dzieci'!

      Usuń
  3. U mnie książki były odkąd pamiętam, gdyż mama czytała sporo i jej tata, czyli mój dziadek oraz jej rodzeństwo również.To byli mole książkowi.Toteż już w pierwszej klasie szkoły podstawowej zapisałam się do biblioteki publicznej. A zbieraczem stałam się w 18 tym roku życia, gdy poszłam do pracy i jestem do dzisiaj. Dzisiaj, z perspektywy 55 lat odkąd czytam wciąż odkrywam, że to, czy to już czytałam. I stąd pęd do czytania powtórnego części bardziej wartościowych pozycji, by sobie przypomnieć i przeżyć jeszcze raz. Już mi się zdarzyło wydać z domu 200 egzemplarzy czytadeł do biblioteki, w chwilach depresji, jaka mnie nawiedziła, i dzisiaj niektórych żałuję. Też się wyzbywam części zbioru w różny sposób i wprowadzam na to miejsce nowe nabytki.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj widzę, że czytało, się i czytało :) A księgozbiór trzeba odświeżać, prawda?
      Napisz proszę kilka słów o swojej pierwszej zapamiętanej książce. Bardzo mnie to interesuje.

      Usuń
    2. Pierwsze zapamiętane książki z wczesnego dzieciństwa to z pewnością "Na jagody" i "Przygody plastusia"," Sierotka Marysia i krasnoludki". "O Fiku i Myku i o domku z patyków M.Kowalewskiej./ nagroda z II klasy. Moja mama gdy chodziłam do szkoły podstawowej czytała książki historyczne Kraszewskiego, więc bardzo wcześnie czytałam "Króla chłopów"i "Boleszczyce" i je zapamiętałam, jako jedne z pierwszych czytanych.)

      Usuń
    3. Kraszewski lekturą na dobranoc... To się nazywa hardcore :) Ale jaki piękny hardcore!

      Usuń
  4. uwielbiam zaglądać w czyjeś półki i wypatrywać tytułów. Wypatrzyłam Zagładę Żydów i coś z serii historycznej ze Świata Książki (że też ja tych "Żydów" zawsze wypatrzę). Czyżby ten mniejszy regał był regałem z Ikei? Mało ergonomiczny, z wielkimi, wysokimi i głębokimi półkami. Ile by z tej nie zagospodarowanej przestrzeni można by zwykłych półek wykroić!:)
    Ja jestem w fazie nabywania (teraz zastopowanej, bo bida piszczy) i nie wyobrażam sobie wyzbywania się książek. Ale tak to już jest jak się wcześniej nie mogło kupować.
    A biblioteki-uwielbiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dobrze wypatrzyłaś! Mam kilka pierwszych numerów Zagłady. Jak startowali to chodziłam regularnie na spotkania Holocaust Research Center do Pałacu Staszica. Temat interesuje mnie od bardzo dawna, już magisterkę pisałam o Żydach portugalskich i inkwizycji. A na zdjęciu widać akurat jedną z moich półek z Holocaustem. Odkąd jednak znam niedaleką datę otwarcia Muzeum Żydów Polskich (nasza firma mieści się tuż obok na Muranowie), to nie kupuję. na pewno będą mieli wspaniałą bibliotekę. Liczę też na dobra kantynę :)I dzień biblioteczny tydzień w tydzień zaplanowany ;-)

      Usuń
    2. Paryczko, a Tobie jaka pierwsza książka wryła się w pamięć?

      Usuń
    3. U mnie w domu zawszy były ksiązki - mam polonistka :) I cotygodniowe wypady z mamą do biblioteki, ona do części dla dorosłych a ja do dziecięcej. Własną kartę miałam od 3 roku życia.Na ksiązki wydawałam całe kieszonkowe, potem stypendium, a teraz pensję :) Mam duuuużą biblioteczkę i czytnik i jeszcze czytam w telefonie :)
      A pierwszą zapamiętaną książką byłą "Dorotka i papuga" ,ale autora nie pamiętam absolutnie.Za to okładkę jak najbardziej.

      Usuń
    4. Oj, widzę, że to zaawansowana postać wspólnej nam wszystkim choroby :) Uwielbiam czytać takie historie.
      Hrnčíř Svatopluk Dorotka i papuga?

