Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kurt Vonnegut. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kurt Vonnegut. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 grudnia 2014

'Śniadaniem mistrzów' można się łatwo udławić

Kurt Vonnegut Śniadanie mistrzów. 
Czyli żegnaj, czarny poniedziałku!
Przeł. Lech Jęczmyk
Wyd. ALBATROS A. Kuryłowicz, Warszawa 2012 wyd. II

- Życie jest jak ocean! – wołał Dostojewski. A ja powiadam, że życie jest jak celofan.
Kurt Vonnegut

To istne szaleństwo! Jedna po drugiej książka o obłędzie ogarniającym człowieka. O schizofrenii albo czymś podobnym. W poprzedniej lekturze obserwowałam, jak wspaniały artysta baletu Wacław Niżyński załamuje się w obliczu niezrozumienia świata i wobec braku choćby jednej osoby, z którą mógłby szczerze porozmawiać. Teraz okazuje się, że wypożyczona nieco wcześniej z biblioteki kultowa powieść Śniadanie mistrzów Vonneguta także dotyczy rozpadania się osobowości, wrażenia, że świat się kończy, niszczymy go ostatecznie. Podczas kiedy człowiekowi wydaje się , że jest Bogiem (pod jego nieobecność), a inni są marionetkami.

Brzmi to bardzo rozpaczliwie, choć nieraz można wewnętrznie się uśmiechnąć, czytając Śniadanie mistrzów (zresztą jest to nazwa płatków śniadaniowych). Książka ma dwóch głównych bohaterów, którzy powoli zbliżają się, żeby się w końcu spotkać i pobić. Gdybym streściła Wam ich przygody i liczne dygresje odautorskie uznalibyście to zapewne za jakąś żenadę. Jak można coś tak bzdurnego i zaburzonego napisać i czytać?

Po prostu jest to jedno z tych dzieł sztuki, których streszczać nie wolno. Jego sztuka kryje się w przesłaniu wynikającym z kunsztownej, paradoksalnej formy. Przesłaniu, które – jak to u Vonneguta - jest pesymistyczne. Życie jest jak celofan, który oblepia nasze ciała i nie daje odetchnąć.


Wróćmy jednak do pozornej fabularności tej powieści. A więc mamy pisarza Kilgora Trouta i cenionego małomiasteczkowego przedsiębiorcę Dwayna Hoovera. Wygląda mi to na dwie rozszczepione osobowości. Czyje? Może nadbohatera, demiurga, Autora, ktory nie zawaha się  zstąpić na karty powieści w kluczowym momencie. Vonnegut nadaje mu liczne cechy autobiograficzne. Akcję zaś umieszcza w głowie Autora w momencie, kiedy ten traci sens życia. Leczy się na depresję, podejrzewa zaś o schizofrenię, obawia, że popełni samobójstwo jak matka. Pisze, jakby przechodził naprzemiennie fazę depresji i euforii. Gorycz na przemian z pomysłami na zabawne opowiadania. 

Jako żywo przypomina to wydźwięk Dziennika Niżyńskiego, spisywanego w ciągu kilku pierwszych tygodni psychozy w 1919 r. Mamy tu do czynienia z tą samą złością na niezrozumiały świat, paranoicznymi podejrzenia, skargami i fantastycznymi pomysłami twórczymi. Pojawia się z jednej strony wątek fikcyjności jako jedynej prawdy, nierealności, 'obcych' (roboty), z drugiej kompulsywne myślenie o fizjologii seksie, rozmiarach penisów, bioder, piersi i talii.  Patrzę ze zdziwieniem na tekst pełen powtórzeń, echolalii, przymusowych, dziwacznych skojarzeń. Mnóstwo tu szargania świętości – takich np. jak Bóg, honor i ojczyzna w wydaniu amerykańskim, ich flaga czy wiara w bohaterstwo amerykańskich żołnierzy, których Vonnegut wielokrotnie nazywa maszynami do zabijania.

