Pokazywanie postów oznaczonych etykietą erudyci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą erudyci. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 września 2015

"Genialni. Lwowska szkoła matematyczna" Mariusz Urbanek


Mariusz Urbanek wyrasta na biografa (nomen omen), którego nazwisko i dokonania na gruncie biografistyki polskiej na pewno już nie zaginą.

Jego biografie Tuwima, Brzechwy, Broniewskiego, Walldorfa, Tyrmanda, Kisiela są świetne. A teraz matematycy ze Lwowa... Piękny zestaw - jak stworzony dla mnie. Wygląda bowiem na to, że jednym z motywów, którym kieruje się Urbanek, wybierając bohaterów swoich książek, jest ich wkład w życie intelektualne Polski. Owo poruszenie, które czynili. Owe aspiracje, które mieli. Ową legendę kogoś, kogo warto naśladować, którą udało im się, często mimo woli, stworzyć...

Mamy więc tu fascynujący obraz pewnej kultury, a także historię idei, a mianowicie koncepcji "Jak najlepiej uprawiać naukę"? Jak poszerzać pole wpływu kultury wysokiej? Jak być intelektualistą?

Cudna jest to historia. Mniej o matematyce, bardziej o ludziach. 


Mariusz Urbanek ur. 1960
Pełna legendarnych już anegdot, jak ta, że Stefan Banach - syn analfabetki i chłopa, niechętny egzaminom, zupełnie "nieszkolny typ" - obronił swój doktorat, mając za sobą zaledwie 2 lata studiów i to przepytany pod pozorem, że trzeba wytłumaczyć "tym trzem panom z Warszawy" zawiły problem matematyczny...

Pełna bon motów Hugona Steinhausa, jak ten: "Ziemia - kula u nogi człowieka".

Wprowadzająca w świat Los Alamos i bomby atomowej i wodorowej oraz lotu na Kisężyc oraz roli Stanisława Ulama w ich wymyslaniu.

Klimat intelektualny Lwowa, który wciągnął mnie już, kiedy czytałam o latach młodości Zbigniewa Herberta, tu powrócił z całą mocą, mocą atomową :) W krótkich, niemal telegraficznych akapitach, doskonale nadających się dla współczesnego czytelnika, chłoniemy etos tamtych czasów oraz genius loci Lwowa.

Kiedy po wojnie Edward Marczewski sformułował dekalog polskiej szkoły matematycznej, opisał po prostu środowisko lwowskie. Dziesięć przykazań Marczewskiego to zasady proste i banalne, lecz sprzyjające rozwojowi nauki i talentów naukowych.

Dekalog ten zawierał m.in.:
  • Zasadę wczesnego startu, czyli stawiania młodych adeptow sztuki przed zagadnieniami natrudniejszymi, żeby wychować prawdziwych badaczy, a nie zasuszonych pedantów. 
  • Jest zasada wtórnej roli stopni naukowych, które powinny być rezulatatem, a nie celem pracy naukowej. 
  • Zasada rzeczywistego współautorstwa prac badawczych. 
  • Są zasady sprawiedliwego podziału obowiązków i sprawiedliwego awansu. Młody wiek nie może być przeszkodą.
  • Jest wreszcie zasada wartości moralnych - życzliwość, przyjaźń, lojalność, uczynność, dobroć mają podstawowe znaczenie dla rozwoju szkoły naukowej. 


Dziś zamiast tego mamy sztywne reguły, rywalizację o punkty; celem naukowca jest stopień naukowy, a badania mogą mieć (i mają niestety) charakter przyczynkarski, byle były napisane  po angielsku. Gorsi badacze, ale za to gorliwi administratorzy swoich karier wyprzedzają w tym biegu lepszych od siebie myślicieli i dydaktyków, niestety. Dzisiaj banał zwycięża nad prawdziwą nauką.

Mariusz Urbanek "Genialni. Lwowska Szkoła matematyczna" 
Warszawa, ISKRY 2014


niedziela, 4 stycznia 2015

Janion. Prof. Misia

Janion. Transe - Traumy - Trangresje
t. 2 Prof. Misia
Z Marią Janion rozmawia Kazimiera Szczuka
Korekta: Anna Papiernik (niemal bezbłędna)
Seria z Różą
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014

Kiedy wczoraj wybraliśmy się na okołonoworoczny spacer po Krakowskim Przedmieściu, mąż, ja i córka, która nas odwiedziła, mieliśmy oczywiście w planach zobaczyć świątecznie ozdobione miasto, może wejść do Domu Spotkań z Historią. Skończyło się jednak na kawie i ciastku i buszowaniu po księgarniach przy Uniwersytecie. Mąż - cały szczęśliwy - znalazł w księgarni LIBER jeden jedyny egzemplarz książki Piotra Stankiewicza Sztuka życia według stoików, a chciał trzy, po jednym dla każdego z naszych dorosłych dzieci. Nasz domowy egzemplarz jest zbyt pomazany notatkami, żeby nadawał się do pożyczania.

Ja z kolei, już w witrynie dojrzałam drugi tom rozmów z prof. Janion. I to jest mój pierwszy zakup książkowy w 2015. Oby wszystkie pozostałe były równie sensowne!

Niniejszy tom, tom drugi, dotyczy lat siedemdziesiątych, aż po stan wojenny. Rozmowy Szczuki z Janion zostały przeprowadzone dopiero co, pochodzą jakby z wczoraj, z okresu już po wydaniu tomu pierwszego. To jest świetne, bo autorki odnoszą się do jego krytyki.


Za cóż to potępia się Szczukę i jej wywiad? Że nie pisze o Janion z odpowiednim namaszczeniem i czcią, że ‘dusi’ ją o powiedzenie choćby kilku zdań  o życiu pozaakademickim, prywatnym. O eksponowanie siebie - Kazimiery Szczuki - w całej swojej obcesowości, co przecież nie przystoi. Mowa jest przecież o ‘papieżycy’ polskiego literaturoznawstwa! Wszystkie te zarzuty panie świetnie ogrywają i rozbrajają, bawiąc się tematem specjalnych rosołków gotowanych przez Szczukę dla Janion, czy 'wścibstwem' Szczuki, jak w tym dialogu:

- A bale, reduty, romanse? Sama sobie przypominam z dzieciństwa, że życie towarzyskie opozycji i jej sympatyków kwitło.
- Coś tam kwitło, na pewno, ale ja nie bardzo miałam na to czas. Już te dowcipki Pani robiła w poprzednim tomie.

Trzymajmy się jednak faktów. Oto fakt: na koniec wywiadu wspomniana jest księga pamiątkowa na 80. lecie urodzin profesor. Wyrysowane jest tam drzewo jej osiągnięć dydaktycznych – 418 magistrantów i doktorantów w Warszawie i Gdańsku!

Było to możliwe dzięki świadomie wybranej postawie życiowej, tak opisanej:

Byłam jak ci pracownicy morza Wiktora Hugo. Wieczna praca. Nieskończona.


Znalazłam w tej książce dla siebie mnóstwo ciekawych wątków. Np. bibliofilstwo posunięte do granic manii. Profesor Maria Janion, czyli prof. Misia (nazwy nadane sobie wzajemnie),  prof. Henryk Markiewicz, czyli prof. Henio, Alina Witkowska, czyli Alina, oraz Maria Żmigrodzka, czyli Maryna byli zdaje się największymi odbiorcami literatury humanistycznej w Polsce. Jak wspomina sama profesor, kiedy wchodziła do księgarni PAN w Pałacu kultury i Nauki, tzw. ‘wzorcówki ‘ ( my mówiliśmy ‘wzorcowni’) słychać było pomruk wśród księgarzy: Wykładamy książki. Wiadomo było, że kupi te spod lady, najcenniejsze (kiedyś tak myślano o książkach). Zdjęcie mieszkania prof. Misi, nazywane ‘pieczarą gotycką’ nieodmiennie budzi szok niedowierzania. Jak mury mieszkania na Niemcewicza zdołały utrzymać te wszystkie papiery? Pani profesor sama zdaje sobie już sprawę, że to silne dziwactwo, sama zastanawia się, czemu do robiła i konstatuje w końcu:

[…] Na pewno fakt, że zgromadziłam tyle książek i papierów, jakoś pomaga mi trwać, rzeka czasu została w ten sposób… no, może nie zamulona, może pogłębiona czy jakoś zmeandrowana. Nie wiem. Jest mi łatwiej trwać wśród tych wszystkich tekstów i śmieci.