      Usuń
    5. Tak! To właśnie ta książka. Dzięki za autora, bo nie pamiętałam kto ją napisał :)

      Usuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękna historia. Opowiedziałaś tu o ważnych rzeczach. Wiele wątków warto by może rozwinąć?
      Może to głupie, ale chciałabym zobaczyć zdjęcie tej książeczki do nabożeństwa. Jaką ma okładkę, czcionkę, czy trzymacie tam włożone "święte obrazki"? Moja mama też ma taką sprzed II wojny - jedyną pamiątkę po swojej mamie.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też nie żal większości książek - w sensie, że nie mam problemu z rozstaniem się z nimi. A nawet uważam, że muszą koniecznie dalej "pracować" na siebie.
      Za to moich ukochanych Baśni z mórz i oceanów szukam, bo chcę mieć :) Znalazłam już wydanie broszurowe w 3 tomach. Tylko, że potrzebuję koniecznie wydania jednotomowego (Wyd. Morskiego z 1968 r.), tego, które trzymałam wtedy w dłoni. Ciężkiego, w lakierowanych okładkach. Może widział, może ktoś ma?

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. No, tego to ci zazdroszczę :) Ja dostałam zegarek z za dużą bransoletką, którego nigdy nie włożyłam :/
      Boże, zazdrościć Pięciorga dzieci i coś?! A jednak...
      A propos, podobno wznowili w tym roku z nowymi ilustracjami :)

      Usuń
  7. wychowałam się w domu, w którym zawsze były książki i bardzo je szanowano. pierwszej nie pamiętam, ale jedna z moich ulubionych to był ,,Czekoladowy sen". autora nie pamiętam, ale poszukam :)

    odnośnie reszty masz całkowitą rację! nie mamy szans na przeczytanie wszystkiego. lepiej przeczytać mniej dobrych książek, dostrzec ich piękno i wartość, delektować się nimi, niż gonić za nowościami, o których się zapomina po dobrnięciu do ostatniej strony. czytanie na ilość nie jest sexi ;-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytanie 'nie na ilość, tylko na jakość' jest sexi! Moje nowe hasło :)

      Usuń
  8. Nie pamiętam swojej pierwszej przeczytanej książki, a czytać nauczyłam się dopiero w pierwszej klasie. Pamiętam za to książki, które czytała mi moja babcia, a także babcia mojego kolegi. Wtedy poznałam "Dzieci pana majstra" Zofii Rogoszówny, "Mikołajka", "Piętnastoletniego kapitana" czy "Karampuka" Ludwika Jerzego Kerna.
    Odkąd pamiętam wychowywałam się w domu pełnym książek. Większość bliskich mi osób czytała sporo. DO biblioteki mama zapisała mnie jak miałam 7 lat i odtąd już jestem stałą bywalczynią bibliotek.

    W domu książek mam mnóstwo i pomału zaczyna mi brakować miejsca na nowe nabytki. A kupuję dużo, szczególnie ostatnio korzystając z nadgodzin, bo nie wiadomo co będzie za kilka miesięcy. Lubię tak jak Ty mieć książki na własność. Ale jednocześnie wiem, że wszystkiego mieć nie można i dlatego cieszę się z bibliotek.
    Na swoich półkach mam też książki odziedziczone po rodzicach i jakoś trudno mi się ich pozbyć, choć wiem, że niektórych na pewno nie przeczytam. Wiem, że to taki głupi sentymentalizm, ale mają one dla mnie wielką wartość emocjonalną. Za to książki, które sama kupiłam, przeczytałam i mnie nie oczarowały, zdarza mi się oddać do biblioteki bądź wstawić do antykwariatu. Choć czynię to rzadko, bo jestem niepoprawnym chomikiem książkowym.
    Ostatnio także z bólem serca przyjęłam do wiadomości, że nie mam szans, by przeczytać wszystko, co sobie wymarzyłam. Muszę się więc nauczyć sztuki wybierania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musze powiedzieć, że oczywiście trochę zadroszczę osobom, które wychowały się w rodzinach czytających, ale nie dostępu do samych książek, bo jak widać mna moim przykładzie to nie jest przeszkoda. Raczej żal mi trochę możliwości porozmawiania o książkach, podzielenia się emocjami związanymi z lekturami. Moi rodzice długo zajęci byli w 100% walką o przetrwanie. Dlatego jestem wdzięczna mamie, że wcisnęła mnie do szkoły (po znajomości), kiedy miałam 5,5 roku. I nigdy nie miała nic przeciwko temu, że czytam i wciąż biegam do biblioteki :)

