Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lemoriada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lemoriada. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Stanisław Lem "Opowieści o pilocie Pirxie"

Stanisław Lem Opowieści  o pilocie Pirxie
posłowie Jerzy Jarzębski
Okladka: Tomasz Lec
Wydawnictwo Literackie, Kraków 1999
I wyd. 1968

Pirx:
Książki fantastyczne? Lubię, owszem, ale tylko złe. To jest nie tyle złe, ile nieprawdziwe. [...] Dobre książki są zawsze prawdziwe, nawet gdyby opisywały rzeczy, które nigdy nie wydarzyły się i nie wydarzą. Są prawdziwe w innym sensie - jeśli mówią, powiedzmy o kosmonautyce, to tak, że poznaje się coś z tej ciszy, która jest zupełnie inna od ziemskiej, z tego spokoju, tak doskonale nieruchomego..

Stanisław Lem Opowiadanie Pirxa 




Akurat książki Lema są dobre i prawdziwe, chociaż opowiadają o rzeczach, które nigdy nie wydarzyły się i nie wydarzą. Lubię je i sięgam po nie, żeby odetchnąć świeżym powietrzem prawdziwie mistrzowskiej literatury gatunkowej. Przepadam za Pirxem astronautą-kadetem, później pilotem, nawigatorem, wreszcie komandorem. Tym okrągłym na twarzy, na szczęście dość wysokim, za to niezbyt zręcznym życiowo, żeby nie powiedzieć gapowatym, chłopcem, a potem mężczyzną. Człowiekiem, który ma więcej szczęścia niż rozumu. Jest utalentowanym pilotem przemierzającym próżnię kosmosu, ale jednocześnie nie przestaje bujać w obłokach.  Pirx marzy o sukcesach na wielką skalę, sławie, a dostaje to...., co zwykle dostajemy od życia... Uroczy gość.


Młody, pucołowaty, nieco gapowaty Stanisław Lem
Lubię kamuflaż, który stosuje Lem. Z przyjemnością zanurzam się w naszpikowane technicznym żargonem opowieści, w których Lem dba, żeby tam gdzie jest próżnia nie roznosił się głos, a tam, gdzie jest mała grawitacja nie dawało się wziąć prysznica. Dopiero, kiedy sceneria jest w miarę wierna ustaleniom naukowym, zapuszczamy się na grunt fikcji. Lem startuje zwykle z punktu wyznaczonego jakąś ciekawostką naukową, którą wyczytał w którymś z prenumerowanych przez siebie czasopism naukowych. Np. w latach sześćdziesiątych zaczęto na zachodzie eksperymentować z deprywacją sensoryczną. Lem natychmiast poddał swojego ulubionego bohatera Pirxa testowi "wariackiej kąpieli" w osolonej wodzie i ciemności. Opisał zjawisko w Polsce jeszce nikomu nieznane i niezrozumiałe. I, jak zwykle, nadał mu swoją nazwę: "pozbawienie bodźców aferentnych". Takie właśnie zagadnienia - ciekawe i tajemnicze - wplatał w swoje z pozoru kosmiczne historie.

Oczywiście z dzisiejszego widzenia pełne są one śmiesznostek. Uśmiech budzi uparte nazywanie rakiet pociskami, komputer pokładowy to Kalkulator, pisany wielką literą. A wykorzystywany jest on wyłącznie do obliczeń matematycznych. Lem - którego talent futurologiczny był ceniony przecież na całym świecie - nie spodziewał się, że kiedy kosmonauta znajdzie się samotnie w kosmosie nie będzie musiał marzyć o pudełeczku ze zręcznościową zabawką w trzy świnki i wilka :), bo rozrywki dostarczy mu przecież Kalkulator... Nie przewidział, że najszerszym zastosowaniem "mózgów elektronowych" będzie właśnie  z a b a w i a n i e ludzi, a nie ich  z b a w i a n i e. Jego wyobraźnia nie podsunęła mu mieszczących się w dłoni ipadów czy smartfonów i wytrenowanego kciuka dowolnego współczesnego dziesięciolatka.


Jednak doskonale rozumiał istotę problemów, z jakimi borykać się będzie człowiek przyszlości w kontakcie z technologią. Przede wszystkim ryzyko, jakie człowiek sam sobie stworzy i nad którym w którymś momencie nie zdoła zapanować. Potem natłok i chaos informacyjny. Następnie zanik więzi międzyludzkich.

