Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Holocaust. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Holocaust. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 stycznia 2015

Szymon "Kazik" Ratajzer". Wspomnienia powstańca z warszawskiego getta"

Symcha Rotem / Szymon "Kazik" Ratajzer "Wspomnienia powstańca z warszawskiego getta"
Wstęp: Władysław Bartoszewski
Posłowie: Marek Edelman
Veda, Warszawa 2012














Ostatnio często czuję się dotknięta koniecznością poszukiwania sensu. Więcej sensu! - chciałabym niemal krzyczeć, oglądając wiadomości, słuchając radia, idąc alejkami centrum handlowego.



I wtedy przydaje się taka opowieść non fiction jak niniejsze wspomnienia Szymona Ratajzera "Kazika". Życiorys, który mnie stawia do pionu. Ten facet całe życie przeżył z sensem. Zachował się godnie w chwili próby. Podejmował właściwe, choć tragiczne decyzje. Nie odpuścił nawet na sekundę w czasach, kiedy popadnięcie w poczucie bezsensu było takie łatwe, takie łatwe...

Zaczęto mówić o tym chłopaku z Czerniakowa, powstańcu, bojowniku dopiero pod koniec XX wieku, kiedy to Anka Grupińka opublikowala Po kole. Rozmowy z żołnierzami Getta Warszawskiego. Przez kilkadziesiąt lat nikt w Polsce nie znał bohaterskiej postawy "Kazika" Ratajzera w czasie wojny.
Szymek Ratajzer

Ratajzer, Cukierman, Siewierski na Krakowskim Przedmieściu, maj 1943 - tuż po wyjściu kanałami z dogasającego getta.
Uśmiechać się trzeba, żeby żyć.

Ratajzer, chłopaczek kilkunastoletni, potem dwudziestolatek, korzystając z tego, że wyglądał i mówił jak Polak oraz powoływał się umiejętnie na przynależność do polskiego podziemia oraz robił wrażenie zdeterminowanego w tym swoim czarnym SS-mańskim płaszczu i glancowanych oficerkach, zdołał ocalić wielu swoich żydowskich braci.

Brał udział w akcjach zdobywania broni dla powstańców żydowskich, był łącznikiem "Antka" Cukiermana po aryjskiej stronie i, tak jak tamten, rozwoził po kryjówkach pieniądze na utrzymanie Żydów ukrywanych u Polaków. Pieniądze te dostarczali Żydzi amerykańscy poprzez struktury AK (Żegota). Ostatnio czytałam o tym w biografii Marcela Reicha-Ranickiego, który ocalał z żoną właśnie dzięki dostarczaniu pieniędzy przez łącznika "Antka" Cukiermana - może nawet był to "Kazik"? Bo w sumie w 1943 prowadziło tę niezwykle ryzykowną ze względu na szmalcowników działalność trzech- czterech chłopaków. Tylu ich ocalało z getta i miało "dobry wygląd".



Mam pierwsze wydanie z tą piekną okładką wykorzystującą pracę Leona Tarasewicza

Kiedy w 2002 roku przeczytałam po raz pierwszy Odczytanie listy Anki Grupińskiej, poczułam, że ta książka z biogramami to jest skarb. Od tamtej pory coraz częściej przekonuję się, że intensywność losów ludzich pokazywana w literaturze non fiction ma czasami głębię i wartość nie do doścignięcia przez fiction. Środki literackie nie są w stanie oddać niewyrażalnego.

Książka kultowa - najwyższa jakość sztuki wywiadu

Rónolegle czytałam też rozmowę z Edelmanem w  Ciągle po kole (2000) i najbardziej poruszyła mnie - już wtedy, teraz znowu - opowieść o wyjściu grupy Edelmana z kanałów na Prostej. Zorganizował to właśnie "Kazik".  (Obecnie upamiętnia to niewielki pomnik.)

Właz na Prostej, którym powstańcy z getta wyłazili "jak koty" na oczach komentujących to między sobą przechodniów

Wiele jest poruszających wprost bezgranicznie historii żydowskiego cierpienia w czasie okupacji niemieckiej, ale ja wciąż myślę o tamtej historii na Prostej. "Kazik" bierze na siebie odpowiedzialność za to, że zamknęli właz po pół godzinie i odjechali, chociaż być może był tam ktoś jeszcze na dole. Podobnie odpowiedzialnym czuje się Edelman, który wyszedł jako jeden z pierwszych. Sprzeciwiał się Kazikowi, gdy ten kazał ruszać, widząc poruszenie w budce żandarmów niemieckich na Żelaznej - ok.150 metrów od nich - ale poddał się. Podobnie Cywia Lubetkin, która po tym, jak szczęśliwie dotarli do zagajnika na skraju Puszczy Kampinoskiej koło Łomianek, chciała Kazika za tę decyzję zastrzelić. Na szczęście nie mieli chyba broni... Za to wysłali dwóch chłopaków z powrotem, po tych pozostawionych. Zostali oni niestety schwytani i zabici już na Placu Bankowym. Czyli było troje liderów w tej grupie 30 osób - ocaleńców z getta. Ale tylko "Kazik" na zewnątrz. Grupa siedziała kilka dni w kanałach, ufając, że "Kazik" ich wyciągnie i nikogo nie zostawi. "Kazik" w tym czasie natknął się na mur obojętności wobec losów tej garstki, która przeżyła powstanie w getcie. Nikt nie chciał im pomóc. Był maj 1943 roku. Żcyie w Warszawie toczyło się jak zawsze, choć w tym czasie Niemcy wysadzali bunkier Anielewicza na Miłej...


Ostatecznie "Kazik", za pieniądze, poprzez człowieka z GL wynajął od "króla szmalcowników" dwa samochody do przeprowadzek (przyjechał tylko jeden). Grupa Edelmana przyprowadzona kanałami z Franciszkańskiej pod ulicę Prostą spędziła tam przy włazie kilka dni bez jedzenia i picia. Prawdopodobnie część nie stała dostatecznie blisko włazu, może umarla z głodu i ran. Kazik, Cywia i Marek  - tacy młodzi wtedy - cierpieli jednak do końca życia z powodu wyrzutów sumienia, bo złamali obietnicę, że bez nich nie odjadą. Ale musieli odjechać i "Kazik" podjął tę decyzję.

Szymon Ratajzer po wojnie trochę oszalał... Chciał zabijać Niemców - wszystkich, jakichkolwiek. Na szczęście nie powiodły się jego plany. Wyjechał do Palestyny. I tam zaczął żyć. założył rodzinę. Przyjął nazwisko Symcha Rotem. Odniósł sukces zawodowy. Na zdjęciach śmieje się dużo. Podziwiam jego wolę życia, instynkt samozachowawczy. Jasność co do tego, co jest naprawdę ważne.




poniedziałek, 26 stycznia 2015

Ota Pavel "Śmierć pięknych saren"


Ota Pavel Śmierć pięknych saren
Przeł. A. Czcibor-Piotrowski i J. Waczków
MUZA S.A., Warszawa 1998 , wyd. IV
wyd. oryg. 1971
seria Biblioteka Bestsellerów

Dziesiątki razy chciałem odebrać sobie życie, gdy już nie mogłem wytrzymać, ale nigdy tego nie zrobiłem. Pewnie w podświadomości pragnąłem jeszcze jeden raz pocałować usta rzeki i łowić srebrne ryby. To właśnie jako rybak nauczyłem się cierpliwości, a wspomnienia pomagały mi żyć.

Ota Pavel

Czytam w raporcie o czytelnictwie, że w Polsce książka ma szansę być przeczytana  (podkreślmy, że szansa ta jest minimalna) wtedy tylko, gdy opowiada o bohaterach podobnych do nas i kiedy książka ma happy end. Aha, i ma być 'łatwa' w czytaniu. To pewnie dlatego bestsellerem jest erotyczna opowiastka, o której da się powiedzieć tylko, że jest to szybkozbywalny produkt literaturopodobny.

