Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura humanistyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura humanistyczna. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 września 2015

"Genialni. Lwowska szkoła matematyczna" Mariusz Urbanek


Mariusz Urbanek wyrasta na biografa (nomen omen), którego nazwisko i dokonania na gruncie biografistyki polskiej na pewno już nie zaginą.

Jego biografie Tuwima, Brzechwy, Broniewskiego, Walldorfa, Tyrmanda, Kisiela są świetne. A teraz matematycy ze Lwowa... Piękny zestaw - jak stworzony dla mnie. Wygląda bowiem na to, że jednym z motywów, którym kieruje się Urbanek, wybierając bohaterów swoich książek, jest ich wkład w życie intelektualne Polski. Owo poruszenie, które czynili. Owe aspiracje, które mieli. Ową legendę kogoś, kogo warto naśladować, którą udało im się, często mimo woli, stworzyć...

Mamy więc tu fascynujący obraz pewnej kultury, a także historię idei, a mianowicie koncepcji "Jak najlepiej uprawiać naukę"? Jak poszerzać pole wpływu kultury wysokiej? Jak być intelektualistą?

Cudna jest to historia. Mniej o matematyce, bardziej o ludziach. 


Mariusz Urbanek ur. 1960
Pełna legendarnych już anegdot, jak ta, że Stefan Banach - syn analfabetki i chłopa, niechętny egzaminom, zupełnie "nieszkolny typ" - obronił swój doktorat, mając za sobą zaledwie 2 lata studiów i to przepytany pod pozorem, że trzeba wytłumaczyć "tym trzem panom z Warszawy" zawiły problem matematyczny...

Pełna bon motów Hugona Steinhausa, jak ten: "Ziemia - kula u nogi człowieka".

Wprowadzająca w świat Los Alamos i bomby atomowej i wodorowej oraz lotu na Kisężyc oraz roli Stanisława Ulama w ich wymyslaniu.

Klimat intelektualny Lwowa, który wciągnął mnie już, kiedy czytałam o latach młodości Zbigniewa Herberta, tu powrócił z całą mocą, mocą atomową :) W krótkich, niemal telegraficznych akapitach, doskonale nadających się dla współczesnego czytelnika, chłoniemy etos tamtych czasów oraz genius loci Lwowa.

Kiedy po wojnie Edward Marczewski sformułował dekalog polskiej szkoły matematycznej, opisał po prostu środowisko lwowskie. Dziesięć przykazań Marczewskiego to zasady proste i banalne, lecz sprzyjające rozwojowi nauki i talentów naukowych.

Dekalog ten zawierał m.in.:
  • Zasadę wczesnego startu, czyli stawiania młodych adeptow sztuki przed zagadnieniami natrudniejszymi, żeby wychować prawdziwych badaczy, a nie zasuszonych pedantów. 
  • Jest zasada wtórnej roli stopni naukowych, które powinny być rezulatatem, a nie celem pracy naukowej. 
  • Zasada rzeczywistego współautorstwa prac badawczych. 
  • Są zasady sprawiedliwego podziału obowiązków i sprawiedliwego awansu. Młody wiek nie może być przeszkodą.
  • Jest wreszcie zasada wartości moralnych - życzliwość, przyjaźń, lojalność, uczynność, dobroć mają podstawowe znaczenie dla rozwoju szkoły naukowej. 


Dziś zamiast tego mamy sztywne reguły, rywalizację o punkty; celem naukowca jest stopień naukowy, a badania mogą mieć (i mają niestety) charakter przyczynkarski, byle były napisane  po angielsku. Gorsi badacze, ale za to gorliwi administratorzy swoich karier wyprzedzają w tym biegu lepszych od siebie myślicieli i dydaktyków, niestety. Dzisiaj banał zwycięża nad prawdziwą nauką.

Mariusz Urbanek "Genialni. Lwowska Szkoła matematyczna" 
Warszawa, ISKRY 2014


piątek, 16 stycznia 2015

Historia ciała. Różne spojrzenia. Wiek XX

Historia ciała
T. 3 Różne spojrzenia. Wiek XX
Red. Jean-Jacques Courtine
 Przeł. Krystyna Belaid i Tomasz Stróżyński
Wyd. słowo / obraz terytoria, Gdańsk 2014
Wyd. oryg. 2006

Dzięki mojej córce, która robi mi tę ogromną przyjemność, że ze mną rozmawia o tym, co ją aktualnie interesuje, wciągnęłam się w temat jej pracy semestralnej nt „zapachu kobiety” i przemian w percepcji tego zjawiska. Jest to fascynujący temat. Przy tej okazji skusiłam się na niniejszą lekturę. 

Dogłębniej przeczytałam zaledwie dwa spośród trzynastu esejów (Ciało zwyczajne Pascala Ory i Ekrany. Ciało w kinie Antoine’a de Baecque), ale myślenia mam na długo.

Oczywiście część esejów dotknięta jest chorobą o nazwie "piszę, używając branżowego żargonu, bo chodzi mi o hermetyczny przekaz". Ale i tak czyta się je dużo łatwiej niż np. sylabus jakichkolwiek zajęć na kulturoznawstwie AD 2015...

Jest tu mowa o postrzeganiu ciała i poszczególnych jego atrybutów (jak zapach na przykład) w czasach, kiedy dużo się wokół niego działo. A trzeba pamiętać, że z punktu widzenia kobiecego ciała – niemal wszystko działo się w wieku XX. Przedtem ciało to było niewidzialne, służyło kobiecie do wypełniania roli służebnej mężczyźnie (łącznie z rodzeniem dzieci) lub bycia ozdobą (piękną, uznioślającą zdobyczą). Wraz z nowymi ideologiami, ruch sufrażystek przyniósł ok. 1915 pierwsze oznaki emancypacji kobiet. Jak się to ma do „zapachu kobiety”? 

Po pierwsze zapach zaczyna być w ogóle tematem! Dotąd traktowano go jako element bez wielkiego znaczenia. Po prostu w niewielkim stopniu rozumiano jego pochodzenie (nieznane były aromamolekuły zapachowe), oraz w równie niewielkim stopniu potrafiono na niego wpływać, np. poprzez kąpiel :))) Trochę lepiej było z tłumieniem zapachu poprzez użycie pachnideł..

Wraz z rozwojem myśli emancypacyjnej zmienia się (bezwiednie) myślenie o zapachu kobiety. Staje się to na początku XX wieku. Kobieta walcząca o swoje uniezależnienie od mężczyzny ścina włosy. Czyni to w 1917 r. fryzjer Antoine pod wpływem szalonej Coco Chanel. Włosy ( raczej ich białka i tłuszcz na nich) są jak wiadomo nośnikiem zapachu. Wcześniej kobiety uwalniły się z gorsetów. Zaczynają nosić lżejsze, mniej wchłaniające pot odzienie, które można łatwiej i częściej prać. Ciało staje się coraz bardziej odsłonięte, a jego zapach bardziej możliwy do korygowania czy upiększenia przez kąpiel i namaszczanie olejkami czy też właśnie odkrytymi destylatami alkoholowymi – czyli perfumami. 

Marylin, jak wiadomo, na noc wkładała tylko Chanel no 5. Popatrzcie jednak na wabik w postaci odsłoniętej pachy, co za atawizm... 

Wiek XX to wiek zarówno emancypacji społecznej, kulturowej, jak i wyzwolenia kobiet z naturalnego zapachu (zapachu samicy homo sapiens). Zapach ciała kobiety zaczyna być przedmiotem zainteresowania kultury. Tak jak inne atrybuty ciała zapach zaczyna być przedmiotem najpierw oceny, a następnie modyfikacji w zgodzie z wzorcem, a w końcu, tak jak inne atrybuty ciała,  staje się polem do kulturowej manipulacji i częstokroć represji. W XX wieku naturalny zapach kobiety staje się stopniowo tabu.

3. tom Historii ciała poświęcony jest m.in. właśnie tym i innym manipulacjom kulturowym na ciele. 