Śniadanie mistrzów jest trochę jak zapis urojeń kogoś bardzo twórczego. Kogoś w kryzysie psychicznym. Kogoś, który nawet, jak był zdrowy, to nie był potulny i grzeczny. Kogoś dla kogo naruszanie norm społecznych jest istotą wolności. Przy okazji pisarza, który jak nikt inny posiadł dar myślenia paradoksalnego i niestandardowego patrzenia na świat:

Zbliżając się do pięćdziesiątych urodzin, byłem coraz bardziej wściekły i zdumiony idiotycznymi decyzjami moich rodaków. A potem nagle poczułem do nich litość, gdyż uświadomiłem sobie, jak niewinne i naturalne było w gruncie rzeczy to ich odrażające zachowanie dające tak odrażające rezultaty: robili wszystko, co mogli, żeby naśladować ludzi wymyślonych w książkach. Dlatego właśnie Amerykanie tak często do siebie strzelali: był to poręczny chwyt literacki do kończenia opowiadań i powieści.

Dziwna jest to rzecz. Teraz mam chęć poczytać sobie, jak to zostało odebrane przez Amerykanów w 1973. Chociaż domyślam się, że nie było fanfar :)

Cieszę się, że przeczytałam Śniadanie mistrzów teraz, kiedy i ja - jak Autor -  mam pięćdziesiąt lat. Więcej dla mnie znaczy, bardziej do mnie przemawia, pomimo wrednej formy. Bo kiedy czytałam Śniadanie lata temu, to zapamiętałam tylko tę odręczną ilustrację Vonneguta. Jest to przychodząca mu natrętnie w różnych niespodziewanych okolicznościach do głowy "dziura w zadku". (cytat)





piątek, 3 stycznia 2014

Rok 2013, rok ubiegły

Co za dziwne słowo - ubiegły... Coraz częściej łapię się na tym, że nie tylko obserwuję ubożenie słownictwa otoczenia, szczególnie mediów i młodych ludzi, ale i moje własne... Żal i złość... I płynące z tego pierwsze zobowiązanie noworoczne.

Nie dać się temu zjawisku. Skończyć z używaniem słowa "zajebiste" na określenie wszystkiego, co mi się podoba. (Żartuję.) [Edit: Dokładnie to nie żartuję, tylko ironizuję, czyli mówię jedno, a mam na myśli coś innego, o czym nie chcę mówić wprost - jak w powiedzeniu, że Pałac Kultury  jest mały, ale gustowny.)

A teraz przejdźmy do meritum (to takie zielone lekarstwo na kaszel mokry i suchy).
Wspominam lektury ubiegłego roku. Dla ułatwienia prowadziłam sobie w trakcie roku ranking najlepszych lektur i autorów na pasku bocznym. Nie ma to jak pamięć zewnętrzna.



PODIUM KSIĄŻEK 2013

'Tajemnica Brokeback Mountain' Annie Proulx
'Dobrze jest, jak jest' Annie Proulx
'Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta' David Mitchell
'Śmierć czeskiego psa' Janusz Rudnicki
'Kobieta z wydm' Kobo Abe
'Pisarz naiwny i sentymentalny' Orhan Pamuk
'Pokuta' Ian McEwan

PODIUM AUTORÓW 2013

Kurt Vonnegut
Annie Proulx
David Mitchell
Ian McEwan
Janusz Rudnicki
Kazuo Ishiguro
Julian Barnes
Kobo Abe
Marcin Ryszkiewicz


Jakie wnioski z tego płyną?


Jestem wielbicielką literatury postaci, nie fabuły (Annie Proulx, David Mitchell, Ian McEwan). Lubię, jak lektura mnie wzrusza. Jednakowoż klękam też przed bystrzakami, którzy unikają sentymentalizmu jak ognia (Vonnegut, Rudnicki, Kobo Abe, Ryszkiewicz). Nie odstrasza mnie ekscentryczność, ironia i paradoks (Vonnegut, Abe, Rudnicki). Chętnie zanurzam się w epicko ujęty świat miniony, pod warunkiem, że opisany jest po zegarmistrzowsku, ze wszystkimi możliwymi i niemożliwymi szczegółami (Mitchell, Ishiguro, Barnes). Kocham też edukatorów, ludzi, którzy dzielą się z innymi swoją wiedzą i robią z tego wartościową literaturę (Pamuk, Ryszkiewicz).

Moje kolejne postanowienie noworoczne będzie więc brzmiało: nie spuszczać z tonu i czytać starsze, uznane, często nagradzane rzeczy. 

piątek, 30 sierpnia 2013

O czym śpiewają " Syreny z Tytana"?