W ten właśnie mocno metaforyczny, ale jednocześnie odarty z patosu i sentymentalizmu sposób, opowiada Kazimierze Szczuce o swoich najlepszych latach, najbardziej płodnych latach pracy akademickiej, kiedy zrezygnowała z pisania tylko o swojej wąskiej specjalności, jaką byli „romantyczni poeci krajowi” - czy wszyscy oprócz Mickiewicza, Krasińskiego, Słowackiego i Norwida. Zaczęła pisać z większym rozmachem, ukuła kilka istotnych dla humanistyki polskiej pojęć: fantazmat i transgresja. Będąc wierną wyznawczynią myśli Marksa – czyli krytyki kapitalizmu i mieszczańskiej odsłony pozytywizmu -  czytała na nowo wielkie teksty romantyczne, poddając je rewizji (kolejne słowo ‘janionowskie’). Wielbiła nowoczesność Mickiewicza, drażnił ją narodowy patos Norwida.

Jeśli czegoś w życiu żałuję, to właśnie tego, że nigdy nie byłam słuchaczką seminariów prof. Janion. Dwa razy miałam okazję słyszeć jej referaty na konferencjach naukowych, miałam szczęście być uczennicą jej uczniów i współpracowników, studiując podyplomowo w Instytucie Badań Literackich, ale niestety nigdy nie przeżyłam horroru intelektualnego (kiedy się czegoś nie wie, nie przeczytało, albo nie pojmuje) i zarazem skrajnej przyjemności intelektualnej (kiedy jakaś myśl odkrywa nam nagle oczy), z jaką kojarzą mi się jej zajęcia w IBL.  Pamiętam, że kiedy chciałam wrócić na Uniwersytet, po tym, jak go porzuciłam dla biznesu 10 lat wcześniej, bardzo pragnęłam dostać się do środowiska PAN. Niestety było za późno. Miałam już 40 lat, byłam spoza środowiska akademickiego, bez promotora, sama wyważałam wszystkie drzwi… Pamiętam, jak na egzaminie wstępnym Agnieszka Graff była na tak, a prof. Stefan Amsterdamski na nie. I w ten oto sposób nie udało mi się dostać do Szkoły Nauk Społecznych na studia. Po dzień dzisiejszy brakuje mi tego sposobu myślenia, tych tematów. Sztuki (myślenia) dla sztuki (myślenia). Zajmowania się heurystyką (której zasady są tu świetnie opisane) i interpretacją.

O tym, co czysta humanistyka wnosi do życia społecznego mówi w tym wywiadzie prof. Janion wiele, zawsze bez egzaltacji. O sobie mówi, że zawsze interesowała ją problematyka zła i obroną innych, obcych, zbuntowanych, odszczepieńców, prześladowanych. W tej chwili kojarzy się przede wszystkim z wprowadzeniem na uniwersytety Gender Studies, choć w rzeczywistości zrobiła to nie ona, lecz jej uczennice i uczniowie. Miała bowiem bardzo inspirujące , otwierające działanie na innych. I. jak sama wprost mówi, nigdy nie znosiła epigonów i tych, którzy prawią banały.

Poza tym dowiemy się z tych wspomnień o tym, jak po tłumaczenie Ulissesa stało się w kilkudziesięciometrowej kolejce na Foksal, o technice zbierania nocnych okruchów życia przez jej przyjaciela Mirona Białoszewskiego, oraz o jej fascynacji kinem Wernera Herzoga – przeciekawe! - sztuką Diane Arbuse oraz także odniesienia do drobnomieszczańskiego oburzenia w wykonaniu dzisiejszych pseudopatriotów. Mamy kilka pozytywnych słow o Księgach Jakubowych Olgi Tokarczuk- o riserczu, do którego Tokarczuk naprawdę się przyłożyła, docierając aż do rodziny Mickiewicza.

Jest też zajawka następnego tomu wspomnień: w okolicach 1989 roku ta silna, silniejsza niż skała, Maria Janion zachorowała na depresję, proszę państwa.












poniedziałek, 29 grudnia 2014

Stanisław Lem "Opowieści o pilocie Pirxie"

Stanisław Lem Opowieści  o pilocie Pirxie
posłowie Jerzy Jarzębski
Okladka: Tomasz Lec
Wydawnictwo Literackie, Kraków 1999
I wyd. 1968

Pirx:
Książki fantastyczne? Lubię, owszem, ale tylko złe. To jest nie tyle złe, ile nieprawdziwe. [...] Dobre książki są zawsze prawdziwe, nawet gdyby opisywały rzeczy, które nigdy nie wydarzyły się i nie wydarzą. Są prawdziwe w innym sensie - jeśli mówią, powiedzmy o kosmonautyce, to tak, że poznaje się coś z tej ciszy, która jest zupełnie inna od ziemskiej, z tego spokoju, tak doskonale nieruchomego..

Stanisław Lem Opowiadanie Pirxa 




Akurat książki Lema są dobre i prawdziwe, chociaż opowiadają o rzeczach, które nigdy nie wydarzyły się i nie wydarzą. Lubię je i sięgam po nie, żeby odetchnąć świeżym powietrzem prawdziwie mistrzowskiej literatury gatunkowej. Przepadam za Pirxem astronautą-kadetem, później pilotem, nawigatorem, wreszcie komandorem. Tym okrągłym na twarzy, na szczęście dość wysokim, za to niezbyt zręcznym życiowo, żeby nie powiedzieć gapowatym, chłopcem, a potem mężczyzną. Człowiekiem, który ma więcej szczęścia niż rozumu. Jest utalentowanym pilotem przemierzającym próżnię kosmosu, ale jednocześnie nie przestaje bujać w obłokach.  Pirx marzy o sukcesach na wielką skalę, sławie, a dostaje to...., co zwykle dostajemy od życia... Uroczy gość.


Młody, pucołowaty, nieco gapowaty Stanisław Lem
Lubię kamuflaż, który stosuje Lem. Z przyjemnością zanurzam się w naszpikowane technicznym żargonem opowieści, w których Lem dba, żeby tam gdzie jest próżnia nie roznosił się głos, a tam, gdzie jest mała grawitacja nie dawało się wziąć prysznica. Dopiero, kiedy sceneria jest w miarę wierna ustaleniom naukowym, zapuszczamy się na grunt fikcji. Lem startuje zwykle z punktu wyznaczonego jakąś ciekawostką naukową, którą wyczytał w którymś z prenumerowanych przez siebie czasopism naukowych. Np. w latach sześćdziesiątych zaczęto na zachodzie eksperymentować z deprywacją sensoryczną. Lem natychmiast poddał swojego ulubionego bohatera Pirxa testowi "wariackiej kąpieli" w osolonej wodzie i ciemności. Opisał zjawisko w Polsce jeszce nikomu nieznane i niezrozumiałe. I, jak zwykle, nadał mu swoją nazwę: "pozbawienie bodźców aferentnych". Takie właśnie zagadnienia - ciekawe i tajemnicze - wplatał w swoje z pozoru kosmiczne historie.

Oczywiście z dzisiejszego widzenia pełne są one śmiesznostek. Uśmiech budzi uparte nazywanie rakiet pociskami, komputer pokładowy to Kalkulator, pisany wielką literą. A wykorzystywany jest on wyłącznie do obliczeń matematycznych. Lem - którego talent futurologiczny był ceniony przecież na całym świecie - nie spodziewał się, że kiedy kosmonauta znajdzie się samotnie w kosmosie nie będzie musiał marzyć o pudełeczku ze zręcznościową zabawką w trzy świnki i wilka :), bo rozrywki dostarczy mu przecież Kalkulator... Nie przewidział, że najszerszym zastosowaniem "mózgów elektronowych" będzie właśnie  z a b a w i a n i e ludzi, a nie ich  z b a w i a n i e. Jego wyobraźnia nie podsunęła mu mieszczących się w dłoni ipadów czy smartfonów i wytrenowanego kciuka dowolnego współczesnego dziesięciolatka.


