Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 września 2015

"Genialni. Lwowska szkoła matematyczna" Mariusz Urbanek


Mariusz Urbanek wyrasta na biografa (nomen omen), którego nazwisko i dokonania na gruncie biografistyki polskiej na pewno już nie zaginą.

Jego biografie Tuwima, Brzechwy, Broniewskiego, Walldorfa, Tyrmanda, Kisiela są świetne. A teraz matematycy ze Lwowa... Piękny zestaw - jak stworzony dla mnie. Wygląda bowiem na to, że jednym z motywów, którym kieruje się Urbanek, wybierając bohaterów swoich książek, jest ich wkład w życie intelektualne Polski. Owo poruszenie, które czynili. Owe aspiracje, które mieli. Ową legendę kogoś, kogo warto naśladować, którą udało im się, często mimo woli, stworzyć...

Mamy więc tu fascynujący obraz pewnej kultury, a także historię idei, a mianowicie koncepcji "Jak najlepiej uprawiać naukę"? Jak poszerzać pole wpływu kultury wysokiej? Jak być intelektualistą?

Cudna jest to historia. Mniej o matematyce, bardziej o ludziach. 


Mariusz Urbanek ur. 1960
Pełna legendarnych już anegdot, jak ta, że Stefan Banach - syn analfabetki i chłopa, niechętny egzaminom, zupełnie "nieszkolny typ" - obronił swój doktorat, mając za sobą zaledwie 2 lata studiów i to przepytany pod pozorem, że trzeba wytłumaczyć "tym trzem panom z Warszawy" zawiły problem matematyczny...

Pełna bon motów Hugona Steinhausa, jak ten: "Ziemia - kula u nogi człowieka".

Wprowadzająca w świat Los Alamos i bomby atomowej i wodorowej oraz lotu na Kisężyc oraz roli Stanisława Ulama w ich wymyslaniu.

Klimat intelektualny Lwowa, który wciągnął mnie już, kiedy czytałam o latach młodości Zbigniewa Herberta, tu powrócił z całą mocą, mocą atomową :) W krótkich, niemal telegraficznych akapitach, doskonale nadających się dla współczesnego czytelnika, chłoniemy etos tamtych czasów oraz genius loci Lwowa.

Kiedy po wojnie Edward Marczewski sformułował dekalog polskiej szkoły matematycznej, opisał po prostu środowisko lwowskie. Dziesięć przykazań Marczewskiego to zasady proste i banalne, lecz sprzyjające rozwojowi nauki i talentów naukowych.

Dekalog ten zawierał m.in.:
  • Zasadę wczesnego startu, czyli stawiania młodych adeptow sztuki przed zagadnieniami natrudniejszymi, żeby wychować prawdziwych badaczy, a nie zasuszonych pedantów. 
  • Jest zasada wtórnej roli stopni naukowych, które powinny być rezulatatem, a nie celem pracy naukowej. 
  • Zasada rzeczywistego współautorstwa prac badawczych. 
  • Są zasady sprawiedliwego podziału obowiązków i sprawiedliwego awansu. Młody wiek nie może być przeszkodą.
  • Jest wreszcie zasada wartości moralnych - życzliwość, przyjaźń, lojalność, uczynność, dobroć mają podstawowe znaczenie dla rozwoju szkoły naukowej. 


Dziś zamiast tego mamy sztywne reguły, rywalizację o punkty; celem naukowca jest stopień naukowy, a badania mogą mieć (i mają niestety) charakter przyczynkarski, byle były napisane  po angielsku. Gorsi badacze, ale za to gorliwi administratorzy swoich karier wyprzedzają w tym biegu lepszych od siebie myślicieli i dydaktyków, niestety. Dzisiaj banał zwycięża nad prawdziwą nauką.

Mariusz Urbanek "Genialni. Lwowska Szkoła matematyczna" 
Warszawa, ISKRY 2014


niedziela, 7 grudnia 2014

Niżyński. Bóg tańca, ofiara codzienności

Lucy Moore Niżyński. Bóg tańca.
(Legenda. Geniusz. Skandalista. Biseksualista. Schizofrenik)
Przeł. Hanna Pawlikowska-Gannon
Wydawnictwo Marginesy 2014

Zdarzyło się w moim życiu ostatnio kilka zbiegów okoliczności związanych z Wacławem Niżyńskim. Najpierw przydarzył się nam balet. Dwa tygodnie temu byliśmy z mężem i córką na balecie ‘1914’ w Teatrze Wielkim. Każde spotkanie z baletem jest dla mnie ogromnie poruszające. Po każdym spektaklu baletowym, po tym też, moje myśli nieuchronnie biegną do potrójnego ‘Święta wiosny’ obejrzanego na tej samej scenie w 2011 roku.

Tamten dzień to był wielki dzień dla mojej rodziny. Przeżyliśmy coś wspaniałego! Odtąd staramy się chodzić na nowe spektakle baletowe w Warszawie. Wszyscy przeżyliśmy katharsis, choć każdemu z nas podobała się inna z trzech zaprezentowanych wtedy wersji ‘Święta’. Mojemu mężowi i córce część choreografii Emanuela Gata (z 2004) – nowoczesny taniec na 3 pary. Mnie, choreografia podkreślająca synchroniczność pastelowej grupy baletowej autorstwa słynnego Maurice’a Bejarta (z 1959).


Wszystkim nam jednak zaimponowała rekonstrukcja choreografii Wacława Niżyńskiego z 1913 roku. Archaizująca, dzika, pierwotna, okrutna opowieść o składanej ofierze w stylizowanych strojach ludowych (mężczyźni z brodami, kobiety z warkoczami) z ciałami luźno zwisającymi, stopami do środka i zeskokami na proste nogi ze stopami brzydko zadartymi do góry.


Nawet dziś ten spektakl wywołuje głębokie poruszenie, a co dopiero w 1913 roku, kiedy to odważył się wystawić tę premierę w Paryżu Siergiej Diagilew i jego trupa Balety Rosyjskie! Autorami byli - muzyka: Igor Strawiński, choreografia: Wacław Niżyński, scenografia: N. Roerich i R. Bakst.

W biografii Niżyńskiego choreografia tego baletu – ‘Święta wiosny’ -  jest najważniejszym punktem, punktem zwrotnym. I oczywiście od niej zaczyna się książka o tym artyście, autorstwa Angielki Lucy Moore. Książkę tę, dziwnym zrządzeniem losu,  wypatrzyłam ostatnio na półce księgarni. Jeśli do tego jeszcze dołożyć fakt, że za najgenialniejszą choreografię Niżyńskiego uważa się 11-minutowy balet (do muzyki C. Debussy’ego) ‘Popołudnie fauna’ z 1912 roku, a ja właśnie ostatnio zakochałam się w pachnących dzikością perfumach nomen omen Popołudnie fauna, musiałam uznać, że to był znak J Dodajmy jeszcze pierwowzór mitycznej historii o faunie podglądającym nimfy leśne, czyli wiersz Stephana Mallarme’go, i mamy pełne tło, żeby zacząć wreszcie pisać i mysleć o samym Niżyńskim.