W takich czasach chyba tylko jakieś szaleństwo może sprawić, że ktoś sięgnie po opowiadania Oty Pavla. Sarny, ryby, rzeka, knedle, pies...

Niemniej co jakiś czas znajdują się tacy. To przeczytałam obejrzała ekranizację z 1987 roku, bo się chyba kocha w Hrabalu i czeskim języku :) Co z kolei sprowokowało mnie do sięgnięcia na półkę męża, tę ważną - przy wezgłowiu - gdzie od jakiegoś czasu stało wydanie kupione w antykwariacie.

Ota Pavel (Otto Popper) żył zaledwie 43 lata, zachorował psychicznie (miał urojenia mesjanistyczne, podobno była to psychoza z elementami schizofrenii) jako trzydziestokilkulatek. W ramach autoterapii pisał autobiograficzne opowiadania o dzieciństwie i młodzieńczych latach. Sam był raczej typem 'luzera', człowieka pozbawionego chęci zawojowania świata. Jednak jego idolem i głównym bohaterem opowieści był ukochany 'tatuńcio' - jego przeciwieństwo. Przed wolną utalentowany komiwojażer i sprzedawca produktów Elektroluksa, po wojnie i pobycie w obozie koncentracyjnym, zaskoczony przez realia realsocjalizmu w Czechosłowacji. Choć - jak dowiadujemy się starał się znowu dostosować - wstępnie był optymistycznie nastawiony do komunistycznych idei równości i braterstwa, jak to ocalały z H. Żyd.

Ota Pavel 1930-1973

Wygląda na to, że Ota Pavel chce za wszelką cenę utrzymać się na powierzchni życia. Pomaga mu w tym wędrówka pamięcią do szczęśliwych czasów, gdy jego głównym zajęciem było wędkowanie i siedzenie nad rzeką. Brzmi durnie? Ale i ja, gdy chcę szybko zredukować poziom stresu, przenoszę się myślą do letniego wałęsania się z patykiem po piaszczystej drodze na wsi u dziadka. Do chwil betroski. Tej samej techniki relaksacyjnej nauczyłam swoje dzieci. One też, to ciekawe, przywołują wtedy pejzaże z wakacji na wsi. Inne miejsca, inne zakamarki - zakola rzek, polany leśne, ale wciąż w tej samej mazowieckiej wiosce. Książka o karpiach i szczupakach. Książka o piaszczystej drodze.


Jak się domyślacie opowieści Pavla muszą zawierać pewną tajemnicę. Nie powiem Wam jaką. No, dobrze, zdradzę, że jest to tajemnica egzystencjalna. Dlatego właśnie opowiadania Pavla są wciąż wznawiane. W Polsce zrobił to ostatnio Czuły Barbarzyńca.

A poniżej powieści, które w latach 90. zostały wydane w serii Biblioteka Bestsellerów wydawnictwa MUZA.
Znajdź trzy różnice pomiędzy bestsellerami wtedy a teraz.



_________
 Z półki

sobota, 10 stycznia 2015

Jaume Cabre "Wyznaję" - czas zdjąć z mojej półki

Jaume Cabre Wyznaję
przeł. z katalońskiego Anna Sawicka
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2013
wyd. oryg. 2011

Całkiem dobra powieść obyczajowa, w swym charakterze bardzo mieszczańska, tradycyjna – żaden przełom.

Powieść bardzo iberyjska, bardzo osadzona w hierarchicznej, patriarchalnej kulturze Półwyspu. Jakbym znów widziała te wyglancowane przez służące podłogi, meble, wypolerowane srebra i siedzących sztywno: pana domu w jednym pokoju, panią domu w drugim, a dzieci w bawialnym. W XX wieku. Miałam okazję to poobserwować, kiedy pracowałam na studiach jako opiekunka do dzieci u radcy ambasady hiszpańskiej. W domu nigdy nie było nic do jedzenia, bo rodzice mieli niemal codziennie jakiś raut lub przyjęcie, a dzieci, no cóż, jadły w szkole (amerykańskiej)... Dzieci w ogóle nie rozmawiały z ojcem, nie ośmieliłyby się mu przeszkadzać. Na wakacjach u babci w Alicante musiałam organizować dzieciom cały dzień (na szczęście na prywatnej plaży :), bo rodzice nie spędzali z nimi nawet 5 minut dziennie. Posiłki jedliśmy w jadalni dla dzieci. Dorośli, stara mieszczańska, liczna rodzina, jadali w ciemnej jadalni pełnej bibelotów obsługiwani przez dwie służące. Pani domu siwowłosa sucha staruszka oraz jej siostry - wszystkie właśnie wróciły od fryzjera… I to głębokie przekonanie, że dzieci i ryby głosu nie mają. Historię o potopie i Noem dzieci usłyszały ode mnie. Nikt im nigdy niczego nie opowiadał. Zawsze przeszkadzały dorosłym i wiedziały o tym. Wyznaję opowiada właśnie o takiej typowej rodzinie hiszpańskiej, tu w wydaniu katalońskim. Są też – liczne i obszerne - wątki poboczne, jak np. tragedia ofiar Auschwitz, tragedia ofiar Inkwizycji na przełomie XIV i XV w., wątek skrzypiec – zresztą bardzo ciekawe i chyba dlatego dołączone przez autora. Przez cały czas miałam wrażenie, że są jednak zbędne, bo cała problematyka utworu kryje się w historii rodziny Ardèvol. Nie, nie zbędne - osobne - zasługujące na osobne opowieści. Jednak autor oświęcił dużo wysiłku, żeby wszystkie wątki połączyć w kunsztowną całość, nawet kosztem poczucia sensu, jak choćby w przypadku klonu, z którego za kilkaset lat powstaną skrzypce Adriana, wyrastającego ze zwłok mnicha zabitego na rozkaz Wielkiego Inkwizytora... Trochę to zalatuje Danem Brownem czy innym Reverte, czy Zafonem, u którego też wszystko się ze wszystkim łączy, a we wszystkim tkwi kolejna tajemnica, symbol i znak....


Temat główny to moim zdaniem władza, kontrola człowieka nad człowiekiem, czasami zinstytucjonalizowana i zabójcza, zawsze uszkadzająca.  Oraz drugi temat: poczucie winy i wstydu. Na okładce piszą, że powieść dotyczy istoty zła. No nie. Być może autor by sobie tego życzył, bo to bardzo nobilitująca tematyka, jakże filozoficzna… Dlatego zapewne bohater Cabrego marzy o napisaniu Historii zła, w ogóle dużo się o tym dyskutuje na kartach powieści. Powieść w żadnym razie nie dociera jednak do sedna tej idei. W ogóle te  wymuszone intelektualne wtręty psują realistyczny charakter zwyczajnej powieści obyczajowej, jaką jest Wyznaję.

Pragnienie władzy rzecz jasna rodzi zło. To prawda i to od początku świata. Jednak nie można powiedzieć, że u Cabrego mowa jest o przyczynach zła. Raczej o jego konsekwencjach. Za to dogłębnie zanalizowany jest problem władzy. Co prawda w dość lokalnym wymiarze, ale jednak. Władzy usankcjonowanej konwenansami społecznymi (mąż, żona, nauczyciel, dziecko), zależnościami ekonomicznymi (szef, podwładny, ach ta podwładna-kochanka), władzą religijną (Inkwizycja), władzą polityczną (junta frankistowska), itd.