Anja Rubik - ikona androgynicznej, infantylnej, aseksualnej (?) seksualności naszych czasów
Czytając te eseje zastanawiałam się, jak to się stało, że dorobiliśmy się wzorca kobiety:

- zseksualizowanej, podniecającej bez przerwy jak we wszechobecnej pornografii, a jednocześnie androgynicznej, czyli bezpłciowej, pozbawionej drugorzędnych cech płciowych, takich jak szerokie biodra, biust czy owłosienie łonowe (które przecież ewolucyjnie przenoszą sygnały seksualne – temu służy choćby zapach zatrzymywany przez włosy);
- silnej, zdrowej i usportowionej a jednocześnie poddanej higienizacji, dezodoryzacji, eterycznej, wiotkiej jak elf czy inna Anja Rubik;
- pewnej siebie i swojej kobiecości, po prostu idealnej a jednocześnie pustej niczym wzrok modelki na wybiegu
- kobiety wyzwolonej, niezależnej i sięgającej po to, co chce (jak dotąd mężczyzni) a jednocześnie będącej towarem sprzedawanym na billboardach.

Dziwne. Trochę jakby świat żądał od nas niemożliwego, a my, stojąc nad przepaścią, z radością robiłybyśmy krok naprzód.

PS. Przypomninam, że moje wspomnienia po tej lekturze krążą wokół tematu, który mnie aktualnie zajmuje. Tymczasem tom zawiera dużo więcej tekstów i problemów, np.: trening ciała, eksterminacja ciała, deformacja, ciało wirtualne, itd.




niedziela, 4 stycznia 2015

Janion. Prof. Misia

Janion. Transe - Traumy - Trangresje
t. 2 Prof. Misia
Z Marią Janion rozmawia Kazimiera Szczuka
Korekta: Anna Papiernik (niemal bezbłędna)
Seria z Różą
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014

Kiedy wczoraj wybraliśmy się na okołonoworoczny spacer po Krakowskim Przedmieściu, mąż, ja i córka, która nas odwiedziła, mieliśmy oczywiście w planach zobaczyć świątecznie ozdobione miasto, może wejść do Domu Spotkań z Historią. Skończyło się jednak na kawie i ciastku i buszowaniu po księgarniach przy Uniwersytecie. Mąż - cały szczęśliwy - znalazł w księgarni LIBER jeden jedyny egzemplarz książki Piotra Stankiewicza Sztuka życia według stoików, a chciał trzy, po jednym dla każdego z naszych dorosłych dzieci. Nasz domowy egzemplarz jest zbyt pomazany notatkami, żeby nadawał się do pożyczania.

Ja z kolei, już w witrynie dojrzałam drugi tom rozmów z prof. Janion. I to jest mój pierwszy zakup książkowy w 2015. Oby wszystkie pozostałe były równie sensowne!

Niniejszy tom, tom drugi, dotyczy lat siedemdziesiątych, aż po stan wojenny. Rozmowy Szczuki z Janion zostały przeprowadzone dopiero co, pochodzą jakby z wczoraj, z okresu już po wydaniu tomu pierwszego. To jest świetne, bo autorki odnoszą się do jego krytyki.


Za cóż to potępia się Szczukę i jej wywiad? Że nie pisze o Janion z odpowiednim namaszczeniem i czcią, że ‘dusi’ ją o powiedzenie choćby kilku zdań  o życiu pozaakademickim, prywatnym. O eksponowanie siebie - Kazimiery Szczuki - w całej swojej obcesowości, co przecież nie przystoi. Mowa jest przecież o ‘papieżycy’ polskiego literaturoznawstwa! Wszystkie te zarzuty panie świetnie ogrywają i rozbrajają, bawiąc się tematem specjalnych rosołków gotowanych przez Szczukę dla Janion, czy 'wścibstwem' Szczuki, jak w tym dialogu:

- A bale, reduty, romanse? Sama sobie przypominam z dzieciństwa, że życie towarzyskie opozycji i jej sympatyków kwitło.
- Coś tam kwitło, na pewno, ale ja nie bardzo miałam na to czas. Już te dowcipki Pani robiła w poprzednim tomie.

Trzymajmy się jednak faktów. Oto fakt: na koniec wywiadu wspomniana jest księga pamiątkowa na 80. lecie urodzin profesor. Wyrysowane jest tam drzewo jej osiągnięć dydaktycznych – 418 magistrantów i doktorantów w Warszawie i Gdańsku!

Było to możliwe dzięki świadomie wybranej postawie życiowej, tak opisanej:

Byłam jak ci pracownicy morza Wiktora Hugo. Wieczna praca. Nieskończona.


Znalazłam w tej książce dla siebie mnóstwo ciekawych wątków. Np. bibliofilstwo posunięte do granic manii. Profesor Maria Janion, czyli prof. Misia (nazwy nadane sobie wzajemnie),  prof. Henryk Markiewicz, czyli prof. Henio, Alina Witkowska, czyli Alina, oraz Maria Żmigrodzka, czyli Maryna byli zdaje się największymi odbiorcami literatury humanistycznej w Polsce. Jak wspomina sama profesor, kiedy wchodziła do księgarni PAN w Pałacu kultury i Nauki, tzw. ‘wzorcówki ‘ ( my mówiliśmy ‘wzorcowni’) słychać było pomruk wśród księgarzy: Wykładamy książki. Wiadomo było, że kupi te spod lady, najcenniejsze (kiedyś tak myślano o książkach). Zdjęcie mieszkania prof. Misi, nazywane ‘pieczarą gotycką’ nieodmiennie budzi szok niedowierzania. Jak mury mieszkania na Niemcewicza zdołały utrzymać te wszystkie papiery? Pani profesor sama zdaje sobie już sprawę, że to silne dziwactwo, sama zastanawia się, czemu do robiła i konstatuje w końcu:

[…] Na pewno fakt, że zgromadziłam tyle książek i papierów, jakoś pomaga mi trwać, rzeka czasu została w ten sposób… no, może nie zamulona, może pogłębiona czy jakoś zmeandrowana. Nie wiem. Jest mi łatwiej trwać wśród tych wszystkich tekstów i śmieci.

W ten właśnie mocno metaforyczny, ale jednocześnie odarty z patosu i sentymentalizmu sposób, opowiada Kazimierze Szczuce o swoich najlepszych latach, najbardziej płodnych latach pracy akademickiej, kiedy zrezygnowała z pisania tylko o swojej wąskiej specjalności, jaką byli „romantyczni poeci krajowi” - czy wszyscy oprócz Mickiewicza, Krasińskiego, Słowackiego i Norwida. Zaczęła pisać z większym rozmachem, ukuła kilka istotnych dla humanistyki polskiej pojęć: fantazmat i transgresja. Będąc wierną wyznawczynią myśli Marksa – czyli krytyki kapitalizmu i mieszczańskiej odsłony pozytywizmu -  czytała na nowo wielkie teksty romantyczne, poddając je rewizji (kolejne słowo ‘janionowskie’). Wielbiła nowoczesność Mickiewicza, drażnił ją narodowy patos Norwida.

Jeśli czegoś w życiu żałuję, to właśnie tego, że nigdy nie byłam słuchaczką seminariów prof. Janion. Dwa razy miałam okazję słyszeć jej referaty na konferencjach naukowych, miałam szczęście być uczennicą jej uczniów i współpracowników, studiując podyplomowo w Instytucie Badań Literackich, ale niestety nigdy nie przeżyłam horroru intelektualnego (kiedy się czegoś nie wie, nie przeczytało, albo nie pojmuje) i zarazem skrajnej przyjemności intelektualnej (kiedy jakaś myśl odkrywa nam nagle oczy), z jaką kojarzą mi się jej zajęcia w IBL.  Pamiętam, że kiedy chciałam wrócić na Uniwersytet, po tym, jak go porzuciłam dla biznesu 10 lat wcześniej, bardzo pragnęłam dostać się do środowiska PAN. Niestety było za późno. Miałam już 40 lat, byłam spoza środowiska akademickiego, bez promotora, sama wyważałam wszystkie drzwi… Pamiętam, jak na egzaminie wstępnym Agnieszka Graff była na tak, a prof. Stefan Amsterdamski na nie. I w ten oto sposób nie udało mi się dostać do Szkoły Nauk Społecznych na studia. Po dzień dzisiejszy brakuje mi tego sposobu myślenia, tych tematów. Sztuki (myślenia) dla sztuki (myślenia). Zajmowania się heurystyką (której zasady są tu świetnie opisane) i interpretacją.