A trudno zdaje się jednoznacznie o nim pisać. Jego życie jest pełne sprzeczności. Jest też tragiczne. Oczywiście można je ująć w takim skrócie, jak zrobił to polski wydawca: Legenda. Geniusz. Skandalista. Biseksualista. Schizofrenik. Ale jest to oczywiście marketingowe uproszczenie. 

Niewątpliwie jest to niesamowita postać. Co ciekawe... Polak. Choć niewielu na świecie tak Vaslava Nijinsky’ego postrzega. Nawet autorka omawianej biografii pisze o nim „obywatel imperium rosyjskiego” (urodził się w 1889 r. w Kijowie w trakcie tournee rodziców pochodzących z Warszawy), choć nigdy nie nauczył się dobrze pisać po rosyjsku i „miał miękki polski akcent”. Ciekawe dlaczego?


Autorce udaje się dobrze pokazać jego dwie twarze. Pierwsza to twarz skromnego, cichego, potulnego, niezdarnego (sic!) chłopaka, o skomplikowanej seksualności, potem niezaradnego mężczyzny. Druga to twarz zrośniętego z rolami tancerza-aktora o wspaniałej mimice i najwyższych na świecie umiejętnościach baletowych.

Niżyński był od dziecka najlepszym tancerzem ze wszystkich: najpierw spośród dzieci swoich rodziców-tancerzy, potem wśród uczniów carskiej szkoły baletowej, następnie był najlepszym młodym tancerzem Carskich Baletów Rosyjskich, potem komercyjnych baletów Rosyjskich Diagilewa w Paryżu. Bez wątpliwości był w swoim czasie (lata 1909-1916) najlepszy na świecie. Wzniósł balet męski na niebotyczny poziom. Pokazał się jako awangardowy choreograf. A na koniec był najlepszym tancerzem wśród pacjentów szpitala psychiatrycznego...

Bardzo mnie poruszyła jego historia. Bardzo. On powinien tańczyć, a nie zajmować się walką o swoją tożsamość z wykorzystującym go, także seksualnie, sponsorem – menedżerem. Powinien mieć szansę rozwoju talentu bez konieczności  walki z wrogami branżowymi (choć branża baletowa po dziś dzień jest pełna patologii). Żeby zrobić karierę na miarę talentu zabrakło mu uczciwego impresaria (dziś menedżera). Był też ofiarą popularności niczym współcześni celebryci. 

Jego inteligencja ruchowa nie mieściła się na używanej dotychczas skali mistrzostwa baletowego. Skakał tak, że wydawało się, że zawisa w powietrzu. W makijażu scenicznym, nałożonym bezpośrednio na obcisły trykot, był bogiem - bogiem czego tylko chciał: seksualności, lubieżności w ‘Popołudniu fauna’, gierek męsko-damskich w pierwszym balecie o współczesności ‘Gry’,  kwiatem-różą w ‘Duchu róży’,  idealnym niewolnikiem w obróżce z pereł w ‘Szeherezadzie’, marionetką w niemalże autobiograficznym balecie ‘Pietruszka’.


W świecie realnym, w garniturze, wyglądał jak urzędnik magistratu czy dobrze umięśniony pomocnik rzeźnika.

Ta rozbieżność była zbyt wielka. To była zbyt wielka przepaść, żeby codzienne przejścia z jednej tożsamości do drugiej mogły udawać się bez końca. Historia jego psychozy, a potem leczenia psychiatrycznego jest szokująca.

Wspaniała, poruszająca historia.






PS.

W Krakowie (Teatr Słowackiego) można zobaczyć sztukę teatralną Anny Burzyńskiej Niżyński. Zapiski z otchłani
reżyseria i opracowanie muzyczne: Józef Opalski
scenografia i kostiumy: Przemysław Klonowski
obsada: Grzegorz Mielczarek, Agnieszka Judycka, Tadeusz Zięba, Sławomir Maciejewski
premiera: 1.12.2013

PPS.

Dostępny jest zarówno 'Dziennik' Niżyńskiego pisany w początkowej fazie psychozy, jak i jego analiza napisana przez lekarza dra nauk medycznych Tomasza Nasierowskiego
'Gdy rozum śpi, a w mięśniach rodzi się obłęd. O życiu i chorobie Wacława Niżyńskiego'



czwartek, 20 listopada 2014

Marcel Reich-Ranicki. Polskie lata

Gerhard Gnauck Marcel Reich-Ranicki. Polskie lata
Wyd. W.A.B., Warszawa 2009
Seria Fortuna i Fatum

Tym razem przyciągnęły mnie do lektury dwie rzeczy: seria wydawnicza Fortuna i Fatum (przypomniana mi przez Marlowa w jego poście o Diane Arbus) oraz chęć pogłębienia tematu recenzowania książek i recenzentów, o którym akurat ostatnio trochę rozmyślałam.

Seria W.A.B Fortuna i Fatum prezentuje się bardzo ciekawie. Poświęcona jest biografiom postaci znanych i często w jakiś sposób kontrowersyjnych. Książki, przynajmniej do niedawna były dopieszczone edytorsko (z tego słynęło W.A.B przed zmianami właścicielskimi). Na szczęście, pomimo różnych zawirowań oraz pomimo faktu, że jest poszukiwana przez wąską grupę odbiorców, seria jest kontynuowana. Już widziałam w internecie zapowiedź biografii Johna Lennona (styczeń 2015).

Mam kilka sztuk Fortuny i Fatum, w tym cztery na papierze oraz kilka kolejnych na e-papierze. Wszystko to razem złożyło się na fakt, że sięgnęłam po biografię niemieckiego „papieża literatury”, niepodważalnie bardzo opiniotwórczego w światku literackim celebryty, pochodzenia polskiego, zmarłego w 2013 roku.

Marcel Reich-Ranicki u schyłku długiego życia

Szczerze mówiąc dotąd nie rozumiałam, dlaczego tak znacząca dla kultury europejskiej postać, Polak z pochodzenia, jest u nas pomijany milczeniem. Teraz już wiem. Marceli Reich pracował po wojnie, jako dwudziestokilkulatek, w Ministerstwie Bezpieczeństwa Państwowego, a także w komunistycznym wywiadzie. Jako cenzor listów, jako rewindykator mienia polskiego z Niemiec, jako pracownik tajnych służb polskich na Zachodzie. Oficjalnie doszedł do stanowiska konsula polskiego w Londynie. Na bardzo krótko,kilka miesięcy zaledwie, bo został w ramach wewnętrznych czystek zwolniony z pracy, potem z partii, aresztowany na dwa tygodnie, w końcu pozbawiony możliwości oficjalnego zatrudnienia i druku. Wszystko to jednak działo się ‘między swoimi’. Zarzuty dotyczyły nielojalności wobec władz komunistycznych w Polsce. Reich, a od końca lat 40. Marceli Reich-Ranicki, przez kolejne kilka lat składał do PZPR zażalenia na tak złe traktowanie. Czuł się obywatelem wiernym linii partii.

Czyli mamy tu do czynienia z kimś, czyje postępowanie nie było nieskalane. Oj, nie. Problem polega na tym, że tak się przedstawiał przez lata Reich-Ranicki w Niemczech, dokąd uciekł z rodziną  z Polski w 1958 roku. Fałsz tej sytuacji polega na tym, że swoją reputację niezależnego krytyka literatury - i literatów – zbudował na fałszywym fundamencie. Słynął z ogromnej zasadniczości i ferowania bezlitosnych wyroków, operując podobno tylko na krańcach skali wartości: wszystko było albo dobre albo niedobre, albo czarne albo białe. Żadnych szarości. Żadnej wyrozumiałości.