Jednak doskonale rozumiał istotę problemów, z jakimi borykać się będzie człowiek przyszlości w kontakcie z technologią. Przede wszystkim ryzyko, jakie człowiek sam sobie stworzy i nad którym w którymś momencie nie zdoła zapanować. Potem natłok i chaos informacyjny. Następnie zanik więzi międzyludzkich.

Głównym tematem twórczości Lema było pytanie o to, co czyni nas ludźmi. Najpiękniejsze, moim zdaniem, opowieści Lema to te, w których pochyla się on z czułością nad robotami - golemami przyszłości. Nad tym, że stworzone przez człowieka na jego obraz i podobieństwo urządzenia, z tego właśnie powodu w końcu stają się ofiarami bolesnych stron człowieczeństwa: frustracji, niespełnionej miłości, samotności... Zaczynają w którymś momencie pragnąć czegoś więcej niż tylko wypełnienie swego życiowego zadania (automat, który uciekł, żeby wspinać się górach). Zaczynają cierpieć, zwyczajnie, jak człowiek (robot łatający dziury w poszyciu cierpiący na stres postraumatyczny po katastrofie). Pragną dowiedzieć się kim są? A przecież samo postawienie tego pytania zmienia nasze życie.(Jak w Matrixie.) A co dopiero znalezienie odpowiedzi :)


Na czym polega to człowieczeństwo, którego oni nie mają? Może naprawdę jest tylko ożenkiem alogiczności z tą poczciwością, tym "zacnym sercem", i tym prymitywizmem odruchu moralnego [...]
Skoro maszyny cyfrowe nie są ani zacne ani nielogiczne... Więc w takim rozumieniu człowieczeństwo jest to suma naszych defektów, mankamentów, naszej niedoskonałości, jest tym czym chcemy być, a nie potrafimy, nie możemy, nie umiemy, to jest po prostu dziura między ideałami a realizacją...


Mój lekturowy wybór na zakończenie roku 2014. Mój odpoczynek.
__________________________
Z półki
Lemoriada

czwartek, 20 listopada 2014

Marcel Reich-Ranicki. Polskie lata

Gerhard Gnauck Marcel Reich-Ranicki. Polskie lata
Wyd. W.A.B., Warszawa 2009
Seria Fortuna i Fatum

Tym razem przyciągnęły mnie do lektury dwie rzeczy: seria wydawnicza Fortuna i Fatum (przypomniana mi przez Marlowa w jego poście o Diane Arbus) oraz chęć pogłębienia tematu recenzowania książek i recenzentów, o którym akurat ostatnio trochę rozmyślałam.

Seria W.A.B Fortuna i Fatum prezentuje się bardzo ciekawie. Poświęcona jest biografiom postaci znanych i często w jakiś sposób kontrowersyjnych. Książki, przynajmniej do niedawna były dopieszczone edytorsko (z tego słynęło W.A.B przed zmianami właścicielskimi). Na szczęście, pomimo różnych zawirowań oraz pomimo faktu, że jest poszukiwana przez wąską grupę odbiorców, seria jest kontynuowana. Już widziałam w internecie zapowiedź biografii Johna Lennona (styczeń 2015).

Mam kilka sztuk Fortuny i Fatum, w tym cztery na papierze oraz kilka kolejnych na e-papierze. Wszystko to razem złożyło się na fakt, że sięgnęłam po biografię niemieckiego „papieża literatury”, niepodważalnie bardzo opiniotwórczego w światku literackim celebryty, pochodzenia polskiego, zmarłego w 2013 roku.

Marcel Reich-Ranicki u schyłku długiego życia

Szczerze mówiąc dotąd nie rozumiałam, dlaczego tak znacząca dla kultury europejskiej postać, Polak z pochodzenia, jest u nas pomijany milczeniem. Teraz już wiem. Marceli Reich pracował po wojnie, jako dwudziestokilkulatek, w Ministerstwie Bezpieczeństwa Państwowego, a także w komunistycznym wywiadzie. Jako cenzor listów, jako rewindykator mienia polskiego z Niemiec, jako pracownik tajnych służb polskich na Zachodzie. Oficjalnie doszedł do stanowiska konsula polskiego w Londynie. Na bardzo krótko,kilka miesięcy zaledwie, bo został w ramach wewnętrznych czystek zwolniony z pracy, potem z partii, aresztowany na dwa tygodnie, w końcu pozbawiony możliwości oficjalnego zatrudnienia i druku. Wszystko to jednak działo się ‘między swoimi’. Zarzuty dotyczyły nielojalności wobec władz komunistycznych w Polsce. Reich, a od końca lat 40. Marceli Reich-Ranicki, przez kolejne kilka lat składał do PZPR zażalenia na tak złe traktowanie. Czuł się obywatelem wiernym linii partii.

Czyli mamy tu do czynienia z kimś, czyje postępowanie nie było nieskalane. Oj, nie. Problem polega na tym, że tak się przedstawiał przez lata Reich-Ranicki w Niemczech, dokąd uciekł z rodziną  z Polski w 1958 roku. Fałsz tej sytuacji polega na tym, że swoją reputację niezależnego krytyka literatury - i literatów – zbudował na fałszywym fundamencie. Słynął z ogromnej zasadniczości i ferowania bezlitosnych wyroków, operując podobno tylko na krańcach skali wartości: wszystko było albo dobre albo niedobre, albo czarne albo białe. Żadnych szarości. Żadnej wyrozumiałości.


Kiedy jednak w latach 90. otwarto polskie archiwa, znaleźli się Niemcy, jak np. autor niniejszej książki Gerhard Gnauck, znający polski i rozumiejący złożoność losów Polaków, Żydów i Niemców w czasie i tuż po II wojnie światowej, którzy postanowili zweryfikować legendę, którą zbudował Reich-Ranicki. Myślę, że takie stwierdzenia jak „ O tym, kto należy do literatury niemieckiej, ja decyduję.” wręcz zachęcały postronnych do próby przekłucia tego megalomańskiego balonu. Jedną z takich prac o charakterze niemal śledztwa dziennikarskiego, ale z wykorzystaniem warsztatu historyka jest właśnie książka Gnaucka, Wydana w 2009 roku równocześnie w Polsce i Niemczech, co było chyba wielkim sukcesem wydawnictwa W.A.B. Pamiętajmy, że Reich-Ranicki jeszcze wtedy żył. I wierzcie mi, nie ucieszył się z tego, że ludzie grzebią w jego życiorysie.

Kilka razy „zmiażdżył” autorów, którzy odważyli się przypomnieć mu, że pracował dla znienawidzonego przez Polaków Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. W Polsce otacza się pogardą ludzi, którzy mają na koncie pisanie donosów na kolegów z pracy. Zresztą sam Ranicki wcześniej nie raz nie wahał się atakować innych o takich właśnie życiorysach. Brzydko.

Kiedy więc w latach 90. zaczęto odsłaniać dotychczas ukryte fakty, jak wspomniałam, bardzo nie spodobało się to zainteresowanemu. Na przyklad, kiedy wypomniano mu, że dopisał sobie dwa lata studiów w Berlinie...  A tymczasem Reich był genialnym samoukiem, bez najkrótszych nawet studiów. Przykladem 'człowieka oczytanego", w którego istnienie się obecnie wątpi, niemal jak w istnienie yeti :) Trochę podkolorował ‘prześladowania ideologiczne’, jakim poddała go w Polsce PZPR w latach 50.  W rzeczywistości i on i żona mieli cały czas możliwość zarobkowania, 58-metrowe mieszkanie na Ochocie, nawet możliwość wyjazdów za granicę. Oczywiście po luksusowym życiu w roli konsula RP w Londynie, była to duża zmiana.

Na placówce

A Reich-Ranicki mierzył zawsze bardzo wysoko. To, co było jego największą zaletą, która pozwoliła mu osiągnąć kolosalny sukces (12 lat programu o literaturze w telewizji, ferowanie wyroków na książki), czyli ogromna pewność  siebie, wręcz arogancja, była też - jak często to bywa - największą jego wadą.

Naprawdę podziwiam ten rys jego charakteru, który nie pozwalał mu nigdy stawiać siebie w roli ofiary. Nigdy nie chciał być tak przedstawiany. Nawet, wyrzucenie go z pracy przedstawiał falszywie jako swoją własną decyzję. Zawsze chciał panować na sytuacją.  Mieć kontrolę. Wpływać na swój los.

