Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eseistyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eseistyka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 stycznia 2015

Historia ciała. Różne spojrzenia. Wiek XX

Historia ciała
T. 3 Różne spojrzenia. Wiek XX
Red. Jean-Jacques Courtine
 Przeł. Krystyna Belaid i Tomasz Stróżyński
Wyd. słowo / obraz terytoria, Gdańsk 2014
Wyd. oryg. 2006

Dzięki mojej córce, która robi mi tę ogromną przyjemność, że ze mną rozmawia o tym, co ją aktualnie interesuje, wciągnęłam się w temat jej pracy semestralnej nt „zapachu kobiety” i przemian w percepcji tego zjawiska. Jest to fascynujący temat. Przy tej okazji skusiłam się na niniejszą lekturę. 

Dogłębniej przeczytałam zaledwie dwa spośród trzynastu esejów (Ciało zwyczajne Pascala Ory i Ekrany. Ciało w kinie Antoine’a de Baecque), ale myślenia mam na długo.

Oczywiście część esejów dotknięta jest chorobą o nazwie "piszę, używając branżowego żargonu, bo chodzi mi o hermetyczny przekaz". Ale i tak czyta się je dużo łatwiej niż np. sylabus jakichkolwiek zajęć na kulturoznawstwie AD 2015...

Jest tu mowa o postrzeganiu ciała i poszczególnych jego atrybutów (jak zapach na przykład) w czasach, kiedy dużo się wokół niego działo. A trzeba pamiętać, że z punktu widzenia kobiecego ciała – niemal wszystko działo się w wieku XX. Przedtem ciało to było niewidzialne, służyło kobiecie do wypełniania roli służebnej mężczyźnie (łącznie z rodzeniem dzieci) lub bycia ozdobą (piękną, uznioślającą zdobyczą). Wraz z nowymi ideologiami, ruch sufrażystek przyniósł ok. 1915 pierwsze oznaki emancypacji kobiet. Jak się to ma do „zapachu kobiety”? 

Po pierwsze zapach zaczyna być w ogóle tematem! Dotąd traktowano go jako element bez wielkiego znaczenia. Po prostu w niewielkim stopniu rozumiano jego pochodzenie (nieznane były aromamolekuły zapachowe), oraz w równie niewielkim stopniu potrafiono na niego wpływać, np. poprzez kąpiel :))) Trochę lepiej było z tłumieniem zapachu poprzez użycie pachnideł..

Wraz z rozwojem myśli emancypacyjnej zmienia się (bezwiednie) myślenie o zapachu kobiety. Staje się to na początku XX wieku. Kobieta walcząca o swoje uniezależnienie od mężczyzny ścina włosy. Czyni to w 1917 r. fryzjer Antoine pod wpływem szalonej Coco Chanel. Włosy ( raczej ich białka i tłuszcz na nich) są jak wiadomo nośnikiem zapachu. Wcześniej kobiety uwalniły się z gorsetów. Zaczynają nosić lżejsze, mniej wchłaniające pot odzienie, które można łatwiej i częściej prać. Ciało staje się coraz bardziej odsłonięte, a jego zapach bardziej możliwy do korygowania czy upiększenia przez kąpiel i namaszczanie olejkami czy też właśnie odkrytymi destylatami alkoholowymi – czyli perfumami. 

Marylin, jak wiadomo, na noc wkładała tylko Chanel no 5. Popatrzcie jednak na wabik w postaci odsłoniętej pachy, co za atawizm... 

Wiek XX to wiek zarówno emancypacji społecznej, kulturowej, jak i wyzwolenia kobiet z naturalnego zapachu (zapachu samicy homo sapiens). Zapach ciała kobiety zaczyna być przedmiotem zainteresowania kultury. Tak jak inne atrybuty ciała zapach zaczyna być przedmiotem najpierw oceny, a następnie modyfikacji w zgodzie z wzorcem, a w końcu, tak jak inne atrybuty ciała,  staje się polem do kulturowej manipulacji i częstokroć represji. W XX wieku naturalny zapach kobiety staje się stopniowo tabu.

3. tom Historii ciała poświęcony jest m.in. właśnie tym i innym manipulacjom kulturowym na ciele. 

Anja Rubik - ikona androgynicznej, infantylnej, aseksualnej (?) seksualności naszych czasów
Czytając te eseje zastanawiałam się, jak to się stało, że dorobiliśmy się wzorca kobiety:

- zseksualizowanej, podniecającej bez przerwy jak we wszechobecnej pornografii, a jednocześnie androgynicznej, czyli bezpłciowej, pozbawionej drugorzędnych cech płciowych, takich jak szerokie biodra, biust czy owłosienie łonowe (które przecież ewolucyjnie przenoszą sygnały seksualne – temu służy choćby zapach zatrzymywany przez włosy);
- silnej, zdrowej i usportowionej a jednocześnie poddanej higienizacji, dezodoryzacji, eterycznej, wiotkiej jak elf czy inna Anja Rubik;
- pewnej siebie i swojej kobiecości, po prostu idealnej a jednocześnie pustej niczym wzrok modelki na wybiegu
- kobiety wyzwolonej, niezależnej i sięgającej po to, co chce (jak dotąd mężczyzni) a jednocześnie będącej towarem sprzedawanym na billboardach.

Dziwne. Trochę jakby świat żądał od nas niemożliwego, a my, stojąc nad przepaścią, z radością robiłybyśmy krok naprzód.

PS. Przypomninam, że moje wspomnienia po tej lekturze krążą wokół tematu, który mnie aktualnie zajmuje. Tymczasem tom zawiera dużo więcej tekstów i problemów, np.: trening ciała, eksterminacja ciała, deformacja, ciało wirtualne, itd.




środa, 22 października 2014

Salman Rushdie 'Ojczyzny wyobrażone'

Salman Rushdie Ojczyzny wyobrażone. Eseje i teksty krytyczne 1981-1991
Wyd. REBIS, Poznań 2013
Tłum. Ewa i Tomasz Hornowscy

Salman Rushdie to Brytyjczyk z hinduskim rodowodem mieszkający od 2000 roku w Nowym Jorku. Najsłynniejsza osoba z ciężką ptozą (opadaniem powiek), jaką znam. Ptoza to bardzo upośledzająca widzenie wada. Rushdie chcąc ratować swój wzrok, poddał się w 1999 r. operacji skrócenia mięśni dźwigaczy powiek. Inne znane osoby, które zdecydowały się na taką operację, (ze względów estetycznych) to: moja ulubienica Perfekcyjna Pani Domu, czyli Małgorzata Rozenek (rewelacyjny efekt wielkich oczu, jak u Barbi :) oraz Renee Zellweger (opłakany efekt, kobieta przestała być sobą z tymi okrąglutkimi oczętami).