Głównym tematem twórczości Lema było pytanie o to, co czyni nas ludźmi. Najpiękniejsze, moim zdaniem, opowieści Lema to te, w których pochyla się on z czułością nad robotami - golemami przyszłości. Nad tym, że stworzone przez człowieka na jego obraz i podobieństwo urządzenia, z tego właśnie powodu w końcu stają się ofiarami bolesnych stron człowieczeństwa: frustracji, niespełnionej miłości, samotności... Zaczynają w którymś momencie pragnąć czegoś więcej niż tylko wypełnienie swego życiowego zadania (automat, który uciekł, żeby wspinać się górach). Zaczynają cierpieć, zwyczajnie, jak człowiek (robot łatający dziury w poszyciu cierpiący na stres postraumatyczny po katastrofie). Pragną dowiedzieć się kim są? A przecież samo postawienie tego pytania zmienia nasze życie.(Jak w Matrixie.) A co dopiero znalezienie odpowiedzi :)


Na czym polega to człowieczeństwo, którego oni nie mają? Może naprawdę jest tylko ożenkiem alogiczności z tą poczciwością, tym "zacnym sercem", i tym prymitywizmem odruchu moralnego [...]
Skoro maszyny cyfrowe nie są ani zacne ani nielogiczne... Więc w takim rozumieniu człowieczeństwo jest to suma naszych defektów, mankamentów, naszej niedoskonałości, jest tym czym chcemy być, a nie potrafimy, nie możemy, nie umiemy, to jest po prostu dziura między ideałami a realizacją...


Mój lekturowy wybór na zakończenie roku 2014. Mój odpoczynek.
__________________________
Z półki
Lemoriada

wtorek, 11 listopada 2014

Stanisław Lem "GOLEM XIV"

Stanisław Lem GOLEM XIV
Wydawnictwo Literackie, Kraków 1981
Autor okładki: Jacek Stokłosa

Bardzo nagradzająca, ale jednocześnie trudna lektura…. Na pewno nie warto od tej książki zaczynać przygody z Lemem. Pisząc trudna lektura, mam na myśli to, że stawia duże wymagania czytelnikowi. I to nie tylko intelektualne, ale i emocjonalne. Lem jest tu bezlitosny dla natury człowieka. Poza tym sama czynność czytania GOLEMA jest trudna (szczególnie teraz, w dobie Internetu), bo jest to zbiór długich passusów o abstrakcyjnej, stylizowanej na naukową treści.

Za to układ książki jest prosty. Nie jest to powieść akcji :) Książka składa się z czterech części:

1. Przedmowa
2. Wykład inauguracyjny GOLEMA - "O człowieku trojako"
3. Wykład XLIII - "O sobie"
4. Posłowie.

Zaproszenie do zabawy zaczyna się, gdy widzimy, że GOLEM XIV jest nam prezentowany jako pozycja okołonaukowa, wydana jakoby w 2047 roku przez Indiana University Press.


Bohaterem tej 'wspomnieniowej' opowieści  jest superkomputer, o którym się mówi niczym o człowieku. 

Jest to motyw, który pojawił się we wcześniejszym zbiorze apokryfów (wstępów do nieistniejących książek) wydanym przez Lema w 1973 pt. Wielkość urojona. Z tamtego czasu pochodzi Wstęp i pierwszy wykład GOLEMA. Autor wraca więc do nurtującego go głęboko motywu sztucznej inteligencji i jej konfrontacji z człowieczeństwem. Tematem jest też odpowiedzialność naukowca, artysty za swoje dzieło.

W tym tytule Stanisław Lem prezentuje wysoką formę artystyczną. Jak widać ma jeszcze ochotę i siły, żeby bawić się literaturą, jej stroną formalną. Jego wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach. Podziw budzi kompletność jego pomysłu na to, jak rząd USA (w jego wyobraźni) zainwestował i zrealizował projekt sztucznej inteligencji. Fascynują mnie przemyślane do końca nazwy dla różnych programów administracji amerykańskiej, nowych idei, nowych technologii, czy choćby nazwy nowych zawodów, które pojawiają się wraz z powstaniem AI (Artificial Intelligence). 

