Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruno Schulz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruno Schulz. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 września 2014

J.M. Coetzee 'Wenętrzne mechanizmy. Eseje literackie 2000-2005'

J. M. Coetzee Wewnętrzne mechanizmy. Eseje literackie 2000-2005
Tłum. Marek Król
Wyd. Znak, Kraków 2012

Sporo mówi się ostatnio na blogach książkowych o nowej jakości, jaką ma wprowadzić Magazyn Książki. O tym, że jego redaktorzy i wydawca mają nadzieję uczynić z tego czasopisma polski odpowiednik The New York Review of Books.

Włączam się w nurt promujący tę ideę. Reklama Książek słusznie wiedzie poprzez media społecznościowe, w tym blogi książkowe. Wydaje mi się bardzo sensowne i może okazać się skuteczne. Bo któż inny miałby czytać Książki, jak nie zaawansowani czytelnicy, jakimi bywają blogerzy książkowi właśnie.

Choć oczywiście jest cała grupa 'mocnych', wyrafinowanych czytelników, o długim stażu, którzy mieliby z pewnością wiele do powiedzenia, gdyby nie to, że nie w głowie im pisanie notek przeznaczonych do publikacji w necie. Pamiętam o tym, choć świat zdaje się mówić: Jeśli nie ma cię w necie, to znaczy, że cię w ogóle nie ma. Ale, choć sama korzystam z bloga - coraz bardziej na zasadzie prywatnego notatnika - to pamiętam o tych, którzy nie zdecydowali się postawić na wirtualność i pozostali w realu. Co więcej, myślę, że - paradoksalnie - to oni przede wszytkim sięgną po magazyn Książki w wersji papierowej.

Wracając do faktów na razie tylko medialnych :) Oczywiście liczę, że obietnica nawiązania do standardu NYBooks zostanie, choć trochę, spełniona.

Ja ze swej strony, płynąc na fali zainteresowania tematem, wspomnę tylko, skąd możemy się dowiedzieć, jak wyglądają teksty w NYBooks.  Oczywiście można się z nimi wstępnie zapoznać, a potem je nawet subskrybować TU  Jasne jest jednak, że język angielski na tym poziomie zaawansowania jest pewną przeszkodą, łagodnie mówiąc. Przynajmniej dla mnie… 

I tu dochodzimy do Coetzeego, który był wieloletnim współpracownikiem NYBooks. Jego recencje-eseje napisane właśnie dla NYBooks zostały wydane przez ZNAK w 2012. W Wewnętrznych mechanizmach znajdziemy poza tym 6 przedmów, także napisanych na zamówienie.

O kim pisze Coetzee, zobaczcie poniżej:




Lista imponująca. Wszystko to autorzy pierwszej ligi. Można by urządzić sobie nawet ‘wyzwanie’ polegające na lekturze tych autorów po kolei, a potem konfrontowaniu swoich przemyśleń z noblistą. Albo odwrotnie – i to ja chyba wybiorę – najpierw czytanie eseju, a potem sięgnięcie po opisanego autora. Inaczej nie da rady w moim przypadku, bo już niemal wszystkie przeczytałam :) Są bardzo wciągające. Ale Naipaula zrobię wg tej pierwszej kolejności...

Teksty świetnie się czyta, przynajmniej mnie. Mój mąż (pod wpływem moich zachwytów) przeczytał esej o Brunonie Schulzu. Uznał, że to dość trudna lektura. Bardzo wnikliwa i erudycyjna. Ale do licha, o to właśnie chodzi!

Pisząc o danym twórcy Coetzee analizuje nieco dogłębniej jeden utwór (ten recenzowany), ale to na szczęśnie nie wszytko. Nie waha się przybliżyć nam biografię autora z nakreśleniem tła historyczno-społecznego, a nawet bywa, że streszcza dzieło - np. Walsera, Italo Svevo czy W Brighton Grahama Greena. I dzięki Bogu, bo w życiu raczej po nie nie sięgnę... Krótko mówiąc, widać, że Coetzee odrobił świetnie pracę domową - nie stroni od ciekawostek, ale nie mamy wątpliwości, co jest naprawdę ważne. Autor nie ma tego problemu, co więkzość dzisiejszych maturzystów uczących się z Wikipedii. Wszystko wydaje im się równie ważne lub może raczej wszystko wydaje im się równie nieważne (Oto jest pytanie...) Podczas gdy młodzi z trudem postrzegają hierachię ważności, Coetzee wyraźnie i najczęściej słusznie, moim zdaniem, wskazuje na to, co miało najważniejszy wpływ na dzieło danego twórcy. Resztę bez wahania odrzuca. To może imponować. Potrafi bez wahania nazwać to, co było najmocniejszą stroną autora, co słabszą. Nie boi się odwoływać do wrazenia, jaki dany pisarz czy poeta robi na odbiorcach – dla Coetzeego liczy się nie tylko doskonałość formalna, ale także odbiór u czytelników, przepływ emocji pomiędzy pisarzem a czytającym. To podejście, jakże inne od podejścia czysto teoretycznego, klasyfikującego, czy punktującego niedoskonałości sprawia, że jestem gotowa uwierzyć opiniom Coetzego.