Przy tym wszystkim powieść jest przyjemna w czytaniu. Szczególnie dla bibliofilów, a jeszcze bardziej dla filologów. Co za ulga mieć przed sobą wtręty, cytaty w różnych językach z zachowaniem języka oryginału. Robić przeskoki z języka do języka, z kultury do kultury, z epoki do epoki. Jedynym mankamentem tłumaczenia jest spolszczenie imion bohaterów głównych. Na tym czystym filologicznie tle imię Feliks, zamiast Fèlix czy Adrian zamiast Adrià  tuż obok charakterystycznego katalońskiego, dwuczłonowego nazwiska połączonego spójnikiem "i"... Nie podoba mi się, jakoś mnie razi.

Konstrukcja powieści wyciska co się da z wzorca introdukowanego w latach 70. przez Italo Calvino w Jeśli zimową nocą podróżny.  Czyli wiele powieści gatunkowych  w jednym tomie. Jedna przechodząca niepostrzeżenie w drugą. Nawiązanie do konceptu palimpsestu, dość udane (o wiele bardziej sensowne niż np. u Salmana Rushdiego w Ostatnim westchniemu Maura) . Od czasu do czasu komentarz narratora nawiązujący do treści lub formy utworu, czyli takie mrugnięcie okiem do co bardziej oczytanego czytelnika. Powieść ma podobno przypominać symfonię, ale mnie przypomina patchwork lub dywan z gałganków z nierówno rozłożonymi plamami barw. Główna osnowa, wiele wątków, niektóre się kumulują niespodziewanie w większe supły, czasami zapętlają lub mamy odwrócenie sytuacji – jeśli poprzednio Bernat upominał Adriana, teraz Adrian będzie upominał Bernata. Takie techniczne rozwiązania dają zmianę tempa i zwiększają dynamikę tekstu, umożliwiając przeczytanie takiej kolubryny jaką jest Wyznaję.  
Niewątpliwie w kwestiach literacko-technicznych autor doszedł do dużej biegłości. Ma też dużą swobodę pisania. Mam jednak poczucie, że tekst powinien być dużo krótszy, a jego intencje mniej nadęte. 


Ciekawie zarysowani bohaterowie, szczególnie mężczyźni. Wnikliwie opisano, jak ich ukształtowało dzieciństwo i wiek nastoletni.

Słabością powieści jest według mnie niezrozumiałe, nieuzasadnione psychologicznie przemiany miłych dzieciaków we wrednych dorosłych. Jak taki sympatyczny chłopak jak Feliks Arvedol, bibliofil, uroczy, zakochany młodzieniec mógłby porzucić bez słowa dziewczynę, która zaszła z nim w ciążę? Sorry, ale w jego wcześniejszym zachowaniu brak choćby śladu uzasadnienia dla takiego postępku. Zwrot akcji zbyt niespodziewany, w rezultacie mam poczucie kontaktu z  kłamstwem literackim.

Kolejny minus to postaci kobiet. Rozpięte pomiędzy wizją nieskalanej dziewicy a nieznośnie ograniczoną służącą. W rezultacie świat kobiet u Cabre zawiera za dużo – jak na moją wytrzymałość -  postaci kobiet, matek, córek, kochanek i służących naiwnych, o wąskich horyzontach i skoncentrowanych na świecie materialnym. Myślę, że Cabre chciał dobrze. Mając tak ogromne ambicje, jakie miał w stosunku do swojego opus magnum, zachowuje polityczną poprawność. Chciał, aby świat kobiet był równie reprezentatywny i bogaty jak świat mężczyzn. Poświęcił na uzupełnianie planów powieściowych (czytaj: pisanie powieści) 8 lat! Czuję, że chciałby oddać kobietom sprawiedliwość. Jednak jego ambiwalentne uczucia w stosunku do kobiet nie dają się ukryć. Postrzegam go jako mistrza opisywania,  ile to mężczyźni zawdzięczają służącym, nianiom, a potem kochankom, które jednakowoż po prostu istnieją po to, aby im służyć i się nimi opiekować. Dawać im to, czego chcą, kiedy tylko chcą. Naturą kobiet jest smarowanie chleba kremem czekoladowym i wciskanie do ręki chłopca. Hm, jakże się z tym utożsamiam… Żeby oddać sprawiedliwość swoim kobiecym bohaterkom, poddaje je próbom i pozwala im całkiem dobrze sobie radzić - „prawie jak mężczyźni” . Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Cabre nie zdołał pokonać ograniczeń kultury zamożnego mieszczaństwa iberyjskiego i wbrew swej świadomej woli popada w protekcjonalny ton.




Krótko mówiąc, Wyznaję to w moim odbiorze skomplikowana, ale tylko w planie fabularnym, nie intelektualnym czy moralnym, historia o chłopcach i mężczyznach, którzy walczą o władzę, kontrolę, panowanie nad sobą i innymi. Wyrywają ją sobie na różne sposoby, demonstrują, rządzą otoczeniem. A wszystko to z kobietami w tle – bo bez nich jednak się nie da. Zresztą pominąć kobiety by się nie opłacało, bo to one głównie są czytelnikami takich książek jak Wyznaję :)

Klasę tej powieści obniża też fakt, że konsekwentne trzymanie się narracji pierwszoosobowej  bywa w razie potrzeby przerwane, żeby nagle oddać głos narratorowi wszechwiedzącemu, który nam wykłada intencje bohatera i pozwala nam, ni stąd ni zowąd czytać w myślach jego i innych. Odczuwam to jako obniżanie lotów, brak wiary w inteligencję czytelnika. Przez to nie czuję, żeby ta powieść stawiała mi jakieś wyzwanie, „poszerzała  pole walki”. Tak się robi w literaturze naznaczonej, zatrutej oglądaniem seriali telewizyjnych, czyli literaturze popularnej. Nawet jeśli dość ambitnej. Którą Wyznaję jest.
__________________
 Z półki



czwartek, 20 listopada 2014

Marcel Reich-Ranicki. Polskie lata

Gerhard Gnauck Marcel Reich-Ranicki. Polskie lata
Wyd. W.A.B., Warszawa 2009
Seria Fortuna i Fatum

Tym razem przyciągnęły mnie do lektury dwie rzeczy: seria wydawnicza Fortuna i Fatum (przypomniana mi przez Marlowa w jego poście o Diane Arbus) oraz chęć pogłębienia tematu recenzowania książek i recenzentów, o którym akurat ostatnio trochę rozmyślałam.

Seria W.A.B Fortuna i Fatum prezentuje się bardzo ciekawie. Poświęcona jest biografiom postaci znanych i często w jakiś sposób kontrowersyjnych. Książki, przynajmniej do niedawna były dopieszczone edytorsko (z tego słynęło W.A.B przed zmianami właścicielskimi). Na szczęście, pomimo różnych zawirowań oraz pomimo faktu, że jest poszukiwana przez wąską grupę odbiorców, seria jest kontynuowana. Już widziałam w internecie zapowiedź biografii Johna Lennona (styczeń 2015).

Mam kilka sztuk Fortuny i Fatum, w tym cztery na papierze oraz kilka kolejnych na e-papierze. Wszystko to razem złożyło się na fakt, że sięgnęłam po biografię niemieckiego „papieża literatury”, niepodważalnie bardzo opiniotwórczego w światku literackim celebryty, pochodzenia polskiego, zmarłego w 2013 roku.

