Willy Russell Inny chłopiec
W
ramach sięgania po książki z Biblioteczki Zofii i zapotrzebowania na coś
lżejszego przeczytałam powieść nieznanego mi wcześniej Willego Russella.
Książkę wydał Świat Książki. Trafiła ona do mojej teściowej zapewne w 2006
r. Nie sądzę jednak, żeby sama ją wybrała. Pewnie przyjęła ją jako obowiązkowy zakup w
czasach, kiedy księgarnia wysyłkowa ŚK wciskała klientom wybrane pozycje pod
pozorem zaciągnięcia przez nich zobowiązania.
Piszę o tym, bo przyjęcie w ten sposób
kilku książek ze ŚK, zamiast zerwania z nimi umowy, doskonale obrazuje
tradycyjne rozumienie świata, jakiemu hołdowała Zofia. Zawsze zakładała, że
ludziom trzeba ufać. (Nawet teraz pozostaje w miarę ufna i optymistyczna.) Oceniała innych według siebie i zasad, którym sama była
wierna. A umowa rzecz święta… Nawet jeśli korzystna tylko dla drugiej strony…
Wracajmy
do Innego chłopca. Jest to do pewnego
stopnia udana powieść o dojrzewaniu, dorastaniu do odpowiedzialności, ustalaniu
swoich granic, swoich talentów i
prawdziwej tożsamości. Autorem powieści jest autor sztuk scenicznych, które odnoszą
niebywale sukcesy, gdziekolwiek są pokazywane: Shirley Valentine i Edukacja
Rity. U nas, jak zapewne wiecie, wybrała te teksty dla siebie Krystyna
Janda. To jest najważniejsza rekomendacja, żeby przeczytać Innego chłopca.
Zgodnie
z oczekiwaniem najmocniejsza stroną utworu jest skondensowana dramaturgia, świetnie
nakreślony bohater główny, kilka udanych postaci drugoplanowych, no i 'sceniczne' dialogi.
Rzecz
jest ujęta w formę listów, które główny bohater, 19-latek z małego miasteczka
niedaleko Manchesteru pisze, choć nie wysyła, do swego idola piosenkarza
Morriseya z The Smiths. Listy powstają w ciągu kilka zaledwie dni, które Raymond Marks spędza w pełnej przygód podróży do swojej
pierwszej pracy, zresztą na budowie. Trzeba przyznać, że jest to świetny chwyt
inicjujący intrygę, ponieważ od razu pojmujemy, że młodzieniec z taką
wrażliwością, inteligencją i który tak pisze, nie powinien nigdy trafić na
budowę. Czujemy się więc zaciekawieni i chętnie stopniowo dowiadujemy więcej o tym,
co potoczyło się nie tak w życiu Raymonda.
Po pierwsze Ray
jest troszkę zbyt bystry i z pewnościąwięcej niż troszkę nieżyciowy. Oto na przykład jak zareagował,
kiedy na stacji dowiedział się, że bilet kolejowy jest droższy niż się spodziewał:
-
[…] Piętnaście funtów dziewięćdziesiąt za bilet do Grimsby! To są dopiero
żarty.
[Kasjer…]
ściszył głos i powiedział:
-
Słuchaj chcesz ten pieprzony bilet czy nie?
-
Nie o to chodzi, co ja chcę! – odrzekłem. - Nie dość, że człowiek musi jechać
do Grimsby, to jeszcze ma przepłacać za tę przyjemność?
Rozzłościł
się i lekceważąco rzucił bilet w powietrze.
-
Więc go nie chcesz?
-
Nie chcę – powiedziałem – tylko m u s z ę go mieć.
[Kasjer]
Odetchnął z ulgą.
Widzimy już, że Ray nie zachowuje się
standardowo, mówi nie te rzeczy, co trzeba, i robi nie to, co wypada robić w danej sytuacji. Poza tym pisze teksty piosenek, zaczernia non stop kartki zeszytu i... najpierw jest grubasem, a potem dla odmiany zostaje wegetarianinem :)
Do tego pochodzi z niepełnej rodziny,
a matka jest w związku ze swoimi własnymi problemami niepewna swoich racji,
podatna na wpływy, jakie wywiera na nią prowincjonalne angielskie miasteczko. Bardzo
chciałaby się dostosować, być ‘normalna’…. Ale co to znaczy być normalnym w Failsworth? Dzięki ciętemu językowi Russella poznajemy uroczych mieszkańców tego miasteczka od najciemniejszej strony. Wielu z nich to ograniczeni
intelektualnie i pełni hipokryzji beneficjenci dobrobytu konsumenckiego
końcówki XX wieku.
