Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Charles Chaplin "Autobiografia"

Charles Chaplin Autobiografia
Przeł. Bronisław Zieliński
Wyd. Dolnośląskie, Wrocław b.d. (przed 2014), przedtem wydane przez Thaurus ok. 1993
Wyd. oryg. 1975

Jedna z niezapomnianych lektur tego roku. Wciągająca bez reszty. Nie uroniłam z niej ani jednego zdania.

Charlie Chaplin, ikona kina światowego. Geniusz kina niemego. Szczyt jego kariery przypadł na lata I wojny światowej i międzywojenne. Obecnie nikt jego filmów już nie ogląda. A szkoda. Ja oglądałam jako dziecko i młoda dziewczyna.

Był wybitnym aktorem komediowym, mimem. Stworzona przez niego (jak opisuje przypadkiem, naprędce!) postać Trampa – włóczęgi Charliego jest niedościgłym wzorem w swojej klasie. Ale mało kto wie, że Charlie Chaplin był także reżyserem i scenarzystą oraz twórcą muzyki do niemal wszystkich swoich filmów! Był najwyższej klasy twórcą, łączącym kunszt rzemieślnika i artystyczne pragnienia stworzenia czegoś zupełnie nowego. Początkowo na deskach teatrów angielskich (był Anglikiem), a potem w filmach amerykańskich.


Dla artysty pełna swoboda czynienia tego, co niekonwencjonalne, jest zazwyczaj najbardziej pobudzająca…

Jakkolwiek te błazeńskie sceny były proste i oczywiste, wymagały bardzo dużo namysłu i inwencji.

W jaki sposób uzyskuje się pomysły? Przez czysta wytrwałość posuniętą do obłędu. Trzeba mieć zdolność znoszenia udręki i zachowywania entuzjazmu przez długi okres.


‘Autobiografia’ pozwala zapoznać się z jego sztuką improwizacji. Jego metoda polegała bowiem na wykorzystywaniu siły kostiumu, który nadawał charakter postaci oraz siły scenografii, która prowokowala rozliczne tarapaty, z których bohater musiał jakoś wybrnąć. Np. powiedział kiedyś, że gdyby miał do dyspozycji most zwodzony, ograł by go tak, że most by się opuścił, wyszedłby po nim Charlie-Tramp z kotem na smyczy i butelką mleka w kieszeni. Jego bohater zachowywal się często w niespodziewany sposób. Tramp był niepoprawnym romantykiem, nędzarzem z duszą dandysa. Miał dobre intencje, ale nie miał pieniędzy, żeby być sobą. 


Mistrzostwo Chaplina polegało na tym, że do początkowo prostych gagów i skeczy włączył – jako pierwszy – dłuższe opowieści, elementy liryczne, a także często poważne przesłanie. Swoją inwencję zawdzięczał swojej osobowości. Z kart książki mówi do nas, gładko, starannie i potoczyście, ale bardzo szczerze, nie unikając trudnych i wstydliwych tematów, człowiek bardzo silny wewnętrznie o charyzmatycznej osobowości. 

Przeszedł drogę od pucybuta (a nawet gorzej) do milionera.

Wprost pisze o sobie, że pochodził z „ulic nędzy’. Matka był aktorką wodewilową, ojciec też. Ojciec zapił się na śmierć, matka wspaniale się nimi opiekowała pomimo skrajnego ubóstwa, aż nie wytrzymała psychicznie i przeszła załamanie nerwowe.

[…] mimo biedy, w jakiej zmuszeni byliśmy żyć, trzymała Sydneya i mnie  z dala od ulicy i umiała nas natchnąć poczuciem, że nie jesteśmy pospolitymi wytworami nędzy, ale czymś lepszym i jedynym z w swoim rodzaju.

Charlie i jego brat Sydney ledwo umieli czytać i pisać. Obaj zakończyli szkolną edukację w wieku 12 lat. Sydney zarabiał na życie rodziny jako majtek na statku. Charlie już jako kilkulatek zarabiał na jedzenie. Robił co się dało, żeby go było stać choćby na namoczony w wodzie chleb dla siebie i matki. A w końcu, mając 11 lat, zaczął grać gazeciarza w spektaklu o Sherlocku Holmesie. To był początek jego kariery scenicznej. Miał talent rozśmieszania ludzi. I był totalnym perfekcjonistą.

Bardzo mi imponuje ten mężczyzna. Wzrost mikry – może metr sześćdziesiąt, widać, że nie dojadał jako dziecko. Ale mądre spojrzenie. I jakże przemyślany światopogląd. Jego poglądy były z naturalnych względów lewicowe. Nigdy nie porzucił marzeń o zlikwidowaniu nędzy, bezrobocia i przytułków dla dzieci nędzarzy. Wczesne doświadczenia Chaplina są mi osobiście bliskie. Kiedy opisuje, jak koledzy naśmiewali się z surdutu i pantalonów uszytych z czerwonej pasiastej sukni matki i konieczności noszenia jej butów z przyciętymi obcasami, natychmiast przychodzi mi do głowy moje bardzo biedne dzieciństwo i śmiechy koleżanek na widok moich powyginanych butów po bracie…

Mlody Chaplin. Nie jest to Charlie Włóczęga, oj nie. Co świadczy o doskonałości tej kreacji

Otwarcie pisze o swoich kompleksach związanych z tym, że słabo czytał, nie miał wykształcenia. Miał jednak wielkie aspiracje. Uczył się sam. Wiele czytał, choć powoli. Także dzieła filozofów i ekonomistów. Wyraźnie pasjonowało go zrozumienie procesów ekonomicznych i społecznych. Kryje się za tym oświeceniowa wiara w edukację oraz rozwój moralny i intelektualny. Wiara w refleksję. Wiara w myślenie, która i mnie jest bliska. Chaplinowi pozwoliło to wyjść z getta biznesu rozrywkowego i nawiązać przyjaźnie i znajomości z wielkimi tego świata.Nie tylko w sferze kultury (Rubinstein, Diagilew, Anna Pawłowa, Schonberg, Strawiński, Picasso, Cocteau, Shaw, Wells), ale i polityki (jak choćby Churchill), czy biznesu (J.P. Morgan czy W.R. Hearst). Wiele z tych znajomości było oczywiście zaledwie interesownymi znajomościami z czasów, kiedy Charlie Chaplin był celebrytą - „naszym Charliem”, "little fellow". Ale kilka z nich pozostało aktualne nawet w latach 50., kiedy praktycznie wyrzucono Chaplina z USA jako podejrzanego o sympatyzowanie z komunistami.

Aczkolwiek byłem parweniuszem, moje zdanie miało dużą wagę.


To, co w jego sposobie myślenia jest szczególnie bliskie oprócz zrozumienia dla pragnienia wyrośnięcia ponad swoje pochodzenie jest także racjonalność jego myślenia, a nade wszystko odrzucanie sentymentalizmu i wszelkich patetycznych gestów. Ja też nie znoszę ckliwości. Cenię sobie powściągliwość, Nie trawię paplania o bogu, ojczyźnie i honorze na przemian z obmawianiem bliźnich i i podstawianiem im nogi. Ja też uważam, że patriotyzm nie oznacza śmierci za ojczyznę, lecz raczej ciężką pracę na jej rzecz i zaangażowanie w jej rozwój.