      Usuń
    2. Albo patrzę na moje dzieci, które miały każdą książkę, o której tylko zamarzyły... i dostęp do książek na każdy temat bez wychodzienia z domu. Dopóki im czytałam, chętnie słuchały, a potem internet przesłonił im świat. I dobrze im z tym. Mnie niekoniecznie, bo brakuje tych wspólnych dorosłych lektur...

      Usuń
    3. Piętnastoletni kapitan - oczywiście!!! Muszę dopisać do listy moich ulubionych książek. Dzięki wielkie za przypomnienie tej jakże ważnej lektury także i mojego życia.

      Usuń
    4. Z moich czytających najbliższych została tylko kochana cioteczka i czasem dzielimy się refleksjami z lektury. W domu nieraz porozmawiam z mężem, ale on przede wszystkim czyta sensację i kryminały, ale to już jest coś.

      A dzieci? Córka polubiła czytanie, ale ma dopiero 8 lat i trudno dyskusje o jej przeczytanych książkach uznać za bardzo budujące. No, od czegoś trzeba zacząć. Syn czyta mniej, tzn. mniej n iż ja bym chciała, bo coś tam sobie czyta. Ale w jego przypadku komputer już zaczyna robić swoje.
      I jeszcze czytam moim dzieciom. To rzeczywiście lubią. Tak bym chciała, żeby i one były książkowymi molami, ale jak widać nie zawsze to się udaje.

      My miałyśmy jednak mniej zajęć odrywających nas od lektury (telewizja, gry, internet) i może dlatego tak bardzo zaprzyjaźniłyśmy się z książkami.

      Usuń
    5. Tak, komputer w pewnym momencie zaczyna robić swoje... Czyli i dużo dawać, i dużo brać.

      Usuń
  9. Ja nie pamiętam pierwszej książki, może dlatego, że zawsze mnie otaczały. W dużym pokoju stała taka starodawna biblioteka, jej środkowa część była przeszklona, boczne miały pełne drzwiczki. I tam kryły się różne skarby, oczywiście przeznaczone dla dorosłych, ale ciągle tam szperałam w nadziei, że jednak coś dla siebie znajdę. Dziecinne książeczki były na półce nad łóżkiem. Pamiętam jako wielki dziecięcy stres, gdy mama za jakąś tam karę odebrała mi i schowała świeżo otrzymany pod choinkę Dar królowej Róż... nienawidziłam jej wtedy i coś mi z tego urazu, niestety pozostało... wiedziałam już, że w rodzinie jest podział: tata, który książki kupuje i czyta i mama, która jest dla nich doskonale obojętna, a w głębi serca nawet wroga. Trochę mi to potem przypominało się, gdy czytałam Przyślę panu list i klucz.

    Ten uraz z czasu, gdy miałam osiem czy dziewięć lat, do tego stopnia we mnie pozostał, że gdy pisałam pracę na olimpiadzie z polskiego w ósmej klasie, za temat obrałam właśnie takie różnice domowe w stosunku do książek :) o czym nie omieszkano donieść mojej mamie, jak to w małym miasteczku, i była kolejna afera.

    Pamiętam też, że strasznie zazdrościłam mojej sąsiadce-równolatce z piętra niżej, córce pana doktora, że posiada dwa tomy Kubusia Puchatka - a ja ani jednego. Wiązałam to z jej pozycją społeczną :)

    W szkolnej bibliotece byłam prawie codziennym gościem. Zdarzało się, że pożyczałam dwie ksiazki i już następnego dnia oddawałam przeczytane. Ale wcale nie byłam jakimś odludkiem, owszem, prowadziło się normalne życie podwórkowe, jakoś wtedy było więcej czasu na wszystko... ale też nie odciągał telewizor (pojawił się, gdy byłam już w szkole podstawowej, ale co tam niby było wtedy w tej telewizji, dobranocka i tyle, a w ferie zimowe Pippi Langstrump).