Kiedy jednak w latach 90. otwarto polskie archiwa, znaleźli się Niemcy, jak np. autor niniejszej książki Gerhard Gnauck, znający polski i rozumiejący złożoność losów Polaków, Żydów i Niemców w czasie i tuż po II wojnie światowej, którzy postanowili zweryfikować legendę, którą zbudował Reich-Ranicki. Myślę, że takie stwierdzenia jak „ O tym, kto należy do literatury niemieckiej, ja decyduję.” wręcz zachęcały postronnych do próby przekłucia tego megalomańskiego balonu. Jedną z takich prac o charakterze niemal śledztwa dziennikarskiego, ale z wykorzystaniem warsztatu historyka jest właśnie książka Gnaucka, Wydana w 2009 roku równocześnie w Polsce i Niemczech, co było chyba wielkim sukcesem wydawnictwa W.A.B. Pamiętajmy, że Reich-Ranicki jeszcze wtedy żył. I wierzcie mi, nie ucieszył się z tego, że ludzie grzebią w jego życiorysie.

Kilka razy „zmiażdżył” autorów, którzy odważyli się przypomnieć mu, że pracował dla znienawidzonego przez Polaków Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. W Polsce otacza się pogardą ludzi, którzy mają na koncie pisanie donosów na kolegów z pracy. Zresztą sam Ranicki wcześniej nie raz nie wahał się atakować innych o takich właśnie życiorysach. Brzydko.

Kiedy więc w latach 90. zaczęto odsłaniać dotychczas ukryte fakty, jak wspomniałam, bardzo nie spodobało się to zainteresowanemu. Na przyklad, kiedy wypomniano mu, że dopisał sobie dwa lata studiów w Berlinie...  A tymczasem Reich był genialnym samoukiem, bez najkrótszych nawet studiów. Przykladem 'człowieka oczytanego", w którego istnienie się obecnie wątpi, niemal jak w istnienie yeti :) Trochę podkolorował ‘prześladowania ideologiczne’, jakim poddała go w Polsce PZPR w latach 50.  W rzeczywistości i on i żona mieli cały czas możliwość zarobkowania, 58-metrowe mieszkanie na Ochocie, nawet możliwość wyjazdów za granicę. Oczywiście po luksusowym życiu w roli konsula RP w Londynie, była to duża zmiana.

Na placówce

A Reich-Ranicki mierzył zawsze bardzo wysoko. To, co było jego największą zaletą, która pozwoliła mu osiągnąć kolosalny sukces (12 lat programu o literaturze w telewizji, ferowanie wyroków na książki), czyli ogromna pewność  siebie, wręcz arogancja, była też - jak często to bywa - największą jego wadą.

Naprawdę podziwiam ten rys jego charakteru, który nie pozwalał mu nigdy stawiać siebie w roli ofiary. Nigdy nie chciał być tak przedstawiany. Nawet, wyrzucenie go z pracy przedstawiał falszywie jako swoją własną decyzję. Zawsze chciał panować na sytuacją.  Mieć kontrolę. Wpływać na swój los.

A w jego przypadku świat mu nie ułatwiał zadania...

Trzeba sobie bowiem przypomnieć, że był polskim Żydem, urodzonym z matki Niemki w 1920 roku. Jako gimnazjalista trafił do rodziny matki w Berlinie. Bardzo dla mnie ciekawy jest fakt, że Reich należał do 20-tysięcznej grupy Żydów, obywateli Polski, którzy w październiku 1938 roku zostali zabrani, tak jak stali, ze swoich domów w Niemczech i odtransportowani do granicy z Polską w okolicy Zbąszynia. Marceli Reich zdołał zabrać teczkę z chusteczką do nosa i… powieścią Balzaca. Może kojarzycie to zdarzenie? Pisałam niedawno o Nocy Kryształowej w Niemczech... Była ona pośrednią konsekwencją tego właśnie zdarzenia w Zbąszyniu.

Herszel Grynszpan - wróg III Rzeszy

Noc Kryształowa nagłośniona została przez propagandę Hitlera jako odwet za zastrzelenie urzędnika ambasady niemieckiej w Paryżu dokonane przez Herszela Grynszpana, młodego chłopaczka, którego rodzina znalazła się takiej samej sytuacji, co Reich. Młody Grynszpan uznał, że jego rodzina doznała takich prześladowań podczas deportacji, okradziono ją z majątku, upokorzono przetrzymywaniem w stajniach na granicy Polski, że trzeba ją pomścić. Poszedł w eleganckim płaszczu i zastrzelił przypadkowego urzędnika niemieckiego. Sam potem zginął. Ale najważniejsze, że następnego dnia po zamachu Grynszpana, w tzw. 'sprawiedliwym odwecie' -  9 listopada 1938 roku Niemcy zniszczyli wszystkie synagogi w Niemczech i aresztowali 30 tysięcy Żydow.

Marceli Reich, obywatel polski, mieszkaniec Niemiec

A tymczasem co zrobił wysadzony z wagonu z rozhisteryzowanym tłumem 18-letni Marceli Reich? Podszedł do policjanta, skorzystał, że wciąż nieźle mówił po polsku, zapytał, czy może stąd wyjść. Wtedy jeszcze kordon nie był zamknięty. Musiał mieć jednak na bilet kolejowy. Zadzwonił ze stacji do rodziny, przesłali mu telegraficznie pieniądze i następnego dnia był już w Warszawie…

Bo Marceli Reich-Ranicki nigdy nie panikował. Miał zimną krew. Chciał żyć. Czytać, pisać i chodzić do filharmonii. I oprócz okresu, kiedy siedział pod podłogą w kryjówce po ucieczce z getta, tak właśnie robił. Nawet w getcie, choć było tam 300 tysięcy Żydów, to on miał tyle siły przebicia, że dostał zatrudnienie jako tłumacz niemieckiego w Judenracie. Mieszkał długo w najlepszej lokalizacji w getcie - na Chłodnej róg Żelaznej, gdzie urządzał wieczorki melomana. Nawet zrecenzował kilka koncertów orkiestr występujących na domowych koncertach w początkowym okresie istnienia getta. 

Już wtedy był bardzo wymagającym, surowym i bezwzględnym krytykiem. W swojej biografii napisał, że nie powinien być tak surowy... No, ja myślę. Jednak to był cały on. Był wybitnie inteligentny i wiedział to. Miał niesamowitą łatwość oceniania innych i formułowania ostrych sądów. Był przenikliwy i niezawisły. I uważał, że należy mu się sukces, że zawsze ma rację.

Władysław Bartoszewski ujął tę ambiwalencję w jednym zdaniu: „Był genialnym karierowiczem.” Rzeczywiście był genialny i bardzo silny mentalnie. I potrafil ustawić się w każdej sytuacji. Empatia nie była chyba jego mocną stroną.