Na pewno też godny podziwu jest risercz, jaki w każdym przypadku robi. Weźmy przykład Bruno Schulza. Coetzee wiernie opisuje marne życie i straszną śmierć artysty. Dobrze oddaje jego charakter. Prawidłowo ocenia skalę jego talentu rysunkowego i malarstwa (Coetzee zdołał sięgnąć nawet do Xiąg bałwochwalczych i ostatnich ilustrowanych wydań Sklepów), opiera się słusznie na Ficowskim. A już najbardziej mi zaimponowało, że sięgnął do Księgi listów, wydanej po polsku zaledwie w 2002. I z niej podaje przeciekawe wyimki listów do Gombrowicza i Witkacego o istocie poezji i sztuki w ogóle. Te cytaty nawet mnie zaskoczyły. Że też właśnie je wybrał!  Ma do tego nosa. W całym zresztą zbiorze Wewnętrzne mechanizmy widać, że to właśnie najbardziej Coetzeego interesuje: myślenie o twórczości, różnorodne sposoby pisania, specyficzne rytuały twórcze i w ogóle powody, dla których wielcy pisarze piszą i właśnie to, co piszą.


Jednym słowem Coetzee pokazuje nam tu wzorcowe recenzje, z bogatym tłem, pogłębioną, ale nie nudną analizą tekstu, wyróżnieniem mechanizmu twórczego, wspaniale wybranymi cytatami. Jako erudyta i mutilingwista często popisowo porównuje tłumaczenia danego tekstu między sobą oraz bywa, że z językiem oryginału. I przy tym nie używa żargonu krytycznolilterackiego!


Chciałabym zobaczyć coś takiego w Książkach, oj chciałabym. Bez wątpliwości.

________________________
Z półki

piątek, 1 lutego 2013

...książki o Brunonie Schulzu lgną do mnie

Książki, których nikt nie chce, wydane przez plajtujące wydawnictwa, po prostu lgną do mnie.

I tak wczoraj przygarnęłam (są wyprzedawane w obniżonych cenach) dwie WSPANIALE WYDANE książki  o Brunonie Schulzu.

Bruno Schulz Księga obrazów. Zebrał, opracował, komentarzami opatrzył Jerzy Ficowski. Przepięknie wydana w 2012 w Gdańsku przez Stanisława Rośka z wydawnictwa słowo/obraz terytoria. 
Projekt graficzny: Stanisław Salij, fotoreprodukcje: Adam Kaczkowski, skład i łamanie: Maciej Goldfarth, korekta: Małgorzata Jaworska, druk i oprawa: Grafix. Centrum Poligrafii, Gdańsk.





Wymieniam wszystkich autorów tego wydania, bo:
- książka ta jest dziełem sztuki edytorskiej i poligraficznej, a jej twórcy są mistrzami;
- już pewnie nigdy ci ludzie nie spotkają się przy pracy, bo wydawnictwo słowo/obraz terytoria właśnie wczoraj ogłosiło upadłość;
- wydawnictwo posiągnęło za sobą także drukarnie, bo przestało być wypłacalne i zostawiło po sobie długi;
- popyt na książki wydawnictwa słowo/obraz terytoria okazał się za mały, żeby zrównoważyć koszty edytorstwa na najwyższym poziomie. Czyli za mało osób w Polsce zdecydowało się na zakup tych książek, żeby to się opłaciło.



Wiesław Brudziński Schulz pod kluczem. Wydanie nowe uzupełnione: Świat Książki 2013.
Wydawca: Daria Kielan, redaktor prowadzący: Tomasz Jendryczko, redakcja: Mirosław Grabowski, Jan Jaroszuk, redakcja techniczna: Mirosława Kostrzyńska, Małgorzata Jużwik, korekta: Agata Bołdok, Irena Kulczycka, Elżbieta Jaroszuk, skład: Akces, Warszawa, druk i oprawa: Drukarnia Wydawnicza im. W.L. Anczyca  S.A., Kraków

Ile osób, oprócz autora, zaangażowanych jest w przygotowanie książki do sprzedaży! I co wynika z tych starań? Niewielu chce się o nich przekonać, a ci, którzy by chcieli (np. biblioteki) nie mogą sobie pozwolić. Jest to być może jedna z ostatnich edycji Świata Książek.