    Mojej córce niestety nie udało mi sie zaszczepić bakcyla czytania, choć wszystko w dzieciństwie wskazywało na to, że odziedziczy moją i dziadkową pasję. Potem przyszedł internet, filmy... i szlus :(

    Co do planów na przyszłość czytelniczych, obliczyłam sobie, że skoro co roku udaje mi się przeczytać około 200 książek, a mam przed sobą teoretycznie jeszcze jakieś 20 lat - to 4 tysiące wyrobię :) ale to czysta teoria, zwłaszcza że lubię wracać do książek już przeczytanych...

    OdpowiedzUsuń
  10. Genialna historia! Prawie thriller (pt. afera w moim miasteczku). Jak to dobrze, że stać nas na to, żeby się uśmiechnąć, jak wspominamy te historie.
    Inna sprawa, że poruszyłaś ważną kwestię: czytanie, książki w domu, biblioteczka domowa, to się kiedyś wiązało z pewnym poziomem życia. Ta historia z posiadaniem wydania Kubusiem świadczy dobitnie o tym, ze nawet dla dziecka to było jasne: posiadanie książek świadczy o statusie społecznym, czytanie (i tego konsekwencje intelektualne) jest społecznie wymaganym elementem życia klasy średniej.
    Teraz już nie. Tak jak w przypadku Twoich, ale i moich dzieci - bakcyl czytelniczy nie jest dziedziczny, niestety.
    Mnie się zdaje, że w domach młodych z klasy średniej książek albo nie ma w ogóle, albo są w ilościach śladowych, albo są ukryte w szafie. Biblioteki kolekcjonerskie są po śmierci właścicieli niszczone - idą na przemiał, naprawdę...

    OdpowiedzUsuń
  11. Niestety, zdecydowanie nie zdążymy przeczytać wszystkiego, co warto - też się z tym powoli, godzę, choć to jest zgoda na zasadzie "nie będę płakać, ale za wszelką cenę będę walczyć".
    Również chcę przede wszystkim przeczytać to, co mam na półkach, zwłaszcza to, co sama zdobyłam; nie chcę sobie też żałować kupowania nowych pozycji, za to jak najbardziej zależy mi na dopilnowaniu, by te zakupy przeczytać. Co do księgozbioru, to nie tylko nie oddaję, ale i wzdrygam się na myśl o oddawaniu. Po części z pewnością dlatego, że do pewnych książek wracam lub chcę wrócić.
    Wolę nie przeliczać na lata mojej prawdopodobnej liczby książek do przeczytania, podejrzewam, że dostałabym jakiegoś ataku histerii połączonego z myślą "rzucam sen, ludzi dookoła i oddychanie, tylko czytam!". Lepiej, jeśli po prostu będę patrzeć na własne listy typu "chcę przeczytać" i starać się jak najwięcej z nich właśnie przeczytać.
    Zgadzam się zdecydowanie - czytanie to ma być (przede wszystkim) przyjemność i jakość.

    Co do pierwszej książki... nie pamiętam, było ich w domu zawsze sporo. Pamiętam dwa tomy "Kubusia Puchatka", pamiętam piękne wydanie baśni bodajże rosyjskich, baśni arabskich, pamiętam "Małą Księżniczkę" (tę utopioną).
    Książki u mnie w domu były tak naturalnym elementem środowiska, że przez długi czas nawet się nad tym szczególnie nie zastanawiałam i teraz mam problem w uchwyceniu pewnych rzeczy jako osobnych. Za to pamiętam doskonale, jak się przed rozpoczęciem każdego roku szkolnego w podstawówce rzucałam na podręczniki, zwłaszcza do polskiego - czytałam w nim wszystkie czytanki, fragmenty książek i czasem szukałam w bibliotece jednej z tych, których fragmenty mnie zainteresowały. O, w połowie liceum znalazłam w podręczniku fragment "Wizyty starszej pani" Dürrenmatta - jak ja z miejsca leciałam do biblioteki po ten dramat i z jakim trudem opanowywałam w drodze powrotnej chęć czytania natychmiast tu, na ulicy, zamiast w domu przy herbacie! Przemiłe wspomnienie.
    Własnym księgozbiorem zamierzam jakoś rozporządzić. Gdybym się kiedyś zdecydowała na dziecko (w co raczej wątpię), to ono by oczywiście wszystko dostało; jeśli nie, znajdę jakieś inne wyjście, ale nie dam zrobić moim książkom krzywdy :)
    I też uwielbiam to uczucie "czytam książkę, którą mam na własność" - jest cudowne!