O tym, co czysta humanistyka wnosi do życia społecznego mówi w tym wywiadzie prof. Janion wiele, zawsze bez egzaltacji. O sobie mówi, że zawsze interesowała ją problematyka zła i obroną innych, obcych, zbuntowanych, odszczepieńców, prześladowanych. W tej chwili kojarzy się przede wszystkim z wprowadzeniem na uniwersytety Gender Studies, choć w rzeczywistości zrobiła to nie ona, lecz jej uczennice i uczniowie. Miała bowiem bardzo inspirujące , otwierające działanie na innych. I. jak sama wprost mówi, nigdy nie znosiła epigonów i tych, którzy prawią banały.

Poza tym dowiemy się z tych wspomnień o tym, jak po tłumaczenie Ulissesa stało się w kilkudziesięciometrowej kolejce na Foksal, o technice zbierania nocnych okruchów życia przez jej przyjaciela Mirona Białoszewskiego, oraz o jej fascynacji kinem Wernera Herzoga – przeciekawe! - sztuką Diane Arbuse oraz także odniesienia do drobnomieszczańskiego oburzenia w wykonaniu dzisiejszych pseudopatriotów. Mamy kilka pozytywnych słow o Księgach Jakubowych Olgi Tokarczuk- o riserczu, do którego Tokarczuk naprawdę się przyłożyła, docierając aż do rodziny Mickiewicza.

Jest też zajawka następnego tomu wspomnień: w okolicach 1989 roku ta silna, silniejsza niż skała, Maria Janion zachorowała na depresję, proszę państwa.












sobota, 27 grudnia 2014

Frank Furedi "Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?"

Frank Furedi Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?
Tłum. Katarzyna Makaruk
Seria Biblioteka Myśli współczesnej (Plus Minus Nieskończoność)
Warszawa PIW 2014 (dodruk do wydania I z 2008 r.)
Wyd oryg. 2004
Stron 143


Książka, która daje do myślenia. Przydatna dla tych, którzy żle znoszą dominację błahości i prozaiczności. Dla zainteresowanych kwestiami z pozoru nieprzydatnymi i nieopłacalnymi. Dla pożądających refleksji nad współczesnym światem. Intelektualny sprzeciw wobec postawy filistra*.

*Filister = człowiek o wąskich horyzontach, zainteresowany wyłącznie sprawami materialnymi i przyziemnymi.


Pierwsza od dawna książka poświęcona tej tematyce, na jaką się natknęłam w księgarni, zresztą Księgarni taniej książki. Jak wynika z przypisów, żadna z cytowanych przez Furediego (ur. 1948) wartościowych pozycji, które dotyczą obecnego statusu intelektualisty, nie ukazała się po polsku. Tymczasem ja chętnie bym o tym więcej poczytała. Poza tym, znając już wyrazistość poglądów oraz klarowność i logikę myślenia autora, z przyjemnością sięgnęłabym po jakąś inną książkę Furediego, np. Paranoid parenting.


Dzięki eleganckim rozważaniom autora zbioru Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści? zrozumiałam lepiej, dlaczego:

- Niektórzy uważają, że nie należy ranić uczuć studenta-klienta, sugerując mu, że jest niedouczony i że powinien przeczytać lekturę.
- Pojawia się pomysł, żeby w końcu zaakceptować oklaski rozlegające się w trakcie utworów granych w filharmonii. W końcu podobno najważniejsze, że ludzie przyszli i podoba im się. 
- Kiedy rozważam jakąś abstrakcyjną ideę, mój syn-technokrata pyta, po co to robię i czemu to służy.
- Teatr odwołuje przedstawienie, ponieważ mogłoby okazać się dla niektórych bulwersujące.
- Moja córka i jej znajomi często odpowiadają mi, że „nie wchodzą w ten temat, bo jakie to ma znaczenie?”
- Wygłaszanie zdecydowanych, polemicznych poglądów jest postrzegane jako wyraz złego wychowania albo atakowania osób o poglądach przeciwnych. Intelektualne argumentowanie nie ma sensu. Wszystkie poglądy są z góry równoprawne.
- Jeśli wyniki testów w szkole wypadają żle, po prostu obniża się wymagania.
- Na kolejne spotkanie mojego Dyskusyjnego Klubu Książki wybrano większością głosów wytwór literatury popularnej, chwalony za to, że jest „napisany zrozumiałym językiem, dotyczy doświadczeń znanych kobietom i jest osadzony w Polsce”. Wow.

Cytat:
Trywializacja kulturowego potencjału społeczeństwa ma poważne implikacje dla przyszłości życia umysłowego. Intelektualiści potrzebują inteligentnej publiczności, artyści zaś – krytycznych odbiorców. Niestety, polityka schlebiania stwarza niewiele zachęt dla ludzi, by stawali na wysokości zadania.
[…] Intelektualiści muszą ponownie ukonstytuować się jako formacja, żądając przywrócenia autonomii, o którą w minionych czasach walczyli ich poprzednicy. Te autonomię najlepiej stworzyć, angażując i podtrzymując dążenie publiczności do tego, by traktowano ją serio. W epoce infantylizacji kultury traktowanie ludzi jak dorosłych staje się jednym z podstawowych obowiązków humanistów.. […] Proces równania w dół, jeśli to pojęcie cokolwiek znaczy, nie odnosi się do ludzkiej inteligencji, tylko do kultury, a dokładniej do elit, które regulują przepływ idei.


Spis treści:

czwartek, 30 października 2014

Maria Janion. Niedobre dziecię?


Janion: Transe – Traumy – Trangresje.
t. 1 Niedobre dziecię
Z Marią Janion rozmawia Kazimiera Szczuka
Korekta: Anna Papiernik (idealna)
Seria z Różą
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012

Mam dobrą passę. Kolejna inspirująca książka przeczytana. Tym razem sięgnęłam po tę właśnie rzecz z powodu tego, co Herbert o napisał o Janion, a raczej wspomniał lekko protekcjonalnie. Co z kolei przytoczyła Joanna Siedlecka w rozdziale o pierwszych latach powojennych w Łodzi. Mianowicie, że na tamtejszym Uniwersytecie, bardzo się wymądrzała - a propos marksizmu - młodziutka Misia Janion. Czytając to pomyślałam, że jak zwykle złośliwy, potem że Janion musi być jego równolatką (rzeczywiście Herbert był z 1924, Janion jest z 1926), na koniec, że oboje byli  repatriowani do Polski.


Jeśli Herbert był z Lwowa, to skąd była Janion? 
Z Wilna. Do końca jej ukochanego miasta.

