poniedziałek, 1 lipca 2013

Nieuchronność wyspy - Kobo Abe "Urwisko czasu"

Kobo Abe Urwisko czasu

Kobo Abe zmarł w 1993 roku. Pisał po japońsku. (Piszę tak specjalnie, bo mam wrażenie, że Abe pragnął, żeby nie traktować go jako Japończyka i... koniec). W Polsce jego twórczość nie jest jakoś szczególnie popularna, a nawet znana. Jeśli już, to być może ktoś przeczytał jego Kobietę z wydm. Dlatego pewnie nigdy się nie dowiem, dlaczego ten pisarz, malarz, dramaturg i filmowiec  tak bardzo pragnął uciec od japońskości? Sama, zafascynowana Kobietą z wydm, sięgnęłam teraz po jego kolejne rzeczy. Zostały one wydane w latach 90 staraniem Mikołaja Malanowicza w Bibliotece Japońskiej nieistniejącego już (?) wydawnictwa Wilga.

Na początek wzięłam do ręki antologię króciutkich tekstów Kobo Abe wydaną w zbiorze Urwisko czasu. Jako pierwsze czytam opowiadanie z 1949 roku Dendrocacalia, o człowieku zwanym… Kolega Zwyczajny, który za sprawą tajemniczego pana K. zamienia się w wielką roślinę doniczkową i na koniec perypetii jak z sennego koszmaru zostaje umieszczony w cieplarni z tabliczką Dendrocacalia Crepidifolia. To opowiadanie, dziwacznie pogodne, przeniknięte jest poczuciem nieuchronności tego, co nam się przydarza, zadziwia też licznymi odwołaniami do mitologii greckiej.

Inne opowiadania przynoszą takie motywy jak: żona ulegająca stopniowej przemianie w psa; pojawienie się jakiegoś obcego w okolicy wsi, w której ojciec czeka na syna zabranego do wojska, zakończone – tragicznym w skutkach nieporozumieniem; człowiek nieznający swojej tożsamości, itp. Jednym słowem historie, będące spisanymi koszmarami sennymi.

Najlepszy wydał mi się tytułowy monolog Urwisko czasu. Nie mam pojęcia, skąd ten tytuł. Jest to monolog wewnętrzny boksera, zapis jego myśli w czasie walki od 1 do 4 rundy, kiedy to pada znokautowany na ring. Zaskoczenie polega na tym, że myśli Boksera (wielką literą) z rzadka tylko dotyczą samej walki. Dotyczą wszystkiego, tylko nie tego, jak walczyć. Dziwne to, ale odbieram to jako dobrą metaforę losu człowieka, któremu Kobo Abe poświęcił swoją twórczość. Człowieka bez szczególnych właściwości. Człowieka będącego w życiu ofiarą, a nawet skazańcem. Człowieka bez prawa wyboru. Człowieka otoczonego nieprzyjaznymi ludźmi. Samotnego. Zdziwionego tym, co go spotyka.



Najbardziej zaskakujące dla mnie jako czytelniczki było to, że w tekstach Kobo Abe nie ma najdrobniejszej nawet sugestii, że jest napisana przez Japończyka, dla Japończyków i  że - co zrozumiałe - dotyczy Japończyków. Nie ma egzotycznie dla nas brzmiących imion bohaterów, nazw własnych, kimon, tatami, zen, parzenia herbaty, gejsz, drzeworytów, Fudżi, cesarza, Hiroszimy, samurajów, ani nawet śladu jakuzy… Mamy programowy uniwersalizm tematyki, neutralną, sterylną scenerię, Kobietę i Mężczyznę oraz  pozbawione charakterystycznych znaków rozpoznawczych opisy zachowań społecznych.

Nieodparcie nasuwa  mi się przy tej okazji podobnie wyprany z lokalności, świadomie zawieszony w próżni, film Polańskiego Nóż w wodzie. Nakręcony tak, żeby był zrozumiały w dowolnym zakątku świata. I żeby za żadne skarby nie dawał się skojarzyć z powojenną Polską, w której został nakręcony.

W obu tych przypadkach odzew odbiorcy jest możliwy dlatego, że tematem obu tych artystów – Abe i Polańskiego - najbardziej uniwersalny topos, czyli władza, panowanie nad drugim człowiekiem. Nieuchronność zniewolenia jest wspólnym mianownikiem.  Mam przeczucie, że może się za tym kryć - nic innego, jak właśnie - próba zapomnienia o wojnie, o której przecież nie da się zapomnieć, o bezradności, której wtedy doświadczyli, także o tym czego najgorszego dowiedzieli się o ludziach. Stąd, prawdopodobnie, także bardzo charakterystyczne dla nich obu przemożne uczucie klaustrofobii, poczucie braku możliwości ucieczki... Nieuchronność wyspy...

Jedno jest pewne - z prozą Kobo Abe jest tak, że im bardziej on o czymś nie mówi, tym bardziej ja o tym myślę…

Dla fanów literatury japońskiej.

Poniżej informacja o wymowie japońskich głosek.



_________________________________
Czytamy serie wydawnicze Biblioteka Japońska [Wilga]
Z literą w tle (A)

2 komentarze:

  1. Kobieta z wydm zrobiła kiedyś ma nie duże wrażenie, to chyba powieść niedokończona? Z tego co piszesz wynika ze faktycznie opowiadania zaliczają się do kategorii "nie przed snem". Ale mimo wszytko jak mi kiedyś wpadną w ręce, to spróbuję, z Twojego opisu wynika, ze przypominają trochę historie z Nadepnęłam na węża Kawakami.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kobieta jest, moim zdaniem, w pełni skończoną rzeczą, choć zakończenie jest urwane, ale... we właściwym miejscu :)
    rzeczy zawarte w tej antologii nie mają niestety nawet połowy siły rażenia, jaką miała Kobieta. I nie są straszne, ani przerażające, raczej przerażająco smutne.
    Kawakami - poszukam, bo mam ochotę pobyć jeszcz sam na sam z estetyką japońską.

    OdpowiedzUsuń

Zastrzegam sobie prawo do moderowania komentarzy, gdy uznam to za stosowne.