Pewnie dziwicie się, czemu nie piszę o Szatańskich wersetach, tylko o takich duperelach. To przez szacunek dla Rushdiego, który o niczym innym nie marzy, tylko o tym, żeby dać mu wreszcie spokój. Zresztą możemy przeczytać o jego przeżyciach związanych z Szatańskimi wersetami w eseju Tysiąc dni w balonie. Kiedy w 1988 roku wydał swoje najsłynniejsze dzieło, skorzystał ze swojej pisarskiej wolności. Wolności pisarza do opowiadania  o wszystkim (o czymkolwiek) w każdy możliwy sposób. Rushdie jest ateistą, nie jest ani apostatą, ani heretykiem, ani obrazoburcą. Zostało mu to ‘wciśnięte’. Na końcu ksiązki pisze o tym, wyjaśniając szczegółowo intencje pisarskie, jakie mu przyświecały w dwóch najbardziej znienawidzonych rozdziałach Szatańskich wersetów.


Już choćby dlatego Ojczyzny wyobrażone warte są przeczytania. Wybór esejów ma  także za zadanie ukazać nam Salmana Rushdiego w nieco szerszym kontekście, obejmuje bowiem jego zainteresowania w okresie poprzedzającym fatwę i kilka lat po niej. On sam ujmuje to tak: Życie uczy nas, kim jesteśmy.

Tom zawiera kilkadziesiąt krótkich tekstów zebranych w 12 częściach. Pierwsze części poświęcone są  krajowi jego urodzenia – Indiom.  Potem jest trochę o zapalnych punktach na świecie (Palestyna). Widać, że Rushdie jest świetnie wykształconym, nowoczesnym człowiekiem – jak sam o sobie pisze – człowiekiem miasta, modernistą, dla którego niepewność to jedyna stała, z a zmiana to jedyny pewnik. Pozostałe części są mniej zaangażowane, mniej naznaczone polityką. Dotyczą kultury, pisarstwa i filmu. Ale mają wspólny mianownik, widoczny dla mnie szczególnie jaskrawo po niedawnej lekturze podobnych esejów J.M. Coetzeego. Są pisane z innego punktu widzenia - punktu widzenia nieanglosaskiego. Poza tym to są teksty napisane przez emigranta. Z tej tożsamości zdaje sobie świetnie sprawę sam Rushdie. Wątek wyobcowania, patrzenia na rzeczywistość z pozycji obserwatora, ciągłe powroty mentalne, porównania z  poprzednimi miejscami pobytu, niedopasowanie, często odrzucenie, niemożliwa do zapomnienia przeszłość. To są wątki, które jakby same cisnęły się Rushdiemu przed oczy, kiedy czyta takich wspaniałych autorów jak Naipaul, Chatwin, Kapuściński, Gunter Grass, Boll, Singer, Roth, Bellow. Bardzo inspirujące są jego wnikliwe analizy warsztatu pisarskiego takich tuzów  literatury jak Gabriel Garcia Marquez, Mario Vargas Llosa,  a także mniejszych nieco i całkowicie dalekich od realizmu magicznego autorów jak Jules Barnes, Kazuo Ishiguro, Italo Calvino czy Kurt Vonnegut.

Salman Rushdie w 1988, roku wydania 'Szatańskich wersetów' i pisania niniejszych esejów
Salman Rushdie podziwiał tych, którzy 'panują nad [pisarskim] materiałem'. Tych, których powieści opanowują czytelnika totalnie, nie pozwalając mu się wyrwać. Tych, którym czytelnik wierzy, że napisali to, co MUSIELI napisać. Lubi dobre tempo powieści. Ceni umiejętnie stosowaną ironię. Podziwia kreację – niezwykłość miejsca, bohatera, języka. Plastyczność metaforyki.

Jest wiarygodnym krytykiem, także dlatego, że nie lukruje. Nie znosi męczących, nużących gier słownych (jak u Eco), scen wulgarnych i poniżania kobiet przez mężczyzn (jak u Marqueza). Najbardziej chyba razi go w powieściach sztuczny koncept, realizowany na siłę, bez lekkości, bez liczenia się z czytelnikiem. Np. O Wahadle Foucault Umberto Eco pisze: Jeśli jest to droga, jaką podąża europejska powieść, to powinniśmy jak najszybciej wsiąść w autobus jadący w przeciwnym kierunku.

Dla fanów eseistyki humanistycznej i dla miłośników czytania o pisaniu.


PS. W kilku miejscach pojawia się Polska - w kontekście 1989 roku i swojej silnej, niepozwalającej o sobie zapomnieć religijności. Jestem przekonana, że Rushdie naprawdę zazdrości wierzącym i ich szanuje. Problem w tym - problem dla świata nietolerancyjnych radykałów, oczywiście - że się z żadną religią nie utożsamia.
_________________________________
 Z półki

środa, 15 października 2014

Stanisław Lem 'Dylematy'

Stanisław Lem Dylematy
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003

Ziór krótkich felietonów Lema z przełomu XX i XXI wieku. Dla fanów Lema jako człowieka i jako autora.

Była to już końcówka życia tego niezwykłego człowieka. Lem zmarł, jak pamiętamy, w 2006 roku, mocno już schorowany. I tak mi się czyta ten zbiór tekstów. Jako pożegnanie. Jako jeszcze jedną próbę ogarnięcia rzeczywistości. Jako szarpaninę z natłokiem informacji i przemyśleń. Jako pewnego rodzaju poddanie się, ale niepogodzenie z tym, że świat jest taki, jaki jest.

Nie wiem dlaczego, ale jestem z reguły zwiastunem raczej niedobrych wieści. 

I rzeczywiście Dylematy to w sumie zbiór zapowiedzi katastrof kulturowych, politycznych, militarnych, społecznych, medycznych i wszelkich innych.


Żyjemy na początku trzeciego tysiąclecia, tak ponurym, że skłania mnie to do kilku refleksji, przytłaczających wiarę w możliwość wykształcenia w człowieku cnót zgodnych z elementarnym kanonem moralności. 