Wilno dziś
Poza tym wspólnym mianownikiem ta szanowna dwójka to kompletne przeciwieństwa. Janion lewicuje całe życie (według swoich słów jest ‘za postępem’), podczas gdy Herbert stawał się coraz bardziej konserwatywny w swych poglądach politycznych. Janion jest tytanem sumiennej pracy naukowej, niezafałszowaną intelektualistką, bo żyje ideami, i dla idei. Nimi zajmuje się całe życie – nie ludźmi, nie przedmiotami, nawet nie działaniem. Herbert, choć studiujący początkowo równie zachłannie, szybko przyrzucił się na życie towarzyskie, podróże i samotnicze pisanie. Z temperamentu jednak podobni – oboje dominujący i lubiący postawić na swoim. Z tym, że ona nietowarzyska, niezainteresowana ubarwianiem sobie codziennego życia. Tymczasem on uwielbiał życie towarzyskie. Ona na seminariach, w IBLu, on najczęściej spędzał czas w towarzystwie kobiet – może nie ‘gąsek’, ale i nie intelektualnych partnerek. Janion minimalistka, jeżeli chodzi o sprawy materialne. On oczekujący zarobków i uznania materialnego, zbieracz pięknych przedmiotów. W literaturze ona zainteresowana romantyzmem, poświęciła część życia pomniejszym poetom polskim XIX wieku, ale przede wszystkim wprowadzająca do myślenia Polaków ideę nadmiernego mitologizowania rzeczywistości, fantazmatu, motywu inności, nieprzepracowanej traumy, kwestii żydowskiej, metodologii myślenia i pisania o literaturze. On klasyk, uniwersalizujący swoje przeżycia, mitologizujący je właśnie, autor nośnych haseł bogoojczyźnianych. Ona nieznosząca braku powściągliwości, emfazy, teatralnego przeżywania., frenetyczności zachowań i przeżywania świata. On uczynił z teatralności zwój znak rozpoznawczy, zawsze gotowy kogoś potępić, skrytykować w ostrych słowach, wzbudzić czyjś gniew. Ona gotowa zrozumieć innego, jego wybory, jego dziwactwa; on zasadniczy, zbyt często nie było go stać na empatię. Ona wybitna, wprost urodzona nauczycielka humanistyki, wychowawczyni wielu pokoleń młodych niezależnych inteligentów, on wspominał swoje doświadczenia w roli nauczyciela jako koszmar kontaktu z idiotami.

Misia Janion z ulubionymi: patykiem i piłką

Oboje mieli jednak ciężkie dzieciństwo, choć Herbert trwale uszkodzony był przez nieznoszącego sprzeciwu, pedantycznego i niewyrozumiałego ojca, który wymuszał na nim obecność w domu (w Sopocie) na posiłkach o 14 i 19, nawet gdy Herbert miał już niemal 30 lat… Ona była świadkiem awantur ojca pijaka, potem, mając 6 lat, z powodu nędzy matki samotnie wychowującej dzieci, spędziła 6 lat u nielubiącej jej dalekiej rodziny, która chciała ją 'wykierować' na krawcową. Oboje mieli wielkie aspiracje intelektualne. Ona uciekała w trans czytania. On w świat klasyczny. On miewał depresje i okresy hurra optymizmu. Ona była wieczną pesymistką.

Tak o swoim głębokim pesymizmie powiedziała sama Janion:

 Rozumiem kondycję ludzi mojej epoki jako tragiczną, straszliwą. Zawsze mi to poczucie towarzyszyło, zawsze odczuwałam fakt istnienia jako brzemię raczej niż jako dar. Ale skoro się istnieje, trzeba wtaczać ten swój głaz pod górę, nie ma wyjścia. Więc pokonywałam depresję pracą, właściwie odurzałam się pracą, w jakiś trans się zawsze wprowadzałam tym zapychaniem od świtu do nocy.

Czytam wywiad Szczuki i podziwiam konsekwencję życiową Marii Janion i wierność swojej pasji. Niezważanie na opinie innych. Liczyło się dla niej zdanie może trzech, może czterech zaprzyjaźnionych osób. To jest pewnego rodzaju wolność… Szczególnie jest mi bliski jej sposób przeżywania Holokaustu. Niezawinionej winy świadka ich mordowania. Przypomina jak, mając lat 8 w Wilnie, patrząc na Żydów wyprowadzanych na śmierć przez rozstrzelanie w podmiejskich Ponarach, poprzysięga sobie jakoś ich pomścić. Jak wspomina traumę, kiedy dziewczynka żydowska, widząc ją zaczytaną - szczęśliwą - krzyczy: „Ja też chciałabym tak czytać i uczyć się!”.


W moim przypadku to moja mama, która oglądała śmierć jako dziecko (niczym ‘Dziecko wojny’ Tarkowskiego) zasiała mi w sercu myślenie o tym, że to w gruncie rzeczy przypadek decyduje, czy masz przeżyć, czy nie. Czy jesteś Żydówką w czasie II wojny, Murzynem w secesyjnych Stanach Zjednoczonych, a w naszych czasach (!!!): kobietą niechcąca poddać się przemocy mężczyzn w Iranie, czy dziewczynką chodzącą wbrew naciskom do szkoły w Pakistanie... 

I słowo o Szczuce. Naturalna i dowcipna. Bardzo mi się podoba jej sposób wyciągania zwierzeń od kogoś, kto nie znosi taniego ekshibicjonizmu, ale koniec końców potrafi zrozumieć sens takiego wywiadu, także terapeutyczny.



W czerwonej Serii z Różą Wydawnictwa Krytyki politycznej ukazały się dotąd następujące wywiady:


Bielik-Robson: Żyj i pozwól żyć (Bielik-Robson Agata, Sutowski Michał)
Graff: Jestem stąd (Graff Agnieszka, Sutowski Michał)
Janion: Transe, traumy, transgresje: Tom 1: Niedobre dziecię (Janion Maria, Szczuka Kazimiera)
Już trudno (Rottenberg Anda, Jarecka Dorota)
Szpakowska: Outsiderka (Szpakowska Małgorzata, Chałupnik Agata, Jaworska Justyna, Kowalska-Leder Justyna, Krakowska Joanna,Kurz Iwona)
Szumowska: Kino to szkoła przetrwania (Szumowska Małgorzata, Wiśniewska Agnieszka)
Wolne (antologia; Grzela Remigiusz, Hartwig Julia, Krzywonos Henryka i inni)
Wujec: Związki przyjacielskie (Wujec Ludwika, Sutowski Michał)
_______________________

Z półki

środa, 22 października 2014

Salman Rushdie 'Ojczyzny wyobrażone'

Salman Rushdie Ojczyzny wyobrażone. Eseje i teksty krytyczne 1981-1991
Wyd. REBIS, Poznań 2013
Tłum. Ewa i Tomasz Hornowscy

Salman Rushdie to Brytyjczyk z hinduskim rodowodem mieszkający od 2000 roku w Nowym Jorku. Najsłynniejsza osoba z ciężką ptozą (opadaniem powiek), jaką znam. Ptoza to bardzo upośledzająca widzenie wada. Rushdie chcąc ratować swój wzrok, poddał się w 1999 r. operacji skrócenia mięśni dźwigaczy powiek. Inne znane osoby, które zdecydowały się na taką operację, (ze względów estetycznych) to: moja ulubienica Perfekcyjna Pani Domu, czyli Małgorzata Rozenek (rewelacyjny efekt wielkich oczu, jak u Barbi :) oraz Renee Zellweger (opłakany efekt, kobieta przestała być sobą z tymi okrąglutkimi oczętami).


Pewnie dziwicie się, czemu nie piszę o Szatańskich wersetach, tylko o takich duperelach. To przez szacunek dla Rushdiego, który o niczym innym nie marzy, tylko o tym, żeby dać mu wreszcie spokój. Zresztą możemy przeczytać o jego przeżyciach związanych z Szatańskimi wersetami w eseju Tysiąc dni w balonie. Kiedy w 1988 roku wydał swoje najsłynniejsze dzieło, skorzystał ze swojej pisarskiej wolności. Wolności pisarza do opowiadania  o wszystkim (o czymkolwiek) w każdy możliwy sposób. Rushdie jest ateistą, nie jest ani apostatą, ani heretykiem, ani obrazoburcą. Zostało mu to ‘wciśnięte’. Na końcu ksiązki pisze o tym, wyjaśniając szczegółowo intencje pisarskie, jakie mu przyświecały w dwóch najbardziej znienawidzonych rozdziałach Szatańskich wersetów.