    OdpowiedzUsuń
  12. Ależ się cieszę, że zajrzałaś tu Bibliopatko. Jestem pewna, że Twoim książkom nie dzieje się i nie stanie się nigdy krzywda. Jesteś wyjątkową, jakościową 'właścicielką książek', to widać, słychać i czuć :)
    Co to jest 'utopiona' "Mała księżniczka"? Powiedz coś więcej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyleżałam się przez ostatnie dni, odpoczęłam i lepiej się czuję, więc nadrabiam zaległości :) Dziękuję! Mam nadzieję, że książki też tak mnie odbierają.
      Utopiona "Mała Księżniczka" to mój egzemplarz "Małej Księżniczki", którą swego czasu namiętnie kochałam i czytałam - tak namiętnie, że zabrałam ją ze sobą do wanny. Niestety, w wannie książka się wyślizgnęła, wpadła do wody i dramat... Szybko ją porozkładałyśmy z mamą na kaloryferze, ale niestety - rozkleiła się w środku, część kartek powypadała, przy wysychaniu się pofalowały i zrobiły bardzo delikatne. Biedactwa. Nadal mam ten egzemplarz, tylko niestety ze dwie-trzy "uwolnione" kartki gdzieś mi się zapodziały. Może teraz, przy wypakowywaniu kartonów i powolnym porządkowaniu różnych rzeczy, uda mi się to wszystko poskładać.
      Od czasów tego utopienia jestem wielką przeciwniczką czytania w wannie.

      Usuń
    2. I mamy kolejna regułę czytelniczą: Wszędzie, tylko nie w wannie!
      Dzięki!

      Usuń
    3. Pozwólcie, że się uśmieję, bo ja właśnie uwielbiam czytać w wannie. Pewnie do czasu jak i ja utopię egzemplarz ukochanej książki, ale na razie jakoś udało mi się przetrwać.
      Chyba jednak tej reguły nie przyjmę, choć pewnie macie rację i nie jest to najbardziej odpowiednie miejsce do czytania.

      Dzięki za przypomnienie o "Małej księżniczce" - to oczywiście jedna z tych lektur, które namiętnie czytałam już samodzielnie. Egzemplarz mam okropnie zaczytany, ale darzę go wielkim sentymentem. Muszę podrzucić córce - chyba już pora.

      Usuń
    4. No, pewnie, to wszystko jest po to, żeby usmiechnąć się :)

      A na poważnie, to zasada, która się tutaj wśród moli przewija, to chyba "każde miejsce jest dobre, żeby czytać".

      Usuń
  13. Czterotomowa encyklopedia. Album Riepina. Kiedy miałam kilka lat kupiłam sobie komiks w kiosku Tytus, Romek i A'Tomek. Kiedy miałam siedem lat dostałam w prezencie Tajemnice szyfru Marabuta. A kiedy chodziłam do LO kupiłam swoją pierwszą książkę "Siedmiu greckich filozofów", pojęcie nie mam, dlaczego. W domu było kilka półek z książkami, ale takimi bardzo kryzysowymi, z tym co było w księgarniach, więc eksploatowałam szkolną i miejską bibliotekę, bezlitośnie :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Cudownie, że to pamiętasz!
    Ta encyklopedia (kto dzisiaj by tak zrobił?!) przypomniała mi o ukochanej książce mojego młodszego braciszka - atlasie geograficznym w wersji książkowej. Jak on studiował te flagi, zapamiętywał powierzchnię i stolice... Szok, teraz mi się zdaje, że to trochę dziwne było ;-)
    Co do filozofów, to chyba musiał akurat przez Ciebie przemówić 'głos rozsądku' :)

    OdpowiedzUsuń

Zastrzegam sobie prawo do moderowania komentarzy, gdy uznam to za stosowne.