Początek lat 50. XX wieku

Wracając do jakże ciekawej biografii Reicha-Ranickiego. Gnauck nazywa swoją pracę próbą portretu, zaledwie szkicem, niemniej jest ona pełna perełek, które już zawsze będą przedrukowywane. Np. bezcenne są rozmowy z mocno starszą już córką państwa Gawinów, u których ukrywali się Marceli z przyszłą żoną Teofilą, też Żydówką. To był cud, że nikt ich nie wydał przez prawie 2 lata. Głodowali, bo wiadomo było, że brakowało pieniędzy, ale też dlatego, że  nie można było robić nadmiernie dużych zakupów – choćby chleba, żeby nie ściągnąć na rodzinę podejrzeń. W owym czasie, jak wiadomo z doskonałych opracowań Centrum Zagłady Żydów, najczęściej denuncjowali sąsiedzi sąsiadów i to na tej podstawie, że ktoś zaczął kupować gazetę, a sam nie przedtem nie czytał, albo przynosił do domu więcej wiader wody, albo za często wynosiło się z domu nieczystości do szamba… Tak, sąsiedzi byli uważni w tamtych czasach…

Równie interesujące są historie ze środka Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Naprawdę, nie dziwię się, że w Polsce są rzesze młodych historyków, którzy doktoryzują się na podstawie donosów zarchiwizowanych w IPN. To jest lektura – szmirowata niesamowicie – ale wciągająca jak serial telewizyjny. Oczywiście wymagająca – obowiązkowo - szerszego oglądu rzeczywistości.

I tak jest też z życiorysem Marcelego Reich–Ranickiego, który do końca życia rozmawiał po polsku z żoną i urodzonym w Polsce synem Andrzejem (obecnie Andrew). Ale za Polaka się pod koniec życia nie uważał. Zdecydował, że jego ojczyzną będzie literatura niemiecka. Czy nam się to podoba, czy nie.

___________________________ 
Z półki


środa, 29 października 2014

"Pan od poezji. O Zbigniewie Herbercie"

Joanna Siedlecka Pan od poezji. O Zbigniewie Herbercie
Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2002


Z okazji 90. rocznicy urodzin poety postanowiłam w końcu przeczytać książkę z biblioteczki mojej kochanej teściowej Zofii. Siedlecką czytałam wcześniej (Czarnego ptasioraa, Jaśnie panicza, Wypominki). Pamiętałam, że była uczennicą Kapuścińskiego i jest bardzo dociekliwa. Jednocześnie chodziły mi po głowie kontrowersje, jakie wzbudziły jej dwie ostatnie książki Obława. Losy pisarzy represjonowanych (2005) i Kryptonim "Liryka". Bezpieka wobec literatów (2008). Kołatało mi się w pamięci, że ujawniła w nich niepotwierdzone oficjalnie informacje o współpracy agenturalnej, a to Odojewskiego, a to Roberta Stillera i wielu innych. Że nie miała aparatu krytycznego niezbędnego do pracy z archiwami SB. Że zawierzyła im bezkrytycznie i zraniła wielu ludzi.

Czytając więc o Herbercie, byłam ostrożniejsza niż zwykle i mniej ufna. Biografia autora Pana Cogito (1974) okazała się poparta bardzo dobrym (w większości) riserczem, ciekawa i dobrze czytająca się. Nie mogę jednak powiedzieć, że to dobra biografia. Zgodnie z intencją autorki miała być nakierowana na wczesne lata poety, żeby pokazać kształtowanie się postawy poetyckiej.

Joanna Siedlecka
Rzeczywiście rozdziały poświęcone dziecięcym i wczesno młodzieńczym czasom lwowskim są najlepsze. To po prostu kopalnia wiedzy na temat Polaków mieszkających przed wojną we Lwowie. Co prawda Herberta jest tam tyle, co kot na płakał. Po prostu Herbert był cichym, schowanym, niziutkim, chudziutkim chłopaczkiem, który niczym nie wyróżniał się, może poza tym, że uwielbiał się uczyć. Miał dominującego, surowego ojca, przy którym nauczył się nie wychylać. W wieku 16 lat 'Zbynio' miał wypadek na nartach, krótszą i uszkodzoną trwale prawą nogę. Utykał z tego powodu do końca życia. Gdy zmarł mu 12-letni brat, rodzina uciekła ze Lwowa, jeszcze przed nadejściem frontu. Przedtem jednak, za czasów okupanta rosyjskiego, przypadkiem trafił do gimnazjum (dotychczas) dziewczęcego. I odkrył swój łobuzerski wdzięk, który bardzo działał na dziewczyny. Odtąd, do 40. roku życia, choć kulejący i wyglądający niemal jak chłopiec 'Dziubdziuś' brylował wśród pań. Jego losy naznaczone były licznymi podbojami miłosnymi.


Zbiegniew Herbert w latach 50.

No właśnie. To o nich, o romansach, o kobietach, którym z chęcią dawał się utrzymywać, o pijackich wybrykach, o biedzie, o kolegach od winka, pogardzanych miejscach pracy i niezliczonych złośliwych dowcipach jest głównie ta książka. Autorka nieźle scharakteryzowała teatralny, głośny, ekstrawertyczny rodzaj temperamentu Herberta. Ale także jego drugą twarz. Piorunującą mieszankę, która go wyróżniała: jego zasadniczość (wzorowaną na ojcu) i jednocześnie nieodparty wdzięk (po matce), które sprawiały, że poznawał mnóstwo ludzi, pił z nimi lub dyskutował, a następnie odkrywał ich słabe strony i obrażał bez pardonu. Poeta miał wyjątkowo paskudny charakter. Od mężczyzn oczekiwał poklasku (nie znosił krytyki, obrażał się na całe życie), od kobiet zachwytów i opieki. Miał w sobie sporo małostkowości. Trochę fantazjował na temat swojej przynależności do AK i sprawności fizycznej. Jednocześnie potrafił godnie przejść przez stalinizm, także dlatego, że jego poetycka natura ujawniła się dość późno. Wcześniej dał się poznać jako erudyta, miłośnik kultury antycznej i filozofii. Udało mu się zacząć wyjeżdżać do Paryża, Włoch, potem także Grecji, Niemiec, w końcu USA. W sumie około 10 lat spędził poza Polską. Początkowo za granicą utrzymywali go dobrzy ludzie, potem żona, sprzątając. Do 1974 roku nie był znany. Zofię Hertz z Maison Lafitte znienawidził, kiedy nie chciała mu zapłacić za tekst dla Kultury. Kopnął ją wtedy w przypływie złości (sic!)…

Koniec końców, jak wiadomo, owocem tych wyjazdów oraz ukochanego przesiadywania w bibliotekach i robienia cały czas notatek stał się Barbarzyńca w ogrodzie i Martwa natura z wędzidłem. Ukochane lektury mojej młodości.



Z. Herbert w 1963 r.

Niestety Siedlecka praktycznie w ogóle nie poświęciła uwagi twórczości pisarza. To jest fatalne. Prawdopodobnie nie dogadała się z wdową po artyście, która nie chciała z nią rozmawiać. Dopiero na koniec książki, ni stąd ni zowąd Siedlecka przedrukowała kilka anonimowych wierszy z końca lat 90. XX wieku, przypisywanych wg miejskiej legendy Herbertowi i wydanych pod pseudonimem Mak w czasopiśmie prawicowym ‘Słowo’. Domniemane autorstwo Herberta potwierdzało kilka osób z redakcji, choć nie sama redaktor naczelna. Wiersze są bardzo słabe. Obecnie mówi się, że Siedlecka dała się ponieść fantazji. Coś w tym jest.