W moją pogoń za chlebem i serem rzadko włączał się honor.


Kolejna fascynująca rzecz u Chaplina to bardzo wyraziste poglądy. Na wszelkie tematy miał wyrobione zdanie. Jak ja to lubię. Chaplin bardzo polegał na swoim własnym osądzie spraw. Jak uznał, że jakaś sprawa warta jest zaangażowania, to wchodził w nią na całego. Miał też bardzo wyrazisty i wyrobiony gust. Jego opinie miały jasno określone kryteria. Najczęściej były to kryteria estetyczne. W ogóle był estetą. Dobrobyt wyrażał się u niego w upodobaniu do rzeczy najwyższej jakości, choć w sposób absolutnie pozbawiony ostentacji. Co nie jest takie częste. Ogromnie mi imponuje, że źle mówi (bardzo rzadko) wyłącznie o osobach, które usiłowały go oszukać finansowo. Tutaj jego kształcone od dziecka umiejętności walki o każdego pensa były wręcz legendarne. Za to często okazuje zainteresowanie wysoką klasą innych artystów. Okazuje im wspaniałomyślność, choć rzadko taki entuzjazm jak na przykład Niżyńskiemu:

Nikt nigdy nie dorównał Niżyńskiemu w Popołudniu fauna. Tajemniczy świat, który stwarzał, niewidzialny tragizm, czający się w cieniu pastoralnego uroku, kiedy odgrywał to misterium, niczym jakiś bożek żarliwego smutku – wszystko to było przekazywane prostymi gestami, bez widocznego wysiłku.

Chaplin potrafił bezbłędnie rozpoznać osoby  obdarzone prawdziwym talentem.

Zresztą sięgnęłam po tę książkę właśnie dlatego, że Chaplina cytowano przy okazji biografii Niżyńskiego. Nagle zdałam sobie sprawę, że ich - Chaplina i Niżyńskiego - sztuka miała wiele wspólnego – była choreografią. I że się znali. I że byli równolatkami (ur. 1989)!

A wcześniej natknęłam się na nazwisko Chaplina, czytając o J.D. Salingerze. Mianowicie w 1945 r. Oona O’Neill – osiemnastoletnia podówczas – porzuciła Salingera, swojego chłopaka, dla ponadpięćdziesięcioletniego całkowicie siwowłosego Charliego Chaplina. No i proszę. Potem żyli długo i szczęśliwie i mieli 8 dzieci.


Chaplin wydał mi się naprawdę mądrym człowiekiem, kiedy pisał na koniec:

 Nagromadzenie zawiłości współczesnego życia, kinetyczna inwazja wieku dwudziestego sprawiają, że jednostka jest osaczona gigantycznymi instytucjami, które jej zewsząd zagrażają- politycznie, naukowo i gospodarczo. Stajemy się ofiarami urabiania dusz, ofiarami sankcji i zezwoleń. Ta forma, w którą pozwalamy się wlewać, jest wynikiem braku kulturalnej wnikliwości. Wkroczyliśmy ślepo w szpetotę i nadmiar  i utraciliśmy nasze kryteria estetyczne. Nasz instynkt życiowy został stępiony przez zysk, władzę i monopol.



niedziela, 7 grudnia 2014

Niżyński. Bóg tańca, ofiara codzienności

Lucy Moore Niżyński. Bóg tańca.
(Legenda. Geniusz. Skandalista. Biseksualista. Schizofrenik)
Przeł. Hanna Pawlikowska-Gannon
Wydawnictwo Marginesy 2014

Zdarzyło się w moim życiu ostatnio kilka zbiegów okoliczności związanych z Wacławem Niżyńskim. Najpierw przydarzył się nam balet. Dwa tygodnie temu byliśmy z mężem i córką na balecie ‘1914’ w Teatrze Wielkim. Każde spotkanie z baletem jest dla mnie ogromnie poruszające. Po każdym spektaklu baletowym, po tym też, moje myśli nieuchronnie biegną do potrójnego ‘Święta wiosny’ obejrzanego na tej samej scenie w 2011 roku.

Tamten dzień to był wielki dzień dla mojej rodziny. Przeżyliśmy coś wspaniałego! Odtąd staramy się chodzić na nowe spektakle baletowe w Warszawie. Wszyscy przeżyliśmy katharsis, choć każdemu z nas podobała się inna z trzech zaprezentowanych wtedy wersji ‘Święta’. Mojemu mężowi i córce część choreografii Emanuela Gata (z 2004) – nowoczesny taniec na 3 pary. Mnie, choreografia podkreślająca synchroniczność pastelowej grupy baletowej autorstwa słynnego Maurice’a Bejarta (z 1959).


Wszystkim nam jednak zaimponowała rekonstrukcja choreografii Wacława Niżyńskiego z 1913 roku. Archaizująca, dzika, pierwotna, okrutna opowieść o składanej ofierze w stylizowanych strojach ludowych (mężczyźni z brodami, kobiety z warkoczami) z ciałami luźno zwisającymi, stopami do środka i zeskokami na proste nogi ze stopami brzydko zadartymi do góry.


Nawet dziś ten spektakl wywołuje głębokie poruszenie, a co dopiero w 1913 roku, kiedy to odważył się wystawić tę premierę w Paryżu Siergiej Diagilew i jego trupa Balety Rosyjskie! Autorami byli - muzyka: Igor Strawiński, choreografia: Wacław Niżyński, scenografia: N. Roerich i R. Bakst.

W biografii Niżyńskiego choreografia tego baletu – ‘Święta wiosny’ -  jest najważniejszym punktem, punktem zwrotnym. I oczywiście od niej zaczyna się książka o tym artyście, autorstwa Angielki Lucy Moore. Książkę tę, dziwnym zrządzeniem losu,  wypatrzyłam ostatnio na półce księgarni. Jeśli do tego jeszcze dołożyć fakt, że za najgenialniejszą choreografię Niżyńskiego uważa się 11-minutowy balet (do muzyki C. Debussy’ego) ‘Popołudnie fauna’ z 1912 roku, a ja właśnie ostatnio zakochałam się w pachnących dzikością perfumach nomen omen Popołudnie fauna, musiałam uznać, że to był znak J Dodajmy jeszcze pierwowzór mitycznej historii o faunie podglądającym nimfy leśne, czyli wiersz Stephana Mallarme’go, i mamy pełne tło, żeby zacząć wreszcie pisać i mysleć o samym Niżyńskim.

A trudno zdaje się jednoznacznie o nim pisać. Jego życie jest pełne sprzeczności. Jest też tragiczne. Oczywiście można je ująć w takim skrócie, jak zrobił to polski wydawca: Legenda. Geniusz. Skandalista. Biseksualista. Schizofrenik. Ale jest to oczywiście marketingowe uproszczenie. 