Przyjrzyjmy się temu zdaniu. Stanowi ono podstawowy przekaz Dylematów. Napisane jest w typowym dla niego stylu: Ponury czas… Refleksja… Problem z wiarą w przyszłość człowieka… Próba kształcenia… Cnoty… Elementarny kanon… Moralność…

To są dylematy Lema. Umówmy się, kto tak dzisiaj pisze? Kto o tym dzisiaj rozmyśla? Moralność? Kanon? Cnoty? Tylko człowiek z zeszłego wieku może wierzyć, że jego ‘święte oburzenie’, rozważania i analizy, wreszcie zaangażowany apel zdołają choć trochę zmienić świat…
I właśnie dlatego przeczytałam Dylematy Lema, utwierdzając się w przekonaniu, że przynajmniej dopóki on żył (do 2006) był na tej planecie ktoś, kto myślał podobnie do mnie J Z tego punktu widzenia niewątpliwie sama jestem człowiekiem zeszłego wieku…


Lem był genialnym samoukiem. Urodził się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Przeżył wojnę – pamiętajmy, że to cud samym w sobie, bo żydowskie pochodzenie jego rodziny nie było tajemnicą we Lwowie. Nie zdobył formalnego wykształcenia, próbował jednak aspirować do bycia naukowcem. Predysponowały go do tego głód wiedzy, pracowitość i śmiałość pomysłów. Jego młodzieńczą pracę o mózgu poddano jednak miażdżącej krytyce. Wtedy też jego przyszły mentor dr Mieczysław Choynowski zachęcił go do samodzielnej nauki z wykorzystaniem prenumeraty czasopism naukowych: angielskich, amerykańskich, niemieckich i rosyjskich. Regularne ich czytanie oraz gromadzenie stało się odtąd drugą naturą Lema, jego esencją . 
Musiał zarabiać na życie i zaczął pisać. Wybrał gatunek, w którym w Polsce mało się dotąd pisało i wydawało, gatunek bezpieczny, bo daleki od rzeczywistości realizmu socjalistycznego – science fiction. Po kilkudziesięciu latach zarzucono mu eskapizm, ale ja myślę, że to był podszept zdrowego rozsądku oraz gorąca potrzeba wyżycia się jego bujnej, kosmicznej wyobraźni.

Dylematy są tak bardzo staroświeckie w wyrazie także dlatego, że jest to zestaw relacji z lektur, dygresji o tym, co Lem przeczytał oraz szczególnie kąśliwe relacje z tego, co zobaczył w telewizji.
Lem nie nauczył się nigdy korzystać z komputera, jego kontakt z Internetem miał charakter pojedynczej wizyty. To nie był jego świat. Jak powiedział w 1996 r.: Znacznie mniej boję się  antymaterii niż Internetu.


Bo też świat Lema to były rozważania o naturze ludzkiej, okrutnej i dzikiej, skłonnej do agresji i totalitaryzmu. Kiedy pokazywał Obcego, to po to, żeby mimowolnie jeszcze wyraźniej pokazać niedoskonałość człowieka, niedoskonałość jego fizyczności i jego naturalnych skłonności. Lem bez wątpliwości zawsze  był racjonalistą i pesymistą. Pod koniec życia wręcz mizantropem. Niezdolnym do pisania optymistycznych zakończeń. W omawianych tu felietonach jest dowcipny i złośliwy w staroświecki sposób – nawet wtedy gdy np. bardzo pragnie być dosadny - nie jest w stanie przestać być człowiekiem  kulturalnym. To człowiek starej daty.

Ale w ocenie wielu sytuacji trudno się z nim nie zgodzić. Może nazywa rzeczy zbytnio po imieniu, ale przecież taki był zawsze. Samotny jeździec Apokalipsy. Nigdy nie liczył się z opiniami innych i robił swoje.

Niejednokrotnie bywałem w późniejszej fazie mojego pisarstwa oskarżany o czarnowidztwo, nigdy jednak nie sądziłem, że będą mi się na usta cisnąć słowa: ludzkość jest olbrzymim stadem bezustannie rozmnażających się łysych małp, za opatrzonych w brzytwy wynalezione przez ich bystrzejszych krewnych.


Mierzi go fałsz polityków. Pierwszy felieton w zbiorze Dylematy jest o tym, że nie wiadomo, czego można spodziewać się po Putinie (wtedy wybranym na prezydenta Rosji po raz pierwszy), że jest ‘zaszyfrowany’, niepokojący. Po latach już nieco lepiej rozszyfrowaliśmy Putina… W telewizji ogląda się już gorsze rzeczy niż wyśmiewany przez niego Big Brother. Potwierdziła się jego opinia, że nie bomba atomowa, lecz walizka z mikrobami stanowi prawdziwe zagrożenie dla świata zachodniego. Jest o klonowaniu, nanotechnologii, człowieku przyszłości, ale także o biologii zjawisk religijnych, itd.
Globalizacja, komercjalizacja, tandeta popkultury, postmodernizm, w tym szczególnie fascynacja turpizmem, cielesnością. [I tu ciekawa rzecz. Lem pokazuje się jako człowiek przywiązany do sztuki klasycznej, ale sam przecież nie stronił od eksperymentów literackich, i to czysto postmodernistycznych. I tak np. pisząc recenzje nieistniejących książek (Doskonała próżnia 1971) i wstępy do nieistniejących dzieł (Wielkość urojona 1973) pozwalał sobie na harce wyobraźni i estetykę, których teraz by innym chyba zabronił.]

Dla fanów jego prozy sf interesujące będzie autorskie podsumowanie  trafionych prognoz wraz ze wskazaniem tytułów, gdzie się pojawiają dane pojęcia i koncepty, takie jak np. wirtualna rzeczywistość. Oraz teksty o filmowych adaptacjach Solaris czy Niezwyciężonego (niezrealizowana).

Zainteresowania Lema są niezwykle szerokie jak na człowieka o wysokim IQ przystało. Jego aspiracje, żeby wyrobić sobie zdanie we wszystkich możliwych sprawach jest po prostu… porażające i znowu niedzisiejsze. Dziś każdy nastolatek wie, że świat jest nie do ogarnięcia. I z góry się poddaje… Rezygnując często z porządnego ‘ogarnięcia’ choćby jednej dziedziny i osiągnięcia pewnej, może i niepełnej, ale jednak w miarę wszechstronnej wiedzy o pozostałych. Lem się nie poddawał, walczył do końca, żeby być na bieżąco.

Na koniec trzeba jednak wyraźnie powiedzieć i ostrzec czytelników, że opis świata Lema jest bez wątpienia naznaczony depresją i niemożnością dostrzeżenia pozytywnych stron rzeczywistości. Lem nie widzi światełka w tunelu.

Nie jestem pewien, czy udało mi się już dotknąć głównych czynników sprawczych owej marności naszego czasu, w której byle jaka pospolitość staje się żyzną glebą dla wzrostu plugawej agresji.
_______________________
 Z półki
LEMORIADA

czwartek, 22 maja 2014

Japoński wachlarz

Joanna Bator Japoński wachlarz. Powroty

seria Terra Incognita, [W.A.B], 2013

“Smacznego! Łódź podwodna. Dwie góry biec!” Taki napis, po japońsku, widniał, jak się pewnego dnia okazało, na tiszercie autorki zakupionym w USA pod wpływem jej fascynacji japońszczyzną. Joanna Bator zdołała go odczytać dopiero po latach, także po wielu latach zsumowanego mieszkania w Japonii, kiedy to w końcu odważyła się na naukę japońskiego. 