Marcel Reich-Ranicki u schyłku długiego życia

Szczerze mówiąc dotąd nie rozumiałam, dlaczego tak znacząca dla kultury europejskiej postać, Polak z pochodzenia, jest u nas pomijany milczeniem. Teraz już wiem. Marceli Reich pracował po wojnie, jako dwudziestokilkulatek, w Ministerstwie Bezpieczeństwa Państwowego, a także w komunistycznym wywiadzie. Jako cenzor listów, jako rewindykator mienia polskiego z Niemiec, jako pracownik tajnych służb polskich na Zachodzie. Oficjalnie doszedł do stanowiska konsula polskiego w Londynie. Na bardzo krótko,kilka miesięcy zaledwie, bo został w ramach wewnętrznych czystek zwolniony z pracy, potem z partii, aresztowany na dwa tygodnie, w końcu pozbawiony możliwości oficjalnego zatrudnienia i druku. Wszystko to jednak działo się ‘między swoimi’. Zarzuty dotyczyły nielojalności wobec władz komunistycznych w Polsce. Reich, a od końca lat 40. Marceli Reich-Ranicki, przez kolejne kilka lat składał do PZPR zażalenia na tak złe traktowanie. Czuł się obywatelem wiernym linii partii.

Czyli mamy tu do czynienia z kimś, czyje postępowanie nie było nieskalane. Oj, nie. Problem polega na tym, że tak się przedstawiał przez lata Reich-Ranicki w Niemczech, dokąd uciekł z rodziną  z Polski w 1958 roku. Fałsz tej sytuacji polega na tym, że swoją reputację niezależnego krytyka literatury - i literatów – zbudował na fałszywym fundamencie. Słynął z ogromnej zasadniczości i ferowania bezlitosnych wyroków, operując podobno tylko na krańcach skali wartości: wszystko było albo dobre albo niedobre, albo czarne albo białe. Żadnych szarości. Żadnej wyrozumiałości.


Kiedy jednak w latach 90. otwarto polskie archiwa, znaleźli się Niemcy, jak np. autor niniejszej książki Gerhard Gnauck, znający polski i rozumiejący złożoność losów Polaków, Żydów i Niemców w czasie i tuż po II wojnie światowej, którzy postanowili zweryfikować legendę, którą zbudował Reich-Ranicki. Myślę, że takie stwierdzenia jak „ O tym, kto należy do literatury niemieckiej, ja decyduję.” wręcz zachęcały postronnych do próby przekłucia tego megalomańskiego balonu. Jedną z takich prac o charakterze niemal śledztwa dziennikarskiego, ale z wykorzystaniem warsztatu historyka jest właśnie książka Gnaucka, Wydana w 2009 roku równocześnie w Polsce i Niemczech, co było chyba wielkim sukcesem wydawnictwa W.A.B. Pamiętajmy, że Reich-Ranicki jeszcze wtedy żył. I wierzcie mi, nie ucieszył się z tego, że ludzie grzebią w jego życiorysie.

Kilka razy „zmiażdżył” autorów, którzy odważyli się przypomnieć mu, że pracował dla znienawidzonego przez Polaków Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. W Polsce otacza się pogardą ludzi, którzy mają na koncie pisanie donosów na kolegów z pracy. Zresztą sam Ranicki wcześniej nie raz nie wahał się atakować innych o takich właśnie życiorysach. Brzydko.

Kiedy więc w latach 90. zaczęto odsłaniać dotychczas ukryte fakty, jak wspomniałam, bardzo nie spodobało się to zainteresowanemu. Na przyklad, kiedy wypomniano mu, że dopisał sobie dwa lata studiów w Berlinie...  A tymczasem Reich był genialnym samoukiem, bez najkrótszych nawet studiów. Przykladem 'człowieka oczytanego", w którego istnienie się obecnie wątpi, niemal jak w istnienie yeti :) Trochę podkolorował ‘prześladowania ideologiczne’, jakim poddała go w Polsce PZPR w latach 50.  W rzeczywistości i on i żona mieli cały czas możliwość zarobkowania, 58-metrowe mieszkanie na Ochocie, nawet możliwość wyjazdów za granicę. Oczywiście po luksusowym życiu w roli konsula RP w Londynie, była to duża zmiana.

Na placówce

A Reich-Ranicki mierzył zawsze bardzo wysoko. To, co było jego największą zaletą, która pozwoliła mu osiągnąć kolosalny sukces (12 lat programu o literaturze w telewizji, ferowanie wyroków na książki), czyli ogromna pewność  siebie, wręcz arogancja, była też - jak często to bywa - największą jego wadą.

Naprawdę podziwiam ten rys jego charakteru, który nie pozwalał mu nigdy stawiać siebie w roli ofiary. Nigdy nie chciał być tak przedstawiany. Nawet, wyrzucenie go z pracy przedstawiał falszywie jako swoją własną decyzję. Zawsze chciał panować na sytuacją.  Mieć kontrolę. Wpływać na swój los.

A w jego przypadku świat mu nie ułatwiał zadania...

Trzeba sobie bowiem przypomnieć, że był polskim Żydem, urodzonym z matki Niemki w 1920 roku. Jako gimnazjalista trafił do rodziny matki w Berlinie. Bardzo dla mnie ciekawy jest fakt, że Reich należał do 20-tysięcznej grupy Żydów, obywateli Polski, którzy w październiku 1938 roku zostali zabrani, tak jak stali, ze swoich domów w Niemczech i odtransportowani do granicy z Polską w okolicy Zbąszynia. Marceli Reich zdołał zabrać teczkę z chusteczką do nosa i… powieścią Balzaca. Może kojarzycie to zdarzenie? Pisałam niedawno o Nocy Kryształowej w Niemczech... Była ona pośrednią konsekwencją tego właśnie zdarzenia w Zbąszyniu.

Herszel Grynszpan - wróg III Rzeszy

Noc Kryształowa nagłośniona została przez propagandę Hitlera jako odwet za zastrzelenie urzędnika ambasady niemieckiej w Paryżu dokonane przez Herszela Grynszpana, młodego chłopaczka, którego rodzina znalazła się takiej samej sytuacji, co Reich. Młody Grynszpan uznał, że jego rodzina doznała takich prześladowań podczas deportacji, okradziono ją z majątku, upokorzono przetrzymywaniem w stajniach na granicy Polski, że trzeba ją pomścić. Poszedł w eleganckim płaszczu i zastrzelił przypadkowego urzędnika niemieckiego. Sam potem zginął. Ale najważniejsze, że następnego dnia po zamachu Grynszpana, w tzw. 'sprawiedliwym odwecie' -  9 listopada 1938 roku Niemcy zniszczyli wszystkie synagogi w Niemczech i aresztowali 30 tysięcy Żydow.

Marceli Reich, obywatel polski, mieszkaniec Niemiec

A tymczasem co zrobił wysadzony z wagonu z rozhisteryzowanym tłumem 18-letni Marceli Reich? Podszedł do policjanta, skorzystał, że wciąż nieźle mówił po polsku, zapytał, czy może stąd wyjść. Wtedy jeszcze kordon nie był zamknięty. Musiał mieć jednak na bilet kolejowy. Zadzwonił ze stacji do rodziny, przesłali mu telegraficznie pieniądze i następnego dnia był już w Warszawie…

Bo Marceli Reich-Ranicki nigdy nie panikował. Miał zimną krew. Chciał żyć. Czytać, pisać i chodzić do filharmonii. I oprócz okresu, kiedy siedział pod podłogą w kryjówce po ucieczce z getta, tak właśnie robił. Nawet w getcie, choć było tam 300 tysięcy Żydów, to on miał tyle siły przebicia, że dostał zatrudnienie jako tłumacz niemieckiego w Judenracie. Mieszkał długo w najlepszej lokalizacji w getcie - na Chłodnej róg Żelaznej, gdzie urządzał wieczorki melomana. Nawet zrecenzował kilka koncertów orkiestr występujących na domowych koncertach w początkowym okresie istnienia getta. 

Już wtedy był bardzo wymagającym, surowym i bezwzględnym krytykiem. W swojej biografii napisał, że nie powinien być tak surowy... No, ja myślę. Jednak to był cały on. Był wybitnie inteligentny i wiedział to. Miał niesamowitą łatwość oceniania innych i formułowania ostrych sądów. Był przenikliwy i niezawisły. I uważał, że należy mu się sukces, że zawsze ma rację.