Już choćby dlatego Ojczyzny wyobrażone warte są przeczytania. Wybór esejów ma  także za zadanie ukazać nam Salmana Rushdiego w nieco szerszym kontekście, obejmuje bowiem jego zainteresowania w okresie poprzedzającym fatwę i kilka lat po niej. On sam ujmuje to tak: Życie uczy nas, kim jesteśmy.

Tom zawiera kilkadziesiąt krótkich tekstów zebranych w 12 częściach. Pierwsze części poświęcone są  krajowi jego urodzenia – Indiom.  Potem jest trochę o zapalnych punktach na świecie (Palestyna). Widać, że Rushdie jest świetnie wykształconym, nowoczesnym człowiekiem – jak sam o sobie pisze – człowiekiem miasta, modernistą, dla którego niepewność to jedyna stała, z a zmiana to jedyny pewnik. Pozostałe części są mniej zaangażowane, mniej naznaczone polityką. Dotyczą kultury, pisarstwa i filmu. Ale mają wspólny mianownik, widoczny dla mnie szczególnie jaskrawo po niedawnej lekturze podobnych esejów J.M. Coetzeego. Są pisane z innego punktu widzenia - punktu widzenia nieanglosaskiego. Poza tym to są teksty napisane przez emigranta. Z tej tożsamości zdaje sobie świetnie sprawę sam Rushdie. Wątek wyobcowania, patrzenia na rzeczywistość z pozycji obserwatora, ciągłe powroty mentalne, porównania z  poprzednimi miejscami pobytu, niedopasowanie, często odrzucenie, niemożliwa do zapomnienia przeszłość. To są wątki, które jakby same cisnęły się Rushdiemu przed oczy, kiedy czyta takich wspaniałych autorów jak Naipaul, Chatwin, Kapuściński, Gunter Grass, Boll, Singer, Roth, Bellow. Bardzo inspirujące są jego wnikliwe analizy warsztatu pisarskiego takich tuzów  literatury jak Gabriel Garcia Marquez, Mario Vargas Llosa,  a także mniejszych nieco i całkowicie dalekich od realizmu magicznego autorów jak Jules Barnes, Kazuo Ishiguro, Italo Calvino czy Kurt Vonnegut.

Salman Rushdie w 1988, roku wydania 'Szatańskich wersetów' i pisania niniejszych esejów
Salman Rushdie podziwiał tych, którzy 'panują nad [pisarskim] materiałem'. Tych, których powieści opanowują czytelnika totalnie, nie pozwalając mu się wyrwać. Tych, którym czytelnik wierzy, że napisali to, co MUSIELI napisać. Lubi dobre tempo powieści. Ceni umiejętnie stosowaną ironię. Podziwia kreację – niezwykłość miejsca, bohatera, języka. Plastyczność metaforyki.

Jest wiarygodnym krytykiem, także dlatego, że nie lukruje. Nie znosi męczących, nużących gier słownych (jak u Eco), scen wulgarnych i poniżania kobiet przez mężczyzn (jak u Marqueza). Najbardziej chyba razi go w powieściach sztuczny koncept, realizowany na siłę, bez lekkości, bez liczenia się z czytelnikiem. Np. O Wahadle Foucault Umberto Eco pisze: Jeśli jest to droga, jaką podąża europejska powieść, to powinniśmy jak najszybciej wsiąść w autobus jadący w przeciwnym kierunku.

Dla fanów eseistyki humanistycznej i dla miłośników czytania o pisaniu.


PS. W kilku miejscach pojawia się Polska - w kontekście 1989 roku i swojej silnej, niepozwalającej o sobie zapomnieć religijności. Jestem przekonana, że Rushdie naprawdę zazdrości wierzącym i ich szanuje. Problem w tym - problem dla świata nietolerancyjnych radykałów, oczywiście - że się z żadną religią nie utożsamia.
_________________________________
 Z półki

środa, 15 października 2014

Stanisław Lem 'Dylematy'

Stanisław Lem Dylematy
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003

Ziór krótkich felietonów Lema z przełomu XX i XXI wieku. Dla fanów Lema jako człowieka i jako autora.

Była to już końcówka życia tego niezwykłego człowieka. Lem zmarł, jak pamiętamy, w 2006 roku, mocno już schorowany. I tak mi się czyta ten zbiór tekstów. Jako pożegnanie. Jako jeszcze jedną próbę ogarnięcia rzeczywistości. Jako szarpaninę z natłokiem informacji i przemyśleń. Jako pewnego rodzaju poddanie się, ale niepogodzenie z tym, że świat jest taki, jaki jest.

Nie wiem dlaczego, ale jestem z reguły zwiastunem raczej niedobrych wieści. 

I rzeczywiście Dylematy to w sumie zbiór zapowiedzi katastrof kulturowych, politycznych, militarnych, społecznych, medycznych i wszelkich innych.


Żyjemy na początku trzeciego tysiąclecia, tak ponurym, że skłania mnie to do kilku refleksji, przytłaczających wiarę w możliwość wykształcenia w człowieku cnót zgodnych z elementarnym kanonem moralności. 

Przyjrzyjmy się temu zdaniu. Stanowi ono podstawowy przekaz Dylematów. Napisane jest w typowym dla niego stylu: Ponury czas… Refleksja… Problem z wiarą w przyszłość człowieka… Próba kształcenia… Cnoty… Elementarny kanon… Moralność…

To są dylematy Lema. Umówmy się, kto tak dzisiaj pisze? Kto o tym dzisiaj rozmyśla? Moralność? Kanon? Cnoty? Tylko człowiek z zeszłego wieku może wierzyć, że jego ‘święte oburzenie’, rozważania i analizy, wreszcie zaangażowany apel zdołają choć trochę zmienić świat…
I właśnie dlatego przeczytałam Dylematy Lema, utwierdzając się w przekonaniu, że przynajmniej dopóki on żył (do 2006) był na tej planecie ktoś, kto myślał podobnie do mnie J Z tego punktu widzenia niewątpliwie sama jestem człowiekiem zeszłego wieku…


Lem był genialnym samoukiem. Urodził się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Przeżył wojnę – pamiętajmy, że to cud samym w sobie, bo żydowskie pochodzenie jego rodziny nie było tajemnicą we Lwowie. Nie zdobył formalnego wykształcenia, próbował jednak aspirować do bycia naukowcem. Predysponowały go do tego głód wiedzy, pracowitość i śmiałość pomysłów. Jego młodzieńczą pracę o mózgu poddano jednak miażdżącej krytyce. Wtedy też jego przyszły mentor dr Mieczysław Choynowski zachęcił go do samodzielnej nauki z wykorzystaniem prenumeraty czasopism naukowych: angielskich, amerykańskich, niemieckich i rosyjskich. Regularne ich czytanie oraz gromadzenie stało się odtąd drugą naturą Lema, jego esencją . 
Musiał zarabiać na życie i zaczął pisać. Wybrał gatunek, w którym w Polsce mało się dotąd pisało i wydawało, gatunek bezpieczny, bo daleki od rzeczywistości realizmu socjalistycznego – science fiction. Po kilkudziesięciu latach zarzucono mu eskapizm, ale ja myślę, że to był podszept zdrowego rozsądku oraz gorąca potrzeba wyżycia się jego bujnej, kosmicznej wyobraźni.

Dylematy są tak bardzo staroświeckie w wyrazie także dlatego, że jest to zestaw relacji z lektur, dygresji o tym, co Lem przeczytał oraz szczególnie kąśliwe relacje z tego, co zobaczył w telewizji.
Lem nie nauczył się nigdy korzystać z komputera, jego kontakt z Internetem miał charakter pojedynczej wizyty. To nie był jego świat. Jak powiedział w 1996 r.: Znacznie mniej boję się  antymaterii niż Internetu.