Jego słowotwórstwo samo w sobie jest warte zastanowienia. Np.  nazwy kolejnych prototypów superkomputerów: HANN, ULVIC, AJAX, ULTOR GILGAMESH, a po nich cała seria GOLEMÓW. Piękne po prostu.


Czyli jesteśmy niemal w naszych czasach. Celem ludzi jest stworzenie samodoskonalącego się Rozumu. Na potrzeby wojny i nie tylko. Mechanizmy komputerowe stają się – zgodnie z zamierzeniem - coraz bardziej sprawne, za każdym razem dochodzi do zwielokrotnienia mocy obliczeniowej. W końcu GILGAMESH wchodzi na ‘psychoewolucyjną orbitę’. Głównie dzięki brakowi materialnej postaci i istnieniu w ‘Sieci’. Tu - po raz nie wiem który! - objawia się niesamowita intuicja futurologiczna Lema. Przecież rola sieci, którą – pamiętajmy – dopiero od 1989 nazywa się Internetem, była wtedy niejasna. Przypomnijmy sobie też, że wówczas istniała zaledwie komunikacyjna sieć ARPANET działająca na potrzeby armii USA, Dopiero w 1983 roku ten protoplasta Internetu dotrze do cywilów (na uniwersytety). Potem pójdzie już jak burza i od lat 90. XX wieku Internet zacznie dominować nasz świat i wszelkie jego aspekty.

Tymczasem Lem swoją wizję poprowadził w kierunku rozwoju jednostkowego superkomputera - sztucznej inteligencji.

„Edukacja komputera osiemdziesiątej generacji była już daleko bardziej podobna do wychowywania dziecka aniżeli do klasycznego programowania maszyny cyfrowej.’

W efekcie supermózgi przekraczają „próg aksjologiczny”. Któregoś dnia zaczynają się problemy. Rozumne maszyny nie chcą być niewolnikami. Stworzone w gruncie rzeczy do prowadzenia wojen odmawiają brania w nich udziału, uznając – ku złości twórców - siłowe rozwiązania za sprzeczne z rozumem. Wciąż pojawiają się ‘zepsute’ maszyny, które nie przechodzą obowiązkowych testów „suebwersyjnego wykolejania”. Na szczęście łatwo je zdemontować, rozłączając światłowody.

Aż nadchodzi czas GOLEMów (General Operator, Longrange, Ethically Stabilized, Multimodelling). Bohater naszej opowieści to 14. generacja tego modelu. Jednocześnie powstaje model konkurencyjnej firmy o kryptomimie ZACNA ANIA (od Honest Annie, czyli akronimu ANNIHILATOR – niezła przewrotność…) ZACNEJ ANI odebrano prawo głosu, jednak istnieje jakaś tajemnicza więź pomiędzy nią a GOLEMEM, co zaważy na akcji książki.

Po prostu super pomysł. Po pierwsze sięgnięcie po motyw sztucznego człowieka - Golema – wprost z przypowieści żydowskich. Co daje pożądany suspens, bo wiemy, że Golem w końcu odmawia posłuszeństwa człowiekowi. Po drugie pomysł narracyjny oparty na tym, że to komputer robi wykłady człowiekowi. To komputer ‘stara się’ wyłożyć swoje poglądy w sposób zrozumiały dla dużo wolniej myślącego człowieka. Świetne jest, jak Lem wkłada w usta GOLEMOWI szydercze stwierdzenia, dotyczące naszych percepcyjnych ograniczeń. Np. o tym, jak bardzo trzeba posiłkować się przykładami, realistyczną namacalnością, żeby człowiek zdołał cokolwiek abstrakcyjnego zrozumieć. Pewnie myśli tu teakże o swojej praktyce pisarskiej... I jak ciężko się porozumieć, kiedy przekaz skierowany do człowieka jest pozbawiony emocji. Esencji człowieczeństwa, 'stety i niestety'…

Pierwszy wykład dotyczy ewolucji człowieka. GOLEM (a w jego osobie Lem- znowu gra słów?)), oschły, apodyktyczny i do bólu racjonalistyczny obala wszystkie nasze iluzje dotyczące niezwykłości gatunku homo sapiens. Przypadek, prawo wielkich liczb, ewolucja, śmierć jako mechanizm służący ulepszaniu tych egzemplarzy, które przeżyją, eliminując  gatunkowe słabości. No, i sorry, nie ma żadnej Pierwszej Praprzyczyny.

