Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 stycznia 2015

Szymon "Kazik" Ratajzer". Wspomnienia powstańca z warszawskiego getta"

Symcha Rotem / Szymon "Kazik" Ratajzer "Wspomnienia powstańca z warszawskiego getta"
Wstęp: Władysław Bartoszewski
Posłowie: Marek Edelman
Veda, Warszawa 2012














Ostatnio często czuję się dotknięta koniecznością poszukiwania sensu. Więcej sensu! - chciałabym niemal krzyczeć, oglądając wiadomości, słuchając radia, idąc alejkami centrum handlowego.



I wtedy przydaje się taka opowieść non fiction jak niniejsze wspomnienia Szymona Ratajzera "Kazika". Życiorys, który mnie stawia do pionu. Ten facet całe życie przeżył z sensem. Zachował się godnie w chwili próby. Podejmował właściwe, choć tragiczne decyzje. Nie odpuścił nawet na sekundę w czasach, kiedy popadnięcie w poczucie bezsensu było takie łatwe, takie łatwe...

Zaczęto mówić o tym chłopaku z Czerniakowa, powstańcu, bojowniku dopiero pod koniec XX wieku, kiedy to Anka Grupińka opublikowala Po kole. Rozmowy z żołnierzami Getta Warszawskiego. Przez kilkadziesiąt lat nikt w Polsce nie znał bohaterskiej postawy "Kazika" Ratajzera w czasie wojny.
Szymek Ratajzer

Ratajzer, Cukierman, Siewierski na Krakowskim Przedmieściu, maj 1943 - tuż po wyjściu kanałami z dogasającego getta.
Uśmiechać się trzeba, żeby żyć.

Ratajzer, chłopaczek kilkunastoletni, potem dwudziestolatek, korzystając z tego, że wyglądał i mówił jak Polak oraz powoływał się umiejętnie na przynależność do polskiego podziemia oraz robił wrażenie zdeterminowanego w tym swoim czarnym SS-mańskim płaszczu i glancowanych oficerkach, zdołał ocalić wielu swoich żydowskich braci.

Brał udział w akcjach zdobywania broni dla powstańców żydowskich, był łącznikiem "Antka" Cukiermana po aryjskiej stronie i, tak jak tamten, rozwoził po kryjówkach pieniądze na utrzymanie Żydów ukrywanych u Polaków. Pieniądze te dostarczali Żydzi amerykańscy poprzez struktury AK (Żegota). Ostatnio czytałam o tym w biografii Marcela Reicha-Ranickiego, który ocalał z żoną właśnie dzięki dostarczaniu pieniędzy przez łącznika "Antka" Cukiermana - może nawet był to "Kazik"? Bo w sumie w 1943 prowadziło tę niezwykle ryzykowną ze względu na szmalcowników działalność trzech- czterech chłopaków. Tylu ich ocalało z getta i miało "dobry wygląd".



Mam pierwsze wydanie z tą piekną okładką wykorzystującą pracę Leona Tarasewicza

Kiedy w 2002 roku przeczytałam po raz pierwszy Odczytanie listy Anki Grupińskiej, poczułam, że ta książka z biogramami to jest skarb. Od tamtej pory coraz częściej przekonuję się, że intensywność losów ludzich pokazywana w literaturze non fiction ma czasami głębię i wartość nie do doścignięcia przez fiction. Środki literackie nie są w stanie oddać niewyrażalnego.

Książka kultowa - najwyższa jakość sztuki wywiadu

Rónolegle czytałam też rozmowę z Edelmanem w  Ciągle po kole (2000) i najbardziej poruszyła mnie - już wtedy, teraz znowu - opowieść o wyjściu grupy Edelmana z kanałów na Prostej. Zorganizował to właśnie "Kazik".  (Obecnie upamiętnia to niewielki pomnik.)