Niewątpliwie jest to niesamowita postać. Co ciekawe... Polak. Choć niewielu na świecie tak Vaslava Nijinsky’ego postrzega. Nawet autorka omawianej biografii pisze o nim „obywatel imperium rosyjskiego” (urodził się w 1889 r. w Kijowie w trakcie tournee rodziców pochodzących z Warszawy), choć nigdy nie nauczył się dobrze pisać po rosyjsku i „miał miękki polski akcent”. Ciekawe dlaczego?


Autorce udaje się dobrze pokazać jego dwie twarze. Pierwsza to twarz skromnego, cichego, potulnego, niezdarnego (sic!) chłopaka, o skomplikowanej seksualności, potem niezaradnego mężczyzny. Druga to twarz zrośniętego z rolami tancerza-aktora o wspaniałej mimice i najwyższych na świecie umiejętnościach baletowych.

Niżyński był od dziecka najlepszym tancerzem ze wszystkich: najpierw spośród dzieci swoich rodziców-tancerzy, potem wśród uczniów carskiej szkoły baletowej, następnie był najlepszym młodym tancerzem Carskich Baletów Rosyjskich, potem komercyjnych baletów Rosyjskich Diagilewa w Paryżu. Bez wątpliwości był w swoim czasie (lata 1909-1916) najlepszy na świecie. Wzniósł balet męski na niebotyczny poziom. Pokazał się jako awangardowy choreograf. A na koniec był najlepszym tancerzem wśród pacjentów szpitala psychiatrycznego...

Bardzo mnie poruszyła jego historia. Bardzo. On powinien tańczyć, a nie zajmować się walką o swoją tożsamość z wykorzystującym go, także seksualnie, sponsorem – menedżerem. Powinien mieć szansę rozwoju talentu bez konieczności  walki z wrogami branżowymi (choć branża baletowa po dziś dzień jest pełna patologii). Żeby zrobić karierę na miarę talentu zabrakło mu uczciwego impresaria (dziś menedżera). Był też ofiarą popularności niczym współcześni celebryci. 

Jego inteligencja ruchowa nie mieściła się na używanej dotychczas skali mistrzostwa baletowego. Skakał tak, że wydawało się, że zawisa w powietrzu. W makijażu scenicznym, nałożonym bezpośrednio na obcisły trykot, był bogiem - bogiem czego tylko chciał: seksualności, lubieżności w ‘Popołudniu fauna’, gierek męsko-damskich w pierwszym balecie o współczesności ‘Gry’,  kwiatem-różą w ‘Duchu róży’,  idealnym niewolnikiem w obróżce z pereł w ‘Szeherezadzie’, marionetką w niemalże autobiograficznym balecie ‘Pietruszka’.


W świecie realnym, w garniturze, wyglądał jak urzędnik magistratu czy dobrze umięśniony pomocnik rzeźnika.

Ta rozbieżność była zbyt wielka. To była zbyt wielka przepaść, żeby codzienne przejścia z jednej tożsamości do drugiej mogły udawać się bez końca. Historia jego psychozy, a potem leczenia psychiatrycznego jest szokująca.

Wspaniała, poruszająca historia.






PS.

W Krakowie (Teatr Słowackiego) można zobaczyć sztukę teatralną Anny Burzyńskiej Niżyński. Zapiski z otchłani
reżyseria i opracowanie muzyczne: Józef Opalski
scenografia i kostiumy: Przemysław Klonowski
obsada: Grzegorz Mielczarek, Agnieszka Judycka, Tadeusz Zięba, Sławomir Maciejewski
premiera: 1.12.2013

PPS.

Dostępny jest zarówno 'Dziennik' Niżyńskiego pisany w początkowej fazie psychozy, jak i jego analiza napisana przez lekarza dra nauk medycznych Tomasza Nasierowskiego
'Gdy rozum śpi, a w mięśniach rodzi się obłęd. O życiu i chorobie Wacława Niżyńskiego'



środa, 11 czerwca 2014

Perfume. The Alchemy of Scent




Perfume. The Alchemy of Scent Jean-Claude Ellena'

Książka - wykład - spis sekretów autorstwa jednego z najbardziej znanych współczesnych "nosów" perfumiarskich, perfumistów czy też perfumiarzy. 
J.-C. Ellena jest szefem działu perfumeryjnego firmy Hermes. A Hermes to synonim luksusu. Także elitarnych, najlepszych jakościowo perfum. 


Przeciętny zjadacz chleba, a raczej wąchacz perfum, nie przywiązuje zwykle wagi do tego, kto jest twórcą danych perfum. Np. Chanel nr 5 (1947) przypisuje się Coco Chanel - podczas gdy twórcą był Ernest Baux (emigrant z Rosji). Choć z drugiej strony większość zapachów marki Guerlain zostala stworzona przez kolejne pokolenia Guerlainów właśnie. Wracając do Elleny (ojca, bo jego córka Celine jest też znaną perfumistką)...  Jego autorstwa są ostatnie hity Hermesa: najnowszy Jour (2013), wspaniałe męskie Terre d'Hermes (2006), Voyage (20101), a także tzw. Ogródki - Jardins (2003-2011) , Eau des Merveilles (2006) i in. Jest on też autorem Declaration Cartiera (1998), Eau de Campagne Sisleya (1974) i lepszej wersji Chanel nr 5 czyli First Van Cleef &Arpels (1976). TUTAJ znajdziecie dokładniejszą listę.

Główną myślą jego wykładu jest to, że kompozycja perfum jest dziełem intelektualnym, wytworem myślenia. Stanowi wynik zarówno rzemieślniczych umiejętności, jak i sztuki. 



Ellena pisze, jak mówi (a widziałam go na filmie o perfumiarstwie i rejonie Grasse) - badzo prosto, przejrzyście, używając  w pełni zrozumiałych zwrotów, zapisując wszystko wręcz uproszczoną angielszczyzną. Jednak to, co mówi, nie jest już takie proste. 

Odsłania nam bowiem autor owe dwie sfery kompetenecji perfumiarza. Wspaniale, bo drobiazgowo opisane jest, jak się szkoli "nosów". Zresztą sam Ellena nadal każdego dnia przez godzinę doskonali swoja pamięć węchową. Bez żadnych zbędnych upiększeń opisany jest warsztat pracy perfumiarza. Jest to praca z oprogramowaniem analitycznym, materiał, susbstancje (w tym podaje nam pełną listę używanych przez siebie molekuł oraz ceny za litr), aparatura pomiarowa, blottery (wszędzie blottery :), tempo utleniania się zapachu, aż po pomoc asystenta w skrupulatnym odmierzaniu proporcji i zapisywaniu każdej testowanej formuły. Oraz najważniejsze - inspiracje zapisywane w moleskinie. Oraz opracowaną przez siebie typologię perfum w oparciu o ich interpratację estetyczną.



Podobnie jest ze stroną biznesową, marketingową, realizacją zamowień na zapachy. Wszystko jest tu wyłożone kawa na ławę. Dowiemy się, że 60% rynku perfum jest w rękach 6 koncernów. I zapewniam, że wiele zdziwienia przyniesie analiza, która marka do kogo należy. Np. ja dowiedziałam się że moja ulubiona marka Comme des Garcons należy do hiszpańskiego koncernu Antonio Puig. Hm. A wiele marek francuskich jest w rzeczywistości amerykańskich. Jeszcze większe hm. Pzygotowują w większości perfumiarze pracujący dla 6 największych firm specjalistycznych na podstawie słownych lub zdjęciowych "briefów". Z rzadka perfumiarz nie pracuje pod kierownictwem "artystycznym" kogoś z marketingu sieciowego. 