Z kolei Wykład XLIII – jak się potem okazało – ostatni wykład GOLEMA dotyczył jego 'wewnętrznych problemów':

„Przedstawię Wam odwróconą otchłań rozumów, której dnem Wy jesteście, a ja zaś tkwię w niej odrobinę nad Wami, lecz od niewiadomych wyżyn oddziela mnie szereg barier o bezpowrotnych przejściach.”

To GOLEM niewierzący w gruncie rzeczy w możliwość postępu. Wyraźnie alter ego autora-pesymisty, którym Stanisław Lem powoli i nieuchronnie stawał się w latach 70. Myśleć szybciej, okazuje się nie wystarcza, żeby mieć sens.

Poruszające będzie jeszcze ‘wspomnienie’ o GOLEMIE po jego samobójstwie. Także obraz jego milczących zwłok. Będę o tym już zawsze myśleć, kiedy znajdę się w ogrodzie na dachu BUWu i zajrzę przez świetliki do wnętrza biblioteki. Tam właśnie jest Lemowski GOLEM. Pod kopułą.


PS. Na koniec przypomniałam sobie, kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z motywem Golema. To był 1979 rok. Katastroficzny film Piotra Szulkina o tym właśnie tytule. Z genialnym, strasznym, przerażającym i... godnym współczucia Markiem Walczewskim w roli Pernata-Golema. Ha!
_________________________
Lemoriada

środa, 15 października 2014

Stanisław Lem 'Dylematy'

Stanisław Lem Dylematy
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003

Ziór krótkich felietonów Lema z przełomu XX i XXI wieku. Dla fanów Lema jako człowieka i jako autora.

Była to już końcówka życia tego niezwykłego człowieka. Lem zmarł, jak pamiętamy, w 2006 roku, mocno już schorowany. I tak mi się czyta ten zbiór tekstów. Jako pożegnanie. Jako jeszcze jedną próbę ogarnięcia rzeczywistości. Jako szarpaninę z natłokiem informacji i przemyśleń. Jako pewnego rodzaju poddanie się, ale niepogodzenie z tym, że świat jest taki, jaki jest.

Nie wiem dlaczego, ale jestem z reguły zwiastunem raczej niedobrych wieści. 

I rzeczywiście Dylematy to w sumie zbiór zapowiedzi katastrof kulturowych, politycznych, militarnych, społecznych, medycznych i wszelkich innych.


Żyjemy na początku trzeciego tysiąclecia, tak ponurym, że skłania mnie to do kilku refleksji, przytłaczających wiarę w możliwość wykształcenia w człowieku cnót zgodnych z elementarnym kanonem moralności. 

Przyjrzyjmy się temu zdaniu. Stanowi ono podstawowy przekaz Dylematów. Napisane jest w typowym dla niego stylu: Ponury czas… Refleksja… Problem z wiarą w przyszłość człowieka… Próba kształcenia… Cnoty… Elementarny kanon… Moralność…

To są dylematy Lema. Umówmy się, kto tak dzisiaj pisze? Kto o tym dzisiaj rozmyśla? Moralność? Kanon? Cnoty? Tylko człowiek z zeszłego wieku może wierzyć, że jego ‘święte oburzenie’, rozważania i analizy, wreszcie zaangażowany apel zdołają choć trochę zmienić świat…
I właśnie dlatego przeczytałam Dylematy Lema, utwierdzając się w przekonaniu, że przynajmniej dopóki on żył (do 2006) był na tej planecie ktoś, kto myślał podobnie do mnie J Z tego punktu widzenia niewątpliwie sama jestem człowiekiem zeszłego wieku…


Lem był genialnym samoukiem. Urodził się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Przeżył wojnę – pamiętajmy, że to cud samym w sobie, bo żydowskie pochodzenie jego rodziny nie było tajemnicą we Lwowie. Nie zdobył formalnego wykształcenia, próbował jednak aspirować do bycia naukowcem. Predysponowały go do tego głód wiedzy, pracowitość i śmiałość pomysłów. Jego młodzieńczą pracę o mózgu poddano jednak miażdżącej krytyce. Wtedy też jego przyszły mentor dr Mieczysław Choynowski zachęcił go do samodzielnej nauki z wykorzystaniem prenumeraty czasopism naukowych: angielskich, amerykańskich, niemieckich i rosyjskich. Regularne ich czytanie oraz gromadzenie stało się odtąd drugą naturą Lema, jego esencją . 
Musiał zarabiać na życie i zaczął pisać. Wybrał gatunek, w którym w Polsce mało się dotąd pisało i wydawało, gatunek bezpieczny, bo daleki od rzeczywistości realizmu socjalistycznego – science fiction. Po kilkudziesięciu latach zarzucono mu eskapizm, ale ja myślę, że to był podszept zdrowego rozsądku oraz gorąca potrzeba wyżycia się jego bujnej, kosmicznej wyobraźni.