Władysław Bartoszewski ujął tę ambiwalencję w jednym zdaniu: „Był genialnym karierowiczem.” Rzeczywiście był genialny i bardzo silny mentalnie. I potrafil ustawić się w każdej sytuacji. Empatia nie była chyba jego mocną stroną.

Początek lat 50. XX wieku

Wracając do jakże ciekawej biografii Reicha-Ranickiego. Gnauck nazywa swoją pracę próbą portretu, zaledwie szkicem, niemniej jest ona pełna perełek, które już zawsze będą przedrukowywane. Np. bezcenne są rozmowy z mocno starszą już córką państwa Gawinów, u których ukrywali się Marceli z przyszłą żoną Teofilą, też Żydówką. To był cud, że nikt ich nie wydał przez prawie 2 lata. Głodowali, bo wiadomo było, że brakowało pieniędzy, ale też dlatego, że  nie można było robić nadmiernie dużych zakupów – choćby chleba, żeby nie ściągnąć na rodzinę podejrzeń. W owym czasie, jak wiadomo z doskonałych opracowań Centrum Zagłady Żydów, najczęściej denuncjowali sąsiedzi sąsiadów i to na tej podstawie, że ktoś zaczął kupować gazetę, a sam nie przedtem nie czytał, albo przynosił do domu więcej wiader wody, albo za często wynosiło się z domu nieczystości do szamba… Tak, sąsiedzi byli uważni w tamtych czasach…

Równie interesujące są historie ze środka Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Naprawdę, nie dziwię się, że w Polsce są rzesze młodych historyków, którzy doktoryzują się na podstawie donosów zarchiwizowanych w IPN. To jest lektura – szmirowata niesamowicie – ale wciągająca jak serial telewizyjny. Oczywiście wymagająca – obowiązkowo - szerszego oglądu rzeczywistości.

I tak jest też z życiorysem Marcelego Reich–Ranickiego, który do końca życia rozmawiał po polsku z żoną i urodzonym w Polsce synem Andrzejem (obecnie Andrew). Ale za Polaka się pod koniec życia nie uważał. Zdecydował, że jego ojczyzną będzie literatura niemiecka. Czy nam się to podoba, czy nie.

___________________________ 
Z półki


sobota, 8 listopada 2014

Martin Gilbert 'Noc kryształowa'

Martin Gilbert Noc kryształowa. Preludium do zagłady
Tłum. Jacek Lang
Wydawnictwo Replika Axis, Poznań 2010

Dzisiaj przypada kolejna rocznica Kristallnacht z 1938 roku. Noc potłuczonego szkła, o której już (zdaje się) nie uczą w szkołach. 

Jednej nocy i w ciągu następnego dnia na terytorium hitlerowskich Niemiec, dołączonej Austrii i zaanektowanych za zgodą Europy czechosłowackich Sudetach (zajętych jak dziś Krym ‘na prośbę’ tamtejszych Niemców) zaczął się Holokaust.


Autor książki, sir Martin Gilbert, posiadł dar pisania bardzo skrótowego i treściwego. Jednocześnie nie idzie na łatwiznę: nie ma zalewu dat i nazw. Swoją książkę skomponował z czterech głównych części: przestawienia niekwestionowanych faktów dotyczących tematu, pokazania przyczyn i konsekwencji Nocy kryształowej, podania przykładów bohaterskich obrońców Żydów oraz końcowego zestawu map. Wielkim atutem są cytaty ze świadectw uczestników wydarzeń. Widać, że bardzo bliskim mu wątkiem są dziecięce ofiary wojny. Sam jako kilkulatek został ewakuowany z Anglii do Kanady w ramach programu ratowania dzieci żydowskich. Dzięki tej zrozumiałej inklinacji autora mamy w książce opowiedzianych sporo nieznanych faktów dotyczących dobrych ludzi dających schronienie dzieciom żydowskim.


Gilbert jest niezwykle płodnym autorem. Przede wszystkim zasłynął jako biograf Winstona Churchilla. Ma też na koncie także takie tytuły jak I Wojna Światowa, II Wojna Światowa.  Duże tytuły, prawda? Po przeczytaniu w dwa wieczory książki o Nocy Kryształowej - podkreślę, że wspanialego czytania - bez najmniejszego znużenia, jestem absolutnie gotowa uwierzyć, że jego pozostałe pozycje można bezpiecznie brać do ręki. Bo ten autor pisze tylko to, co ważne. Selekcja materiału jest imponująca. Logika wywodu godna podziwu. Obrazowość tekstu przemawia do wyobraźni. No i te mapy - doskonałe, pomocne. Dopiero zobaczenie na uproszczonym rysunku miejsc, gdzie dokonano zniszczeń pokazuje… masową skalę tego procederu. Skalę podporządkowania się fuhrerowi i jego obsesyjnej ideologii. A już najbardziej przejmująca jest mapka transportów niemieckich Żydów do pierwszych obozów śmierci pod Rygą z zaznaczonymi  godzinami przyjazdów, które były jakże skrupulatnie przestrzegane... Dzięki temu maszyna śmierci działała jak naoliwiona, jeszcze zanim zajął się nią buchalter Eichmann…
Szef bojówek SA, najwierniejszej służby Hitlera

Od 1933 roku Hitler i jego ludzie pracowali propagandowo, żeby uczynić z Żydów niemieckich podludzi. Ze współczesnych badań psychologicznych i socjologicznych wiemy, że odebranie godności  - w tym cech ludzkich -  wrogowi ułatwia jego późniejsze zabijanie. Paradoksem jest, jak względnie niewielu Żydów było w Niemczech - ok. 500 tys. we wszystkich częściach III Rzeszy – co stanowiło mniej niż 1% całej populacji. Jednak wokół problemu rozwiązania kwestii żydowskiej ogniskowała się polityka i ideologia hitlerowska już od 1933 r. Żydzi stali się kozłami ofiarnymi. Niemcy ‘aryjscy’ potrzebowali wewnętrznego wroga. Odzyskiwali dobre samopoczucie po przegranej wojnie. Tak to działa.

Trudno było jednak tak od razu zwrócić masy ludzkie przeciw dotyczczasowym dobrym sąsiadom. Żydzi niemieccy byli zakorzenieni na tych terenach od czasów rzymskich, w większości zasymilowani. Należeli najczęściej do klasy mieszczańskiej, uprawiali wolne zawody. Nie było tam subkultury sztetla, ruchów chasydzkich, biedoty żydowskiej odróżniającej się wyglądem, językiem i kulturą od rodowitych Niemców. Za to było wielu zasłużonych obywateli, w tym bohaterskich żołnierzy Wielkiej Wojny.

Ale wystarczyło 5 lat wytrwalej propagandy, przemówień, filmów, artykułów prasowych, wystaw poświęconych ideologii streszczającej się w haniebnych słowach: Żyd to nie jest człowiek, Żyd to jest wesz, którą trzeba i można zgnieść. Za tym szło ustawodawstwo – kilkanaście, z czasem nawet ponad 20 ustaw rocznie odbierających stopniowo prawa obywatelskie, zawodowe, w końcu ludzkie Żydom niemieckim. Najsłynniejsze z nich to Ustawy Norymberskie z września 1935 o ochronie czystości rasy aryjskiej skierowane przeciw Żydom, Cyganom i czarnym. Pisałam o nich TU.

Obojętność wobec krzywdy żydów stała się normą.