Kurt Vonnegut Syreny z Tytana

Miałam na szczęście pod ręką jeszcze jedną rzecz Kurta Vonneguta. Natychmiast po nią sięgnęłam. Syreny są z 1959 roku, poprzedzają więc Kocią kołyskę o kilka lat. Są trochę słabsze w wyrazie. Bardziej rozgadane. I tu rzeczywiście można wiązać Vonneguta z literaturą sf.

Jeśli Kołyska jest w wymiarze ideologicznym bezpośrednim pokłosiem gwałtownej ekspansji militarnej USA i ich rywala z lat 50 i 60 XX wieku czyli ZSRR, to Syreny są naznaczone z jednej strony wspomnieniem całkiem niedawnej wojny światowej, a z drugiej ekspansją kosmiczną i zimną wojną lat 50. Pisząc pokłosie, mam na myśli lęki i obawy, ktore Vonnegut w swojej literaturze wyraża. Także nastrój zawodu wobec ciągłych mocarstwowych wymachiwań szabelką i związanego z tym, już całkiem realnego niebezpieczeństwa wojny. Vonnegut odbierał to jako dowód na bezmyślność ludzką i popełnianie ciągle tych samych błędów. A wszystko to pod wpływem pustych ideologii, które wyznajemy, wciąż na nowo oddając się we władzę szarlatanów.

Oczywiście tak to odbieram jako czytelniczka świadoma zawirowań historycznych z tamtych czasów, czasów zimnej wojny i kryzysu w zatoce Świń. Zapoznałam się też nieco z biografią autora - amerykańskiego obywatela niemieckiego pochodzenia, kiedyś żołnierza, ktory przeżył kampanię w Ardenach i obóz nazistowski, następnie zaś świadka powojennych inwazji "amerykańskich chłopców", a to w w Azji, a to w Ameryce Środkowej. [A już niedługo zdaje się w Syrii...]

Piszę o tym, bo wielkim uproszczeniem byłoby uznać Syreny z Tytana Vonneguta za opowieść "tylko" science fiction. Wiadomo, jest to gatunek  niedoceniany, a bardzo nośny. Vonnegut tak jak Lem rozszerzył jego granice. Już wiem, dzięki porównaniu Syren i Kołyski, że tak jak sądziłam, tej drugiej na 100% nie sposób pomieścić w tych, nawet bardzo poszerzonych granicach science fiction. Chcę przez to powiedzieć, że Kocia kołyska jest lepsza, bardziej fojrzała formalnie, glębsza w treści niż Syreny. Także napisana jest w mocniejszy sposób, bo bardziej lakonicznie.

Syreny z Tytana zaoferują jednak każdemu całkiem udany przedsmak, zarówno jeśli chodzi o problematykę, jak i unikatowy styl Vonneguta. Pisząc je, Kurt Vonnegut miał trzydzieści kilka lat. Na czym polega wyjątkowość jego literatury? Opiera się ona chyba na odwadze mówienia prawdy bez ogródek, bezkompromisowej ocenie, rozumieniu psychiki ludzkiej i znajomości potrzeb ludzi jako zbiorowości. Vonnegut jest obrazoburczy, aforystyczny i bezwględnie przenikliwy. Ostry jak żyletka.

Wygląda na to, że interesuje go kilka tematów, które intensywnie ekploruje w literaturze. Najogólniej rzecz biorąc, interesuje go to samo, co mnie :) Jego książki wydają się dotyczyć sensu ludzkiego istnienia.

W Syrenach z Tytana na bohatera rozlicznych perypetii, rzucanego kolejno na kilka planet -  przez los i przebiegłość pewnego przenoszącego się czasie milionera - wybrał Vonnegut człowieka, o którym po prostu trzeba powiedzieć: "Ten to jest chyba najszczęśliwszym człowiekiem za ziemi". A w każdym razie nie ma wątpliwości, że Malachi Constant jest najbogatszym Amerykaninem, przystojnym, w kwiecie wieku, pewnym siebie inteligentnym szczęściarzem.  Człowiekiem sukcesu. Do czasu. To tyle jeśli chodzi o akcję.