Dylematy są tak bardzo staroświeckie w wyrazie także dlatego, że jest to zestaw relacji z lektur, dygresji o tym, co Lem przeczytał oraz szczególnie kąśliwe relacje z tego, co zobaczył w telewizji.
Lem nie nauczył się nigdy korzystać z komputera, jego kontakt z Internetem miał charakter pojedynczej wizyty. To nie był jego świat. Jak powiedział w 1996 r.: Znacznie mniej boję się  antymaterii niż Internetu.


Bo też świat Lema to były rozważania o naturze ludzkiej, okrutnej i dzikiej, skłonnej do agresji i totalitaryzmu. Kiedy pokazywał Obcego, to po to, żeby mimowolnie jeszcze wyraźniej pokazać niedoskonałość człowieka, niedoskonałość jego fizyczności i jego naturalnych skłonności. Lem bez wątpliwości zawsze  był racjonalistą i pesymistą. Pod koniec życia wręcz mizantropem. Niezdolnym do pisania optymistycznych zakończeń. W omawianych tu felietonach jest dowcipny i złośliwy w staroświecki sposób – nawet wtedy gdy np. bardzo pragnie być dosadny - nie jest w stanie przestać być człowiekiem  kulturalnym. To człowiek starej daty.

Ale w ocenie wielu sytuacji trudno się z nim nie zgodzić. Może nazywa rzeczy zbytnio po imieniu, ale przecież taki był zawsze. Samotny jeździec Apokalipsy. Nigdy nie liczył się z opiniami innych i robił swoje.

Niejednokrotnie bywałem w późniejszej fazie mojego pisarstwa oskarżany o czarnowidztwo, nigdy jednak nie sądziłem, że będą mi się na usta cisnąć słowa: ludzkość jest olbrzymim stadem bezustannie rozmnażających się łysych małp, za opatrzonych w brzytwy wynalezione przez ich bystrzejszych krewnych.


Mierzi go fałsz polityków. Pierwszy felieton w zbiorze Dylematy jest o tym, że nie wiadomo, czego można spodziewać się po Putinie (wtedy wybranym na prezydenta Rosji po raz pierwszy), że jest ‘zaszyfrowany’, niepokojący. Po latach już nieco lepiej rozszyfrowaliśmy Putina… W telewizji ogląda się już gorsze rzeczy niż wyśmiewany przez niego Big Brother. Potwierdziła się jego opinia, że nie bomba atomowa, lecz walizka z mikrobami stanowi prawdziwe zagrożenie dla świata zachodniego. Jest o klonowaniu, nanotechnologii, człowieku przyszłości, ale także o biologii zjawisk religijnych, itd.
Globalizacja, komercjalizacja, tandeta popkultury, postmodernizm, w tym szczególnie fascynacja turpizmem, cielesnością. [I tu ciekawa rzecz. Lem pokazuje się jako człowiek przywiązany do sztuki klasycznej, ale sam przecież nie stronił od eksperymentów literackich, i to czysto postmodernistycznych. I tak np. pisząc recenzje nieistniejących książek (Doskonała próżnia 1971) i wstępy do nieistniejących dzieł (Wielkość urojona 1973) pozwalał sobie na harce wyobraźni i estetykę, których teraz by innym chyba zabronił.]

Dla fanów jego prozy sf interesujące będzie autorskie podsumowanie  trafionych prognoz wraz ze wskazaniem tytułów, gdzie się pojawiają dane pojęcia i koncepty, takie jak np. wirtualna rzeczywistość. Oraz teksty o filmowych adaptacjach Solaris czy Niezwyciężonego (niezrealizowana).