To z powodu tej długotrwałej ‘pracy nad nienawiścią’ stało się możliwe to, co zdarzyło się w nocy z 9 na 10 listopada 1938. Stopniowo zobojętniano Niemców na krzywdę Żydów - grupy wybranej do spełnienia roli kozła ofiarnego. Pierwszą częścią działań było pokazanie, że Żydzi nie mają praw do swojej własności i do swoich miejsc kultu. Zorganizowane grupy, na rozkaz, także grupy szkolne pod wodzą nauczycieli (sic!) i grupy podrostków niszczyły mienie żydowskie. Przede wszystkim synagogi, w tym architektoniczne perły, zabytki. Zniszczono wtedy ponad 1000 (słownie tysiąc) obiektów. Prawie wszystkie… Zwoje Tory były wdeptywane w ziemię, cenne elementy wystroju kradzione pod lufami pistoletów. Druga część polegała na niszczeniu, a następnie rekwirowaniu majątku prywatnego Żydów, w tym szczególnie sklepów – gdzie skupiono się na przyjemności wybijania szyb i palenia. Po czym zmuszano pierwotnych właścicieli żydowskich do przekazywania praw własności nowym aryjskim właścicielom oraz wypłacania im (!) odszkodowań za zniszczenia w obiektach. Czujecie tę perwersję? Trzeci etap to były aresztowania mężczyzn żydowskich i zamknięcie ich w obozach koncentracyjnych (już wtedy istniejących na terenie Niemiec). Udało się wtedy wsadzić do obozów (np. Dachau) ¼ Żydów płci męskiej.

Cynizm faszystów polegał na tym, że żądali od Żydów niemożliwego: żeby zniknęli z ‘ich kraju’ i jednocześnie, w tym samym czasie, żeby nie wyjeżdżali. Zabierano im paszporty, nie udzielano wiz.

Była w tym jakaś obsesja, perwersyjna satysfakcja, posłuszeństwo autorytetom, które doprowadziły, jak wiemy, do wymordowania milionów ludzi. Z tym nie mogę się pogodzić.

________________________
Z półki


środa, 28 maja 2014

Elisabeth Asbrink z Nagrodą im. R. Kapuścińskiego 2014

Elisabeth Asbrink W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa
seria Reportaż  [Czarne]

Zaslużona nagroda.

Opowieść o "urwanym locie" jednego chłopca, jednej rodziny, a symbolicznie wielu  milionów niewinnych ludzi. Oparta na genialnie prostym pomyśle. Jest to rekonstrukcja historii pewnej rodziny na podstawie zachowanych listów tylko jednej ze stron. Korespondecję prowadziła rodzina Ullmannów: rodzice (i reszta rodziny) pisali z Wiednia do nastoletniego Ottona, przebywającego na uchodźstwie w neutralnej w czasie II wojny światowej Szwecji. 

Jeśli napiszę, że rodzina ma korzenie żydowskie, to potem mogę już swobodnie napisać: "Z wiadomego powodu nie ostał się żaden z listów chłopca, ktory dotarł do Wiednia..."

Wszystko jasne. Holokaust. Temat opisywany wielokrotnie. Ale nie tak. Nie z taką czułością, nie z taką bezbronną naiwnością, nie poprzez takie patrzenie przez półprzymknięte powieki. Brawo Asbrink.

I te listy. Około 500 sztuk. Zaadresowane Herr Otto Ullmann, w kolejnych wioskach w Szwecji. Jakże dokladnie musiały oddawać rzeczywistość, szczegóły dnia codziennego i atmosferę tamtych czasów... Skoro na podstawie listów słanych w jedną tylko stronę można odtworzyć życie ich odbiorcy? Każde słowo Ottona było wchłaniane przez jego rodziców w Wiedniu w 100 procentach. Przeżywane, przetwarzane po wielokroć, parafrazowane, szczególnie ojca. On wykazuje się absolutnie niezwykłą empatią i miłością do syna. Miłością, którą potrafi wyrazić w słowach. (Matka często dodaje zaledwie "Tysiąc całusów!" na koniec listu.) Zamknięci w Wiedniu, potem dotknięci przez machinę Hitlera i Eichmanna Ullmannowie pisali początkowo każdego niemal dnia, potem co tydzień. Analizowali i przeżywali z największą miłością każde najdrobniejsze zdarzenie z życia ich małego Ottona, któremu - jeszcze na początku wojny - załatwili z największym trudem przepustkę do życia - sierociniec w Szwecji.

Przepustka do życia - tak - ale jakże innego od tego, które było jego udziałem, gdy w Lesie Wiedeńskim  jego dzieciństwa szumiały jeszcze drzewa. Nigdy więcej beztroskiego karmienia gołębi w parku, gry w piłkę z ojcem - komentatorem sportowym, lekcji łaciny, greki, angielskiego. Zamiast tego praca w polu, opiekowanie się zwierzętami gospodarskimi, radość, że znalazł pracę przy wyciąganiu końmi drzewa z lasu. 

A potem przyjaciela i pracę w małym sklepie meblowym rodziny Kampradów, gdzie poznał Ingvara, młodego szwedzkiego faszystę, który już w 1943 stworzył podwaliny firmy IKEA.
IKEA to akronim  od wyrazów: Ingvar Kamprad oraz Elmtaryd (nazwa jego farmy) i Agunnaryd (wioska), w której się wychował. 

Agunnaryd - miejsce, gdzie niespodziewanie znalazł się i Otto Ullmann. Niespodziewanie dla niego i chyba - na zdrowy rozum - także dla całego świata, gdyby świat zechciał się nad tym choć przez chwilę zastanowić. I może zechce po tej książce. 



PS. To, że Kamprad ma długo skrywaną faszystowską przeszłość, wiedziałam już skądinąd. To, co mnie naprawdę szokuje, to fakt, że w czasie wojny ludzie z dwóch krańców Europy, mieszkańcy krajów rozdzielonych morzem, i okupowanymi krainami takimi jak Czechosłowacja czy Polska, w czasie działań wojennych, dostawali regularnie jak w zegarku listy. I że ich to nie dziwiło. Dochodzę do wniosku, że procedury, regulacje, prawo pocztowe, fach listonosza, a w końcu nawyk pisania listów są mocniejsze niż... sądziłam, niż... jestem w stanie wytrzymać?
PS 2. I to oryginalne zdjęcie na okładce, ktore daje nam wyobrażenie o losie Ottona - małego śniadego odmieńca wśród jasnych Skandynawów.
___________________________
 Z półki

czwartek, 20 czerwca 2013

Lubię ład, nie chcę zostawić po sobie bałaganu. - "Dziennik Helgi"

Helga Weissova Dziennik Helgi. Świadectwo dziewczynki o życiu w obozach koncentracyjnych

Mogę polecić tę książkę jako pierwszą lekturę dla osób, które chcą przeczytać coś o Holocauście. Jest to dziennik żydowskiej dziewczynki z Pragi, która staje się ofiarą hitleryzmu i zostaje zmuszona  do walki o przeżycie między 10 a 15 rokiem życia. Czyli są to niezmodyfikowane żadną ideologią fakty, opisane językiem prostych zdarzeń na miarę dziecka, a potem nastolatki. Wierzcie mi, Helga nie roztrząsa niesprawiedliwości losu, ona po prostu się dziwi, że ludzie potrafią być tacy niedobrzy...

Helga Weissova jest jednym z zaledwie setki dzieci ocalałych z getta w Terezinie. Dotąd w Polsce niewiele mówiono o tym mieście-getcie, w którym gromadzono Żydów z terenów na południe od Polski. 

Wielką wartością dziennika Helgi jest właśnie ukazanie życia w tym „idealnym mieście Żydów”, dawnych koszarach teraz zamienionych w wielkie, wielotysięczne  więzienie, obóz przejściowy. Zadziwiające było to miejsce…  Zanim  przebywający tam człowiek trafił do transportu do KL Auschwitz,  doprowadzano do jego stopniowej dehumanizacji. Stawał się przedmiotem obróbki nazistowskiego przemysłu śmierci.