Doskonale to pokazuje wiele typowych zjawisk związanych z Krajem Wschodzącego Słońca: naszą fascynację nim, naszą nieznajomość choćby podstaw tej kultury i języka. Także nieuniknioną egzotyzację Japonii i Japończyków – chętne godzenie się z tą obcością i niezrozumiałością, połączone z mieszanką podziwu, lęku, a bywa, że i pogardy.

Nietrudno o to. Sama Bator opisuje swoje poznawanie świata Kraju Kwitnącej Wiśni otwarcie, bez silenia się na nadmierny intelektualizm, ale jednocześnie bez banalizacji i uproszczeń. Także bez wstydu, że różne zjawiska ją rażą, brzydzą lub śmieszą. Lub może raziły, brzydziły i śmieszyły… Bo książka jest o tym, jak rośnie jej upodobanie do tego kraju. Jego zrozumienie.

Bator pojechała do Tokio jako antropolog, badaczka, na stypendium naukowe. Skądinąd wiemy, że przeszła tam metamorfozę, która sprawiła, że zaczęła pisać i to nie tylko eseistyczne wspomnienia - czyli Japoński wachlarz, ale i pełnoprawną powieść – Piaskową Górę. Sama podkreśla, że to właśnie konfrontacja ze sobą prawdziwą i inne niesamowicie silne doznania, których zaznała w na wyspach japońskich upewniły ją, że nie chce zostać doktorem habilitowanym, lecz pisarką powracającą  wciąż do Wałbrzycha, krainy swojego dzieciństwa.


Czytałam niedawno Tatami kontra krzesła Rafała Tomańskiego (wyd. 2013) i mogę powiedzieć, że Bator w swoim Wachlarzu – napisanym zresztą wcześniej (I wyd. 2004), zrobiła lepszą rzecz, choć w podobnym stylu. Dowcipnie, nawet bardzo dowcipnie, ujęła różne aspekty życia w mieście japońskim. Może to być czytane – po prostu - jako świetny, bo nienużący poradnik dla turysty. Np. jak skorzystać z rysowanych mapek niezbędnych do zlokalizowania jakiegokolwiek miejsca w Tokio, gdzie należy bez dyskusji zdejmować buty oraz co wypada kobiecie w męskim świecie…

Z kolei odpowiednio chętny czytelnik z przyjemnością zanurzy się w jej antropologiczne wyjaśnienia tych zjawisk. Np. skąd się bierze brak nazw ulic, dowolność w numerowaniu domów oraz ogólnie krótki żywot dowolnego adresu; dlaczego tatami to świętość oraz skąd wziął się model kobiety, który za Amelie Nothomb można nazwać ” Z pokorą i uniżeniem”…

W książce znajdą się więc zarówno porady, kiedy  i jak można zapytać o drogę tubylca, żeby nie przyprawić go o zawał serca oraz wyjaśnienia tych nakazów kulturowych, a nawet bywa, że i lektury dodatkowe dla zapaleńców chcących zgłębić temat, np. alfabetów japońskich.


Niesamowite są historie o modzie na bycie kawaii („fajniusie, słodziusie”), przebierankach mężczyzn za kobiety, kobiet za mężczyzn i kobiet za mężczyzn udających kobiety; mandze; estetyce jedzenia i dlaczego liczy się wygląd, podczas, kiedy smak jest drugorzędny;  wszechobecnej, akceptowanej powszechnie pornografii dla mężczyzn i kobiet; o hotelach miłości; systemie edukacji; narzuconej skrajnej odpowiedzialności matek za synów; czy o syndromie paryskim (szaleństwie ogarniającym czasami Japończyków na obczyźnie, kiedy nie mają oni oparcia we wspólnocie i gubią się, co wolno, a co nie).


Dla mnie osobiście ważne było zrozumienie leżącej u podstaw myślenia Japończyków podstawowej zasady: mono no aware, czyli wrażliwości na kruchość i przemijanie świata.
Genialna jest też analiza języka japońskiego, jego wersji męskiej, żeńskiej, jego sensów, konstrukcji, zapisu i warstwy dżwiękowej. Np. Bator tłumaczy znane pojęcie świata/dzielnicy prostytucji jako "wodny świat", a nie "świat ułudy" jak zrobił to tłumacz klasycznej książki "Malarz świata ułudy" Kazuo Ishiguro.


Fantastyczna książka.

niedziela, 7 kwietnia 2013

...szukam wyzwań intelektualnych 'Bóg urojony' Dawkinsa


Richard Dawkins Bóg urojony

Książka inspirująca, pobudzająca intelektualnie, wymagająca od czytelnika samookreślenia. Niepozostawiająca czytelnika obojętnym. Odważna rzecz, szanowana w świecie.

Trzeba od razu wyjaśnić, że pojęcie ‘Boga urojonego’ Dawkins stosuje wyłącznie do wiary w boga osobowego i nadnaturalnego jednocześnie. To ważne, bo jak niektórzy być może wiedzą, a inni zaledwie przeczuwają, można myśleć o ‘Bogu’ w różny sposób. Pomijam wiarę w bogów animistycznych, ale np. można utożsamiać Boga z panteistyczną ideą natury, stawiać go bliżej kategorii Absulotu lub myśleć o nim tak, jak robił to Einstein, czy u nas ks. Haller. 

Dawkins, naukowiec i jednocześnie popularyzator myślenia naturalistycznego (materialistycznego) i racjonalizmu naukowego napisał swoją książkę z myślą głównie o takich jak on - ateistach, którzy – jak się okazuje - często przeżywają cierpienia psychiczne związane z tym, że przestali wierzyć w Boga. Trudno im pogodzić się z odejściem od religii swoich przodków, „oddzieleniem się od stada”. Do nich skierowane są te rozdziały, które przedstawiają racjonalne wyjaśnienia ateizmu jako światopoglądu.


Książka jest też na pewno przeciekawa dla osób, które nigdy nie wierzyły w żadnego boga, bo wypełniona jest analizą różnych zachowań związanych z wiarą, religią, a także historią najważniejszych wyznań i kościołów czyli wspólnot religijnych. Oczywiście fakty związane z dewocją, religijnością plebejską, naiwną  - jak można się domyślać – są interpretowane przez Dawkinsa z dużą dozą ironii. Ale trudno spodziewać się czegoś innego po intelektualiście i zdeklarowanym racjonaliście. Prymitywna dewocja może budzić opór intelektualny niezależnie od wyznania, czy jego braku. Podobnie zresztą jak fanatyzm religijny – który w każdym wydaniu jest nieszczęściem dla świata. Pamiętajmy jednak, że nie należy poglądów ekstremistów nawiązujących do Boga wiązać nadmiernie z samym Bogiem… To są sprawy czysto ludzkie…

Na szczęście interpretacje Dawkinsa są pozbawione fanatyzmu, inteligentne i pełne poczucia humoru, więc absolutnie nadające się do czytania.