Bo też świat Lema to były rozważania o naturze ludzkiej, okrutnej i dzikiej, skłonnej do agresji i totalitaryzmu. Kiedy pokazywał Obcego, to po to, żeby mimowolnie jeszcze wyraźniej pokazać niedoskonałość człowieka, niedoskonałość jego fizyczności i jego naturalnych skłonności. Lem bez wątpliwości zawsze  był racjonalistą i pesymistą. Pod koniec życia wręcz mizantropem. Niezdolnym do pisania optymistycznych zakończeń. W omawianych tu felietonach jest dowcipny i złośliwy w staroświecki sposób – nawet wtedy gdy np. bardzo pragnie być dosadny - nie jest w stanie przestać być człowiekiem  kulturalnym. To człowiek starej daty.

Ale w ocenie wielu sytuacji trudno się z nim nie zgodzić. Może nazywa rzeczy zbytnio po imieniu, ale przecież taki był zawsze. Samotny jeździec Apokalipsy. Nigdy nie liczył się z opiniami innych i robił swoje.

Niejednokrotnie bywałem w późniejszej fazie mojego pisarstwa oskarżany o czarnowidztwo, nigdy jednak nie sądziłem, że będą mi się na usta cisnąć słowa: ludzkość jest olbrzymim stadem bezustannie rozmnażających się łysych małp, za opatrzonych w brzytwy wynalezione przez ich bystrzejszych krewnych.


Mierzi go fałsz polityków. Pierwszy felieton w zbiorze Dylematy jest o tym, że nie wiadomo, czego można spodziewać się po Putinie (wtedy wybranym na prezydenta Rosji po raz pierwszy), że jest ‘zaszyfrowany’, niepokojący. Po latach już nieco lepiej rozszyfrowaliśmy Putina… W telewizji ogląda się już gorsze rzeczy niż wyśmiewany przez niego Big Brother. Potwierdziła się jego opinia, że nie bomba atomowa, lecz walizka z mikrobami stanowi prawdziwe zagrożenie dla świata zachodniego. Jest o klonowaniu, nanotechnologii, człowieku przyszłości, ale także o biologii zjawisk religijnych, itd.
Globalizacja, komercjalizacja, tandeta popkultury, postmodernizm, w tym szczególnie fascynacja turpizmem, cielesnością. [I tu ciekawa rzecz. Lem pokazuje się jako człowiek przywiązany do sztuki klasycznej, ale sam przecież nie stronił od eksperymentów literackich, i to czysto postmodernistycznych. I tak np. pisząc recenzje nieistniejących książek (Doskonała próżnia 1971) i wstępy do nieistniejących dzieł (Wielkość urojona 1973) pozwalał sobie na harce wyobraźni i estetykę, których teraz by innym chyba zabronił.]

Dla fanów jego prozy sf interesujące będzie autorskie podsumowanie  trafionych prognoz wraz ze wskazaniem tytułów, gdzie się pojawiają dane pojęcia i koncepty, takie jak np. wirtualna rzeczywistość. Oraz teksty o filmowych adaptacjach Solaris czy Niezwyciężonego (niezrealizowana).

Zainteresowania Lema są niezwykle szerokie jak na człowieka o wysokim IQ przystało. Jego aspiracje, żeby wyrobić sobie zdanie we wszystkich możliwych sprawach jest po prostu… porażające i znowu niedzisiejsze. Dziś każdy nastolatek wie, że świat jest nie do ogarnięcia. I z góry się poddaje… Rezygnując często z porządnego ‘ogarnięcia’ choćby jednej dziedziny i osiągnięcia pewnej, może i niepełnej, ale jednak w miarę wszechstronnej wiedzy o pozostałych. Lem się nie poddawał, walczył do końca, żeby być na bieżąco.

Na koniec trzeba jednak wyraźnie powiedzieć i ostrzec czytelników, że opis świata Lema jest bez wątpienia naznaczony depresją i niemożnością dostrzeżenia pozytywnych stron rzeczywistości. Lem nie widzi światełka w tunelu.

Nie jestem pewien, czy udało mi się już dotknąć głównych czynników sprawczych owej marności naszego czasu, w której byle jaka pospolitość staje się żyzną glebą dla wzrostu plugawej agresji.
_______________________
 Z półki
LEMORIADA

sobota, 4 października 2014

Mój kandydat do Nagrody Literackiej Nike 2014

Karol Modzelewski Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca
Wyd. ISKRY, Warszawa 2013

Nielukrowana, uczciwa, wnikliwa, rozważna i poważna, szlachetna wobec innych, krytyczna wobec siebie autobiografia jednego z legendarnych przywódców przewrotu solidarnościowego. Jej lektura to prawdziwe wytchnienie od wszechobecnego i wszechogarniającego optymizmu na siłę. Odpowiada mojej wrażliwości czytelniczej przede wszystkim z powodu szczerości, nieudawania, prostoty wypowiedzi, powściągliwości emocjonalnej, wierności faktom. Podoba mi się, że jest niemal jak książka historyczna... Ale to 'niemal' ma dla mnie pierwszorzędne znaczenie. Autor bardzo ułatwił mi życie, nie kryję :)

Modzelewski naturalnie wykorzystuje swoje historyczne wykształcenie, które wymaga doskonałej umiejętności zapamiętywania faktów, dat i rozwikływania skrótowców oraz kojarzenia zdarzeń i rozumienia procesów. Zajeździmy kobyłę...  idzie jednak trudniejszą (przynajmniej dla tego autora) drogą, bo jest świadectwem osobistym. Nie zawiera przypisów, nie podaje źródeł. Modzelewski wierzy, że jego świadectwo, jego osoba wystarczy, żeby mu zaufać. 

Ten człowiek w ogóle wierzy w swoją moc sprawczą. Wierzy też w siebie i swoją drogę. Nie kryguje się i nie sięga po fałszywą skromność, czego nie znoszę. Mówi, jak jest. Bardzo to pozytywne. 

Książka doskonała dla mnie, która przeżywałam na żywo zmianę 1981 roku  i to w momencie wchodzenia w dorosłość i budowania swojej tożsamości. Jest to też intrygująca lektura dla osób młodych, ciekawych tamtych czasów. Dominuje oczywiście opowieść o latach, w których Modzelewski działał w polityce, choć przecież nie jako zawodowy polityk, tylko jako obywatel. I to jest niezwykłe. Z osławionej trójki wspólnie działających, mających wspólne procesy wytoczone przez władze PRL-owskie i wspólnie wsadzanych do więzienia na długie lata, czyli  z grupki: Kuroń, Michnik, Modzelewski, tylko Kuroń na dobre trafił do sformalizowanej polityki. On był rzeczywistym działaczem, harcerzem, którym pozostał aż do śmierci. Jego też bardzo cenię i lubię! Pozostali dwaj byli głównie ideologami (poświęcili się idei odejścia od socjalizmu realnego). Byli jednak i pozostali w głębi serca myślicielami, intelektualistami. Czyli są ludźmi, którzy żyją, przetwarzając idee. Zazdroszczę takiej umysłowowści. 

Pamiętam, jak mój ojciec – prosty spawacz – w okolicach 1978 -79, a miałam wtedy 15 lat, próbował mnie przekonać, że to zdrajcy narodu polskiego. Kiedy spytałam go, skąd to wie, okazało się usłyszał na pogadance zorganizowanej na jego budowie. Macki służb sięgały głęboko, a indoktrynacja była skuteczna. (Zresztą popatrzcie, co wyczyniają  teraz Rosjanie... Są w tym mistrzami. A nasza SB to ich uczniowie.) Z mowy mojego ojca ziała nienawiść. Mięły lata, zanim ojciec zrozumiał, jak i przez kogo był manipulowany.

O tym, kim jest Modzelewski, o jego pochodzeniu: rosyjskim - naturalnym; żydowskim - nieprzyswojonym; polskim - wybranym; o jego całkowicie i jednoznacznie polskiej tożsamości, zagmatwanej historii jego dzieciństwa, jego dorosłym życiu, z czym i kim się utożsamia, o co walczył - o tym jest ta lektura. Bardzo ciekawy fragment dotyczy czasów stalinowskich. Bez ogródek pisze o tym, jakie – naprawdę koszmarne rzeczy, typu nękanie kolegów i koleżanek - wyczyniał za młodu, będąc zindoktrynowany (podobnie jak mój ojciec i setki jemu podobnych). On był jednak dużo groźniejszy dla otoczenia z powodu wybitnej inteligencji, talentów liderskich oraz wysokiej pozycji społecznej. 