Czasami nawet wolałabym nie wiedzieć pewnych rzeczy. Np. jak bardzo tym światem rządzą badania rynku i podążanie za najbardziej powszechnymi gustami. Nie oszukujmy się - najbardziej pospolitymi tym samym...

Najciekawsza była dla mnie część poświęcona kreacji perfum. Opisana bez zahamowań, poparta niezachwianą pewnością, że jest się twórcą, artystą, posiada się talent. Na przykladzie Elleny można zaobserwować, jak lektury, spotkania z ludźmi, rozmowy, krajobrazy, miejsca, sposób spędzania czasu odbijają się na sztuce. Ellena opowiada o historii swoich dzieł. Ubolewa nad zalewem przeciętności w branży, za niechęcią do ryzyka i kształtowania gustów, zamiast banalnego podążania za hasłem: "Znamy, więc lubimy." W ten sposób powstaje co roku KILKASET nowych perfum, z których większości nie można odróżnić od siebie.



M.in. Ellena wspomina, jak bardzo przełomowy był dla niego moment, kiedy zaispirowano go do myślenia o zapachu jako sztuce selekcji, a jakości jako sztuce odrzucania. Brzmi to dość enigmatycznie. Tymczasem chodzi o decyzję, ktorą podjął ktoregoś dnia, żeby ograniczyć liczbę wykorzystywanych substancji (naturalnych i sytetycznych) do 130 z 10 000 możliwych do wyboru... . Tych kilkadziesiąt substancji jest za to najwyższej jakości. Bo jaśminów jest kilka. Wetywerii jeszcze więcej. Samą różę rozłożono dzięki spektrografowi na 500 molekuł zapachowych! Pewne skladniki odrzucil, bo nie pasowały do jego stylu. Wiele z tych odrzuconych to żywice i kadzidła. Bo liczy się indywidualny styl. Dlatego 80% współczesnych zapachów zawiera zaledwie 60 najpopularniejszych substancji zapachowych. A uwielbiane perfumy J'adore Diora składają  się z  3 akordów, w tym około 10 syntetycznych składników o realnej wartość 2 PLN za 100 ml. Autorką tego cudu zapachowego i finansowego jest Calice Becker (1999).

Wracając do Elleny - fan perfumiarstwa rozpozna rękę mistrza. Nawet jeśli mamy do czynienia z oryginałem (Terre Hermesa) i ewidentną jego kopią (Red Vetiver Montale), które są niemal identyczne i na pewno mają identyczne składniki, to gdzieś w bazie zapachu u Elleny ujawnia się podejście minimalistyczne, a u Montale orientalny przechył. A nuty są naprawdę takie same.

Przeciekawa książka dla interesujących się perfumiarstwem. Polecam.

Książkę nabyłam w perfumerii niszowej Galilu na Mokotowskiej/róg Koszykowej.
Jednak najwięcej o perfumach dowiedzieć się można w perfumerii niszowej Mood Scent Bar na Tamce.

TUTAJ można znależć ranking moich ulubionych perfum.

A jakie są Wasze ulubione prefumy?



piątek, 31 stycznia 2014

Seria Nike i grafiki Andrzeja Heidricha

Patrzyłam ostatnio na serię Nike Czytelnika na mojej półce. Mam tego 20 sztuk z różnych czasów. Myślałam o ich wyglądzie. Ta seria to oczywiście przede wszystkim teksty. Ale nie tylko. To element tożsamości inteligenckiej w Polsce. No i estetyczny skarb edytorski. Ponad 300 książek. Są one wydawane systematycznie od 1957 roku. Wymiary książek są stałe: 9 cm x 15 cm.

W taką piekną tęczę ułożył je w 2007 na wystawie Kultura i beton w Kordegardzie artysta młodego pokolenia Maurycy Gomulicki:



Jednak wygląd książek zmieniał się. Opracowywali go kolejno:
Jan S. Miklaszewski (1957)
Andrzej Heidrich (lata 70.)
Zbigniew Czarnecki (lata 90.)
Maria Drabecka (lata 2000+)



Moim zdaniem najpiękniejsza była wersja najstarsza, autorstwa Miklaszewskiego. Jest w niej coś szlachetnego, skromnego, wyrafinowanego, klasycznego, francuskiego. Nic tam nie jest duże czy dominujące. Nawet znak Nike - w tej wersji oddany jest białą kreską i umieszczony nad tytułem.

Kolejna wersja to wersja Heidricha. 



Bardzo dobrze nawiązuje do poprzedniej. Zmiana polega na powiększeniu postaci Nike (tym razem oddanej czarną kreską) oraz dodaniu białych ramek na wierzchu, a małej czarnej na grzbiecie (zamiast znaku Nike). To akurat uważam za błąd. Tylnia strona jest biała i staje się jakby negatywem wierzchu. Inteligentnie, bez rewolucji. Na plus policzyłabym unowocześnienie czcionek. Tytuł na grzbiecie biegnący z dołu w górę daje się wreszcie odczytać. Praktyczne. Kolory wciąż dają się ułożyć w paletę barw.



Wersja Czarneckiego.
 No cóż, lata 90. to były paskudne, kiczowate czasy. Zachłyśnięcie się możliwościami graficznymi, które pojawiły się wraz z komputerem. Nowe możliwości drukarskie, więcej kolorów. W ogóle kolorystyczne zerwanie z tradycją okładek, które można ułożyć w barwną, harmonijną tęczę. Nike była jedyną taką serią na rynku wtedy. I zaprzepaszczono to... Dopiero potem bywało to naśladowane. Tutaj pojawiają się paski, paskudne wydłużone czcionki - wręcz galimatias typograficzny. Zamiast znaku graficznego Nike - zdjęcie w ramce ze schodkami. Nadruk ukośny z napisem NIKE, co mnie kojarzy się nie z Samotraką, czy Luwrem, ale z butami Air Max. Okładka paskudnie lakierowana. Brak obwoluty, a wraz z nią biogramu autora. Na tylniej okładce cytat z dziela i ISBN.

Wersja aktualna - autorstwa Marii Drabeckiej - wydaje sie niezła. Jest naprawdę odświeżona. Ale bez odżegnywania się od pierwszej wersji. Wykorzystuje postać Nike na okładce, ale uproszczoną - w tym samym kolorze, co tło, ale odcień jaśniejszym oraz w zbliżeniu (z krótszą sylwetą).  Pojawia się czarny pas  przebiegający przez szerokość książki na górze. Pozwala to podzielić płaszczyznę tyłu okładki na pole pod biogram autora oraz na streszczenie dzieła. Na grzebiecie czerń stanowi idealne tło pod sylwetkę Nike. Czerń i Nike jest teraz wspólna dla okładek o różnych, ale wyrafinowanych i intensywnych kolorach. Ja sama mam na półce książki w jaspisowym odcieniu zieleni i odcieniu malinowego oraz amarantowego różu. 
Widzę, że unowocześniono też logo Czytelnika. Jest dobrze.