Choć tu jest pewna szansa na dalszy ciąg...


wtorek, 11 grudnia 2012

...głęboko współodczuwam z Schulzem

Bruno Schulz Sklepy cynamonowe

To są powiadania bardzo nowoczesne w wyrazie. Ciemne i piękne. Wyczuwalna jest wielkość tej prozy złożonej z urywków, jej siła i autentyczność, wielka osobność.

Długie ciągi zdań, jakby szeptanych do ucha w czasie snu. Część treści wydaje się zrozumiała, czytelna, opowiada nam o czymś znanym – np. o popołudniowym spacerze z matką po rynku. Pierwsze słowa Schulza… i już przenoszę się na rozgrzany i pusty plac, na którym zaczyna się akcja opowiadań. Idziemy więc w upale… Gdy nagle, bez uprzedzenia pojawiają się ciemne zdania, które mają drugie dno, jakby coś ukrywają. Słowa płyną. Są z jednej strony jak strumień świadomości, dyktowane przez wewnętrzne ja, a z drugiej formalnie kunsztowne do granic możliwości. W latach 30. XX wieku niemal nikogo w Polsce nie było stać na taką odwagę literacką, takie „bezużyteczne” szaleństwo. 

Schulz wydawał się zresztą zdawać sobie sprawę ze swojej unikalności. Liczył na bycie wydawanym. Znalazł uznanie Nałkowskiej. Odważnie zachwycał się Witkacym i Gombrowiczem. Obrazoburczość i niekonwencjonalność oraz nowatorstwo formalne,  w tym słowotwórcze,  musiały być u niego świadomym wyborem twórczym.

Skąd się wzięła jego twórczość? 
Z dzieciństwa, prowincjonalnego życia pozbawionego bodźców intelektualnych, odrzucenia społecznego, którego doświadczał… Sam nazwał swoje spojrzenie na świat  „mityzacją rzeczywistości”.

Głęboko współodczuwam z Schulzem. Jego opowieści („fragmenciki”) kojarzą mi się przede wszystkim ze sposobem, w jaki dziecko, bardzo wrażliwe intelektualnie i uczuciowo, postrzega świat dorosłych. Sklepy cynamonowe to nic innego jak zapisane po latach wspomnienia, wytwory wyobraźni małego samotnika, wybitnie utalentowanego „małego dorosłego”, dostrzegającego więcej niż inni. Różniącego się bardzo od rówieśników, które miały dobry kontakt ze sobą w grupie i żyły w czasie teraźniejszym. W prozie Schulza nie sposób znaleźć odniesienia do zabaw dziecięcych.

Do tego mamy do czynienia z dzieckiem/dorosłym pochodzącym ze zmarginalizowanej społeczności, Żyda-nie Żyda pochodzącego z zasymilowanej językowo i kulturowo rodziny  w polsko – ukraińskim miasteczku na pograniczu. Dziecko to musiało być bardzo osobne, inne... Schulz wspomina, że od małego zapełniał rysunkami każdy skrawek papieru. Możemy się domyślać, że nie uczyniło go to liderem zabaw dziecięcych… Raczej sprawiło, że spędzał większość czasu na obserwowaniu innych i na marzeniach… Na rysowaniu i czytaniu… Na przetwarzaniu prostych epizodów, błahych doświadczeń, codziennych sytuacji, nieskomplikowanych obrazków w zawiłe, tajemnicze i groźne przygody na skraju rzeczywistości.

Odbieram teksty Schulza jak snucie wspomnień, o tym, co za dnia się zdarzyło, w łóżku przed snem, kiedy ujawniają się treści leżące tuż za progiem świadomości. Dużo w tych opowieściach lęku i niezrozumienia tego, co i dlaczego robią dorośli. Wiele tam stłumionego erotyzmu wynikającego z przedwczesnych doświadczeń, takich jak np. pokazywanie mu przez starszego kuzyna pornograficznych zdjęć dziewcząt i chłopców, obserwowanie ulgi, jaką ojcu dostarcza lewatywa, później doświadczeń z domów rozpusty. W tym kontekście bardziej zrozumiałe jest powiązanie przyjemności z frustracją i cierpieniem przynoszącym w końcu chwilową ulgę.