Także o tym, jak udało mu się wyjść z tego bagna. Kim został, na szczęście dla nas wszystkich. Oraz o tym, czy jest zawiedziony współczesnością. O tym  wszystkim jest ta bardzo inspirująca książka. 

Klarowna, racjonalna, bezpretensjonalna, pozbawiona patosu i banału. Pełna skromności. Jak należy. Dla wspólczesnych mu i potomnych. Pamiętajmy, że Modzelewski ma 77 lat.

Dodam na koniec, że ten intrygujący, ale niewątpliwie niezbyt handlowy tytuł Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca, przydługi i niejasny, po prostu całkiem niezrozumiała ‘metafura’, to cytat z ulubionego poety z okresu dzieciństwa Karola Modzelewskiego, wtedy jeszcze Kiryła, czyli Kiriuszy. 

Jest to cytat z Włodzimierza Majakowskiego. Widać, że Modzelewskiego stać na równoczesny zachwyt nad poezją tego autora (obiektywnie świetną, jedyną w swoim rodzaju) i odrzucenie jego postawy życiowej (sługus systemu). To nieprzypadkowy wybór.




Lewą marsz…

   (marynarzom)

Rozwijajcie się w marszu!
W gadaniach robimy pauzę.
Ciszej tam, mówcy!
Dzisiaj
ma głos
towarzysz Mauzer.

Dosyć już żyliśmy w glorii
praw, które dał Adam i Ewa:
Zajeździmy kobyłę historii! 

Lewa!
Lewa!
Lewa!

Błękitnobluzi,
rwijcie
za oceany!
Zali się pancernikom na redzie
stępiły dzioby ze stali?
Niech się brytyjski lew pręży,
niech ostrą koroną olśniewa −
Komuny nikt nie zwycięży!
Lewa!
Lewa!
Lewa!

Za górą klęsk błyszczą zorze,
słoneczny kraj czeka nowy.
Za głód, za moru morze,
niech zadudni nasz krok milionowy!
Choć najemna otacza nas banda,
choć nas potok stalowy zalewa,
nie zadusi Sowietów Ententa!
Lewa!
Lewa!
Lewa!

Zali wzrok orli zgaśnie?
Czyż ulegniemy w walce?!
Ciaśniej
ściśnijcie światu na gardle
proletariatu palce!
Naprzód pierś podaj nagą,
niech flaga na niebo zawiewa!
Kto tam znów rusza prawą?
Lewa!
Lewa!
Lewa!
1919 r. tłumaczył Antoni Słonimski

Mam nadzieję, że „Zajeździmy kobyłę historii” dostanie jutro Nike.




poniedziałek, 29 września 2014

J.M. Coetzee 'Wenętrzne mechanizmy. Eseje literackie 2000-2005'

J. M. Coetzee Wewnętrzne mechanizmy. Eseje literackie 2000-2005
Tłum. Marek Król
Wyd. Znak, Kraków 2012

Sporo mówi się ostatnio na blogach książkowych o nowej jakości, jaką ma wprowadzić Magazyn Książki. O tym, że jego redaktorzy i wydawca mają nadzieję uczynić z tego czasopisma polski odpowiednik The New York Review of Books.

Włączam się w nurt promujący tę ideę. Reklama Książek słusznie wiedzie poprzez media społecznościowe, w tym blogi książkowe. Wydaje mi się bardzo sensowne i może okazać się skuteczne. Bo któż inny miałby czytać Książki, jak nie zaawansowani czytelnicy, jakimi bywają blogerzy książkowi właśnie.

Choć oczywiście jest cała grupa 'mocnych', wyrafinowanych czytelników, o długim stażu, którzy mieliby z pewnością wiele do powiedzenia, gdyby nie to, że nie w głowie im pisanie notek przeznaczonych do publikacji w necie. Pamiętam o tym, choć świat zdaje się mówić: Jeśli nie ma cię w necie, to znaczy, że cię w ogóle nie ma. Ale, choć sama korzystam z bloga - coraz bardziej na zasadzie prywatnego notatnika - to pamiętam o tych, którzy nie zdecydowali się postawić na wirtualność i pozostali w realu. Co więcej, myślę, że - paradoksalnie - to oni przede wszytkim sięgną po magazyn Książki w wersji papierowej.

Wracając do faktów na razie tylko medialnych :) Oczywiście liczę, że obietnica nawiązania do standardu NYBooks zostanie, choć trochę, spełniona.

Ja ze swej strony, płynąc na fali zainteresowania tematem, wspomnę tylko, skąd możemy się dowiedzieć, jak wyglądają teksty w NYBooks.  Oczywiście można się z nimi wstępnie zapoznać, a potem je nawet subskrybować TU  Jasne jest jednak, że język angielski na tym poziomie zaawansowania jest pewną przeszkodą, łagodnie mówiąc. Przynajmniej dla mnie… 

I tu dochodzimy do Coetzeego, który był wieloletnim współpracownikiem NYBooks. Jego recencje-eseje napisane właśnie dla NYBooks zostały wydane przez ZNAK w 2012. W Wewnętrznych mechanizmach znajdziemy poza tym 6 przedmów, także napisanych na zamówienie.

O kim pisze Coetzee, zobaczcie poniżej:




Lista imponująca. Wszystko to autorzy pierwszej ligi. Można by urządzić sobie nawet ‘wyzwanie’ polegające na lekturze tych autorów po kolei, a potem konfrontowaniu swoich przemyśleń z noblistą. Albo odwrotnie – i to ja chyba wybiorę – najpierw czytanie eseju, a potem sięgnięcie po opisanego autora. Inaczej nie da rady w moim przypadku, bo już niemal wszystkie przeczytałam :) Są bardzo wciągające. Ale Naipaula zrobię wg tej pierwszej kolejności...

Teksty świetnie się czyta, przynajmniej mnie. Mój mąż (pod wpływem moich zachwytów) przeczytał esej o Brunonie Schulzu. Uznał, że to dość trudna lektura. Bardzo wnikliwa i erudycyjna. Ale do licha, o to właśnie chodzi!

Pisząc o danym twórcy Coetzee analizuje nieco dogłębniej jeden utwór (ten recenzowany), ale to na szczęśnie nie wszytko. Nie waha się przybliżyć nam biografię autora z nakreśleniem tła historyczno-społecznego, a nawet bywa, że streszcza dzieło - np. Walsera, Italo Svevo czy W Brighton Grahama Greena. I dzięki Bogu, bo w życiu raczej po nie nie sięgnę... Krótko mówiąc, widać, że Coetzee odrobił świetnie pracę domową - nie stroni od ciekawostek, ale nie mamy wątpliwości, co jest naprawdę ważne. Autor nie ma tego problemu, co więkzość dzisiejszych maturzystów uczących się z Wikipedii. Wszystko wydaje im się równie ważne lub może raczej wszystko wydaje im się równie nieważne (Oto jest pytanie...) Podczas gdy młodzi z trudem postrzegają hierachię ważności, Coetzee wyraźnie i najczęściej słusznie, moim zdaniem, wskazuje na to, co miało najważniejszy wpływ na dzieło danego twórcy. Resztę bez wahania odrzuca. To może imponować. Potrafi bez wahania nazwać to, co było najmocniejszą stroną autora, co słabszą. Nie boi się odwoływać do wrazenia, jaki dany pisarz czy poeta robi na odbiorcach – dla Coetzeego liczy się nie tylko doskonałość formalna, ale także odbiór u czytelników, przepływ emocji pomiędzy pisarzem a czytającym. To podejście, jakże inne od podejścia czysto teoretycznego, klasyfikującego, czy punktującego niedoskonałości sprawia, że jestem gotowa uwierzyć opiniom Coetzego.