Przy okazji wspomnę, że ostatnio ukazał się w necie tekst o Andrzeju Heinrichu. Autor pisujący dla portalu natemat.pl skupia się jednak na innym typie grafik użytkowych Heidricha  - tych użytych na znanych nam wszystkim banknotach (np. serii z królami). Andrzej Heindrich jest ogromnie zasłużony na tym polu. Robi banknoty i znaczki (we współpracy z rytownikiem) już od 50 lat. Miał w listopadzie wystawę w NBP. 



Widać, że autora wywiadu zupelnie nie interesuje fakt, że Heidrich pracował jako grafik dla Czytelnika przez 40 lat. Przeszedł drogę od szeregowego grafika do grafika naczelnego, wypracowując swój warsztat. Zrobił dla tej oficyny ponad 1000 projektów, o czym sam dwukrotnie napomyka. Bez zainteresowania. 

Jak zawsze nieoceniona http://jarmila09.wordpress.com/

Banknoty są oczywiście ciekawym obiektem. Bywa, że podobnie jak znaczki - wręcz pięknym obiektem (jak np. znaczki z rytem Czesława Słani). W ogóle lepiej je mieć, niż ich nie mieć, ale... Marzyłaby mi się książka poświęcona karierze Andrzeja Heidricha w Czytelniku...



poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Na kotwicy - "Moby Dick"

Herman Melville Moby Dick czyli biały wieloryb

Trzeba powiedzieć wprost: gdybym musiała przeczytać Moby Dicka od pierwszej do ostatniej strony, to chyba bym się pocięła. Ale na wyrywki, przeskakując, wracając i skanując tekst, dałam radę. I podtrzymuję tezę, że trzeba wiedzieć, kto zacz ten Moby Dick.

Na czym polega mój problem z tą nowatorską na swoje czasy powieścią? Na nadmiarze. Autor powieści pomyślał o wszystkim. Na szczęście także o krótkich rozdziałach :) I podjął wysiłek, żeby o każdej kwestii, która przyszła mu do głowy, napisać. Duża sprawa dla samouka, którym był. Napisał o wszystkim, o czym wiedział, co zasłyszał (inspiracją była tragedia statku wielorybniczego Essex), a czego mu brakowało do pełni obrazu, wymyślił (wieloryb odgyzający nogę?). 

Starał się też objąć swoją uwagą jak największą ilość zdarzeń, zjawisk, ludzi, charakterów, losów. A następnie wszystko to jakoś powiązać z wielorybami lub w ostateczności rekinami. I Biblią. I ująć w piękne słowa. Raz przyjętej symbolice pozostał wierny do końca. Czyli to jest o wielorybach i ludziach, a dokładnie o polowaniu na wieloryby (które Melville znał z autopsji) ujętego jako alegoria walki dobra ze złem. Także walki człowieka z naturą. Drugim głównym bohaterem Moby Dicka jest na poły mityczna społeczność wielorybnicza  z Nantucket - przeniesiona na morze nie przestaje być skonfliktowana. Trzecim - ogarnięty obłędem kapitan Ahab. Czyli mamy też człowieka w sytuacji skrajnej. Natura, społeczność i człowiek. Od ogółu do szczegółu. Komplet.


Moby Dick pisany w połowie XIX wieku jako majstersztyk sztuki piśmienniczej musiał zadziwić. Chyba nikt czegoś takiego wcześniej nie skonstruował... Zadziwił i mnie w XXI wieku. 

Jak można pisać książkę w nadziei, że zdoła się poruszyć każdą  ważną kwestię, jaka stanęła przed człowiekiem w historii jego dziejów, biorąc za jej początek czasy biblijne? A wyraźnie takie zadanie postawił sobie Herman Melville. Powieść totalna, tak to się teraz mówi. Łącząca  sobie wszystkie możliwe gatunki,  łącznie z nieistniejącymi przypisami do nieistniejących ksiąg. Tak, on zastosował ten ulubiony chwyt borgesowsko-cortazarowsko-ecowsko-bolanowski już w 1850 roku!

Niestety. Wszechobecna w tej księdze poetyka nadmiaru zupełnie mi  jednak nie smakowała. Czytam wielce precyzyjne opisy nabijania na harpuny poszczególnych sztuk w wielorybim stadzie. Cieszę się, że ostatnie tchnienie niektórych z nich nie pozostawia obojętnym nawet dziewiętnastowiecznego  narratora, choć przemysłowy połów był wówczas - i jest w tej książce - aprobowany bez zastrzeżeń.  Obecnie pewnie inaczej byśmy widzieli rozkład sił zła i dobra. I raczej nie wieloryb (Lewiatan) by nam posłużył jako odwieczny symbol zła... 


Potem czytam esej o bieli w rozdziale Białość wieloryba. Jestem zaskoczona i doceniam tę próbę intelektualnych rozważań nad symboliką barwy, wplecioną w opis rzeźniczej działalności ludzi na statkach. Patrzmy dalej. Obłęd Ahaba jest... nieciekawy. Nie porusza. Może dlatego, że nazwany wprost nie niesie tajemnicy? A inne postaci? No cóż, paleta charakterów jest zaiste imponująca, ale głównie dla literaturoznawcy. 

Udane – zaskakujące i ujęte w piękne słowa –  jest szczęśliwe zakończenie, kiedy to tratwa ratunkowa  wyskakuje niczym korek z wiru wciągającego statek bohatera w morskie odmęty. Ale na podziwie skończyć się musi. Brak we mnie współbrzmienia. Może w innym momencie mojego życia?

Bo ja jestem zanurzona we współczesności. Moja wrażliwość nakierowana jest na brak, niedopowiedzenie, sugestię zaledwie, prostotę. Wczoraj oglądałam obraz Rothko – malowany czarną farbą na czarnym tle. Malarstwo toralne. Tylko tyle i aż tyle. Ja to odczułam. Ja w to się zagłębiłam. Wszystkie słowa Melvilla, cały ten sztuczny gwar, przymus dopisania jeszcze jednej strony w nadziei skatagolowania wszelkich objawów życia jest dla mnie dziś nie do przyjęcia. Nie dziś.

Rothko Chapel, Houston

___________________________

Wyzwania:
Czytamy serie wydawnicze... Kolekcja Gazety Wyborczej: XIX wiek [AGORA]
Trójka e-pik (powieść, której jednym z głównych bohaterów jest zwierzę)

środa, 22 maja 2013

Mimikra powieści – Kasper Bajon "Klug"

Kasper Bajon Klug 

W
Klugu wszystko jest akuratne, a wszystko jest nieprawdą. I o tym jest chyba ta powieść, nazywana przez narratora raz esejem, raz biografią tajemniczego (nawet bardzo - bo nieistniejącego) Jakuba Kluga, dziewiętnastowiecznego, europejskiego formatu mistrza szachowego, pochodzącego z Polski zaborowej.