Możliwe, że Bóg urojony będzie najtrudniejszą lekturą dla osoby wierzącej. Po pierwsze zawsze trudno jest konfrontować się z poglądami tak otwarcie przeciwstawnymi do naszych poglądów. Na szczęście u Dawkinsa zawsze są to poglądy i argumentacje logiczne i klarowne, można więc - i trzeba - w taki właśnie sposób – racjonalny – do nich podchodzić. Dzięki temu można zyskać fantastyczny wgląd w poglądy inne niż nasze. To jest ogromnie pouczające. 

Najciekawszy okazał się rozdział, w którym Dawkins obala (jak, to już trzeba sobie poczytać :) dowody na istnienie Boga. Dlaczego tak interesujący? Bo po raz pierwszy zetknęłam się z zebranymi w jednym miejscu, a potem rozebranymi na części i to bez użycia teologicznego żargonu, dowodami: Tomasza z Akwinu, dowodem ontologicznym, a priori, z piękna, z osobistego doświadczenia, z Pisma, z zakładem  Pascala, przez podziw dla autorytetu, z twierdzenia Bayesa. Dawkins świetnie odrobił pracę domową. To nie pierwszy raz w moim zyciu, gdy więcej dowiaduję się o logice  mojej wiary od niewierzącego niż od urzędników mojego kościoła. 

Ponadto Dawkins dostarcza mnóstwo ciekawych faktów: na temat  idei i historii różnych kultów i religijności, psychologicznej skłonności do religii, historii styku idei i praktyki świeckości i religijności. W tej kwestii z wieloma poglądami Dawkinsa zgadzam się całkowicie, np. kiedy mowa o religii jako spoiwie społecznym, czy o ciemnych stronach religii zinstytucjonalizowanej. Trudno racjonalnie bronić przywilejów wybranych grup wyznaniowych, nierównego traktowania przez prawo wyznawców i niewyznawców danej religii, idei penalizacji czegoś, czego granic nie da się zdefiniować, bo dotyczy to indywidualnego postrzegania świata , czyli tzw. ‘obrazy uczuć religijnych’, itp. 

Goryczą napełnia mnie myśl, co człowiek wyczyniał, wyczynia i będzie wyczyniał "w imię Boże"..Tu moje doświadczenie oraz moje racjonalne podejście do świata najczęściej potwierdza stwierdzenia Dawkinsa, niestety...

Jednak jeśli chodzi o stronę intelektualną - tam gdzie mowa o ideach - dostrzegam, że Dawkins w pewnym sensie nie jest w stanie  pojąć, dlaczego niektórzy mając pełną świadomość tego, że istnienia Boga nie można naukowo udowodnić, jednak w Boga wierzą. Tutaj Dawkinsowi brakuje wyobraźni, co jest zrozumiałe, bo mówimy  o czymś, czego on nie zna, a co jest niemierzalne i bardzo nienaukowe. Chodzi o stan łaski. Ktoś, kto go nigdy nie odczuł, chyba nie jest wstanie go sobie wyobrazić. To tak jak z miłością. Ktoś, kto jej nie zaznał, nie może jej ogarnąć...

Moje podejście opiera się na tym, że wiara (tak jak nadzieja i miłość) jest łaską. Nie można kogoś przekonać, żeby uwierzył; nie można kogoś zmusić, żeby uwierzył. Ale niektórym jest to dane. Zapewne ma rację Dawkins, że dzieje się tak, dlatego, że idea Boga - z bardzo wielu powodów -  jest człowiekowi potrzebna. Oczywiście fakt, że coś jest potrzebne, nie jest równoznaczne z tym, że jest to prawdziwe w sensie naukowym. Właśnie o tym mówi anegdota, wg której Pierre Simone de Laplace na pytanie Napoleona I,  dlaczego w swojej rozprawie o wahaniach okresowych w ruchu Saturna i Jowisza nie dał żadnej wzmianki o Bogu, odpowiedział:  ‘Sire, ta hipoteza nie była mi potrzebna.

Najważniejsze jest jednak moim zdaniem to, że w momencie, w którym kwestię wiary i często związanej z tym religijności umieścić trwale w sferze prywatnej i pamiętać, że dotyczą jej te same ograniczenia, co innych naszych wolności – a więc ograniczenie wolnością drugiego człowieka,  to nie ma potrzeby zamartwić się tym, że ktoś wierzy w coś, co jest być może zaledwie konstruktem teoretycznym, czy nie wierzy. Oba wybory są równoważne.

Krótko mówiąc, Dawkins skłonił mnie do wielu cennych przemyśleń i był w nich bardzo pomocny. Myślę, że gdybyśmy się spotkali, rozeszlibyśmy się z szacunkiem.


_______________________________
 Wyzwanie Z półki

sobota, 6 kwietnia 2013

...ktoś kiedyś wymyślił alfabet

Lawrence Kushner Księga liter. Mistycznyczny alef-bet
przekład Piotr Paziński
opracowanie graficzne i skład: Jakub Kowalski

Książka rarytas da bibliofilów. Jej tematem są kolejne litery najstarszego alfabetu głoskowego czyli alfabetu hebrajskiego. Około 700 r.  p.n.e. stał się on podstawą dla alfabetu greckiego z jego alfą i betą. Ten z kolei zainicjował łacinę, a potem - nie minęło więcej niż 1000 lat - i zaczęli korzystać z liter także Słowianie znad Wisły :)

Ciekawostka dla czytelnika polskiego - czyta się tę książkę od tyłu, tak jak robią to Żydzi. Udało mi się wypatrzeć tę pozycję, nietypową na rynku polskim (tekst po polsku z okładką i stroną tytułową od tyłu), na majowych Targach Książki w PKiN. 

[Muszę się tu przyznać, że czasami myślę o sobie nie' mól książkowy', nie 'miłośnik książek', ale wręcz 'pożeracz słowa', czyli 'logofag'. Bo 'słowo' to po grecku 'logos' (grλόγος), a 'fagia' to 'pożeranie'. W ogóle mam wielką atencję dla wileoznacznego pojęcia logos. Nie mogę się w tym miejscu powstrzymać, żeby nie przytoczyć początku Ewangelii św. Jana (Jan 1,1-3):

Na początku było Słowo,
a Słowo było u Boga,
i Bogiem było Słowo.
Ono było na początku u Boga.
Wszystko przez Nie się stało,
a bez Niego nic się nie stało,
co się stało.


Jest to jeden z najpiękniejszych cytatów, jaki znam. Każde zetknięcie z tymi poetyckimi frazami porusza mnie niemalże do łez. Ciekawe, że te odczucia dzieli ks. prof. Chrostowski, którego (w części autobiograficzną) książkę Bog, Biblia, Mesjasz wypatrzyłam właśnie dzisiaj w księgarni :)]

Ale wracajmy do Księgi liter Kushnera, amerykańskiego pisarza religijnego, rabina z San Fransisco, wykładowcy w Berkley. 