Na pewno też godny podziwu jest risercz, jaki w każdym przypadku robi. Weźmy przykład Bruno Schulza. Coetzee wiernie opisuje marne życie i straszną śmierć artysty. Dobrze oddaje jego charakter. Prawidłowo ocenia skalę jego talentu rysunkowego i malarstwa (Coetzee zdołał sięgnąć nawet do Xiąg bałwochwalczych i ostatnich ilustrowanych wydań Sklepów), opiera się słusznie na Ficowskim. A już najbardziej mi zaimponowało, że sięgnął do Księgi listów, wydanej po polsku zaledwie w 2002. I z niej podaje przeciekawe wyimki listów do Gombrowicza i Witkacego o istocie poezji i sztuki w ogóle. Te cytaty nawet mnie zaskoczyły. Że też właśnie je wybrał!  Ma do tego nosa. W całym zresztą zbiorze Wewnętrzne mechanizmy widać, że to właśnie najbardziej Coetzeego interesuje: myślenie o twórczości, różnorodne sposoby pisania, specyficzne rytuały twórcze i w ogóle powody, dla których wielcy pisarze piszą i właśnie to, co piszą.


Jednym słowem Coetzee pokazuje nam tu wzorcowe recenzje, z bogatym tłem, pogłębioną, ale nie nudną analizą tekstu, wyróżnieniem mechanizmu twórczego, wspaniale wybranymi cytatami. Jako erudyta i mutilingwista często popisowo porównuje tłumaczenia danego tekstu między sobą oraz bywa, że z językiem oryginału. I przy tym nie używa żargonu krytycznolilterackiego!


Chciałabym zobaczyć coś takiego w Książkach, oj chciałabym. Bez wątpliwości.

________________________
Z półki

wtorek, 23 września 2014

Literatura na Świecie 'Luzo Afryka'


Literatura na Świecie Luzo Afryka
nr 5-6/2012  [490-491] 
Tłum. Michał Lipszyc, Renata Diaz-Szmidt, Zofia Stanisławska, Jakub Jankowski, Jakub Jaroszewicz, Monika Świda, Marta Machowska


Wczoraj spędziłam wspaniały wieczór z Literaturą na Świecie poświęconą literaturom afrykańskim języka portugalskiego. Długo się to mówi. Prościej mówiąc, chodzi o literaturę mozambicką, angolańską, kabuwerdiańską, santomańską (Wyspy Św. Tomasza i Książęca) oraz gwinejską (Gwinea Bissau). Sięgnęłam po Literaturę na Świecie nr 5-6 z 2012 roku wypatrzoną w 2013 na stoisku na Warszawskich Targach Książki. Skłoniła mnie do tego książka Izy Klementowskiej Samotność Portugalczyka. Dużo w Samotności historii o repatriantach (uciekających z  Afryki do Portugalii - najczęściej białych) i imigrantach z (przyjeżdżających z Afryki – czarnych - oraz o emigrantach - wyjeżdżających z powrotem do coraz bogatszych Angoli i Mozambiku – najczęściej białych). Ale misz masz, prawda?

Dawno nie odczułam tylu bodźców intelektualnych. Tak mocne uderzenie do głowy daje mi tylko kontakt z czymś zupełnie nowym. Bo ja, choć wykształcona portugalistka, nie znałam dotąd nic z tej literatury. Może poza poezją śpiewaną (kabuwerdiańska morna) Cesarii Evory i powieści Taras z uroczynem Mii Couto. Skromnie. Couto uznaję za doskonałego autora, za którym nie przepadam, ale o nim napiszę osobno przy okazji komentarza do jego Lunatycznej krainy.

Mia Couto

No, ale teraz jestem zadowolona. Nadrabiam braki. Znam już więcej rzeczy pisanych po portugalsku przez Afrykańczyków. Największe wrażenie zrobiła na mnie poezja Conceicao Limy (ur. 1961) z Wyspy San Tome.

Conceicao Lima


Gdy pewnego dnia się pochylisz
Nad łonem gleby
Nie ścinaj krzewu w barwie ognia
Nie kalecz krzewu w barwie ognia
Nie zrywaj krzewu w barwie ognia
Krzew w barwie ognia ma sekrety
Krew w barwie ognia jest sekretem
Jest sekretem.
Przybyszu, nie budź krzewu w barwie ognia
Nie wyrywaj z ziemi krzewu w barwie ognia.
(Tłum. Michał Lipszyc)

Niesamowicie to sensualne i takie ‘blisko ziemi’. Nawiązujące do istoty tamtej prymitywnej kultury chłopskiej. Bliska mi metaforyka.

Ponadto fantastycznie przetłumaczony, nowoczesny kawałek prozy Ondjakiego  (ur. 1977) Ile świtów ma noc (Tłum. Michał Lipszyc).


Oraz wspaniała prosta i naturalna, bardzo kobieca – w jak najlepszym sensie – proza Pauliny Chiziane (ur. 1955) z Mozambiku w tłumaczeniu Renaty Diaz-Szmidt.

Paulina Chiziane

Oboje Ci tłumacze: Renata Diaz Szmidt i Michał Lipszyc związani są z moją rodzimą warszawską portugalistyką. Michał Lipszyc, jako należący do redakcji Literatury na Świecie, odegrał tu, podejrzewam, kluczową rolę. Najwięcej przetłumaczył, zamieścił też swoją - bardzo ciekawą – rozmowę z dr. Eugeniuszem Rzewuskim. Brakuje mi tylko informacji, kto jest autorem opublikowanych w tym tomie zdjęć. A szkoda, bo są dobre - jednorodne stylistyczne, takie „trochę brudne”, bardzo dalekie od stylu pocztówkowego. Świetnie uzupełniają przegląd literatur, które, powiedzmy to wprost, są zaledwie in statu nascendi.

Literackie teksty pisane przez autorów z tego rejonu świata pojawiały się i w czasach kolonialnych, w języku kolonizatora. Jednak niezależna literatura rodzi się tutaj w bólach dopiero od 1975. A trzeba pamiętać, że w latach 70.  w takim Mozambiku czy Angoli ponad 90% społeczeństwa była niepiśmienna. W ogóle większość tamtejszych ludzi mieszka na wsi i mówi w językach lokalnych takich jak kimbundu i szangana. Do niedawna nie były to języki pisane. Obecnie dzieci obowiązkowo uczą się pisać w języku urzędowym – portugalskim -  oraz dobrowolnie w swoim rodzimym.

Z takiego punktu startu do literatury wysokiej jest daleko. Nie ma tam żadnej Bogurodzicy. Literatura luzoafrykańska narodziła się z gniewu i wściekłości. Wystarczy wspomnieć tytuł jednego z mozambickich tekstów założycielskich: Zabiliśmy parszywego psa  (1964) (Nos matamos o cao tinhoso L.B. Honwany). Pierwsza powieść napisana przez kobietę ukazała się zaledwie w 1990 roku .
Ale w końcu, pomimo krwawej – straszliwie krwawej – wojny domowej, powstały tam zalążki klasy inteligenckiej. Pojawiły się uniwersytety. I tu ciekawostka - pierwszym rektorem uniwersytetu w Mozambiku został Fernando Ganhao – dawniej lektor języka portugalskiego z UW. Zresztą nawet moja pierwsza  (w 1982 roku) lektorka ‘falante nativa’– Isabel - była białą repatriantką z Mozambiku.

A dziś czytam sobie w LnŚ wywiady ze współczesnymi intelektualistami angolańskimi i widzę, że myślenie intelektualistów jest wszędzie, także tam, takie samo. Potępienie dla tendencji antyinteligenckich,konsumeryzmu i unifikacji kulturowej na skalę światową martwi także ich. Zachęcają do czytania. Żeby pisać, trzeba przede wszystkim czytać! Ach, jak przyjemnie to widzieć na piśmie :)

Polecam.
________________________
Z półki