Właz na Prostej, którym powstańcy z getta wyłazili "jak koty" na oczach komentujących to między sobą przechodniów

Wiele jest poruszających wprost bezgranicznie historii żydowskiego cierpienia w czasie okupacji niemieckiej, ale ja wciąż myślę o tamtej historii na Prostej. "Kazik" bierze na siebie odpowiedzialność za to, że zamknęli właz po pół godzinie i odjechali, chociaż być może był tam ktoś jeszcze na dole. Podobnie odpowiedzialnym czuje się Edelman, który wyszedł jako jeden z pierwszych. Sprzeciwiał się Kazikowi, gdy ten kazał ruszać, widząc poruszenie w budce żandarmów niemieckich na Żelaznej - ok.150 metrów od nich - ale poddał się. Podobnie Cywia Lubetkin, która po tym, jak szczęśliwie dotarli do zagajnika na skraju Puszczy Kampinoskiej koło Łomianek, chciała Kazika za tę decyzję zastrzelić. Na szczęście nie mieli chyba broni... Za to wysłali dwóch chłopaków z powrotem, po tych pozostawionych. Zostali oni niestety schwytani i zabici już na Placu Bankowym. Czyli było troje liderów w tej grupie 30 osób - ocaleńców z getta. Ale tylko "Kazik" na zewnątrz. Grupa siedziała kilka dni w kanałach, ufając, że "Kazik" ich wyciągnie i nikogo nie zostawi. "Kazik" w tym czasie natknął się na mur obojętności wobec losów tej garstki, która przeżyła powstanie w getcie. Nikt nie chciał im pomóc. Był maj 1943 roku. Żcyie w Warszawie toczyło się jak zawsze, choć w tym czasie Niemcy wysadzali bunkier Anielewicza na Miłej...


Ostatecznie "Kazik", za pieniądze, poprzez człowieka z GL wynajął od "króla szmalcowników" dwa samochody do przeprowadzek (przyjechał tylko jeden). Grupa Edelmana przyprowadzona kanałami z Franciszkańskiej pod ulicę Prostą spędziła tam przy włazie kilka dni bez jedzenia i picia. Prawdopodobnie część nie stała dostatecznie blisko włazu, może umarla z głodu i ran. Kazik, Cywia i Marek  - tacy młodzi wtedy - cierpieli jednak do końca życia z powodu wyrzutów sumienia, bo złamali obietnicę, że bez nich nie odjadą. Ale musieli odjechać i "Kazik" podjął tę decyzję.

Szymon Ratajzer po wojnie trochę oszalał... Chciał zabijać Niemców - wszystkich, jakichkolwiek. Na szczęście nie powiodły się jego plany. Wyjechał do Palestyny. I tam zaczął żyć. założył rodzinę. Przyjął nazwisko Symcha Rotem. Odniósł sukces zawodowy. Na zdjęciach śmieje się dużo. Podziwiam jego wolę życia, instynkt samozachowawczy. Jasność co do tego, co jest naprawdę ważne.




poniedziałek, 26 stycznia 2015

Ota Pavel "Śmierć pięknych saren"


Ota Pavel Śmierć pięknych saren
Przeł. A. Czcibor-Piotrowski i J. Waczków
MUZA S.A., Warszawa 1998 , wyd. IV
wyd. oryg. 1971
seria Biblioteka Bestsellerów

Dziesiątki razy chciałem odebrać sobie życie, gdy już nie mogłem wytrzymać, ale nigdy tego nie zrobiłem. Pewnie w podświadomości pragnąłem jeszcze jeden raz pocałować usta rzeki i łowić srebrne ryby. To właśnie jako rybak nauczyłem się cierpliwości, a wspomnienia pomagały mi żyć.

Ota Pavel

Czytam w raporcie o czytelnictwie, że w Polsce książka ma szansę być przeczytana  (podkreślmy, że szansa ta jest minimalna) wtedy tylko, gdy opowiada o bohaterach podobnych do nas i kiedy książka ma happy end. Aha, i ma być 'łatwa' w czytaniu. To pewnie dlatego bestsellerem jest erotyczna opowiastka, o której da się powiedzieć tylko, że jest to szybkozbywalny produkt literaturopodobny.

W takich czasach chyba tylko jakieś szaleństwo może sprawić, że ktoś sięgnie po opowiadania Oty Pavla. Sarny, ryby, rzeka, knedle, pies...

Niemniej co jakiś czas znajdują się tacy. To przeczytałam obejrzała ekranizację z 1987 roku, bo się chyba kocha w Hrabalu i czeskim języku :) Co z kolei sprowokowało mnie do sięgnięcia na półkę męża, tę ważną - przy wezgłowiu - gdzie od jakiegoś czasu stało wydanie kupione w antykwariacie.