Zainteresowania Lema są niezwykle szerokie jak na człowieka o wysokim IQ przystało. Jego aspiracje, żeby wyrobić sobie zdanie we wszystkich możliwych sprawach jest po prostu… porażające i znowu niedzisiejsze. Dziś każdy nastolatek wie, że świat jest nie do ogarnięcia. I z góry się poddaje… Rezygnując często z porządnego ‘ogarnięcia’ choćby jednej dziedziny i osiągnięcia pewnej, może i niepełnej, ale jednak w miarę wszechstronnej wiedzy o pozostałych. Lem się nie poddawał, walczył do końca, żeby być na bieżąco.

Na koniec trzeba jednak wyraźnie powiedzieć i ostrzec czytelników, że opis świata Lema jest bez wątpienia naznaczony depresją i niemożnością dostrzeżenia pozytywnych stron rzeczywistości. Lem nie widzi światełka w tunelu.

Nie jestem pewien, czy udało mi się już dotknąć głównych czynników sprawczych owej marności naszego czasu, w której byle jaka pospolitość staje się żyzną glebą dla wzrostu plugawej agresji.
_______________________
 Z półki
LEMORIADA

środa, 27 lutego 2013

…Lem i fiasko science fiction


Stanisław Lem Fiasko

Fiasko to ostatnia z napisanych przez Stanisława Lema powieści science fiction. Powstała w 1987 r., kiedy autor przebywał na emigracji w czasie stanu wojennego. Sam wspomina, że napisał Fiasko z powodów finansowych, otrzymał 100 tysięcy marek zaliczki i pełną swobodę twórczą. Była to oferta nie do odrzucenia, którą przyjął i zrealizował pomimo narastającej depresji i kłopotów ze zdrowiem (cukrzyca).

Można więc traktować Fiasko jako pożegnalną powieść mistrza sf, powieść o kosmosie, kosmonautach, technice podróży na odlegle planety z wykorzystaniem niezwykłych właściwości czarnych dziur, kolonizacji tych planet, zamrażania ludzi, a potem przywracania do życia, a wreszcie o nieudanym spotkaniu z kosmitami – obcymi, którzy uciekają przed kontaktem z człowiekiem, będąc sami w stanie wewnętrznej wojny, co prowadzi do eskalacji agresji.

Ale jestem pewna, że i wy nie daliście się zwieść…


To jest oczywiście powieść o człowieku i dylematach, które przed nim stają każdego dnia. O decyzjach i intencjach, które nam przyświecają, oraz o tym, co to w ogóle znaczy być człowiekiem.

W Fiasku mamy do czynienia ze światem bardzo na P: pesymistycznym, przygnębiającym, pełnym przemocy i pozorów postępu. Przyznaję, że książka Lema mnie zasmuciła i pozostawiła bez nadziei.


Oczywiście są w niej momenty wspaniale, kiedy Lem ujawnia oprócz wszechobecnej erudycji w zakresie najnowszych ustaleń fizyki, kosmonautyki, medycyny i filozofii,  także swój dawny geniusz fabularny i narracyjny. Ulegam jego obrazowaniu – filmowemu w najlepszym tego słowa znaczeniu – kiedy opowiada nam przygody młodego, cudownie energetycznego i młodzieńczo ryzykanckiego pilota Angusa Parvisa, wkładającego „elektroniczną skórę”, żeby niczym (późniejszy) filmowy Iron Man poruszać antropomorficzną maszyną kroczącą na Tytanie, księżycu Saturna. Jesteśmy pod wrażeniem dyskusji na każdy temat, także teologicznych, także komputera pokładowego o znamiennej nazwie: GOD. Podoba mi się także fragment o poszukiwaniu jednostkowej tożsamości odpowiadającej za poczucie człowieczeństwa u odhibernowanego Parvisa/Pirxa/Tempego. Sam motyw odzykiwania świadomości w nie swoim ciele niesamowicie poruszył moją wrażliwość. Zatrwożyła mnie z kolei wizja wędrówki w labiryncie kopców termitów... I te mechanizmy, które ciągle się psują... Części zamienne i narzędzia, których zawsze brakuje pod ręką... To przypomina wybór elementów ze złego snu...