Tacy chłopcy jak Ray w naturalny sposób odstają od
otoczenia, często są przez nie odrzucani albo wręcz wskazywani na kozła
ofiarnego przy pierwszej nadarzającej się okazji. Tak się dzieje i w tym
przypadku. Chłopca spotykają wszelkie niesprawiedliwości świata. Kłania się Oliver Twist Dickensa. Ray beznamiętnie
relacjonuje w listach niegodziwości, jakich zaznał ze strony dorosłych, którzy teoretycznie
powinni się o niego troszczyć. Trudno się dziwić, że jako czytelniczka czułam się bezradna wobec
jego cierpienia i samotności. I to jest dobre.
Wszystko na razie gra - mamy do czynienia z doskonale
ulokowaną w literaturze anglosaskiej uniwersalną historią samotnego dziecka, które
jest pozostawione same sobie w nieprzychylnym świecie. Do tego dochodzą ujmujące
postaci drugoplanowe jak np. kolejny odmieniec - Twinky – homoseksualny, „dziewczyński”
przyjaciel Raya z dzieciństwa. [Ciekawe, bo musi to być typ postaci o istotnej
symbolice dla Brytyjczyków… Można go rozpoznać m.in. w przyjacielu Billego
Elliota z kultowego filmu o tym samym tytule, filmu, tak jak książka wypuszczonego
w 2000r. oraz potem, w absolutnie genialnie zagranym głównym bohaterze Śniadania na Plutonie z 2005r. - Kitty.]
Bardzo
dobrze jest u Russela opowiedziany także wątek niedojrzałych rodziców, którzy nie
radzą sobie ze zwykłymi dziecięcymi wpadkami, typowymi dla wieku dojrzewania. Autor nie
waha się skrytykować nadmiernej ufności, jaką pokładamy w instytucjach i
pseudoekspertach, którym powierzamy wychowanie naszych dzieciaków. Im tak naprawdę potrzeba więcej uwagi, czułości i zaufania bliskich im osób. Inny chłopiec (a raczej „Chłopiec nie
taki, jak trzeba”, bo taki tytuł lepiej oddaje sens oryginalnego tytułu The Wrong Boy) dostaje z powodu przykrego zbiegu okoliczności
etykietę początkowo dziwaka, potem zboczeńca, w końcu wariata. W efekcie
zostaje kozłem ofiarnym małej społeczności, w której przyszło mu żyć.
Odrzucenie i zbyt pochopne przypisywanie mu chorób psychicznych prowadzi do skrajnego
wyobcowania, stresu i staje się samospełniającą się przepowiednią.
A więc, co my tu mamy? Poczucie wyobcowania, znane każdemu, kto był kiedyś lub jest teraz nastolatkiem - niezbędny element każdej spowieści o dojrzewaniu. I wszystko byłoby
idealnie, gdyby Russel nie przeczytał Harrego Pottera, który pojawił się w księgarniach
w 1997r...
Bo tylko
chęć pójścia w ślady dobrze sprzedającej się Rowling może wyjaśnić, jak Russell
mógł wpaść na takie a nie inne zakończenie swojej książki. I nie o magię tu
chodzi, bynajmniej, tylko o kicz w czystej postaci…
Mówiąc
kicz, mam na myśli to, że owo zakończenie zawiera wszystko, co jest potrzebne,
żeby ucieszyć docelowego młodego czytelnika… a nawet dużo więcej. Taki właśnie nadmiar
nazywam kiczem. Sprawy układają się zbyt
pięknie, aby to było prawdziwe, a u Russella układają się nawet piękniej. Najważniejsze
wątki zwykle wyjaśniają się na koniec historii, ale u Russella wyjaśniają się... wszystkie wątki. Deux ex machina aż furczy od nadużywania. A w ostatnim akapicie autor zaserwował taką niedorzeczność fabularną, że aż mi się zęby zacisnęły.
Tak jakby autor w ostatniej chwili przypomniał sobie, że książka będzie w
księgarni leżała w dziale „powieści dla młodzieży”, ewentualnie „powieści o
miłości”. A przecież miała szansę na półkę „powieści obyczajowe”. No, szkoda.
_______________________
Wyzwanie z Literą w tle oraz Z biblioteczki Zofii