Jej książka odbieram jako książkę w wyrazie bardzo plotkarską. Ze szczególnym upodobaniem Siedlecka opisuje konflikty, w które wchodził poeta (m.in. z Miłoszem). Teraz już wiadomo, że Herbert przez lata chorował nie tylko na astmę, inne choroby metaboliczne, palił do śmierci (nawet z rurką tracheotomiczną w krtani!), ale także (tak jak jego matka) na chorobę dwubiegunową-afektywną. Stąd nadaktywność słowna, skakanie po dachach samochodów, nagle wielodniowe zniknięcia, okresowe szalone zakupy, całotygodniowe balangi na przemian z niewychodzeniem z pokoju. Prawicowi czytelnicy co prawda nie życzą sobie, żeby starczą radykalizację jego poglądów przypisywać „jakiejś chorobie psychicznej, bo on miał tylko depresję, a to przecież nie jest choroba psychiczna”, niemniej trzeba się pogodzić z wpływem tejże na jego gwałtowne zerwania kontaktów i skrzywdzenie wielu.



Podsumowując, książka tym ciekawsza im dawniejszych lat życia poety dotyczy. Pełna relacji znajomych i przyjaciół (lub uważających się za nich), relacji które niestety są jak z magla. A to w związku z pijackim trybem życia poety. Nie są one tak naprawdę ani ważne ani cenne dla jego czytelników.

PS. Joanna Siedlecka ma jednak moim zdaniem niesłychany talent do nadawania tytułów książkom.

______________________________
Z półki

wtorek, 16 września 2014

'Myśl to forma odczuwania' Susan Sontag

Myśl to forma odczuwania
Susan Sontag w rozmowie z Jonathanem Cottem
Tłum. Dariusz Żukowski
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2014

Cieszę się, że przeczytałam ten wywiad zrobiony w 1978 dla magazynu Rolling Stone. Osobiście dopiero poznaję twórczość Sontag. Poza fragmentami eseju O fotografii nie czytałam jeszcze nic więcej. Okazuje się, że mitologizowałam ją, pewnie jak wielu. Błyskotliwa myślicielka, pisarka i reżyser, piękna kobieta z pasmem siwizny na czole, niezależny człowiek, biseksualna postać, buntownicza hippiska, jedna z pierwszych poważnych pisarek zagarniętych przez świat pop-celebrytów.

W książce toczy swobodną, absolutnie bezpretencjonalną rozmowę z zaledwie o 10 lat od siebie młodszym, ale jednak swoim byłym studentem,

Co mnie zaskoczyło: prostota stylu wypowiedzi, wielka racjonalność, bardzo krytyczny umysł, umiejętność formułowania przeciwnych poglądów bez zbędnego uderzania w rozmówcę, absolutny brak ironii, powaga, intelektualizm, silne nacechowanie moralnością, powinnością wobec innych przy bezwzględnej wierności swojej drodze i przyzwoleniu na bycie innym.

Sontag jest jednocześnie nieśmiała i preferująca tradycyjne rozwiązania oraz odważna i wybierająca bycie na marginesie. Prowincjonalna i wielkoświatowa. Kobieca i męska. Prosta i skomplikowana.

Czuję duże powinowactwo do tej kobiety. Uwielbiam jej przenikliwość, to że potrzebuje licznych bodźców „konceptualnych” doświadczania transcendencji, duchowości. Podkreśla, że w dobie banalizacji przeżyć, ich konsumpcji (w 1978 roku!), potrzebuje - jak tlenu - kontaktu ze sztuką, i nie zadowala jej w sztuce wrażliwość mieszczańska – potrzebuje i szuka rzeczy eksperymentalnych, jest otwarta na nowe style i estetyki. Wzrusza mnie to że, jak pisze,  'Przywykła do tego, że różne rzeczy robisama, bo nie może ich z nikim dzielić.' Pisze też : 'Myślę, że nie sposób nie odczuwać siebie jako istoty, która jest gdzieś uwięziona.' Że sama w ogóle nie ma poczucia zakorzenienia gdziekolwiek. Ma potrzebę ciągłych zmian i lubi żyć w dwóch miejscach na raz. Pisząc, analizuje różne ważne dla niej sprawy i w momencie przelania ich na papier traci dla nich zainteresowanie. Kiedy już coś wie, rozumie albo umie, porzuca to. To ostatnie dziwaczne zjawisko 'nieodcinania kuponów' jest mi szczególnie bliskie.

Sontag przyznaje się do wiary w swoja intuicję, ale postrzega ją jako rodzaj myślenia i odwrotnie. Jak mówi tytuł: 'Myśl to dla niej forma odczuwania.' Zresztą w naszych czasach głośno mówi się już, że to co od wieków nazywano intuicją (intuicyjnie wiedziałem, co zrobić, intuicja powiedziała mi, że to jest dzieło sztuki, dobry wybór, właściwy człowiek) to po prostu myślenie heurystyczne, znaczne szybsze niż algorytmiczne podejmowanie decyzji i że intuicja wynika  po prostu z osobniczego doświadczenia.

Wielu na pewno zaciekawi ta część rozmowy, która dotyczy jej doświadczenia choroby nowotworowej i napisanej na tej kanwie Choroby jako metafory. 


Pisze: 'Wszystko, co mi się przydarza, daje okazję do rozmyślań.' Ach, ta wolność rozmyślania! O, tak! 

Inni nie zawiodą się, lecz raczej zdziwią, czytając jej deklaracje dotyczące feminizmu, mizoginizmu czy różnych kwestii seksualnych. Wspomina małżeństwo, szczęście bycia matką, syna, poźniejsze związki z kobietami. O wszystkim tym rozmawia z J.C. swobodnie, żwawo, bezpruderyjnie i szczerze.

Susan Sontag z synem Davidem Rieffem w latach 60.

Świetny jest też cały ustęp o jej lekturach. Mała Susan zaczęła czytać w wieku 3 lat! Do 12 roku życia miała przeczytanych klasyków łącznie z Dostojewskim i Kafką. Czytała jedną książkę dziennie. Ksiązka do końca była dla niej tym, czym dla innych telewizja - "wehikułem, który przenosił ją gdzieś indziej". 

'- Książka, po której zapragnęlam zostać pisarką, to Martin Eden Jacka Londona - na końcu jest samobójstwo!'
- A jaka książka (...) najbardziej Cie podekscytowała?
- Biografia Marii Curie napisana przez jej córkę Ewę. Miałam bodaj siedem lat, kiedy ją przeczytałam.

Podoba mi się to wszystko bardzo. A najbardziej 'czystość' w sposobie myślenia Sontag.