Każda litera afabetu hebrajskiego ma u Kushnera swój własny rozdział, w którym opisywana jest - nie bójmy się tego słowa - z miłością i zachwytem. Ten fakt podkreśla przemyślane opracowanie graficzne i typograficzne oraz wybitne tłumaczenie. Kushner spisuje tu swoje impresje, skojarzenia, do których skłania go odczytywanie danej litery oraz wiedza o jej użyciu, znaczeniu, przypisanej jej wartości liczbowej zgodnie z tradycją żydowską. A ta traktuje litery bardzo poważnie i...poetycko. Wygląda to np. tak: 

Taw (tu litera taw) to litera, którą Bóg dzieli z człowiekiem. Potrzeba dzielenia się była przyczyną stworzenia liter. [...]

He (tu litera he) prawie brzmi. To brzmienie wydychanego powietrza. Najbardziej naturalny dźwięk żywej istoty. [...]

Szin (tu litera szin) wygląda jakby była roztrzaskana. [...]

Księga liter została po raz pierwszy wydana w Stanach w 1975 r. i stała się tam bestsellerem. Traktowano ją trochę jak książkę o kaligrafii, trochę jak tekst poetycki, a trochę jak kabalistyczny. Isaac Bashevis Singer ją  docenił: „To księga miłości do żydowskich liter. Pozwala nam odczuć to, o czym kabaliści wiedzieli zawsze: że litery alfabetu nie są zwyczajnymi znakami, lecz symbolami naszej historii, naszej filozofii, żydowskiego życia."

Krótko mówiąc, jedyne w swoim rodzaju. Dla miłośników historii pisma, miłośników liter, alfabetów, książek, starożytnych języków obcych, a także zainteresowanych samym hebrajskim. Czyli dla 'filologów'. I znowu mamy 'logos'...

wtorek, 26 marca 2013

…kocham czytać - jak Daniel Pennac


Daniel Pennac Jak powieść
Tłum. Katarzyna Bieńkowska
(Wyd. fr. 1992, wyd. polskie 2007)

Człowiek buduje domy, ponieważ żyje, ale pisze książki, ponieważ wie, że umrze. Mieszka w gromadzie, bo jest stworzeniem stadnym, czyta natomiast, bo zdaje sobie sprawę ze swojej samotności. Lektura dotrzymuje mu towarzystwa, nie zajmując miejsca nikogo innego, ale też niczyje inne towarzystwo nie mogłoby jej zastąpić. […] Tak że nasze racje czytania są równie dziwne co nasze racje życia. […]

Nie sposób nie polubić tego autora, pisarza i scenarzysty, a przede wszystkim nauczyciela języka francuskiego z 25-letnim stażem. Nie sposób nie polubić tej książeczki, lekkiej jak pianka i jak pianka słodkiej. Słodkiej słodyczą prawdziwej, szczerej miłości do czytania.

Czytanie to… odpoczynek od życia. Tak, po stokroć tak. Lektura to podarunek. A rozmowa o lekturze to... rozmowa.

Jeśli ktoś mówi, że nie ma czasu czytać, to... jest już stracony. To oznacza, że czytanie nie sprawia mu już przyjemności, że zaczął już myśleć, że „trzeba czytać”. A czytać trzeba, ale – pragnąć, chcieć, tęsknić za nim… Wtedy zawsze znajdzie się czas.
Zgadzam się też z diagnozą Pennaca na temat głównych przyczyn nieczytania współczesnej młodzieży. Jest trafna, choć została postawiona przez niego jeszcze przed pojawieniem się Internetu, bo w 1992 roku! [A także przed polską reformą szkolnictwa, czyli przed zabójczą testomanią.]

Pennac słusznie zauważa, że przyjemność z czytania zabija przede wszystkim szkoła. [Poza tym także konkurencja łatwiejszych przyjemności, sformatowanie móżgu prze internet, zanik technicznej umiejętności czytania oraz wypieranie refleksyjności i jakości przez powierzchowność i bylejakosć związaną z  dominacją konsumpsjonizmu jako zasady życiowej.]

Już  w latach 90. dawało się odczuć, że sposób w jaki „omawia się” lektury zabija wewnętrzną radość z własnego odczytania, nie pozwala pojawić się sensom, nie umożliwia,  żeby ułożyły się powoli w sercu młodego czytelnika. Ucznia zmusza się go do „zapamiętywania” szczegółów lektur, gubiąc w ten sposób ich przesłanie, które musi mieć czas i sprzyjające okoliczności, żeby się odsłonić. A teraz jest po stokroć gorzej, bo czyta się tylko fragmenty, nigdy nie widać całości – całego pejzażu powieści. Przez to nie sposób odczuć różnicy pomiędzy stylami rożnych autorów. Wymusza się poszukiwanie wskazanych treści, nie pozostawiając nic wyborowi czytelnika.  I to zgadywanie, co powinno się  napisać… Nigdy - co ci się narzuca? Co cię zainspirowało? Co  w tobie obudziła lektura?

Sens lektury polega dzisiaj na odgadnięciu, co zostało już wcześniej napisane przez jakiegoś metodyka nauczania języka polskiego. Straszne. Nie wiem, czy zdałabym dzisiaj maturę!

To jest MORDERSTWO na czytelnikach i na czytaniu.

A Pennac po prostu czytał swoim uczniom na głos. Czyniąc z lektury bezinteresowny odlot z rzeczywistości przez pięć  godzin lekcyjnych w tygodniu. Czyli wracał do korzeni czytelnictwa. Pisze, że wybierał Pachnidło Suskinda na pierwszy ogień. Jego ulubieńcy to także Flaubert, Dostojewski, Kafka i Dickens. Po pewnym czasie młodzież czytała już sama, a on mógł przejść do realizacji 'założeń programowych', kwestii stylu, języka, tła historycznoliterackiego. Było to o tyle łatwiejsze, że wynikało po prostu z pytań uczniów.

- A ten Suskind to żyje? [...] 

Znaczy... trafiony, zatopiony.