Klug to perfekcyjnie przemyślana atrapa biografii, imitacja kryminału, sztuczna rzeczywistość wymyślona na potrzeby tej książki. Czytelnik mając kontakt z tak doskonałymi pozorami prawdziwej historii czuje się zaskoczony, lekko zdezorientowany - zastanawia się, co tu jest prawdą? Czy kwerenda archiwalna autora naprawdę miała miejsce? A tak szczegółowo opisywane pojedynki szachowe z rozpisanymi ruchami bierek – czy one się wydarzyły? A liczne grono znajomych Kluga – czy to postacie historyczne? Stowarzyszenie Skarabeusza przecież mogło istnieć, choć o nim dotąd nie słyszeliśmy - w końcu było supertajne? Autor cały czas wodzi nas za nos i zbija z tropu.




Podziwiam świetnie całościowo pomyślany projekt pojawienia się Kluga na rynku książki w Polsce. Bo musicie wiedzieć, że podejrzewam, że funkcjonujące na portalach książkowych streszczenie Kluga, w którym autor tego marketingowego blurba sugeruje, że jest to pasjonujący kryminał, wyszedł zdaje się spod ręki samego Bajona... Wszystko w nim jest kpiną z czytelnika uwielbiającego kryminały. Tak to brzmi:

To nie było zwykłe morderstwo – raczej precyzyjny komunikat, ostrzeżenie wysłane światu.
Jakub Klug, genialny szachista, zwycięzca rekordowej liczby turniejów.
Pokonani przeciwnicy sugerowali, że w ogóle nie istniał.
Podobno na zawodach grywał w weneckich maskach, a na co dzień krył się za ciemnymi okularami.
Mówiono, że swoją najsłynniejszą partię rozegrał za pomocą telegrafu.
Podejrzewano, że był wielką mistyfikacją, zakrojonym na szeroką skalę oszustwem.
Jego zmasakrowane ciało znaleziono nad Tamizą w 1888 roku. Kości miał pogruchotane, twarz doszczętnie spaloną, a na pobliskim murze ktoś namalował jego krwią symbol żuka. Ostateczny szach i mat.


Wierzcie mi - ta książka nie jest oparta na intrydze kryminalnej, a zbrodnia na Klugu jest tam wspomniana zaledwie raz i to z odległości innego kontynentu…

Czym jest więc Klug Kaspra Bajona? Imitacją powieści, jaką powinien napisać młody polski autor, który chce zyskać miano pisarza. 

Powieść Bajona znajduje się w tym samym nurcie sztuki współczesnej, co niezwykłe realizacje Roberta Kuśmirowskiego w obrębie sztuk wizualnych i performance'u. Czymś w rodzaju imitacji znaczka pocztowego, wagonu towarowego, pracowni szalonego naukowca doktora Verniera czy bunkra z czasów II wojny światowej, które 'wytworzył' Kuśmirowski.

Kiedy w 2006 roku weszłam do gabinetu doktora Verniera (chyba w Zachęcie lub CSW) i zobaczyłam szafy pełne książek, szuflady katalogów, witrynki z retortami miałam wrażenie, że śnię… To niemożliwe, żeby ktoś współcześnie odtworzył, zrekonstruował z absolutną wiernością przedmioty, ba! całe przestrzenie mieszkalne sprzed 200 lat!!! 

To uczucie dezorientacji było bezcenne. Wybicie z pewności, że to, co widzę, jest prawdziwe. Co jest prawdziwe? Potem pytanie, po co Kuśmirowski to zrobił? Odpowiedź ukazała mi się, kiedy spróbowałam otworzyć jedną z szuflad. Ona była nieotwieralna, to była atrapa. Doskonała atrapa. Sama forma, zero treści. Włączyło mi się myślenie, o tym co jest ważne z perspektywy czasu. Czyli motyw vanitas...

Polecam Wam sztukę Kuśmirowskiego. On dostarcza niezwykłych, wyrafinowanych przeżyć.

Inaczej z Bajonem. Jego najlepsze fragmenty to... wtrącenia: kiedy nazwisko Kluga „pokazuje się” gdzieś w gazetach jako Gluck, Kulig, Kubalaj, itp. Coś nagle zaczyna „bąblować”, nowotworzyć się. Jakby autor, który tą atrapą powieści szczelnie się zasłonił, nagle nieco się odsłonił i pokazał czytelnikowi. Zabawne są też wprawki stylistyczne w postaci „pięciu pomysłów na tytuł tej książki”, krótkich recenzji 5 nieistniejących książek, „z którymi niniejsza będzie bić się o miejsce na liście bestsellerów”, czy 6 równie nieistniejących filmów, które „warto obejrzeć w nadchodzącym tygodniu”, a nawet 2 przepisy kulinarne „z zeszytu kucharza przygotowującego potrawy dla widzów spektaklu Immortal Game w rezydencji pana Legranda, z których wart skorzystać w przerwach pomiędzy kolejnymi rozdziałami książki” – każdy napisany w innym stylu. Bajon pokazuje, że już teraz posiadł sprawność stylistyczną, która pozwala mu napisać właściwie wszystko w obrębie wybranej konwencji. Cały czas pozostaje jednak pytanie: po co? Klug nie daje niestety na to odpowiedzi.

Jak rozumiem jest to debiut pisarski młodego Bajona. Wykształconego, naczytanego chłopaka z dobrej, artystycznej rodziny. Widać, że chłopak umie gładko i elegancko formułować słowa - naprawdę nie słychać ani jednego zgrzytu. Studia musiał ukończyć chyba kulturoznawcze, tak wiele tu ukrytych odniesień do wiedzy o kulturze. Bajon ma potencjał. Tylko musi pisać o czymś!
__________________________
 Z literą w tle 
seria Czytelnia Polska, wyd. Wielka Litera
e-book

czwartek, 21 marca 2013

...o kobietach, o artystkach


Maria Poprzęcka Uczta bogiń. Kobiety, sztuka i życie

Bardzo uczciwa książka. Napisana w bezpośrednim, osobistym tonie,  bez mizdrzenia się i myślenia, czy aby 'to jest modne, czy to jest znane, czy właśnie o tym wypada dobrze pisać'... 
Książka o znanych - i mniej znanych - kobietach artystkach i kobietach związanych ze sztuką. Niemająca w sobie nic z zapiekłego, a przez to niestrawnego radykal-feminizmu (sama uważam się za feministkę). Pełna jasno wyrażanego szacunku dla sztuki opisywanych kobiet, zrozumienia dla ich losów, podziwu dla ich klasy, współczucia dla trudów życia w patriarchalnym świecie Europy i Ameryki.

Maria Poprzęcka
Poprzęcka napisała kiedyś, że przed każdym dziełem sztuki staje niczym tabula rasa – wystawia na nie swoje oczy i sprawdza, czy dzieło z nią rezonuje… Bardzo mi się to spodobało jako definicja osobistego odbioru dzieła sztuki.

Mam w pewnym sensie tak samo. Zarówno, gdy stoję przed dziełem plastycznym, jak i gdy sięgam po książkę. Najpierw wchłaniam sztukę - naiwnie – jakby powiedział Orhan Pamuk, potem nieuchronnie napływają myśli i interpretacje rozumowe – czas na odbiór racjonalny...