Susan Sontag (1933-2004)


piątek, 31 stycznia 2014

Seria Nike i grafiki Andrzeja Heidricha

Patrzyłam ostatnio na serię Nike Czytelnika na mojej półce. Mam tego 20 sztuk z różnych czasów. Myślałam o ich wyglądzie. Ta seria to oczywiście przede wszystkim teksty. Ale nie tylko. To element tożsamości inteligenckiej w Polsce. No i estetyczny skarb edytorski. Ponad 300 książek. Są one wydawane systematycznie od 1957 roku. Wymiary książek są stałe: 9 cm x 15 cm.

W taką piekną tęczę ułożył je w 2007 na wystawie Kultura i beton w Kordegardzie artysta młodego pokolenia Maurycy Gomulicki:



Jednak wygląd książek zmieniał się. Opracowywali go kolejno:
Jan S. Miklaszewski (1957)
Andrzej Heidrich (lata 70.)
Zbigniew Czarnecki (lata 90.)
Maria Drabecka (lata 2000+)



Moim zdaniem najpiękniejsza była wersja najstarsza, autorstwa Miklaszewskiego. Jest w niej coś szlachetnego, skromnego, wyrafinowanego, klasycznego, francuskiego. Nic tam nie jest duże czy dominujące. Nawet znak Nike - w tej wersji oddany jest białą kreską i umieszczony nad tytułem.

Kolejna wersja to wersja Heidricha. 



Bardzo dobrze nawiązuje do poprzedniej. Zmiana polega na powiększeniu postaci Nike (tym razem oddanej czarną kreską) oraz dodaniu białych ramek na wierzchu, a małej czarnej na grzbiecie (zamiast znaku Nike). To akurat uważam za błąd. Tylnia strona jest biała i staje się jakby negatywem wierzchu. Inteligentnie, bez rewolucji. Na plus policzyłabym unowocześnienie czcionek. Tytuł na grzbiecie biegnący z dołu w górę daje się wreszcie odczytać. Praktyczne. Kolory wciąż dają się ułożyć w paletę barw.



Wersja Czarneckiego.
 No cóż, lata 90. to były paskudne, kiczowate czasy. Zachłyśnięcie się możliwościami graficznymi, które pojawiły się wraz z komputerem. Nowe możliwości drukarskie, więcej kolorów. W ogóle kolorystyczne zerwanie z tradycją okładek, które można ułożyć w barwną, harmonijną tęczę. Nike była jedyną taką serią na rynku wtedy. I zaprzepaszczono to... Dopiero potem bywało to naśladowane. Tutaj pojawiają się paski, paskudne wydłużone czcionki - wręcz galimatias typograficzny. Zamiast znaku graficznego Nike - zdjęcie w ramce ze schodkami. Nadruk ukośny z napisem NIKE, co mnie kojarzy się nie z Samotraką, czy Luwrem, ale z butami Air Max. Okładka paskudnie lakierowana. Brak obwoluty, a wraz z nią biogramu autora. Na tylniej okładce cytat z dziela i ISBN.

Wersja aktualna - autorstwa Marii Drabeckiej - wydaje sie niezła. Jest naprawdę odświeżona. Ale bez odżegnywania się od pierwszej wersji. Wykorzystuje postać Nike na okładce, ale uproszczoną - w tym samym kolorze, co tło, ale odcień jaśniejszym oraz w zbliżeniu (z krótszą sylwetą).  Pojawia się czarny pas  przebiegający przez szerokość książki na górze. Pozwala to podzielić płaszczyznę tyłu okładki na pole pod biogram autora oraz na streszczenie dzieła. Na grzebiecie czerń stanowi idealne tło pod sylwetkę Nike. Czerń i Nike jest teraz wspólna dla okładek o różnych, ale wyrafinowanych i intensywnych kolorach. Ja sama mam na półce książki w jaspisowym odcieniu zieleni i odcieniu malinowego oraz amarantowego różu. 
Widzę, że unowocześniono też logo Czytelnika. Jest dobrze.



Przy okazji wspomnę, że ostatnio ukazał się w necie tekst o Andrzeju Heinrichu. Autor pisujący dla portalu natemat.pl skupia się jednak na innym typie grafik użytkowych Heidricha  - tych użytych na znanych nam wszystkim banknotach (np. serii z królami). Andrzej Heindrich jest ogromnie zasłużony na tym polu. Robi banknoty i znaczki (we współpracy z rytownikiem) już od 50 lat. Miał w listopadzie wystawę w NBP. 



Widać, że autora wywiadu zupelnie nie interesuje fakt, że Heidrich pracował jako grafik dla Czytelnika przez 40 lat. Przeszedł drogę od szeregowego grafika do grafika naczelnego, wypracowując swój warsztat. Zrobił dla tej oficyny ponad 1000 projektów, o czym sam dwukrotnie napomyka. Bez zainteresowania. 

Jak zawsze nieoceniona http://jarmila09.wordpress.com/

Banknoty są oczywiście ciekawym obiektem. Bywa, że podobnie jak znaczki - wręcz pięknym obiektem (jak np. znaczki z rytem Czesława Słani). W ogóle lepiej je mieć, niż ich nie mieć, ale... Marzyłaby mi się książka poświęcona karierze Andrzeja Heidricha w Czytelniku...



wtorek, 5 listopada 2013

Tuwim mistrzem świata

Mariusz Urbanek Tuwim. Wylękniony bluźnierca


Jeśli uznać, że biografia wtedy jest dobra, kiedy w fascynujący, pełen zapału sposób przedstawia swego bohatera i dostarcza czytelnikowi zarówno ciekawych faktów, jak i inspirujących interpretacji tychże, to należy uznać książkę Urbanka za bardzo dobrą.

Tuwim jako genialny copy-writer, genialny poeta, gwałtowny polemista, egzaltowany bon vivant... Naznaczony ogromną "myszką" na twarzy chłopak uczęszczający z rozkazu rodziców do rosyjskiego elitarnego gimnazjumw Łodzi, zmuszany do studiów prawniczych przez nadopiekuńczą matkę, dzięki talentowi do błyskotliwej riposty dusza towarzystwa... Wierny mąż jednej, przepięknej, ale niezbyt interesującej kobiety, późny przybrany ojciec, wybawiciel wielu ludzi w kłopotach i ciężkiej sytuacji finansowej... Geniusz organicznie zanurzony w polszczyźnie, niepotrafiący wybaczyć nawet przyjacielowi złego rymu i fałszywego dźwięku w wierszu... Nazywany przez antysemitów "gudłajowskim Mickiewiczem", przez całe życie wierny fan Leopolda Staffa... Na jego wierszykach polskie dzieci uczą się czytać... Bibliofil... Szalenie dużo czytający w kilku językach, dukający po angielsku... Właściciel  najsłynniejszego zbioru kuriozów na temat pijaków, czarta, Cyganów, itp... Pijący na umór, cierpiący z powodu wrzodów żołądka i depresji, samotny na starość... Obcy wśród swoich, sam wśród obcych, wrócił z wojennej tułaczki do Polski, gdzie robił wszystko (i jeszcze więcej), żeby go tylko  nie wyrzucono... Egzaltowany naiwniak, znał się tylko na poezji. Szydzono z niego całe życie. Zazdroszczono mu całe życie. A on wstydził się, że przeżył wojnę... Urbanek doskonale pokazuje jego dwie twarze: szczęściarza, pewnego siebie "bluźniercy" i jednocześnie człowieka naznaczonego przez los, "wstydliwego" i wstydzącego się za siebie i innych.