Schulzowska proza jest nade wszystko zdominowana przez figurę ojca - niezrozumiałego, obcego, strasznego i równocześnie śmiesznego w swojej słabości. Snute przez Schulza marzenia półsenne pokazują świat zaludniony mężczyznami dziwakami - nawiedzonymi, chorymi, sportretowanymi albo nad księgami rachunkowymi albo w łóżku albo na nocniku albo właśnie z lewatywą w ręku. Cóż za charakterystyka! W żadnej z tych sytuacji mężczyzna siłą rzeczy nie jest atrakcyjny, męski właśnie. To świat mężczyzn słabych, upokorzonych, często wymagających  pomocy kobiet, ich siły.
żródło

Narzuca się powiązanie tego faktu z charakterystyczną fizycznością samego Schulza – brzydkiego, z odstającymi uszami, nieproporcjonalnie dużą głową, bardzo niskiego, wręcz chuderlawego.

Kobiety u Schulza są z kolei niedostępne, piękne, zdrowe, silne fizycznie, zaradne, pełne życia, płodne i ekspansywne. Dysproporcja w ukazaniu obu płci oraz  podkreślanie męskiej niższości jest obecne zarówno w tekstach, jak i grafikach,  i aż nadto pokazuje mentalność masochistyczną i to chyba nie tylko w sferze seksu, oraz ewidentny strach przed „pożarciem” przez kobietę. A wszystko to przy jednoczesnym ogromnym pragnieniu połączenia się z nią, ukorzenia się przed jej wyidealizowaną potęgą. Stąd stały motyw przygniecenia głowy mężczyzny przez kształtną nogę kobiety w Schulzowskich grafikach.

Słowa klucze do mojej lektury Schulza to: piękno, niedostępność, gorycz, samotność.

Język jego metaforyki jest niepodrabialny. Popatrzmy, jak Schulz opisuje zwyczajny, dojrzały słonecznik: Ogromny słonecznik, wydźwignięty na potężnej łodydze i chory na elephantiasis, czekał w żółtej żałobie ostatnich, smutnych dni żywota, uginając się pod przerostem potwornej korpulencji. (część Sierpień, Sklepy cynamonowe) Słodki ciężar dojrzałych nasion? O nie! Słoniowacizna, brak harmonii, dziwactwo… 
Ja to czytam: Zobacz, piękno ono nigdy nie jest bez skazy. Ono też często niesie w sobie coś  spotworniałego, zniekształconego. Przyciąga, tak, ale jednocześnie odstrasza.  Z kolei coś, co wydaje się początkowo brzydkie, może mieć swoją piękną odsłonę. Może to jest apel? Rozejrzyjcie się, spójrzcie nie tylko na to, co piękne na pierwszy rzut oka. Nie idźcie na łatwiznę… 

Ten talent do dostrzegania skazy na tym, co przyjęło się uznawać za piękne, widoczny jest w całej jego twórczości.

ze zbiorów Muzeum Literatury w Warszawie
Niedostępność ideału. Rzućmy okiem na najbardziej znany obraz Brunona Schulza, ten z chasydem i pięknymi damami na spacerze. Zwykle podkreśla się wyidealizowanie wizerunku kobiet, fetysz ich nóg, łydek, stóp odzianych w buciki i pożądliwe spojrzenie młodego Żyda. Jednak i chasyd jest zbyt piękny, żeby był prawdziwy – on także uosabia coś niedostępnego dla autora, w pełni zlaicyzowanego Żyda. Na obrazie jest niewidoczna, ale wyczuwalna jeszcze trzecia osoba, ta która podgląda chasyda i damy. To ona zazdrości tego momentu perwersyjnej, bo podszytej lękiem nieznanego, komitywy pomiędzy tymi kobietami i mężczyzną - odległymi społecznie od siebie jak dwie komety. W takiej właśnie sytuacji był sam Schulz – obcy dla swoich, nigdy nie stał się do końca swój dla klasy intelektualistów i artystów polskich, do których w rzeczywistości należał. Pragnienie połączenia, utożsamienia się, zawładnięcia uwagą jednak było stale u niego obecne.

Gdyby Schulz żył w innych czasach… 

Miejsce śmierci Brunona Schulza. 
Jego zwłoki leżały pod murkiem cały dzień.
Po pierwsze by żył! Nie zabiłby go dwoma strzałami w tył głowy 100 metrów od jego dawnego domu, przy murku na Rynku w Drohobyczu jakiś umundurowany nazistowski prostak…








Zarabiałby na swoim wyjątkowym talencie. Nie musiałby znosić upokorzeń nielubianej pracy nauczycielskiej (rysunek i roboty ręczne)…

Znalazłby bratnią duszę w sferze erotycznej.

 Znalazłby niespodziewane metafory dla wielu rzeczy, zjawisk, których nie dane mu było przeżyć…


PS. Muszę podpytać córkę, jakie tematy poruszyli, "przerabiając" Sklepy cynamonowe w szkole... I pójść na Rzeczywistość przesuniętą do Muzeum Lliteratury!