Teraz styl, w jakim autor prowadzi dialog z czytelnikiem. Muszę powiedzieć, że ja lubię takie jasne i czyste sformułowania, którymi przeplatane są perypetie kosmiczne. One są jak najbardziej z naszej planety:)

Przedstawię Wam kilka cytatów:

Bohater powieści ma okazję podsumować swoje losy w przemówieniu do narodu:
Padłem ofiarą szeregu wypadków, jak każdy.

Człowiek i kosmos
Ludzkość, nieświadoma prawd zawartych w każdym człowieku, bez przerwy rozglądała się na zewnątrz – coraz bardziej rozpychała się na zewnątrz. To, o czym ludzkość miała nadzieję się dowiedzieć dzięki rozpychaniu się na zewnątrz, było: kto właściwie odpowiada za stworzenie świata i o co w tym całym stworzeniu chodzi.

Sens 
Owi nieszczęśni agenci odkryli to, co zdążono już  w wielkiej mierze odkryć na Ziemi: koszmar niekończącego się bezsensu.

Największa tajemnica
Jedyną 'terra incognita' pozostała dusza ludzka.

Co gnębi człowieka?
Odkrycie infundybuł chronosynklastycznych [zawirowań w przestrzeni przenoszących w czasie] postawiło ludziom w efekcie następujące pytanie: „Co każe wam sądzić, że w ogóle gdziekolwiek dążycie?”

Życie ludzkie
Tak długo trwało, zanim uświadomiliśmy sobie, że celem ludzkiego życia – niezależnie od tego, kto nim steruje – jest darzenie miłością tego, kogo akurat mamy pod ręką.

Szczęście
Znalazłem sobie miejsce, gdzie mogę robić dobrze, nie wyrządzając nikomu krzywdy.

Odwieczne kwalifikacje, żeby rządzić ludźmi
Legitymował się żyłką showmana.
Legitymował się szczerą gotowością przelania ludzkiej krwi.
Legitymował się nową, wiarygodną religią, którą zamierzał zainaugurować po zakończeniu wojny.

Vonnegut ma wiernych miłośników. Ma dużą siłę rażenia. Sprawia, że chcę się zmienić na lepsze, np. zapragnęłam być milsza dla męża :)

___________ 
Z literą w tle [litera V]

czwartek, 29 sierpnia 2013

Kurt Vonnegut „Kocia kołyska”

Kurt Vonnegut Kocia kołyska

<Dobra książka to po prostu uwspółcześniona wersja Biblii."> 

Powiedział to Vonnegut zapytany o receptę na dobrą powieść. A zanim to powiedział dobrze się zastanowił. Po czym zrealizował to, nawet kilka razy. I pomyśleć, że ja dopiero teraz, mając niemal 50 lat,  zaczęłam go czytać… Oj, bardziej niż zwykle żałuję czasu zmarnowanego na czytanie jakichś głupot.

Kocia kołyska - czy to nie dziwny tytuł? Dziwny, śmieszny i trochę straszny jednocześnie. Choć nazwa ta powinna budzić przyjemne skojarzenia, bo to po prostu znana wszystkim zabawa w przekładanie nitki zaczepionej o palce. Prosta, twórcza i niegroźna. Jednak u Vonneguta nabiera ona złowrogiego znaczenia. Symbolizuje wszystkie te kłamstwa, w które człowiek dobrowolnie chce wierzyć. Przecież te nitki to nie jest tak naprawdę kołyska… Nie ma tam żadnego kota…. My tylko tak się umawiamy. I o tym, na jakie straszne rzeczy umawiają się ludzie, jest cała ta historia.

Dobra to jest powieść, oj dobra, i mocna. A poznać to można m.in. po tym, że nie można jej streścić. To znaczy można próbować spisać po kolei wydarzenia (prawdopodobne, a po chwili zupełnie fantastyczne), opisując bohaterów (zwyczajnych, a po chwili kompletnie dziwnych), a nawet próbować ująć w jednym zdaniu, o czym to jest. No, oczywiście jest to o dobru i złu, o czymże by innym?

Tylko, że to jest jak lizanie loda przez szybę. Wartość tej groteski-thrillera-komedii i przypowieści antropologicznej  w jednym jest ukryta dokładnie tam, gdzie powinna być, czyli między słowami. W interakcji tych słów Vonneguta z mózgiem i wrażliwością czytelnika.