A w jego przypadku świat mu nie ułatwiał zadania...

Trzeba sobie bowiem przypomnieć, że był polskim Żydem, urodzonym z matki Niemki w 1920 roku. Jako gimnazjalista trafił do rodziny matki w Berlinie. Bardzo dla mnie ciekawy jest fakt, że Reich należał do 20-tysięcznej grupy Żydów, obywateli Polski, którzy w październiku 1938 roku zostali zabrani, tak jak stali, ze swoich domów w Niemczech i odtransportowani do granicy z Polską w okolicy Zbąszynia. Marceli Reich zdołał zabrać teczkę z chusteczką do nosa i… powieścią Balzaca. Może kojarzycie to zdarzenie? Pisałam niedawno o Nocy Kryształowej w Niemczech... Była ona pośrednią konsekwencją tego właśnie zdarzenia w Zbąszyniu.

Herszel Grynszpan - wróg III Rzeszy

Noc Kryształowa nagłośniona została przez propagandę Hitlera jako odwet za zastrzelenie urzędnika ambasady niemieckiej w Paryżu dokonane przez Herszela Grynszpana, młodego chłopaczka, którego rodzina znalazła się takiej samej sytuacji, co Reich. Młody Grynszpan uznał, że jego rodzina doznała takich prześladowań podczas deportacji, okradziono ją z majątku, upokorzono przetrzymywaniem w stajniach na granicy Polski, że trzeba ją pomścić. Poszedł w eleganckim płaszczu i zastrzelił przypadkowego urzędnika niemieckiego. Sam potem zginął. Ale najważniejsze, że następnego dnia po zamachu Grynszpana, w tzw. 'sprawiedliwym odwecie' -  9 listopada 1938 roku Niemcy zniszczyli wszystkie synagogi w Niemczech i aresztowali 30 tysięcy Żydow.

Marceli Reich, obywatel polski, mieszkaniec Niemiec

A tymczasem co zrobił wysadzony z wagonu z rozhisteryzowanym tłumem 18-letni Marceli Reich? Podszedł do policjanta, skorzystał, że wciąż nieźle mówił po polsku, zapytał, czy może stąd wyjść. Wtedy jeszcze kordon nie był zamknięty. Musiał mieć jednak na bilet kolejowy. Zadzwonił ze stacji do rodziny, przesłali mu telegraficznie pieniądze i następnego dnia był już w Warszawie…

Bo Marceli Reich-Ranicki nigdy nie panikował. Miał zimną krew. Chciał żyć. Czytać, pisać i chodzić do filharmonii. I oprócz okresu, kiedy siedział pod podłogą w kryjówce po ucieczce z getta, tak właśnie robił. Nawet w getcie, choć było tam 300 tysięcy Żydów, to on miał tyle siły przebicia, że dostał zatrudnienie jako tłumacz niemieckiego w Judenracie. Mieszkał długo w najlepszej lokalizacji w getcie - na Chłodnej róg Żelaznej, gdzie urządzał wieczorki melomana. Nawet zrecenzował kilka koncertów orkiestr występujących na domowych koncertach w początkowym okresie istnienia getta. 

Już wtedy był bardzo wymagającym, surowym i bezwzględnym krytykiem. W swojej biografii napisał, że nie powinien być tak surowy... No, ja myślę. Jednak to był cały on. Był wybitnie inteligentny i wiedział to. Miał niesamowitą łatwość oceniania innych i formułowania ostrych sądów. Był przenikliwy i niezawisły. I uważał, że należy mu się sukces, że zawsze ma rację.

Władysław Bartoszewski ujął tę ambiwalencję w jednym zdaniu: „Był genialnym karierowiczem.” Rzeczywiście był genialny i bardzo silny mentalnie. I potrafil ustawić się w każdej sytuacji. Empatia nie była chyba jego mocną stroną.

Początek lat 50. XX wieku

Wracając do jakże ciekawej biografii Reicha-Ranickiego. Gnauck nazywa swoją pracę próbą portretu, zaledwie szkicem, niemniej jest ona pełna perełek, które już zawsze będą przedrukowywane. Np. bezcenne są rozmowy z mocno starszą już córką państwa Gawinów, u których ukrywali się Marceli z przyszłą żoną Teofilą, też Żydówką. To był cud, że nikt ich nie wydał przez prawie 2 lata. Głodowali, bo wiadomo było, że brakowało pieniędzy, ale też dlatego, że  nie można było robić nadmiernie dużych zakupów – choćby chleba, żeby nie ściągnąć na rodzinę podejrzeń. W owym czasie, jak wiadomo z doskonałych opracowań Centrum Zagłady Żydów, najczęściej denuncjowali sąsiedzi sąsiadów i to na tej podstawie, że ktoś zaczął kupować gazetę, a sam nie przedtem nie czytał, albo przynosił do domu więcej wiader wody, albo za często wynosiło się z domu nieczystości do szamba… Tak, sąsiedzi byli uważni w tamtych czasach…

Równie interesujące są historie ze środka Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Naprawdę, nie dziwię się, że w Polsce są rzesze młodych historyków, którzy doktoryzują się na podstawie donosów zarchiwizowanych w IPN. To jest lektura – szmirowata niesamowicie – ale wciągająca jak serial telewizyjny. Oczywiście wymagająca – obowiązkowo - szerszego oglądu rzeczywistości.

I tak jest też z życiorysem Marcelego Reich–Ranickiego, który do końca życia rozmawiał po polsku z żoną i urodzonym w Polsce synem Andrzejem (obecnie Andrew). Ale za Polaka się pod koniec życia nie uważał. Zdecydował, że jego ojczyzną będzie literatura niemiecka. Czy nam się to podoba, czy nie.

___________________________ 
Z półki


środa, 15 października 2014

Stanisław Lem 'Dylematy'

Stanisław Lem Dylematy
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003

Ziór krótkich felietonów Lema z przełomu XX i XXI wieku. Dla fanów Lema jako człowieka i jako autora.

Była to już końcówka życia tego niezwykłego człowieka. Lem zmarł, jak pamiętamy, w 2006 roku, mocno już schorowany. I tak mi się czyta ten zbiór tekstów. Jako pożegnanie. Jako jeszcze jedną próbę ogarnięcia rzeczywistości. Jako szarpaninę z natłokiem informacji i przemyśleń. Jako pewnego rodzaju poddanie się, ale niepogodzenie z tym, że świat jest taki, jaki jest.

Nie wiem dlaczego, ale jestem z reguły zwiastunem raczej niedobrych wieści. 

I rzeczywiście Dylematy to w sumie zbiór zapowiedzi katastrof kulturowych, politycznych, militarnych, społecznych, medycznych i wszelkich innych.


Żyjemy na początku trzeciego tysiąclecia, tak ponurym, że skłania mnie to do kilku refleksji, przytłaczających wiarę w możliwość wykształcenia w człowieku cnót zgodnych z elementarnym kanonem moralności. 

Przyjrzyjmy się temu zdaniu. Stanowi ono podstawowy przekaz Dylematów. Napisane jest w typowym dla niego stylu: Ponury czas… Refleksja… Problem z wiarą w przyszłość człowieka… Próba kształcenia… Cnoty… Elementarny kanon… Moralność…

To są dylematy Lema. Umówmy się, kto tak dzisiaj pisze? Kto o tym dzisiaj rozmyśla? Moralność? Kanon? Cnoty? Tylko człowiek z zeszłego wieku może wierzyć, że jego ‘święte oburzenie’, rozważania i analizy, wreszcie zaangażowany apel zdołają choć trochę zmienić świat…
I właśnie dlatego przeczytałam Dylematy Lema, utwierdzając się w przekonaniu, że przynajmniej dopóki on żył (do 2006) był na tej planecie ktoś, kto myślał podobnie do mnie J Z tego punktu widzenia niewątpliwie sama jestem człowiekiem zeszłego wieku…


Lem był genialnym samoukiem. Urodził się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Przeżył wojnę – pamiętajmy, że to cud samym w sobie, bo żydowskie pochodzenie jego rodziny nie było tajemnicą we Lwowie. Nie zdobył formalnego wykształcenia, próbował jednak aspirować do bycia naukowcem. Predysponowały go do tego głód wiedzy, pracowitość i śmiałość pomysłów. Jego młodzieńczą pracę o mózgu poddano jednak miażdżącej krytyce. Wtedy też jego przyszły mentor dr Mieczysław Choynowski zachęcił go do samodzielnej nauki z wykorzystaniem prenumeraty czasopism naukowych: angielskich, amerykańskich, niemieckich i rosyjskich. Regularne ich czytanie oraz gromadzenie stało się odtąd drugą naturą Lema, jego esencją . 
Musiał zarabiać na życie i zaczął pisać. Wybrał gatunek, w którym w Polsce mało się dotąd pisało i wydawało, gatunek bezpieczny, bo daleki od rzeczywistości realizmu socjalistycznego – science fiction. Po kilkudziesięciu latach zarzucono mu eskapizm, ale ja myślę, że to był podszept zdrowego rozsądku oraz gorąca potrzeba wyżycia się jego bujnej, kosmicznej wyobraźni.