Polecam tę książkę każdemu, kto chciałby wykroczyć poza znajomość sztuki mężczyzn. Znać ich sztukę - to jest łatwe:) Ale Ilu z nas potrafi wymienić jakieś wybitne artystki malarki, rzeźbiarki, artystki sztuk wizualnych po prostu? To jest wyzwanie. 
Georgia O'Keeffe


Nie znajdziecie tu części nazwisk, których można byłoby się spodziewać, ale to jest autorski wybór. 

Najbardziej znaną malarką, której losy i znaczenie dla sztuki światowej opisała Poprzęcka, jest niewątpliwie wspaniała, wspaniała! Georgia O’Keeffe.

Poza tym znajdziecie tu krótkie, ale przemyślane i sensowne szkice o:
Elisabeth Siddal, Julii Margaret Cameron, Marie Laurencin, Natalii Gonczarowej, Soni Delaunay, Nadii Chodasiewicz-Grabowskiej- Leger, Dorze Maar, Meret Oppenheim, Lee Miller, Louise Bourgeois, Judy Chicago.

Mam nadzieję, że cykl o kobietach będzie kontynuowany. Chciałabym przeczytać, jak Poprzęcka pisze o Alinie Szapocznikow, Zofii Kulik, Joannie Rajkowskiej czy Julicie Wójcik, które bardzo cenię. I co ona by napisała o Katarzynie Kobro, choć ta artystka miała już wielu piewców. Kiedy  w wieku lat chyba 18 pierwszy raz zobaczyłam jej pracę w Zachęcie (być może nawet nie oryginał, tylko ktorąś z odtworzonych kompozycji), raził mnie piorun zachwytu. To byla dla mnie apoteoza wolności i wyobraźni! 

A także o moich absolutnie ulubionych artystkach. Są to:

Olga Wolniak

malarka Olga Wolniak 







Małgorzata Dmitruk






graficzka, malarka, kobieta robiąca swetry i nauczyciel ASP Małgorzata Dmitruk




Ich sposób wykorzystania samej tkaniny, ale też i motywu tkaniny, dywanu, koronki oraz ornamentyki ludowej - na pograniczu malarstwa abstrakcyjnego - rezonuje ze mną bardzo silnie.


projekt graficzny Jakub Stępień
A propos, w Zachęcie otwarto właśnie wystawę SPLENDOR TKANINY, która prezentuje właśnie wykorzystanie tkaniny w sztuce wieku XX i XXI. Biegnę tam z mężem w weekend! Prezentują m.in. Ogę Wolniak i Julitę Wójcik i chyba setkę innych artystów. Pierwszy raz od lat tkanina nie etnograficznie.
TU więcej o wystawie.
________________
Wyzwanie Z literą w tle oraz Trójka e-pik (książka o kobietach)

piątek, 1 lutego 2013

...książki o Brunonie Schulzu lgną do mnie

Książki, których nikt nie chce, wydane przez plajtujące wydawnictwa, po prostu lgną do mnie.

I tak wczoraj przygarnęłam (są wyprzedawane w obniżonych cenach) dwie WSPANIALE WYDANE książki  o Brunonie Schulzu.

Bruno Schulz Księga obrazów. Zebrał, opracował, komentarzami opatrzył Jerzy Ficowski. Przepięknie wydana w 2012 w Gdańsku przez Stanisława Rośka z wydawnictwa słowo/obraz terytoria. 
Projekt graficzny: Stanisław Salij, fotoreprodukcje: Adam Kaczkowski, skład i łamanie: Maciej Goldfarth, korekta: Małgorzata Jaworska, druk i oprawa: Grafix. Centrum Poligrafii, Gdańsk.





Wymieniam wszystkich autorów tego wydania, bo:
- książka ta jest dziełem sztuki edytorskiej i poligraficznej, a jej twórcy są mistrzami;
- już pewnie nigdy ci ludzie nie spotkają się przy pracy, bo wydawnictwo słowo/obraz terytoria właśnie wczoraj ogłosiło upadłość;
- wydawnictwo posiągnęło za sobą także drukarnie, bo przestało być wypłacalne i zostawiło po sobie długi;
- popyt na książki wydawnictwa słowo/obraz terytoria okazał się za mały, żeby zrównoważyć koszty edytorstwa na najwyższym poziomie. Czyli za mało osób w Polsce zdecydowało się na zakup tych książek, żeby to się opłaciło.



Wiesław Brudziński Schulz pod kluczem. Wydanie nowe uzupełnione: Świat Książki 2013.
Wydawca: Daria Kielan, redaktor prowadzący: Tomasz Jendryczko, redakcja: Mirosław Grabowski, Jan Jaroszuk, redakcja techniczna: Mirosława Kostrzyńska, Małgorzata Jużwik, korekta: Agata Bołdok, Irena Kulczycka, Elżbieta Jaroszuk, skład: Akces, Warszawa, druk i oprawa: Drukarnia Wydawnicza im. W.L. Anczyca  S.A., Kraków

Ile osób, oprócz autora, zaangażowanych jest w przygotowanie książki do sprzedaży! I co wynika z tych starań? Niewielu chce się o nich przekonać, a ci, którzy by chcieli (np. biblioteki) nie mogą sobie pozwolić. Jest to być może jedna z ostatnich edycji Świata Książek.

Choć tu jest pewna szansa na dalszy ciąg...


wtorek, 11 grudnia 2012

...głęboko współodczuwam z Schulzem

Bruno Schulz Sklepy cynamonowe

To są powiadania bardzo nowoczesne w wyrazie. Ciemne i piękne. Wyczuwalna jest wielkość tej prozy złożonej z urywków, jej siła i autentyczność, wielka osobność.

Długie ciągi zdań, jakby szeptanych do ucha w czasie snu. Część treści wydaje się zrozumiała, czytelna, opowiada nam o czymś znanym – np. o popołudniowym spacerze z matką po rynku. Pierwsze słowa Schulza… i już przenoszę się na rozgrzany i pusty plac, na którym zaczyna się akcja opowiadań. Idziemy więc w upale… Gdy nagle, bez uprzedzenia pojawiają się ciemne zdania, które mają drugie dno, jakby coś ukrywają. Słowa płyną. Są z jednej strony jak strumień świadomości, dyktowane przez wewnętrzne ja, a z drugiej formalnie kunsztowne do granic możliwości. W latach 30. XX wieku niemal nikogo w Polsce nie było stać na taką odwagę literacką, takie „bezużyteczne” szaleństwo. 

Schulz wydawał się zresztą zdawać sobie sprawę ze swojej unikalności. Liczył na bycie wydawanym. Znalazł uznanie Nałkowskiej. Odważnie zachwycał się Witkacym i Gombrowiczem. Obrazoburczość i niekonwencjonalność oraz nowatorstwo formalne,  w tym słowotwórcze,  musiały być u niego świadomym wyborem twórczym.

Skąd się wzięła jego twórczość? 
Z dzieciństwa, prowincjonalnego życia pozbawionego bodźców intelektualnych, odrzucenia społecznego, którego doświadczał… Sam nazwał swoje spojrzenie na świat  „mityzacją rzeczywistości”.