I tak Helga oraz inne dzieci zostaje rozdzielona z rodzicami. Zresztą uznaje to – jak to dziecko – za fajne! Początkowo spanie na piętrowych łóżkach  w gronie rówieśniczek przypomina jej kolonie letnie. Ale mija czas, a koleżanek ubywa.  Dopóki jej rodzice, obecnie ludzie-numery, przebywający rozdzieleni w budynkach dla mężczyzn i dla kobiet,  mają czym płacić, udaje im się uniknąć wywózki, czyli „wyreklamować się”. Dorośli pracują w polu, w administracji obozu, dzieci mają zorganizowane tajne nauczanie. Dostają regularnie jedzenie, które pozwala im nawet „oszczędzić” na przygotowanie pseudotortów urodzinowych. Helga ma zeszyty, ołówki, kolorowy papier. Czytelnicy wiedzą, że pochodzi on z walizek nowoprzybyłych na „śluzę”… Dziewczynka  o tym nie mysli. Po prostu chce malować, tak jak powiedział jej tata: „to, co widzi”. 

Owe ilustracje, oryginalne rysunki Helgi z Terezina są kolejnym wyróżnikiem jej relacji. Helga portretuje to, co stało się jej normalnym życiem. A my obserwujemy „na własne oczy” zinstytucjonalizowaną, opartą na porządku, liczeniu, punktualności i licznych formalnościach… zagładę. Banalność zła opisaną bez świadomej refleksji dorosłego, bez zastanawiania się – dlaczego mnie to spotkało? – bez buntu, po prostu dzień za dniem.

Jedną z najbardziej szokujących historii związanych z Terezinem jest wizyta, którą złożyli tam  przedstawiciele Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, żeby przekonać się, że skarżący się na złe warunki panujące w getcie duńscy Żydzi (trafiło ich tam przypadkiem 500) nie mają racji. Hitlerowskie Niemcy robią wszystko, żeby Żydom dobrze się wiodło w gettach. Oto dowód: zadbani ludzie na ulicach, a obok wóz pełen bochenków chleba. Czerwony Krzyż wyjeżdża zadowolony, że Żydzi mają tak dobrą opiekę...

Jesienią 1944, w przeddzień wywózki do Auschwitz, Helga przekazuje swój dziennik wujkowi. On zamurowuje go w ścianie. 

Dzięki temu oglądamy go teraz. Także dzięki temu, że zarówno wujek, jak i Helga, a także jej matka – wszyscy szczęśliwym trafem przeżyli. To jest kolejny ewenement. Dla czytelnika jest to bardzo pomocne – wiedzieć, że ta dziewczynka przetrwała, i stała się dorosłą kobietą, malarką, matką, żoną, a dzisiaj babcią. Moje poczucie winy związanej ze wstydem za to, że „człowiek człowiekowi zgotował ten los” jest bowiem  ogromne. Czasami wywołuje to zbyt duży opór mojej psychiki w zetknięciu z opisami cierpień i porzucam lekturę - bo nie mogę tego znieść! 

Tymczasem historia Helgi jest optymistyczna. Dziewczynka wykazuje wielkie zdolności przystosowawcze, jest optymistką, ma wspierającą ja matkę i jest zdyscyplinowana. Dba obsesyjnie o czystość. Wolała nie wypić kawy, którą dostała po 3 dniach bez wody, tylko się w niej umyć... Ma też wiele, wiele szczęścia. Wychodzi żywa z tyfusu (2 razy), zapalenia płuc, zapalenia mózgu. Kiedy trafia do KL Auschwitz, nie rozdziela się matką.  Kłamie, że ma 18 lat i dzięki temu nie trafia, jako dziecko, prosto do gazu. Jest niewolnicą jak inni, zrzuca ubranie na rozkaz na oczach „młodych esesmanów”, poddaje się goleniu głów, walczy o miskę, do której trafiają raz odchody, innym razem zupa z brukwi. Żyje od apelu do apelu, którymi regulowane było życie w KL.


Kiedy gorliwy szef jej obozu postanawia w kwietniu 1945 roku przewieźć „swoich więźniów” do Mauthausen przez Flossenburg, żeby nie trafili w ręce nadchodzących wojsk radzieckich (jak przystało na przykładnego pracownika fabryki śmierci), Helga przeżywa 14 dni w otwartym wagonie, ekstremalnie stłoczona z żywymi i zmarłymi kobietami. Wtedy, w przeddzień wyzwolenia jest bliska samobójstwa. Jednak poczucie zobowiązania wobec dogorywającej matki pozwala jej przeżyć.

W maju 1945 roku jest z powrotem w Pradze. Od nowych mieszkańców swojego mieszkania słyszy wyrzuty: „To wy żyjecie?”  Rzeczywiście zrobiła im kłopot, przecież „oni się tyle w wojnę nacierpieli…”
_____________________
Wyzwanie Trójka e-pik (książka z motywem wojny)
Książka pożyczona w ramach akcji przynadziei Podaj książkę (dzięki!)

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

...brzydkie miasteczka stają się piękne, gdy zaczynamy je wspominać


Michał Głowiński Kładka nad czasem. Obrazki z Miasteczka

Opowieść o miejscu urodzenia, dzieciństwa i wczesnej młodości Głowińskiego – Pruszkowie. Choć nazwa ta ani razu w tomie się nie pojawia, zastąpiona uniwersalizującym słowem Miasteczko, jest łatwo rozpoznawalna dla czytelnika, szczególnie mieszkańca Mazowsza. A to za sprawą pojawiającego się słynnego na całą Polskę szpitala psychiatrycznego w Tworkach, obecnie dzielnicy P., także z powodu wspomnień o obozie przejściowym stworzonym w P. na terenach Warsztatów (kolejowych) w 1944 r. Obóz ten trwale zapisał się w pamięci wielu warszawiaków, bo trafili tam praktycznie wszyscy mieszkańcy miasta po jego poddaniu się po Powstaniu. Np. moja teściowa, mieszkanka Koła na Woli trafiła z rodzicami i siostrą przez P. do Berlina do obozu pracy, mając zaledwie 8 lat. Kolejny trop to kolejka WKD oraz druga linia - dawniej kolej warszawsko-wiedeńska. No i Utrata, dawniej słynna jako „rzeka-smródka”…

Ale zgódźmy się z autorem, że miasteczko P. można było przed wojną uznać za archetypowe polskie „Miasteczko”.  O dziwnym planie, pocięte drogami i kolejowymi torami, z neogotyckim kościołem, targowiskami, zakładami produkującymi ołówki, tartakiem (jednym z właścicieli takiego tartaku był żydowski dziadek Głowińskiego), z dobrym i słabym liceum oraz biblioteką, w której przyszły wyśmienity polonista znalazł przedwojenne wydanie Ferdydurke i Braci Karamazow – swoje najważniejsze młodzieńcze lektury. Był tam także, tak jak w większości miasteczek na Mazowszu także kirkut oraz dziś już zapomniane ślady po Żydach.

Głowiński, już po napisaniu słynnych „Czarnych sezonów”, w których wraca pamięcią do okresu wojny i wspomnień o byciu „dzieckiem  Sendlerowej” zapragnął przerzucić też kładkę wspomnień do czasów, kiedy jako dziecko chętnie przesiadywał przy oknie i obserwował ulicę 3 maja, jedną z kilku głównych ulic Miasteczka. Opisał to, korzystając z niezwykłej pamięci do szczegółów i do ludzi oraz tego, że obserwowanie, stanie z boku to jego prawdziwa natura. Znajdziemy więc tu opowiadanie o romansach Pani hrabiny, o znanej wszystkim prostytutce Andzi Przysmak, o głupim Zdzisiu, podmiejskim amancie Józefie Jelitko i Pani w czerni jeżdżącej co tydzień na groby powstańcze.