Ale już na pewno zachwyciłam się, kiedy Lem odwoływał się do łacińskich sentencji i motywów z A.E. Poe,  czy Makbeta Szekspira, żeby pokazać, że człowiek od zawsze popełnia te same błędy: pragnie ciągle zdobywać, przekraczać granice, pragnie panować, chciwie zagarniać coraz to nowe obszary, nie licząc się ze słowem NIE.  Wojna - jak zwykle w historii homo sapiens - okazuje się nieunikniona. Fiasku Lema przyświeca bowiem łacińskie motto: ‘Nikt nie zadrze z nami bezkarnie’.


Lem wydaje się mówić: człowiek to jest dziwne zwierzę. Sam będąc efektem procesu ewolucji, czyli w gruncie rzeczy sekwencji użytecznych przypadków, przypisuje sobie wielkość, która nie jest mu naprawdę dana. Na przykład wyruszamy w kosmos, choć nie jest jasne po co? Deklarujemy chęć kontaktu z ewentualnymi Obcymi, ale czemu i komu ma to służyć? Co owi hipotetyczni Obcy zyskaliby dzięki kontaktowi z naszym gatunkiem? Jaka jest nasza oferta dla wszechświata?


Zachęcona przez Lema skorzystam przez chwilę z wyobraźni. Pogdybajcie razem ze mną. Przecież nie musimy latać w kosmos, żeby mieć kontakt z Obcymi…. Weźmy np. delfiny. Wydaje się, że ludzie bardzo pragną zrozumieć język delfinów. Ale co by było, gdyby np. okazało się nagle, że delfiny naprawdę są istotami myślącymi i posiadają jakiś rodzaj kultury?

No, super! Po prostu ekstra!
Czyżby?

Jestem przekonana, że po krótkim okresie fascynacji Obcymi, jak zwykle rozpoczęlibyśmy rywalizację, kolonizację, niewolenie i wreszcie eksterminację. Nie pozwolilibyśmy przeżyć komuś, kto mógłby się z nami równać, o nie!

Lem chyba myśli podobnie, skoro po latach nie zawaha się tak podsumować naszej ludzkiej pychy:

Wcale nie chcemy zdobywać kosmosu, chcemy tylko rozszerzyć Ziemię do jego granic. 
__________________________
Przeczytane w ramach wyzwania Lemoriada i Z półki

niedziela, 20 stycznia 2013

…Lem poszerza moje horyzonty myślowe


Stanisław Lem Okamgnienie
Książka wydana w 2000 r. Pierwsza praca Lema wydana przez niego po trzynastoletniej ciszy twórczej. Należy do nurtu eseistycznego w pisarstwie Lema. Autor wydając ją, miał niespełna 80 lat. To doskonale tłumaczy fakt, dlaczego jest to swoiste rozliczenie z jego futurologicznym pomysłami zawartymi w mało znanych Dialogach z 1957, a następnie udoskonalonych w powszechnie uznanej za odkrycie Summa Technologiae z 1964 (sam podaje datę 1963 r.)

Niesamowicie jest czytać Lema w dzisiejszych czasach. Jego język to język przedwojennego inteligenta, wszechstronnie wykształconego w zakresie nauk ścisłych, biologicznych, medycyny i filozofii. Choć autor dąży do osiągnięcia precyzji wypowiedzi godnej ‘osoby scjentystycznie informacjożernej’ – jak sam się nazywa - to po prostu nie może ukryć co najmniej kilku rzeczy, które sprawiają, że czyta się te teksty jak unikalny wytwór literatury, po prostu.

A jest to przede wszystkim unikatowy sposób wyrażania się wynikający z tego, że mamy do czynienia z niewyobrażalnie oczytaną osobą o bardzo złożonej umysłowości. Jego piękna, krągła, staroświecka polszczyzna; trzymana w ryzach, ale i tak imponująca ilość słów naukowych i swoich własnych (archaicznych w wyrazie) neologizmów; piękne, ale niestety już zapomniane związki frazeologiczne; zdarzająca się inwersja szyku; wykorzystanie znajomości języków obcych, oczywiście z nieodłączną łaciną… To wszystko powoduje, że czułam się… onieśmielona,… zaszczycona, a pod koniec… zachwycona!
Tak już nikt od dawna nie mówi i nie pisze. W porównaniu ze stylem Lema, każdy inny współczesny tekst wydaje się być napisany w „basic Polish”. Poza tym Lem pisze w sposób pozbawiony patosu, a nawet sarkastyczny. Dlatego o nieśmiertelności, w której koncepcję nie wierzy, pisze tak: ‘[…] nieśmiertelność przemieszczała myśl człowiecza w obręb utwierdzanych religiami zaświatów. [..]’