Głęboko współodczuwam z Schulzem. Jego opowieści („fragmenciki”) kojarzą mi się przede wszystkim ze sposobem, w jaki dziecko, bardzo wrażliwe intelektualnie i uczuciowo, postrzega świat dorosłych. Sklepy cynamonowe to nic innego jak zapisane po latach wspomnienia, wytwory wyobraźni małego samotnika, wybitnie utalentowanego „małego dorosłego”, dostrzegającego więcej niż inni. Różniącego się bardzo od rówieśników, które miały dobry kontakt ze sobą w grupie i żyły w czasie teraźniejszym. W prozie Schulza nie sposób znaleźć odniesienia do zabaw dziecięcych.

Do tego mamy do czynienia z dzieckiem/dorosłym pochodzącym ze zmarginalizowanej społeczności, Żyda-nie Żyda pochodzącego z zasymilowanej językowo i kulturowo rodziny  w polsko – ukraińskim miasteczku na pograniczu. Dziecko to musiało być bardzo osobne, inne... Schulz wspomina, że od małego zapełniał rysunkami każdy skrawek papieru. Możemy się domyślać, że nie uczyniło go to liderem zabaw dziecięcych… Raczej sprawiło, że spędzał większość czasu na obserwowaniu innych i na marzeniach… Na rysowaniu i czytaniu… Na przetwarzaniu prostych epizodów, błahych doświadczeń, codziennych sytuacji, nieskomplikowanych obrazków w zawiłe, tajemnicze i groźne przygody na skraju rzeczywistości.

Odbieram teksty Schulza jak snucie wspomnień, o tym, co za dnia się zdarzyło, w łóżku przed snem, kiedy ujawniają się treści leżące tuż za progiem świadomości. Dużo w tych opowieściach lęku i niezrozumienia tego, co i dlaczego robią dorośli. Wiele tam stłumionego erotyzmu wynikającego z przedwczesnych doświadczeń, takich jak np. pokazywanie mu przez starszego kuzyna pornograficznych zdjęć dziewcząt i chłopców, obserwowanie ulgi, jaką ojcu dostarcza lewatywa, później doświadczeń z domów rozpusty. W tym kontekście bardziej zrozumiałe jest powiązanie przyjemności z frustracją i cierpieniem przynoszącym w końcu chwilową ulgę.

Schulzowska proza jest nade wszystko zdominowana przez figurę ojca - niezrozumiałego, obcego, strasznego i równocześnie śmiesznego w swojej słabości. Snute przez Schulza marzenia półsenne pokazują świat zaludniony mężczyznami dziwakami - nawiedzonymi, chorymi, sportretowanymi albo nad księgami rachunkowymi albo w łóżku albo na nocniku albo właśnie z lewatywą w ręku. Cóż za charakterystyka! W żadnej z tych sytuacji mężczyzna siłą rzeczy nie jest atrakcyjny, męski właśnie. To świat mężczyzn słabych, upokorzonych, często wymagających  pomocy kobiet, ich siły.
żródło

Narzuca się powiązanie tego faktu z charakterystyczną fizycznością samego Schulza – brzydkiego, z odstającymi uszami, nieproporcjonalnie dużą głową, bardzo niskiego, wręcz chuderlawego.

Kobiety u Schulza są z kolei niedostępne, piękne, zdrowe, silne fizycznie, zaradne, pełne życia, płodne i ekspansywne. Dysproporcja w ukazaniu obu płci oraz  podkreślanie męskiej niższości jest obecne zarówno w tekstach, jak i grafikach,  i aż nadto pokazuje mentalność masochistyczną i to chyba nie tylko w sferze seksu, oraz ewidentny strach przed „pożarciem” przez kobietę. A wszystko to przy jednoczesnym ogromnym pragnieniu połączenia się z nią, ukorzenia się przed jej wyidealizowaną potęgą. Stąd stały motyw przygniecenia głowy mężczyzny przez kształtną nogę kobiety w Schulzowskich grafikach.

Słowa klucze do mojej lektury Schulza to: piękno, niedostępność, gorycz, samotność.

Język jego metaforyki jest niepodrabialny. Popatrzmy, jak Schulz opisuje zwyczajny, dojrzały słonecznik: Ogromny słonecznik, wydźwignięty na potężnej łodydze i chory na elephantiasis, czekał w żółtej żałobie ostatnich, smutnych dni żywota, uginając się pod przerostem potwornej korpulencji. (część Sierpień, Sklepy cynamonowe) Słodki ciężar dojrzałych nasion? O nie! Słoniowacizna, brak harmonii, dziwactwo… 
Ja to czytam: Zobacz, piękno ono nigdy nie jest bez skazy. Ono też często niesie w sobie coś  spotworniałego, zniekształconego. Przyciąga, tak, ale jednocześnie odstrasza.  Z kolei coś, co wydaje się początkowo brzydkie, może mieć swoją piękną odsłonę. Może to jest apel? Rozejrzyjcie się, spójrzcie nie tylko na to, co piękne na pierwszy rzut oka. Nie idźcie na łatwiznę… 

Ten talent do dostrzegania skazy na tym, co przyjęło się uznawać za piękne, widoczny jest w całej jego twórczości.

ze zbiorów Muzeum Literatury w Warszawie
Niedostępność ideału. Rzućmy okiem na najbardziej znany obraz Brunona Schulza, ten z chasydem i pięknymi damami na spacerze. Zwykle podkreśla się wyidealizowanie wizerunku kobiet, fetysz ich nóg, łydek, stóp odzianych w buciki i pożądliwe spojrzenie młodego Żyda. Jednak i chasyd jest zbyt piękny, żeby był prawdziwy – on także uosabia coś niedostępnego dla autora, w pełni zlaicyzowanego Żyda. Na obrazie jest niewidoczna, ale wyczuwalna jeszcze trzecia osoba, ta która podgląda chasyda i damy. To ona zazdrości tego momentu perwersyjnej, bo podszytej lękiem nieznanego, komitywy pomiędzy tymi kobietami i mężczyzną - odległymi społecznie od siebie jak dwie komety. W takiej właśnie sytuacji był sam Schulz – obcy dla swoich, nigdy nie stał się do końca swój dla klasy intelektualistów i artystów polskich, do których w rzeczywistości należał. Pragnienie połączenia, utożsamienia się, zawładnięcia uwagą jednak było stale u niego obecne.

Gdyby Schulz żył w innych czasach… 

Miejsce śmierci Brunona Schulza. 
Jego zwłoki leżały pod murkiem cały dzień.
Po pierwsze by żył! Nie zabiłby go dwoma strzałami w tył głowy 100 metrów od jego dawnego domu, przy murku na Rynku w Drohobyczu jakiś umundurowany nazistowski prostak…








Zarabiałby na swoim wyjątkowym talencie. Nie musiałby znosić upokorzeń nielubianej pracy nauczycielskiej (rysunek i roboty ręczne)…

Znalazłby bratnią duszę w sferze erotycznej.

 Znalazłby niespodziewane metafory dla wielu rzeczy, zjawisk, których nie dane mu było przeżyć…


PS. Muszę podpytać córkę, jakie tematy poruszyli, "przerabiając" Sklepy cynamonowe w szkole... I pójść na Rzeczywistość przesuniętą do Muzeum Lliteratury!