Ja sama jestem z pokolenia, którego wchodzenie w dojrzałość zbiegło się z pierwszym wydaniem po polsku ( początkowo w wydawnictwie emigracyjnym) Mistrza i Małgorzaty. I to jest książka mojego życia. Wśród moich równolatków jest wielu, którzy potwierdzą, że dla nich też. Po prostu genialna powieść, która trafiła do nas w najwłaściwszym czasie…

Teraz Mistrz i Małgorzata jest lekturą. Nikt z młodych nie nazywa jej już książką swojego życia. Większość jej nawet nie tknie z tego właśnie powodu. Bo teraz się już nie czyta, nie pyta o wrażenia, teraz na polskim odgaduje się sformułowania z klucza, żeby zdać test… Tak powiedziały mi moje nieszczęsne dzieci, które od dawna nie wiedzą, co to przyjemność z lektury, a które lubiły czytać, póki nie zrobiono z tego jakiejś koszmarnej zabawy w odgadywanie czyichś wystandaryzowanych, grzecznych i banalnych do bólu myśli…

_______________________
Wyzwanie Z literą w tle


czwartek, 21 marca 2013

...o kobietach, o artystkach


Maria Poprzęcka Uczta bogiń. Kobiety, sztuka i życie

Bardzo uczciwa książka. Napisana w bezpośrednim, osobistym tonie,  bez mizdrzenia się i myślenia, czy aby 'to jest modne, czy to jest znane, czy właśnie o tym wypada dobrze pisać'... 
Książka o znanych - i mniej znanych - kobietach artystkach i kobietach związanych ze sztuką. Niemająca w sobie nic z zapiekłego, a przez to niestrawnego radykal-feminizmu (sama uważam się za feministkę). Pełna jasno wyrażanego szacunku dla sztuki opisywanych kobiet, zrozumienia dla ich losów, podziwu dla ich klasy, współczucia dla trudów życia w patriarchalnym świecie Europy i Ameryki.

Maria Poprzęcka
Poprzęcka napisała kiedyś, że przed każdym dziełem sztuki staje niczym tabula rasa – wystawia na nie swoje oczy i sprawdza, czy dzieło z nią rezonuje… Bardzo mi się to spodobało jako definicja osobistego odbioru dzieła sztuki.

Mam w pewnym sensie tak samo. Zarówno, gdy stoję przed dziełem plastycznym, jak i gdy sięgam po książkę. Najpierw wchłaniam sztukę - naiwnie – jakby powiedział Orhan Pamuk, potem nieuchronnie napływają myśli i interpretacje rozumowe – czas na odbiór racjonalny...

Polecam tę książkę każdemu, kto chciałby wykroczyć poza znajomość sztuki mężczyzn. Znać ich sztukę - to jest łatwe:) Ale Ilu z nas potrafi wymienić jakieś wybitne artystki malarki, rzeźbiarki, artystki sztuk wizualnych po prostu? To jest wyzwanie. 
Georgia O'Keeffe


Nie znajdziecie tu części nazwisk, których można byłoby się spodziewać, ale to jest autorski wybór. 

Najbardziej znaną malarką, której losy i znaczenie dla sztuki światowej opisała Poprzęcka, jest niewątpliwie wspaniała, wspaniała! Georgia O’Keeffe.

Poza tym znajdziecie tu krótkie, ale przemyślane i sensowne szkice o:
Elisabeth Siddal, Julii Margaret Cameron, Marie Laurencin, Natalii Gonczarowej, Soni Delaunay, Nadii Chodasiewicz-Grabowskiej- Leger, Dorze Maar, Meret Oppenheim, Lee Miller, Louise Bourgeois, Judy Chicago.

Mam nadzieję, że cykl o kobietach będzie kontynuowany. Chciałabym przeczytać, jak Poprzęcka pisze o Alinie Szapocznikow, Zofii Kulik, Joannie Rajkowskiej czy Julicie Wójcik, które bardzo cenię. I co ona by napisała o Katarzynie Kobro, choć ta artystka miała już wielu piewców. Kiedy  w wieku lat chyba 18 pierwszy raz zobaczyłam jej pracę w Zachęcie (być może nawet nie oryginał, tylko ktorąś z odtworzonych kompozycji), raził mnie piorun zachwytu. To byla dla mnie apoteoza wolności i wyobraźni! 

A także o moich absolutnie ulubionych artystkach. Są to:

Olga Wolniak

malarka Olga Wolniak 







Małgorzata Dmitruk






graficzka, malarka, kobieta robiąca swetry i nauczyciel ASP Małgorzata Dmitruk




Ich sposób wykorzystania samej tkaniny, ale też i motywu tkaniny, dywanu, koronki oraz ornamentyki ludowej - na pograniczu malarstwa abstrakcyjnego - rezonuje ze mną bardzo silnie.


projekt graficzny Jakub Stępień
A propos, w Zachęcie otwarto właśnie wystawę SPLENDOR TKANINY, która prezentuje właśnie wykorzystanie tkaniny w sztuce wieku XX i XXI. Biegnę tam z mężem w weekend! Prezentują m.in. Ogę Wolniak i Julitę Wójcik i chyba setkę innych artystów. Pierwszy raz od lat tkanina nie etnograficznie.
TU więcej o wystawie.
________________
Wyzwanie Z literą w tle oraz Trójka e-pik (książka o kobietach)

środa, 20 marca 2013

...Orhan Pamuk opowiada o swojej pisarskiej podróży


Orhan Pamuk Pisarz naiwny i sentymentalny

Trochę dziwnie zabrałam się do Pamuka. Dotąd nie odważyłam się sięgnąć po żadną powieść tego noblisty z 2006 r. Przeglądałam kilka razy w księgarniach, ale coś mnie zawsze odepchnęło. Zaglądałam... i widziałam dziwną, daleką, obcą tematykę, i... bardzo dużo słów. Wiem, że to, co piszę jest nieco dziwaczne, ale zdarza mi się, że niektórzy autorzy mnie… onieśmielają. I tak właśnie było z Pamukiem.

W końcu jednak, w 2012 roku, ukazały się jego eseje o literaturze Pisarz naiwny i sentymentalny. Eseistyka… czemu by nie spróbować? I to był dobry wybór :)

Książka jest pięknie wydana. Głęboka zieleń tła portretu umieszczonego na okładce kontrastuje z czerwienią wyklejki. W środku kremowy papier o szlachetnym wyglądzie i dobra, elegancka czcionka. Już to zwiastuje, że mamy do czynienia z czymś wyrafinowanym. I mamy.

Nie będę się za bardzo rozpisywać. Choć miałabym chęć, tak czuję się zainspirowana. Powiem tylko, że jest to bardzo ciekawa rzecz zarówno dla wytrawnego czytelnika, jak i dla młodego ambitnego czytelnika, który dopiero zaczyna - ma na koncie zaledwie kilkaset przeczytanych książek, nie zna jeszcze całej klasyki polskiej i światowej, i chciałby nauczyć się  lepiej… czytać, przede wszystkim powieści.

Bo Pisarz naiwny i sentymentalny to cykl wykładów Pamuka dla studentów Harvardu, napisanych po angielsku w 2010 roku.  Tylko, że nie są to wykłady napisane przez zwykłego nauczyciela. W każdym okrągłym, starannie oczyszczonym z każdego zbędnego słowa zdaniu, Pamuk ujawnia nie tylko warsztat pisarski, ale i swój niewątpliwy talent. Zaczynam chyba rozumieć, dlaczego jego prozę tłumaczy się na 50 języków.