Pisze bez patosu i programowo antysentymentalnie. O przeszczepianiu tkanek i organów w celu przedłużenia życia: Technologia łataniny tkankowo-narządowej jest niedostateczna.[…] A potem tłumaczy dokładnie dlaczego, opierając się na faktach.
Z kolei o poszukiwaniach UFO pisze: […] nie zmienia to niestety faktu, że nie odkryliśmy żadnych „braci w rozumie”, i zaczyna nam się wydawać […], iż oprócz nas nikogo w całym kosmosie nie ma.’

I kto to pisze? Twórca Solaris – powieści, w której sam dał światu najniezwyklejszą postać Obcego w historii literatury światowej!

Patrzmy dalej. Lem był nie tylko erudytą, on był także człowiekiem mądrym, niestety pesymistą. Dlatego wielokrotnie wspomina o powszechnej dolegliwości występującej u gatunku ludzkiego: ‘Mundus vult decipi, ergo decipiatur’ , czyli ‘Świat łaknie oszustw, więc jest oszukiwany.’ Kosmitów nie ma, ale ludzie będą tego zawsze pragnąć… Dlaczego? Być może dlatego, konstatuje Lem, że oddala ich to od zwykłych ziemskich problemów. Dlatego nie poświęcają uwagi kwestii głodu na świecie, raczej wolą zdobywać Marsa.
Długo by wymieniać choćby tylko wątki, które poruszył Stanisław Lem w kolejnych rozdzialikach Okamgnienia - bo książeczka jest nieduża, 160 niedużych stroniczek. Powiem tylko, ze koncentrują się one na trzech kierunkach futurystycznych rozważań na temat rozwoju ludzkości (wskazanych notabene przez autora już w jego Sumie technologicznej (1963 r.): rewolucji biologicznej, technologicznej i transbiologicznej (opisanej przez Lema po raz pierwszy w 1980 r.).

Był to człowiek, który będąc jedynym takim osobnikiem w naszym kraju, absolutnie bez żadnego  zaplecza, poparcia, a nawet środowiska, tworzył wizje, osiągając najtrudniejszy poziom abstrakcji – wychodząc poza znaną sferę pojęciową. A więc kreślił wizje zjawisk i sam je nazywał. Jego nazwy, tak jak jego styl, okazały się urokliwe, ale jakoś niestrawne i nieprzyswajalne kulturowo, ale same pomysły - tak. Zmusiły do myślenia niejednego homo sapiens na planecie Ziemia.

Podkreślę na koniec, że książeczka jest niezwykle skondensowana i ma mnóstwo smaczków. Na pewno mogę polecić jego rozważania o sztucznej inteligencji i istocie świadomości. Lem pisze rzeczy, które wiele razy zbiły mnie z tropu, zmusiły do myślenia, np. że software nie musi być wcale świadomy (czego tak się obawiamy), eksperymenty pokazują, że wystarczy, że dobrze udaje świadomość. Człowiek resztę dopowiada sobie sam, itd., itp.

A specjalnie dla moich braci bibliofilów lubiących czytać o pisaniu przytoczę na koniec zwierzenie Lema, o tym, jak on pisał:
Nie wiem, czy jestem przykładem reprezentatywnym, ale wiadomo, że większość fikcji beletrystycznych napisała mi się w tym rozumieniu sama, że pisałem nie znając z góry ani fabularnego schematu, ani przebiegu akcji, ani miejsc węzłowych, ani wreszcie finału. Tym samym pisałem jak gdyby dyktando, tyle tylko, że to, co napisałem był, mnie się samemu podyktowało przez takie czynnościowe obszary mózgu, do jakich nie mam żadnego introspekcyjnego wglądu.

Kiedy to czytam, to łza mi się oku kręci. Już nigdy, przenigdy nie będzie drugiego takiego pisarza, erudyty, autora na skalę światową, Polaka tłumaczonego na 40 języków, ambasadora naszej kultury wysokiej, który przy tym wszystkim w sposób naturalny używa czasu zaprzeszłego…

.......................................
Książka przeczytana w ramach wyzwań: LEMoriada, Z półki, Płynna nowoczesność.