Zabawne, że kiedy zajrzałam do internetu, żeby sprawdzić datę pierwszego wydania Kołyski (1963), zobaczyłam, że uważa się ją za powieść science-fiction. Że co? Przecież ona jest mniej więcej tak bardzo sf jak baśń Andersena o Królowej Śniegu. Obie te dzieła mają nawet wspólny motyw: tajemniczego czegoś, co wywołuje zamarzanie ludzi... Podobnie sf jest też sama Biblia - kolejne dzieło, do ktorego Vonnegut chętnie się odwołuje...

Jak widać, Kocia kołyska to literatura, która przynosi wiele zaskoczeń i ma tyle interpretacji, ilu czytelników. To sprawia, że jednocześnie łatwo i trudno o niej pisać. Ja sama napisałam początkowo wielostronicowy elabotrat, tak się nakręciłam po jej przeczytaniu. To, co widzicie przed sobą, to zaledwie wyimek moich kłębiących się po Kołysce myśli :)

W zakładce Z półki 2013 napisałam  o Kociej kołysce w skrócie: 
Brawurowa powieść z 1963, która stała się manifestem pacyfistycznym pokolenia. Opowiada w tonie buffo o zagładzie ludzkości. Lód-9 sprawi pewnego dnia, że wszystko, co zawiera wodę, skamienieje.  Po drodze poznamy plejadę dziwacznych postaci, z młodym, nieudolnym, acz sympatycznym dziennikarzem na czele. Dziwne są to postaci, dziwne miejsca, dziwne sytuacje, nie na tyle jednak, żeby nie mogly się pojawić w naszym codziennym życiu tu i teraz... Będziemy z przerażeniem i jednocześnie śmiechem obserwować niespodziewany rozwój sytuacji biorący się z niefrasobliwości i braku moralności u naukowców, żądzy władzy polityków i nieludzkiej bezmyślności wojskowych, które my, szarzy zjadacze chleba chętnie bezrefleksyjnie aprobujemy, bo jesteśmy zbyt zaabsorbowani swoją głupotą. Książka, która nie pozwala zasnąć.

Reszta postu jest dla takich maniaków, jak ja :) Pozostałych proszę o nieczytanie.

Już Wam zdradziłam, że jednym z głównych wątków Kociej kołyski jest bomba atomowa i w ogóle zagłada ludzkości. Kto ponosi odpowiedzialność za broń masowego rażenia? Naukowcy? Politycy? Wojsko? Pasywni obywatele? Po co, tak naprawdę, człowiekowi broń zabijająca masowo? Co zdecyduje o jej powstaniu? O jej użyciu? Czy są to świadome decyzje? Może splot okoliczności, na którego początku jest zawsze ludzka głupota? Jak można coś takiego w ogóle zrobić i dlaczego tak łatwo?

Zrozumiałe, że pytania te były aktualne w latach powojennych, po Hiroszimie i Nagasaki. Ale, zgodnie z diagnozą Vonneguta o odwiecznej głupocie gatunku ludzkiego i niezdolności do uczenia się na swoich błędach, są aktualne także w 2013, kiedy ktoś w Syrii (czy kiedykolwiek dowiemy się kto?) morduje cywilów sarinem!

Czytam, to co napisałam i widzę, że można by sobie pomyśleć, że Kocia kołyska to jakiś filozoficzny traktat o potrzebie pokoju na świecie. Nic tego. Książka nie ma w sobie nic z powagi, której można by oczekiwać! Traktuje jednak o śmiertelnie ważnych kwestiach pomimo żartobliwego tonu i zupełnie fantastycznych, wręcz absurdalnych, pomysłów fabularnych.

Np. Co myśleli o swojej odpowiedzialności za bombę uczestnicy projektu Manhattan? Jak to pokazać krótko i dowcipnie?
Vonnegut robi to tak: Bohaterem opowieści czyni dziennikarza podążającego śladem jednego z twórców bomby atomowej. Ten dociera do jego dzieci. I oto czytamy wspomnienia syna tegoż naukowca, zresztą karła o talentach malarskich:

<Czy zna Pan na przykład anegdotę o pierwszej próbie z bombą w Alamogordo? Po wybuchu, kiedy stało się jasne, że Ameryka jest w stanie jedną bombą znieść z powierzchni ziemi całe miasto, jeden z uczonych zwrócił się do ojca ze słowami:
- Od dzisiaj nauka wie, co to grzech.
I wie Pan, co na to ojciec? Spytał: <<Co to jest grzech?>>

Takich akapitów o sile aforyzmu jest u Vonneguta mnóstwo. Jest genialny pod tym względem. To on jest autorem m.in. zdania, że <Gdyby Bóg żył w dzisiejszych czasach, to byłby ateistą.> Takich zdań, ktore zasiedlają pamięć czytelnika, napisał więcej :) Tak naprawdę to każdy króciutki rozdział Kociej kołyski wart byłby długiej i wnikliwej analizy. 