Jedno rzuca się szczególnie w oczy. Ten człowiek jest naprawdę świadomy tego, co robi. Jest świadomy i pewny swoich kompetencji pisarskich, i swojego stylu. Wie, co chce osiągnąć i robi z czytelnikiem, co chce. Krótko mówiąc, wygląda na to, że Orhan Pamuk posiadł tajemnicę pisania.

Już dawno nie czułam się ‘zmuszona’ podkreślać w tekście książki tak wielu cennych zdań! Będę też ‘zmuszona’ wracać do tej książki wielokrotnie, tak jest treściwa.

Zawartości nie będę wam streszczać, bo byłaby to zbrodnia. Niemniej wspomnę, że Pamuk jest bardzo naczytanym człowiekiem. Nie oczytanym, tylko naczytanym – zanurzonym w literaturę klasyczną zarówno swojego regionu, jak i przede wszystka klasykę powieściową Europy. Mówiąc do amerykańskich studentów, opiera swoje wywody na analizie ulubionych dzieł Goethego, Schillera, Melvilla, Hugo, Balzaca,  Stendhala, Tołstoja, Dostojewskiego. Ale i Borgesa, Yourcenar, Kundery czy Naipoula.


Oto tytuły wykładów/rozdziałów:
1.      Co robi nasz umysł, gdy czytamy powieści?
2.      Panie Pamuk, czy naprawdę przeżył Pan to wszystko?
3.      Bohater, fabuła i czas w powieści
4.      Słowa, obrazy, przedmioty
5.      Muzea i powieści
6.      Centrum
Epilog

Pamuk pragnie przekazać przede wszystkim dwie idee: że zarówno pisarz, jak i czytelnik mogą przyjmować dwie postawy wobec utworu: naiwną (nieświadomą, spontaniczną) i świadomą (świadomą zastosowanych technik, rozumową, przemyślaną). Tę drugą Pamuk uparcie nazywa za utworem Schillera (Poezja naiwna i sentymentalna) postawą „sentymentalną”. To jest duża zmyłka. Słowo ‘sentimentallisch’ miało może zastosowanie w XIX wieku, u progu romantyzmu, dla określenia rozumnego, a nie bezmyślnego podejścia do życia i literatury, ale teraz znaczy dokładnie coś odwrotnego i trzymanie się tego pojęcia przez Pamuka  jest znacznym utrudnieniem – popatrzmy choćby na mylący tytuł. Ale coś mi się zdaje, że Pamuk musi taki właśnie być – wierny tradycji – za wszelką cenę. Przekonam się o tym, czytając już niebawem jego powieść Śnieg.

Druga najważniejsza myśl (spośród wielu wspaniale wyłożonych idei) dotyczy punktu centralnego powieści. Owo centrum, czyli idea przewodnia, inaczej problem, któremu tak naprawdę poświęcona jest powieść, jest najważniejszym elementem, który według Pamuka odróżnia powieść artystyczną od innych gatunków literackich. Warto poczytać, jak Pamuk powoli odsłania nam wagę tegoż centrum powieściowego. Gdy – jako czytelnik - zrozumiemy dobrze jego istnienie, jak go poszukiwać w tekście, jak je rozpoznać, jak może się przemieszczać, jak go może brakować, to zrozumiemy i już nigdy nie sprawi nam trudności rozpoznanie dzieła wybitnego literacko od literatury niższych lotów, w tym konwencjonalnej literatury popularnej.

[Skądinąd wciąż natykam się na blogach książkowych na sarkastyczne uwagi, jakoby nie sposób było dostrzec różnicy pomiędzy dziełami wysokich a niskich lotów. Albo czytam, że książki polecane przez krytyków nie nadają się do czytania i nikt ich nie zrozumie…]

Pamuk  w swoich wykładach dla amerykańskiej młodzieży sporo miejsca poświęca trudnościom, które czytelnik niewyrobiony napotyka, czytając literaturę artystyczną. Zacytuję więc tylko jeden fragmencik, a po resztę odsyłam do jego książki:

Czytając powieści science fiction, kryminały oraz romanse, nie zdajemy sobie pytania, jakie stawiał Borges podczas lektury Moby Dicka [we wstępie do Kopisty Bartleby’ego Melville’a]. Nie pytamy: „Co jest faktycznym tematem tej książki?”. Nie zastanawiamy się, gdzie szukać jej centrum, bo leży ono dokładnie tam, gdzie znajdowało się w setkach innych powieści tego typu. Zmieniają się tylko przygody, sceneria, głowni bohaterowie albo sprawcy zbrodni. W powieściach tego rodzaju głęboki temat wpisany w strukturę narracji pozostaje niezmienny. Z wyjątkiem  utworów kilku oryginalnych pisarzy, takich jak Stanisław Lem i Philip K. Dick w przypadku literatury science fiction, Patricia Highsmith w przypadku thrillerów i kryminałów czy John Le Carre w przypadku powieści szpiegowskich, książki tego typu nie inspirują nas do poszukiwania ukrytego centrum. Właśnie dlatego ich autorzy co kilkanaście stron wprowadzają nowy element służący budowaniu napięcia lub komplikowaniu intrygi. Lektura takich książek zapewnia jednak czytelnikom poczucie komfortu i bezpieczeństwa, ponieważ nie zmusza ich nieustannie do stawiania fundamentalnych pytań o sens życia. 
[Orhan Pamuk Pisarz naiwny i sentymentalny s. 142-143].

Po polsku ukazały się dotąd:

  • Śnieg (Kar) (Wydawnictwo Literackie, 2006)
  • Nazywam się Czerwień (Benim Adim Kırmızı) (Wydawnictwo Literackie, 2007)
  • Nowe życie (Yeni Hayat) (Wydawnictwo Literackie, 2008)
  • Stambuł: Wspomnienia i miasto (İstanbul: Hatıralar Ve Şehir) (Wydawnictwo Literackie, 2008)
  • Dom ciszy (Sessiz Ev) (Wydawnictwo Literackie, 2009)
  • Biały zamek (Beyaz Kale) (Wydawnictwo Literackie, 2009)
  • Muzem niewinności (Masumiyet Müzesi) (Wydawnictwo Literackie, 2009)
  • Cevdet Bej i synowie (Cevdet Bey Ve Oğulları) (Wydawnictwo Literackie, 2010)
  • Czarna księga (Kara Kitap) Wydawnictwo Literackie, 2011)
  • Inne kolory (Öteki renkler) Wydawnictwo Literackie, 2012)
  • Pisarz naiwny i sentymentalny (Saf ve Düşünceli Romancı) Wydawnictwo Literackie, 2012)
______________________________
Wyzwanie Z literą w tle