Dylematy są tak bardzo staroświeckie w wyrazie także dlatego, że jest to zestaw relacji z lektur, dygresji o tym, co Lem przeczytał oraz szczególnie kąśliwe relacje z tego, co zobaczył w telewizji.
Lem nie nauczył się nigdy korzystać z komputera, jego kontakt z Internetem miał charakter pojedynczej wizyty. To nie był jego świat. Jak powiedział w 1996 r.: Znacznie mniej boję się  antymaterii niż Internetu.


Bo też świat Lema to były rozważania o naturze ludzkiej, okrutnej i dzikiej, skłonnej do agresji i totalitaryzmu. Kiedy pokazywał Obcego, to po to, żeby mimowolnie jeszcze wyraźniej pokazać niedoskonałość człowieka, niedoskonałość jego fizyczności i jego naturalnych skłonności. Lem bez wątpliwości zawsze  był racjonalistą i pesymistą. Pod koniec życia wręcz mizantropem. Niezdolnym do pisania optymistycznych zakończeń. W omawianych tu felietonach jest dowcipny i złośliwy w staroświecki sposób – nawet wtedy gdy np. bardzo pragnie być dosadny - nie jest w stanie przestać być człowiekiem  kulturalnym. To człowiek starej daty.

Ale w ocenie wielu sytuacji trudno się z nim nie zgodzić. Może nazywa rzeczy zbytnio po imieniu, ale przecież taki był zawsze. Samotny jeździec Apokalipsy. Nigdy nie liczył się z opiniami innych i robił swoje.

Niejednokrotnie bywałem w późniejszej fazie mojego pisarstwa oskarżany o czarnowidztwo, nigdy jednak nie sądziłem, że będą mi się na usta cisnąć słowa: ludzkość jest olbrzymim stadem bezustannie rozmnażających się łysych małp, za opatrzonych w brzytwy wynalezione przez ich bystrzejszych krewnych.


Mierzi go fałsz polityków. Pierwszy felieton w zbiorze Dylematy jest o tym, że nie wiadomo, czego można spodziewać się po Putinie (wtedy wybranym na prezydenta Rosji po raz pierwszy), że jest ‘zaszyfrowany’, niepokojący. Po latach już nieco lepiej rozszyfrowaliśmy Putina… W telewizji ogląda się już gorsze rzeczy niż wyśmiewany przez niego Big Brother. Potwierdziła się jego opinia, że nie bomba atomowa, lecz walizka z mikrobami stanowi prawdziwe zagrożenie dla świata zachodniego. Jest o klonowaniu, nanotechnologii, człowieku przyszłości, ale także o biologii zjawisk religijnych, itd.
Globalizacja, komercjalizacja, tandeta popkultury, postmodernizm, w tym szczególnie fascynacja turpizmem, cielesnością. [I tu ciekawa rzecz. Lem pokazuje się jako człowiek przywiązany do sztuki klasycznej, ale sam przecież nie stronił od eksperymentów literackich, i to czysto postmodernistycznych. I tak np. pisząc recenzje nieistniejących książek (Doskonała próżnia 1971) i wstępy do nieistniejących dzieł (Wielkość urojona 1973) pozwalał sobie na harce wyobraźni i estetykę, których teraz by innym chyba zabronił.]

Dla fanów jego prozy sf interesujące będzie autorskie podsumowanie  trafionych prognoz wraz ze wskazaniem tytułów, gdzie się pojawiają dane pojęcia i koncepty, takie jak np. wirtualna rzeczywistość. Oraz teksty o filmowych adaptacjach Solaris czy Niezwyciężonego (niezrealizowana).

Zainteresowania Lema są niezwykle szerokie jak na człowieka o wysokim IQ przystało. Jego aspiracje, żeby wyrobić sobie zdanie we wszystkich możliwych sprawach jest po prostu… porażające i znowu niedzisiejsze. Dziś każdy nastolatek wie, że świat jest nie do ogarnięcia. I z góry się poddaje… Rezygnując często z porządnego ‘ogarnięcia’ choćby jednej dziedziny i osiągnięcia pewnej, może i niepełnej, ale jednak w miarę wszechstronnej wiedzy o pozostałych. Lem się nie poddawał, walczył do końca, żeby być na bieżąco.

Na koniec trzeba jednak wyraźnie powiedzieć i ostrzec czytelników, że opis świata Lema jest bez wątpienia naznaczony depresją i niemożnością dostrzeżenia pozytywnych stron rzeczywistości. Lem nie widzi światełka w tunelu.

Nie jestem pewien, czy udało mi się już dotknąć głównych czynników sprawczych owej marności naszego czasu, w której byle jaka pospolitość staje się żyzną glebą dla wzrostu plugawej agresji.
_______________________
 Z półki
LEMORIADA

wtorek, 16 września 2014

'Myśl to forma odczuwania' Susan Sontag

Myśl to forma odczuwania
Susan Sontag w rozmowie z Jonathanem Cottem
Tłum. Dariusz Żukowski
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2014

Cieszę się, że przeczytałam ten wywiad zrobiony w 1978 dla magazynu Rolling Stone. Osobiście dopiero poznaję twórczość Sontag. Poza fragmentami eseju O fotografii nie czytałam jeszcze nic więcej. Okazuje się, że mitologizowałam ją, pewnie jak wielu. Błyskotliwa myślicielka, pisarka i reżyser, piękna kobieta z pasmem siwizny na czole, niezależny człowiek, biseksualna postać, buntownicza hippiska, jedna z pierwszych poważnych pisarek zagarniętych przez świat pop-celebrytów.

W książce toczy swobodną, absolutnie bezpretencjonalną rozmowę z zaledwie o 10 lat od siebie młodszym, ale jednak swoim byłym studentem,

Co mnie zaskoczyło: prostota stylu wypowiedzi, wielka racjonalność, bardzo krytyczny umysł, umiejętność formułowania przeciwnych poglądów bez zbędnego uderzania w rozmówcę, absolutny brak ironii, powaga, intelektualizm, silne nacechowanie moralnością, powinnością wobec innych przy bezwzględnej wierności swojej drodze i przyzwoleniu na bycie innym.

Sontag jest jednocześnie nieśmiała i preferująca tradycyjne rozwiązania oraz odważna i wybierająca bycie na marginesie. Prowincjonalna i wielkoświatowa. Kobieca i męska. Prosta i skomplikowana.

Czuję duże powinowactwo do tej kobiety. Uwielbiam jej przenikliwość, to że potrzebuje licznych bodźców „konceptualnych” doświadczania transcendencji, duchowości. Podkreśla, że w dobie banalizacji przeżyć, ich konsumpcji (w 1978 roku!), potrzebuje - jak tlenu - kontaktu ze sztuką, i nie zadowala jej w sztuce wrażliwość mieszczańska – potrzebuje i szuka rzeczy eksperymentalnych, jest otwarta na nowe style i estetyki. Wzrusza mnie to że, jak pisze,  'Przywykła do tego, że różne rzeczy robisama, bo nie może ich z nikim dzielić.' Pisze też : 'Myślę, że nie sposób nie odczuwać siebie jako istoty, która jest gdzieś uwięziona.' Że sama w ogóle nie ma poczucia zakorzenienia gdziekolwiek. Ma potrzebę ciągłych zmian i lubi żyć w dwóch miejscach na raz. Pisząc, analizuje różne ważne dla niej sprawy i w momencie przelania ich na papier traci dla nich zainteresowanie. Kiedy już coś wie, rozumie albo umie, porzuca to. To ostatnie dziwaczne zjawisko 'nieodcinania kuponów' jest mi szczególnie bliskie.