Poniżej przezabawny przykład największego talentu Tuwima - błyskawicznego tworzenia tekstu z niczego. Anegdota ta świetnie pokazuje też, jak Tuwim nie znosił kołtunerii. I na ile nie utożsamiał się z polskim przedwojennym żydostwem, które mu wmuszano na siłę... I jaki miał cięty dowcip. 

Taki oto fałszywy toast wzniósł pewien jego wróg, pan X. (Nie przytoczę jego nazwiska, bo życzę mu zapomnienia):

Nie ma poezji polskiej bez Mickiewicza, nie ma Mickiewicza bez "Pana Tadeusza", nie ma "Pana Tadeusza" bez poloneza, nie ma poloneza bez Jankiela, nie ma Jankiela bez... Tuwima. Niech żyje Tuwim!

Na to Tuwim wstaje i mówi bez sekundy wahania:
Nie ma poezji polskiej bez Mickiewicza, nie ma Mickiewicza bez "Pana Tadeusza", nie ma "Pana Tadeusza" bez poloneza, nie ma poloneza bez Jankiela, nie ma Jankiela bez... cymbałów. Niech żyje pan X!

Ja osobiście najbardziej kocham Tuwima za takie wiersze jak ten poniżej, szczególnie, że wybrał go mój ukochany Czesław Niemen:


Mimozami jesień się zaczyna,
złotawa, krucha i miła,
To ty, to ty jesteś ta dziewczyna,
która do mnie na ulicę wychodziła.

Od twoich listów pachniało w sieni,
gdym wracał zdyszany ze szkoły,
a po ulicach w lekkiej jesieni
fruwały za mną jasne anioły.

Mimozami zwiędłość przypomina
nieśmiertelnik żółty — październik.
To ty, to ty, moja jedyna,
przychodziłaś wieczorem do cukierni.

Z przemodlenia, z przeomdlenia senny,
w parku płakałem szeptanymi słowy.
Księżyc z chmurek prześwitywał jesienny,
od mimozy złotej majowy.

Ach czułymi, przemiłymi snami
zasypiałem z nim gasnącym o poranku,
w snach dawnymi bawiąc się wiosnami,
jak ta złota, jak ta wonna wiązanka.



czwartek, 5 września 2013

Zygmunt Kałużyński to był ktoś

Wojciech Kałużyński Pół życia w ciemności. Biografia Zygmunta Kałużyńskiego

Kto widział kiedykolwiek wypowiedź Kałużyńskiego w telewizji, ten nigdy go nie zapomni. Był prawdziwym 'zwierzęciem telewizyjnym'. To był ekspansywny gość. Wygłaszał podniesionym, wyrazistym głosem niepopularne, kontrowersyjne, niebanalne i zaskakujące opinie głównie na tematy filmowe, ale nie tylko. Mówił to, co myślał, obcesowo, nie wahał się nawet  w pewien sposób ranić swoich adwersarzy, bo uderzał celnie. Do tego jego mowa ciała była nietypowa. Był nadruchliwy, wykonywał zamaszyste, niespodziewane gesty, unosił się z krzesła, zachowywał, jakby był nakręcony. No i ten uśmiech… Niektórzy mówili - szelmowski, inni – błazeński.
Uwielbiał być na kontrze do świata. Nikt nie potrafił się tak pięknie i interesująco nie zgadzać jak Kałużyński...

Niedbały, jeśli chodzi o ubranie, doszedł pod koniec życia do stadium kloszarda. Ale mieszkanie
miał wypełnione po sufit książkami, płytami i porcelaną. A głowę erudycją. Był niewątpliwie dziwakiem, z dużą dozą egoizmu, ale też bibliofilem i muzykofilem.

W sprawie niechlujnego wyglądu - jak każdy oryginał tego typu – uznał, że to inni mają problem, nie on… Jak w tej anegdocie o spotkaniu z aktorem Kazimierzem Rudzkim, słynnym pedantem. Na stwierdzenie Rudzkiego, że:
- Mówi się Zyziu, że chodzisz brudny.
Odparł:
- Nieprawda, myję się, a nawet kąpię.
Na co Rudzkiemu nie pozostało powiedzieć nic innego jak:
- To może powinieneś zmieniać wodę.

To był jeden z poważnych mankamentów jego charakteru, obok bezideowości, oportunizmu wobec władz, gwałtownej zadrości, mściwości i innych przywar, za które zapłacił najwyższą cenę  - cenę samotności. Praktycznie jedynym bliskim mu człowiekiem był na starość jego uczeń i przyjaciel Tomasz Raczek.


Osobiście byłam jego fanką. Mieliśmy podobny gust filmowy. Ja też lubię filmy robione „z jajem”, a nie „na kolanach”. Mnie też nudziły filmy Zanussiego (zwanego przez niego Zanudzim) i niektóre filmy Wajdy. Uwielbiałam Ludzi z pociągu i Zezowate szczęście. Ale filmy Tarkowskiego czy Holland mnie się podobały. Jemu nie. Jednak trzeba powiedzieć, że w sumie mentalnie byliśmy blisko – z większością jego opinii się zgadzałam.

Poniżej przytaczam przykłady jego opinii, pod którymi mogę się i ja podpisać.

W kinie widział przede wszystkim na nowo odtwarzane historie mityczne. Wielkie mity mówią nam o prawdach, które nie dają się zamknąć w realistycznej obserwacji. Kino takie jak King Kong, Racula, Frankenstein, thrillery, melodramaty Marleny Dietrich i Grety Garbo dają właśnie możliwość, żeby tę prawdę wyrazić. Możemy się obruszać, że nie ma w tym żadnej treści; zanalizowane intelektualnie, wszystko okazuje się głupie, banalne, powierzchowne. Jest tam jednak siła wzruszenia przemawiająca do naszej podświadomości.

O swoim charakterze:
Zastanawiając się nad sobą, doszedłem do wniosku, że głównym powodem mojego wyboru jest moje usposobienie: mianowicie jestem ciasnym racjonalistą.
[Mnie też przydałoby się być czasami bardziej sentymentalna i podatna na iluzje.]

O swoim stosunku do religii:
Pewnego dnia doszedłem do wniosku, że mogę być chrześcijaninem, nie zadając się z Kościołem, i że wystarczy mi nieduża książeczka, czyli Ewangelia! Była to jedna z moich najpiękniejszych chwil!

Autor biografii - Wojciech Kałużyński trafnie stwierdza, że najważniejsza w odbiorze „starego” Kałużyńskiego była jego charyzma, będąca pochodną jego autentyczności, entuzjazmu, erudycji i szczerości.
Nie schodząc z wysokiego poziomu intelektualnego, wkładał w recenzję autentyczną pasję. Wyrażał nie chłodny, zdystansowany, ale gorący zachwyt. I odwrotnie – filmy, które nie przypadły mu do gustu, rozjeżdżał koncertowo na miazgę…

Mój stosunek do książek i filmów jest podobny. Niemal nigdy nie pozostaję wobec nich obojętna. Pobudzają mnie najczęściej jak płachta na byka. Też jestem albo gorąca albo lodowata w swoich opiniach. Najtrudniej jest mi pozostać letnią…

Dziękuję Wojciechowi Kałużyńskiemu za tę książkę. Pół życia w ciemnościach przeniosło mnie znowu w świat TVP z lat 70. i 80., kiedy to oglądałam filmy mojego życia [Świat się śmieje, rzeczy Bustera Keatona, Kurosawę, Solaris, Stalker, Siódmą Pieczęć, Pojedynek, Piknik pod Wiszącą Skałą Petera Weira, Obcego. Także wczesne filmy Nikity Michałkowa, a potem to już Gwiezdne Wojny, Mad Max. Dalej to już niewiele mi utkwiło w pamięci tak bardzo jak tamte filmy. Może tylko American Beauty, Siedem i Matrix zrobiło na mnie podobne wrażenie. Ostatnio kino islandzkie i skandynawskie. No może trochę Francuzów, np. Wielki błękit.]