Kładka nad czasem to trochę prawda i trochę fikcja. To opowiadania, trochę legendy, trochę gawędy, trochę wspomnienia. Dla zwolenników wolno płynących opowieści o czasach minionych. Dla mnie ma dodatkowy urok, bo ja też przez 12 lat mieszkałam „nad torami”, w podwarszawskim Rembertowie i chodziłam czarną, żużlową drogą do szkoły…


___________________________
Wyzwania: Z literą w tle oraz Z półki

wtorek, 16 kwietnia 2013

...odczytuję listę powstańców z getta warszawskiego


Anka Grupińska Odczytanie listy

Odczytanie listy to przejmujące w swojej prostocie wspomnienie o powstańcach żydowskich z Warszawy. Książka zawiera tylko ich zdjęcia i biogramy. Żadnej martyrologii i płaczu. 

Paradoksalnie sięgnęłam po tę pozycję w księgarni - 10 lat temu - z powodu okładki wykorzystującej pracę Leona Tarasewicza, którego kocham miłością pierwszą. Moje wydanie to drugie wydanie książki  Grupińskiej, z 2003 roku (Wydawnictwo Literackie). [Pierwsze ukazało się rok wcześniej. Moje jest już uzupełnione o nowe nazwiska.]

Lista została sporządzona przez autorkę na podstawie tzw. listy londyńskiej, czyli listy spisanej przez Cywię Lubetkin, Antka Cukiermana i Marka Edelmana w czerwcu 1943 roku i przekazanej do Londynu. Zawiera ona nazwiska wyłącznie bojowców z ŻOBu, czyli Żydowskiej Organizacji Bojowej. [W getcie była jeszcze inna grupa zbrojna - ŻZW.]

Niesamowicie mi się robi na sercu, gdy pomyślę, że w nocy z 18 na 19 kwietnia 1943 roku stanęły do boju tylko 22 grupy po ok. 10-12 osób…



Losy ich są godne zapamiętania. Kilkoro przeżyło, z czego tylko Edelman został w Polsce. Przez wszystkie lata swojego życia Edelman był strażnikiem grobów swoich towarzyszy broni. Stawiał się tam zawsze tego samego dnia, w kwietniu, zawsze zatrzymując się na kopcu usypanym na miejscu bunkra Mordechaja Anielewicza, a potem już zawsze zaczynając od chwili milczenia pod Pomnikiem Bohaterów Getta. Patrzył na świat z tamtego miejsca. Robił tak co roku, oprócz jednego, kiedy zatrzymano w areszcie domowym w stanie wojennym. Najczęściej sam, albo z rodziną, albo z przyjaciółmi, czasami z przybyłymi specjalnie na ten dzień Żydami polskimi z zagranicy. Tak minęło 50 lat. 
Od końcówki lat 90. zaczęli mu towarzyszyć mieszkańcy Warszawy. Początkowo wstydliwie, poźniej bardziej otwarcie, szli za nim spod Pomnika Bohaterów Getta na Umschlagplatz z żonkilami w dłoni…



W Odczytaniu listy wszystkie historie są interesujące, bo pokazują Żydów warszawskich przez pryzmat ich życiorysów, ich planów, ich wyborów. Największe wrażenie zrobiły na mnie historie Antka Cukiermana, Cywii Lubetkin i Kazika Ratajzera, obecnie Symchy Rotema – jednego z ostatnich żyjących bojowców ŻOBu, chłopaka o ‘świetnym wyglądzie’, łącznika Antka Cukiermana  ze światem zewnętrznym. Kazika, który wyprowadził Edelmana i jego grupę z getta przez właz na Prostej.

Edelmana już nie ma. Symcha Rotem - "Kazik" Ratajzer przyjeżdża na 70. rocznicę Powstania zbiegającą się z datą otwarcia Muzeum Żydów Polskich.


Na ich stronie przeczytałam, że zapraszają w dniu otwartym - 21 kwietnia 2013 r. -  o godz. 19.00 na premierę filmu Joanny Król i Karoliny Dzięciołowskiej Ocaleni. Czas trwania: 55 minut.
___________________________
 Z literą w tle

niedziela, 14 kwietnia 2013

...trzeba to ocalić


Mikołaj Grynberg Ocaleni z XX wieku

Autor jest z wykształcenia psychologiem, zajmuje się jednak pisaniem i fotografią. Sam jest potomkiem żydowskiego chłopca, który wraz z ojcem  - przedwojennym lekarzem - uciekł z warszawskiego getta, ukrywał się na Marymoncie, a potem w obawie przed niezdrowym zainteresowaniem sąsiadów uciekł na piechotę aż do Izabelina pod Puszczą Kampinoską, gdzie dotrwali, obaj na aryjskich papierach, do końca wojny.
A ja akurat mieszkam w tej okolicy…

Ocaleni z XX wieku to 25 historii Żydów, 25 relacji spisanych jeden do jednego podczas pobytu autora w Izraelu. Wszystkie są opatrzone pojedynczym, aktualnym czarno-białym zdjęciem zrobionym Leicą.

Autentyczność rozmowy, wyraziste charaktery bohaterów relacji, różnorodność historii i artystyczne zdjęcie oddające charakter postaci wyróżniają tę pozycję pośród innych, których ukazuje się w Polsce i na świecie na tyle dużo, że niektórzy mówią o przesycie, a np. Jacek Dehnel wskazuje wręcz na pojawienie się kiczu w tych opowieściach. Rzeczywiście, relacje te są przecież ciągle o tym samym... Są w gruncie rzeczy zawsze wariantem tej samej opowieści – o niezasłużonej ofierze. I zgoda, że ich multiplikacja niesie groźbę pojawienia się znużenia, a nawet poczucia banalności opisywanych śmierci – ale, pamiętajmy, tylko w kategoriach formalnych! 
Wydaje mi  się, że przy tak trudnej tematyce opór pojawiający się nawet u najbardziej wrażliwego czytelnika, jest naturalny. Tak działa empatia. Tak działają neurony lustrzane. Przeżywamy cierpienie razem z opowiadającymi. To boli. To jest ponad ludzką wytrzymałość. Poza tym we mnie budzi się wstyd za szmalcowników, bo wiadomo, że to oni stanowili największe zagrożenie, gdy możliwości Niemców się kończyły… To oni mogli rozpoznać Żyda wtedy, gdy hitlerowcy już nie dawali rady rozpoznać niuansów np. w mowie. To nie hitlerowcy byli w stanie wypatrzeć, że ktoś kupuje więcej chleba niż dotąd, czy że nosi w wiadrze więcej wody do picia i mycia, niż kiedyś…

Trzeba czytać te relacje, żeby oddać hołd ofiarom i nie zamykać oczu na rzeczywistość, taką jaka była.

Relacje Grynberga wnoszą do gatunku koncentrację na osobie, która opowiada, na tym, jaka jest  współcześnie. Język oddaje charaktery staruszków, niekiedy bardzo wyraziste. Wszyscy oni nie przypadkiem przetrwali, ich energia życiowa budzi podziw. Większość  nadal mówi świetnie po polsku – co więcej, niektórzy mówią wyrafinowanym polskim. Czyli wyraziste postaci, odlegle od naszego wyobrażenia „ofiar”. Do tego autor pokazuje swoje spotkania z ocalonymi z całą ich dramaturgią, z całym procesem psychologicznym, który zachodzi pomiędzy młodym przybyszem z Polski, a uciekinierami z niej. Przez to każda rozmowa jest inna i naświetla inny aspekt życia zarówno przedwojennego, wojennego, jak i powojennego tych Polaków żydowskiego pochodzenia.

Niesamowite, że przeżyli tę gehennę i potrafią się śmiać. Mogę się tego od nich uczyć. 
_____________________ 
Z półki i Z literą w tle