Sontag przyznaje się do wiary w swoja intuicję, ale postrzega ją jako rodzaj myślenia i odwrotnie. Jak mówi tytuł: 'Myśl to dla niej forma odczuwania.' Zresztą w naszych czasach głośno mówi się już, że to co od wieków nazywano intuicją (intuicyjnie wiedziałem, co zrobić, intuicja powiedziała mi, że to jest dzieło sztuki, dobry wybór, właściwy człowiek) to po prostu myślenie heurystyczne, znaczne szybsze niż algorytmiczne podejmowanie decyzji i że intuicja wynika  po prostu z osobniczego doświadczenia.

Wielu na pewno zaciekawi ta część rozmowy, która dotyczy jej doświadczenia choroby nowotworowej i napisanej na tej kanwie Choroby jako metafory. 


Pisze: 'Wszystko, co mi się przydarza, daje okazję do rozmyślań.' Ach, ta wolność rozmyślania! O, tak! 

Inni nie zawiodą się, lecz raczej zdziwią, czytając jej deklaracje dotyczące feminizmu, mizoginizmu czy różnych kwestii seksualnych. Wspomina małżeństwo, szczęście bycia matką, syna, poźniejsze związki z kobietami. O wszystkim tym rozmawia z J.C. swobodnie, żwawo, bezpruderyjnie i szczerze.

Susan Sontag z synem Davidem Rieffem w latach 60.

Świetny jest też cały ustęp o jej lekturach. Mała Susan zaczęła czytać w wieku 3 lat! Do 12 roku życia miała przeczytanych klasyków łącznie z Dostojewskim i Kafką. Czytała jedną książkę dziennie. Ksiązka do końca była dla niej tym, czym dla innych telewizja - "wehikułem, który przenosił ją gdzieś indziej". 

'- Książka, po której zapragnęlam zostać pisarką, to Martin Eden Jacka Londona - na końcu jest samobójstwo!'
- A jaka książka (...) najbardziej Cie podekscytowała?
- Biografia Marii Curie napisana przez jej córkę Ewę. Miałam bodaj siedem lat, kiedy ją przeczytałam.

Podoba mi się to wszystko bardzo. A najbardziej 'czystość' w sposobie myślenia Sontag.

Susan Sontag (1933-2004)


niedziela, 25 maja 2014

Karel Ćapek "Księga apokryfów" a Magnesia Litera


Trochę mi głupio, ale dopiero w piątek dowiedziałam się, jak się nazywa najznamienitsza nagroda literacka w Czechach (odpowiednik naszej NIKE): MAGNESIA LITERA.  I to dzięki butelce wody. No, i dzięki czeskiemu wydawnictwu GRAFAG. A także dzięki temu, że mam wnuczkę, dla której kupiłam  na stoisku GRAFAGu książkę i pacynkę Krecika. 

Teraz postanowiłam wziąć udział w konkursie promującym tę nagrodę i literaturę czeską w Polsce. Oraz oczywicie całkiem przyzwoitą wodę z magnezem z Karlowych Warów (tak się to chyba odmienia?)

Mój ulubiony bohater lieteratury czeskiej? Na pewno nie Szwejk. Napisałabym - Mariusz Szczygieł, ale on jest prawdziwy :)

Zdecydowałam się wybrać ktoregoś z bohaterów Karela Ćapka, który jest moim ulubieńcem od lat młodzieńczych. A że nie pamiętam już dokładnie bohaterów genialnego Krakatita,  profetycznej Księgi jaszczurów czy RUR, w którym wymyślił robota, sięgnęłam po te rzezy, które mam w domu. Są to: trylogia Hordubal, Meteor, Zwyczajne życie i Księga apokryfów.






Księga apokryfów to zbiór króciutkich opowiadań pisanych w latach 20. i 30. XX wieku (Ćapek zmarł na zapalenie płuc w 1938). Coś  w rodzaju ćwiczeń z wyobraźni. Alternatywnych słynnych historii. Inna wersja Hamleta, Króla Leara, listu Aleksandra Wielkiego do Arystotelesa, mitu Prometeusza, dialogu Annasza i Kajfasza... Np. u Ćapka Archimedes nie ginie, broniąc rysunków matematycznych narysowanych na piasku. Ginie, gdyż nie zgadza się przystać do zwolenników nowej rzymskiej władzy w Syrakuzach. Ginie nie dlatego, że jest odklejonym od rzeczywistości, szalonym naukowcem, lecz dlatego, że swoją logiką i roztropnością ośmiesza sposób myślenia oficera rzymskiego, nawykłego do stosowania przemocy wobec nieposłusznych.

Jednak najwięcej jest tu historii okołojezusowych i są one niezwykle inpspirujące. 

Mówi się, że Ćapek prezentował typowo czeski humor. Chyba raczej ironię opartą na przekonaniu o bezbrzeżnej głupocie ludzkiej, małości i egoizmie. Nie jest to krzyk rozpaczy, że świat jest taki jaki jest. Jest to raczej łagodne pogodzenie się z tym, że mali nieuchronnie ciągną dużych w dół.

Kontakt z jego prozą to jak kontakt ze świeżym powietrzem. Ten człowiek miał talent do kreowania historii i pisania dialogów. I był mądry. I zabawny.

Mam nadzieję na dalsze lektury dzieł Ćapka, może trochę powtórek (Krakatit) i przeczytanie jego biografii.


Jego bibliografia po polsku (za Wikipedią):

Dzieła w polskich przekładach


Grób Karela Čapka na cmentarzu wyszehradzkim w Pradze
  • Fabryka Absolutu - tłum. Paweł Hulka-Laskowski, Wydawnictwo "Mewa" Katowice 1947
  • Księga apokryfów – tłum. Helena Gruszczyńska-Dębska, Wydawnictwo Zachodnie, 1948
  • Meteor – tłum. Paweł Hulka-Laskowski, Wiedza, Warszawa 1948
  • Hordubal – tłum. Paweł Hulka-Laskowski, Wiedza, Warszawa 1948
  • Zwyczajne życie – tłum. Paweł Hulka-Laskowski, Wiedza, Warszawa 1948
  • Bajka o dobrym listonoszu – tłum. Maria Kann, Nasza Księgarnia, Warszawa 1952
  • Inwazja jaszczurów – tłum. Jadwiga Bułakowska, Wydawnictwo Zachodnie i Morskie, Poznań,1949
  • Listy z Anglii – tłum. Emilia Witwicka, PIW, Warszawa 1957
  • Osiem twarzy mistrza Foltyna – tłum. Emilia Witwicka, PIW, Warszawa 1959
  • Opowieści z różnych kieszeni – tłum. Maria Erhardtowa i Zdzisław Hierowski, PIW, Warszawa 1959
  • Krakatit – tłum. Emilia Witwicka, Śląsk, Katowice 1974
  • Bajki i przypowiastki – tłum. Anna Jolanta Bluszcz, Śląsk, Katowice 1983 ISBN 83-216-0332-7
  • Rok ogrodnika – tłum. Halina Janaszek-Ivaničková, Iskry, Warszawa 1986 ISBN 83-207-0357-3
  • Daszeńka czyli Żywot szczeniaka – tłum. Jadwiga Bułakowska, Nasza Księgarnia 1989 ISBN 978-83-10-09308-0
  • Listy z podróży - tłum. Piotr Godlewski, WAB 2011, ISBN 978-83-7414-931-0
  • Sprawa Makropulos - tłum. Jan Gondowicz, Axis Mundi 2013, ISBN 978-83-61432-52-4


___________________________
 Z półki


sobota, 3 maja 2014

Samotność. Powrót do jaźni

Anthony Storr Samotność. Powrót do jaźni

"Trzeba sobie zachować jakiś zakamarek, wyłącznie nasz, zupełnie wolny, w ktorym byśmy pomieścili prawdziwą swobodę i uczynili zeń najmilszą naszą samotnię i ustroń."