Samo przypomnienie sobie programu XYZ było urocze. I to powiedzenie Kałużyńskiego, które zawsze zapowiadało ostrą rozgrywkę intelektualną: Ależ pani Nino [to do prowadzącej Niny Terentiew], ja się z panią całkowicie nie zgadzam!

niedziela, 30 czerwca 2013

Piękno może być złe. Leni Riefenstahl

Dodaj napis
Steven Bach Leni. Życie i twórczość Leni Riefenstahl

Berta Helene Amalie "Leni" Riefenstahl urodziła się 22 sierpnia 1902 w Berlinie, zmarła we śnie 8 września 2003 w Pöcking w wieku 101 lat. Była niemiecką aktorką i – przede wszystkim - reżyserką filmową oraz fotografem. Najbardziej znana z nowatorskiej estetyki. Jej osoba i twórczość budziła często kontrowersje z powodu filmów propagandowych, jakie nakręciła w okresie hitleryzmu. Jej "Triumf woli" z 1934  to film powszechnie uznawany za najlepszy film propagandowy w historii. Była genialną realizatorką filmową zwłaszcza w sposobie filmowania ludzkiego ciała i, choć propaganda jej wczesnych filmów budzi niechęć wielu ludzi, to ich estetyka każe twórcom filmowym określać je mianem wybitnych. 
(w oparciu o Wikipedię)

Ksiązka Bacha to wartościowa, obiektywna, przeciekawa biografia niesamowitej kobiety, która przeżyła cały wiek XX. Leni Riefenstahl jest dla mnie symbolem złożoności, niejednoznaczności tego świata. I ucieleśnieniem stwierdzenia, że piękno może być złe. O niej mówiono, że była „śliczna jak swastyka”.



Jest najlepszym przykładem tych wszystkich twórców, którzy mają w życiorysie zaczadzenie fanatyczną ideologią. Riefenstahl budzi we mnie skrajne uczucia: od absolutnej pogardy (kiedy myślę o jej oddaniu Hitlerowi) do absolutnego podziwu (kiedy patrzę na zbiór jej zdjęć  z lat 60. i 70. z Afryki). 



Jej działalność na rzecz Hitlera napawa mnie odrazą, a jednocześnie nie mogę powstrzymać zazdrości wobec faktu, jak twórczo przeżyła swoje życie. Potępiam ją za jej wysługiwanie się zbrodniczemu reżimowi. Ona tłumaczy ten fakt nieświadomością okropności wojny… Lecz ja nie wierzę jej. Nawet żyjąc tylko kręceniem filmów, nie mogła nie być świadoma, czemu one służyły. Jednocześnie nie mogę powstrzymać zazdrości, kiedy czytam, jak wyszła z nędzy, została artystką, całe swoje długie życie przeżyła, robiąc to, co chciała. 

Ktokolwiek widział oblicze Furhera w "Trumfie woli", nigdy go nie zapomni. Będzie go prześladować za dnia i w nocy i, niczym stłumiony płomień, trawić jego duszę. 
dr Joseph Goebbels

Leni Riefenstahl należała do tych osób, które noszą w sobie kult siły, zgodę na to, że silni powinni mieć władzę nad słabymi. Wierzyła, że niektórzy są bardziej predystynowani do bycia panami świata. Jak wiemy, tacy ludzie nie zniknęli wraz z upadkiem hitleryzmu. To jest pewna skaza charakteru (ujmując to potocznie). Jest to typ osobowości skłonnej do poddania się autorytaryzmowi, wielbiącej siłę. Miała to Leni Riefenstahl, mają to skini, mają to kibole, mają też niektórzy politycy idący po władzę w przekonaniu, że są lepsi od innych. 

Oczywiście Leni była tylko artystką. Niemniej za czasów Hitlera jej artyzm został - za jej zgodą - wykorzystany, żeby pogłębić fanatyczną wiarę w wodza i jego pomysł wojenny.





...same tylko ustawy Gestapo tu nie wystarczą. Masy potrzebują bożka. 
Adolf Hitler






O tym, że Leni była w stanie zrobić wszystko, żeby osiągnąć swój cel świadczy np. to, że była w stanie skwapliwie wykorzystać jako darmowych statystów Cyganów z obozu koncentracyjnego, a potem ich odesłać na śmierć do obozu.  Potrafiła błyskawicznie o nich zapomnieć. Wyprzeć ich z pamięci. Chętnie uwierzyć, że otrzymają dobrą opiekę w obozie koncentracyjnym... Przecież nowe wspaniałe filmy czekają na nakręcenie... Nowe wspaniałe cele czekają na osiągnięcie... Kto miałby po nie sięgnąć, jak nie ona Leni - dziewczyna, która kiedyś powiedziała: "Chcę zostać kimś wielkim!". 

Ta postawa najlepiej opisuje jej mentalność – mentalność, którą ona pewno nazwałby mentalnością zwycięzcy… Ja nazwę to raczej bezmyślną efektywnością. Brakiem empatii. Psychopatią w wydaniu glamour. Po prostu cel uświęca środki. 

Po wojnie ta sama Leni, mając 77 lat kłamie, że ma ich tylko 50, żeby ukończyć kurs płetwonurka.  Udaje się, bo wygląda na 50-latkę. [Akurat o tym epizodzie w książce nic nie ma.] Całe życie była niezwykle piękna i sprawna, niezwykle atrakcyjna. A jej nowatorskie zdjęcia podwodne zrobią kolosalne wrażenie i wyznaczą nowe granice sztuki. 



Czy dobrze zrobiła kłamiąc? Ona nie miała nawet cienia wątpliwości, że tak. Robiła to, co sama uważała za słuszne. Nie była zainteresowana tym, co myślą o niej inni. Nigdy.

Jednak Leni ma na koncie także zdjęcie takie jak to poniżej, z Końskich, miasteczka w Polsce (zresztą położonego niedaleko miejsca, gdzie ja się urodziłam), w czasie okupacji, w momencie rozpoczęcia rozstrzeliwania cywilów. Na zdjęciu widać nie SILNĄ, pozbawioną wątpliwości kobietę, tylko SŁABĄ, przerażoną, odczuwającą strach, a może i wstyd z powodu tego, co się dzieje, kobietę. Może został tu uwieczniony jeden z niewielu momentów, w których Leni znalazła się w kontakcie z rzeczywistością.



________________________________
 Z literą w tle (B)
Trójka e-pik (biografia)