Muszę kończyć. Kocia kołyska jest dla mnie książką szalenie inspirującą i zmuszającą do myślenia, przede wszystkim o naturze ludzkiej. Dlaczego walczymy o władzę, toczymy wojny, zabijamy innych i siebie? W imię abstrakcyjnych idei, które są tak samo realne (lub tak samo umowne) jak tytułowa kocia kołyska. To straszna świadomość. Natura wyposażyła jednak człowieka w śmiech i ironię. One przynoszą ulgę. I to właśnie Vonnegut nam serwuje: straszną prawdę o nas samych skrywaną pod maską śmiechu.

PS. Sięgnęłam po Vonneguta dzięki cytatowi na blogu Zbyszekspira. Tamten tekst o pisaniu wydał mi się tak brawurowy i szczery, że nie mogłam o nim zapomnieć. Dzięki!
 ____________________________________________
Czytamy serie wydawnicze...
Z literą w tle [litera V]
Z półki

Książka pochodzi ze wspaniałej serii Kolekcja Gazety Wyborczej XX wiek. Prawdziwym wyzwaniem byłoby przeczytać wszytkie pozycje z tej serii. Sporo mi ich jeszcze zostało:

Imię róży (Eco Umberto) (tom: 1)
Lolita (Nabokov Vladimir (pseud. Sirin W.)) (tom: 2)
Na Zachodzie bez zmian (Remarque Erich Maria (właśc. Remark Erich Paul)) (tom: 3)
Mistrz i Małgorzata (Bułhakow Michaił (Bułhakow Michał)) (tom: 4)
Sztukmistrz z Lublina (Singer Isaac Bashevis) (tom: 5)
Blaszany bębenek (Grass Günter) (tom: 6)
Pożegnanie z Afryką (Blixen Karen (pseud. Dinesen Isak lub Andrézel Pierre)) (tom: 7)
Tortilla Flat (Steinbeck John) (tom: 8)
Dziesięciu Murzynków (Christie Agatha (pseud. Westmacott Mary)) (tom: 9)
Ja, Klaudiusz (Graves Robert) (tom: 10)
Działa Nawarony (MacLean Alistair (pseud. Stuart Ian)) (tom: 11)
W stronę Swanna (Proust Marcel) (tom: 12)
Śniadanie u Tiffany'ego (Capote Truman (właśc. Streckfus Persons Truman)) (tom: 13)
Kocia kołyska (Vonnegut Kurt (Vonnegut Kurt Jr)) (tom: 14)

Gra w klasy (Cortázar Julio) (tom: 15)
Zniewolony umysł (Miłosz Czesław) (tom: 16)
Dżuma (Camus Albert) (tom: 17)

Miasto i psy (Vargas Llosa Mario) (tom: 18)
Rok 1984 (Orwell George (właśc. Blair Eric Arthur)) (tom: 19)
Kroniki marsjańskie (Bradbury Ray (Bradbury Raymond Douglas)) (tom: 20)

Opowiadania (Iwaszkiewicz Jarosław) (tom: 21)
Absalomie, Absalomie... (Faulkner William) (tom: 22)
Proces (Kafka Franz) (tom: 23)
Sedno sprawy (Greene Graham) (tom: 24)
Cesarz (Kapuściński Ryszard) (tom: 25)

Obietnica poranka (Gary Romain (właśc. Kacew Roman, pseud. Ajar Émile)) (tom: 26)
Pociągi pod specjalnym nadzorem (Hrabal Bohumil) (tom: 27)
Postrzyżyny (Hrabal Bohumil) (tom: 27)
Oddział chorych na raka (Sołżenicyn Aleksander) (tom: 28)