Michel de Montaigne

Komputer, aktualizując się, usunął mi tekst, jaki chwilę wcześniej napisałam o książce Anthony’ego Storra…W tamtym tekściku  skupiłam się na drodze, która mnie doprowadziła do tej lektury: od Joanny Bator „Japońskiego wachlarza” o niezwykle twórczej samotności obcej „ganji” w Japonii z okresu jej pierwszej podróży do Japonii. Podroży, która uczyniła z niej pisarkę. Poprzez sięgnięcie po japońską powieść „Fruwająca dusza” – bezkompromisowy odlot wyobraźni, który był jak tchnienie wolności. Aż po znalezienie na półce z Serią z Wagą - „Samotności” Storra. Punktem wspólnym tych lektur było dotykanie samotności właśnie.

Książka A. Storra (wyd. oryg. 1988)- psychiatry, psychoterapeuty, erudyty, pisarza zmarlego w 2001 - jest przeklarownym i wciągającym wykładem na temat tego, że homo sapiens wbrew pozorom potrzebuje równie mocno samotności, jak i więzi z innymi. Choć obecnie zarówno w psychologii, psychiatrii, socjologii i innych naukach społecznych na plan pierwszy wysuwa się myślenie o homo sapiens jako istocie wyłącznie społecznej.Samotność jest często niemile widziana, przedstawiana jako nienaturalny stan. Świat dopatruje się patologii, jeśli osobnik naszego gatunku żywi niechęć lub zwyczajnie nie stawia na pierwszym miejscu relacji z innymi osobnikami swojego gatunku. Pragnienie osiągnięcia „sukcesu” w relacjach międzyludzkich stało się fetyszem naszych czasów. Przypisuje się nam możliwość osiągania sczęścia wyłącznie w relacji do innych. Niechętnie przyznajemy, że są i tacy, którzy czerpią pełną satysfakcję np. z sukcesów pracy czy z twórczości. Wydaje nam się to chorobliwe, niezdrowe. 

Anthony Storr
Tu mamy książkę skierowaną do tych wszystkich, którzy dostrzegają, że z przebywania w ciszy i samotności może płynąć także coś cennego. Choć autor nie ukrywa ciemnych stron, do których może doprowadzić izolacja człowieka, szczególnie przymusowa. Sceny z więzień brytyjskich, w których przebywali bojownicy z IRA w kapturach, trzymani w przymusowych pozach (powtórzona - jak świetnie wiemy - w wersji "ulepszonej" w Guantamano prze USA) oraz przytoczenie nieodwracalnych uszkodzeń osobowości u torturowanych w ten sposób ludzi sprawia, że już nie wiem, czy to kontakt z ludźmi jest zabójczy czy jednak jego brak...

O tym napisałam przed pół godziną. Ale to już przeszłość. Książka jest inspirująca na więcej sposobów...

Teraz napisałabym głównie o wspaniałych chwilach samotności, czyli bycia samej ze sobą. Przyszły mi one do głowy po zachętach Storra. To chwile, jakich doświadczyłam w dzieciństwie, siedząc nad książką. Teraz myśl, jak twórcze były to chwile, jak budujące dla dziewczynki, której codzienność była chaosem licznej i biednej rodziny. Były to chwile, kiedy byłam NAJBARDZIEJ SOBĄ. Tego typu doświadczenie jest bardzo pożądane i budujące. Dla dzieci, ale i dla dorosłych. O co chodzi? Zgrabnie ujął to jeden z samotników cytowanych przez Storra:

„…poczucie wolności wewnętrznej, przebywania w samotności, mierzenia się z tym co ostateczne, a nie z rachunkiem bankowym…”

Więc tak sobie teraz myślę o dzieciach, które w wyniku nadopiekuńczości rodziców mają zorganizowane każde 5 minut swojego dzieciństwa. A te momenty, kiedy wreszcie mogłyby być same, poświęcają na pseudokontakt z rówieśnikami via komórka albo Internet, albo jedno i drugie. To ciągłe życie w ruchu, przypomina mi jałowy bieg. 

Książka jest przeciekawa. Gromadzi - jak wspomniałam - przykłady zarówno zabójczej, jak i cudotwórczej samotności. Mówi o jej możliwych konsekwencjach dla jednostki, a w rezultacie dla planety Ziemia. No, bo weźmy choćby konsekwencje czterdziestodniowej samotności na pustyni Jezusa z Nazaretu, wieloletniej samotnej medytacji Buddy, czy zaledwie dziewięciomiesięcznego pobytu w więzieniu Adolfa Hitlera, w czasie którego ten niedorobiony kapral zaczął dyktować Rudofowi Hessowi „Mein Kampf”.

Znajdziecie tu także inspirujące historie kompozytorów i innych arystów, którzy potrafili osiągać stany "wyodrębnienia" z tłumu i tworzyć. Także nietypowe spojrzenie na przeżywanie żałoby i depresję.  Myslę, ze każdego zaciekawią różnice pomiędzy przeżywaniem samotności przez ekstra- i introwertykow i w ogóle różnice indywidualne w zapotrzebowaniu na bycie samemu.

Książka Storra jest zachętą do korzystania z przebywania w samotności dla samorozwoju. Korzystania z ludzkiej zdolności do przebywania w pojedynkę. Pochwała samotności w tysiącu przykładach. Zwolnienie z przymusu bycia ciągle „w kontakcie”, na rzecz bycia kontakcie ze sobą i ze swoim ja.

PS.Tą lekturą kończę zaliczanie Serii z Wagą wydawnictwa W.A.B. Redaktorem prowadzącym serię jest Adam Pluszka. Koncepcję graficzną serii opracował Maciej Sadowski. Jej wyróżnikiem jest wykorzystanie na okładkach reprodukcji malarskich - malarstwa najczęściej symbolicznego, niejednoznacznego o doskonale dobranym charakterze egzystencjalnym i wysmakowanej kolorystyce. Lub zdjęć archiwalnych dodających okładce mocy i wiarygodności. "Samotność" została opatrzona fragmentem malowidla Francisco Goi "Perro semihundido".
___________________
Czytamy serie wydawnicze...
Z półki



czwartek, 1 maja 2014

"Żyjąc, tracimy życie" Maria Janion

Maria Janion Żyjąc, tracimy życie. Niepokojące tematy egzystencji

Książka Marii Janion wydana została po raz pierwszy w 2001 r. w Serii z Wagą W.A.B. Zawiera ponad dwadzieścia krótszych i dłuższych esejów na temat paradoksów ludzkiego istnienia. Obracają się one wokół takichtreści jak życie, śmierć, miłość, erotyzm, seks, cierpienie, przeznaczenie. Śmierć jest oczywiście analizowana szczególnie wnikliwie i wielostronnie. Jak wiadomo to ona nadaje życiu sens. Ale żyjąc, nie robimy nic innego niż skracamy sobie życie. Tę myśl profesor Janion rozwija nawiązując do dziewiętnastowiecznego „Jaszczura” Balzaca. Tekstu o  kimś, kto zaprzedał swoją duszę (?) w zamian za spełnianie każdego marzenia. Koszt? Za każdym razem jego życie się skróci, co symbolizuje kurczenie się skóry jaszczura (?) podarowanej bohaterowi. Strasznie szkolnie to brzmi, nieprawdaż? Ale takie nie jest. Jest głębokie i wciągające.

Jest to zbiór tekstów najczęściej wygłaszanych jako wykłady, krótkich szkiców, napisanych klarownym językiem, choć, bez wątpienia, obciążonych erudycją autorki. Pani profesor swobodnie przeskakuje od mitu starożytnego o Salome do Wilde'a i filmów współczesnych. A my razem z nią. Teksty te saą pięknym przykładem czystej myśli humanistycznej, swobodnej spekulacji intelektualnej, gdzie spotyka się poezja Celana z Kafką, Kleistem, Magdaleną Tulli i Hanną Krall. Mnie, co zrozumiałe, pomaga trochę wprawa, jakiej nabrałam w czytaniu takich tekstow, studiując choćby Wiedzę o Kulturze w Instytucie Badań Literackich. Wyobrażam sobie, jaką przestrzeń do przemyśleń dawały takie wykłady studentom, a najczęściej studentkom :) Coś podobnego przeżyłam, w pewnym stopniu oczywiście, słuchając wykładów prof. Mikołejki. Niezmierzona erudycja, zasiewanie ziarna do samodzielnych przemyśleń, podziw dla wiedzy i dostrzegania powiązań pomiędzy zjawiskami, mechanizmami, pojęciami.


Ze swej strony pragnę Wam szczególnie polecić esej poświęcony Tadeuszowi Różewiczowi. Tak naprawdę był to wykład dla studentów elitarnej Szkoły Nauk Społecznych. Autorka zaczyna od wyrażenia ubolewania, że właśnie, dopiero co, jury, do którego należała, przyznało nagrodę Nike Wiesławowi Myśliwskiemu za Widnokrąg, podczas, kiedy ona widziała Tadeusza Różewicza jako zwycięzcę. (Było to jakiś czas temu, potem Różewicz został nagrodzony za utwór „Matka odchodzi”). Maria Janion poświęca mu wyklad, bo uważa, że w pojedynku o lepsze wyrażenie ludzkiej egzystencji pierwszeństwo powinno przypaść tragikowi, jakim jest Różewicz, a nie epikowi, jakim jest Myśliwski.

„Wybrano światopogląd epicki.[…] Różewicz żywi przeświadczenie, że sztuka musi uwierać, nie może uspokajać, mówi o tym, co nierozwiązywalne. Światopogląd epicki natomiast zmierza najczęściej do ukojenia sprzeczności, do rozwikłania antynomii i bywa odwrotnością światopoglądu epickiego.”

Czytając to, coraz lepiej zdawałam sobie sprawę, dlaczego czasami tak mi trudno czytać powieści, szczególnie współczesne. Często zieje od nich fałszem, są zbyt gładkie, przegadane, wydają mi się nieprawdziwe. Poezja w jednym akapicie mówi często więcej o świecie współczesnym niż wypracowane według najlepszych wzorców narracje. Choć nie chodzi tu o Myśliwskiego, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Także Janion nie ma nic przeciwko niemu, oprócz tego, że jest głęboko i żarliwie przekonana, że Różewicz lepiej wyraża niewyrażone.)


Więcej i lepiej na ten temat (jeśli Was interesują takie akademickie rozważania :) znajdziecie u Janion.


PS. Pamiętam, jak obejrzałam kiedyś reportaż o Marii Janion. Jej mieszkanie stanowiące labirynt z książek i poczucie winy, że nie wszystkie je przeczytała... Czy ona, żyjąc w ten sposób "straciła swoje życie" z sensem? Przede mną lektura jej autobiografii "Niedobre dziecię."
_________________________
 Czytamy serie wydawnicze...
Z półki

wtorek, 29 kwietnia 2014

Nie myśl, że książki znikną

Jean Claude Carriere, Umberto Eco 
Nie myśl, że książki znikną
Wywiad przeprowadził Jean-Philippe de Tonnac.

Książka, która ukazała się we Francji w 2009, a u nas już w 2010 w fantastycznej Serii z Wagą W.A.B. Sam tytuł mówi wiele. To jest tekst skierowany do takich jak ja, jak my tutaj, moli książkowych.

Słyszę więc od dwóch wspaniałych bibliofili i erudytów: Agnieszko, nie martw się. Książka jest wynalazkiem równie genialnym jak koło – nie można jej udoskonalić, wymyślić lepiej. Poprawić, tak, wymyślić lepiej, nie. Dlatego jej byt jest niezagrożony. Zaskakujące przekonanie, prawda?

Wszyscy naookoło trąbią, że nowe nośniki tekstu są o wiele doskonalsze niż papierowa, prymitywna książka. Według Eco i Carriere wręcz przeciwnie. Sprzęt elektroniczny, w tym nośniki pamięci i ich odtwarzacze zmieniają się w takim tempie, że nie stanowią realnego zagrożenia – pod warunkiem, że spojrzymy na to w odpowiednio długiej perspektywie oraz pozbędziemy się lęku o ludzkość i stan naszej kultury w ogóle. Żeby wygłosić taką tezę trzeba być niestereotypowo myślącym racjonalistą. Opierać się na głębokiej znajomości procesów kulturowych na przestrzeni dziejów. Obaj dialogujący akurat tak właśnie mają. 

Przede wszystkim jednak kochają książki. Mają przemożną skłonność do książek. Każdy z nich zgromadził potężną prywatną bibliotekę. Eco 50 tysięcy tomów, w tym półtora tysiąca inkunabułów, Carriere zaś około 40 tysięcy woluminów i około 2 tysięcy inkunabułów.

Cudowna to jest lektura dla kogoś, kto tak jak ja teraz, potrzebuje kontaktu z tekstami, które mnie zmotywują do powrotu do niebezpiecznego i jakże jałowego nawyku czytania literatury. Sprawią, że nie będę się sama potępiać za to, że jestem humanistką. Że mam nieprzeliczalne na złotówki potrzeby intelektualne, które może zaspokoić tylko kontakt z ciekawymi tekstami czy sztuką. Że potrzebuję czytać, myśleć i mówić o tym. W moim otoczeniu jest ostatnio zbyt mało osób o takim podejściu. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że dałam się zdominować myśleniu technokratycznemu, według którego swobodne interpretacje w moim wykonaniu są „zwykłymi nadinterpretacjami”…  Muszę powiedzieć, że niepotrzebnie dałam sobie odebrać przyjemność bycia sobą: czytającą i myślącą Agnieszką. Jeśli dodać do tego konieczność czytania godzinami w Internecie (potrzebna nowa, aktualna wiedza) i lekkie przeformatowanie mózgu  z tym związane oraz niezapewnione nawet minimum wolnego czasu… To mamy jedną z przyczyn mojego dwumiesięcznego rozstania z książkami.

Ale wystarczyły 3-4 dni urlopu i moje prawdziwe ja znowu nabiera kolorów! Odżyło i czyta!

Nie myśl, że książki znikną to czysta literatura „humanistyczna”, czysta i piękna rozmowa o zupełnie niepraktycznych ideach, takich jak historia głupoty, kruchość wiedzy, aktualne rozprzestrzenianie się niekompetencji i buta jej wyznawców, książki nieprzeczytane, książki zaginione, książki wymarzone, książki najgłupsze, książki groźne, aż po pierwsze lektury dziecięce autorów. Na koniec przeciekawe dla mnie osobiście rozważania o możliwych losach ich potężnych i unikatowych księgozbiorów.

Mnóstwo anegdot związanych szczególnie z błędami myślenia i głupotą ludzką, o której wiadomo, że gdyby miała skrzydła, to wszyscy fruwalibyśmy jak gołębie. Także pewien prominentny senator w USA, który oświadczył, że w jego stanie nie potrzeba uczyć dzieci języków obcych, „Skoro Jezusowi wystarczał angielski, to nam też wystarczy.”

Najciekawsze są dla mnie zawsze anegdoty dotyczące ciekawych ludzi, czy to jest znany bibliofil, który posiadł dar „sokolego oka” i wypatruje cenne, a pominięte przez wszystkich książki na półkach antykwariatów, nawet ich nie dotykając. Czy jak pewien nieznajomy, ubogi człowiek, który codziennie spędzał kilka godzin na stacji metra, czytając w cieple. Czy jak bogaty bibliofil, który zakupiwszy jeden z rzadkich egzemplarzy pierwszego wydania poematu „Guarani” (brazylijskiego „Pana Tadeusza”), po przejrzeniu go, całkowicie usatysfakcjonowany, że udało mu się go wreszcie kupić, stracił dla niego zainteresowanie i zostawił na fotelu w samolocie. Bo dla niektórych liczy się samo poszukiwanie „rara avis”, chodzi o zdobycie, a nie posiadanie… 

Umberto Eco, jeszcze w średnim wieku

To własnie Umberto Eco przypisuje się frazę: Kto czyta książki, ten żyje podwójnie.

Może ktoś z Was wie, skąd pochodzi ta fraza?

Polecam Wam posty Wiki z Literaturomanii i Zbyszka Kwiatkowskiego W zaciszu biblioteki o idei biblioteki u Umberto Eco.
______________ 
Czytamy serie wydawnicze...
Z półki