Ota Pavel (Otto Popper) żył zaledwie 43 lata, zachorował psychicznie (miał urojenia mesjanistyczne, podobno była to psychoza z elementami schizofrenii) jako trzydziestokilkulatek. W ramach autoterapii pisał autobiograficzne opowiadania o dzieciństwie i młodzieńczych latach. Sam był raczej typem 'luzera', człowieka pozbawionego chęci zawojowania świata. Jednak jego idolem i głównym bohaterem opowieści był ukochany 'tatuńcio' - jego przeciwieństwo. Przed wolną utalentowany komiwojażer i sprzedawca produktów Elektroluksa, po wojnie i pobycie w obozie koncentracyjnym, zaskoczony przez realia realsocjalizmu w Czechosłowacji. Choć - jak dowiadujemy się starał się znowu dostosować - wstępnie był optymistycznie nastawiony do komunistycznych idei równości i braterstwa, jak to ocalały z H. Żyd.

Ota Pavel 1930-1973

Wygląda na to, że Ota Pavel chce za wszelką cenę utrzymać się na powierzchni życia. Pomaga mu w tym wędrówka pamięcią do szczęśliwych czasów, gdy jego głównym zajęciem było wędkowanie i siedzenie nad rzeką. Brzmi durnie? Ale i ja, gdy chcę szybko zredukować poziom stresu, przenoszę się myślą do letniego wałęsania się z patykiem po piaszczystej drodze na wsi u dziadka. Do chwil betroski. Tej samej techniki relaksacyjnej nauczyłam swoje dzieci. One też, to ciekawe, przywołują wtedy pejzaże z wakacji na wsi. Inne miejsca, inne zakamarki - zakola rzek, polany leśne, ale wciąż w tej samej mazowieckiej wiosce. Książka o karpiach i szczupakach. Książka o piaszczystej drodze.


Jak się domyślacie opowieści Pavla muszą zawierać pewną tajemnicę. Nie powiem Wam jaką. No, dobrze, zdradzę, że jest to tajemnica egzystencjalna. Dlatego właśnie opowiadania Pavla są wciąż wznawiane. W Polsce zrobił to ostatnio Czuły Barbarzyńca.

A poniżej powieści, które w latach 90. zostały wydane w serii Biblioteka Bestsellerów wydawnictwa MUZA.
Znajdź trzy różnice pomiędzy bestsellerami wtedy a teraz.



_________
 Z półki

niedziela, 4 stycznia 2015

Janion. Prof. Misia

Janion. Transe - Traumy - Trangresje
t. 2 Prof. Misia
Z Marią Janion rozmawia Kazimiera Szczuka
Korekta: Anna Papiernik (niemal bezbłędna)
Seria z Różą
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014

Kiedy wczoraj wybraliśmy się na okołonoworoczny spacer po Krakowskim Przedmieściu, mąż, ja i córka, która nas odwiedziła, mieliśmy oczywiście w planach zobaczyć świątecznie ozdobione miasto, może wejść do Domu Spotkań z Historią. Skończyło się jednak na kawie i ciastku i buszowaniu po księgarniach przy Uniwersytecie. Mąż - cały szczęśliwy - znalazł w księgarni LIBER jeden jedyny egzemplarz książki Piotra Stankiewicza Sztuka życia według stoików, a chciał trzy, po jednym dla każdego z naszych dorosłych dzieci. Nasz domowy egzemplarz jest zbyt pomazany notatkami, żeby nadawał się do pożyczania.

Ja z kolei, już w witrynie dojrzałam drugi tom rozmów z prof. Janion. I to jest mój pierwszy zakup książkowy w 2015. Oby wszystkie pozostałe były równie sensowne!

Niniejszy tom, tom drugi, dotyczy lat siedemdziesiątych, aż po stan wojenny. Rozmowy Szczuki z Janion zostały przeprowadzone dopiero co, pochodzą jakby z wczoraj, z okresu już po wydaniu tomu pierwszego. To jest świetne, bo autorki odnoszą się do jego krytyki.


Za cóż to potępia się Szczukę i jej wywiad? Że nie pisze o Janion z odpowiednim namaszczeniem i czcią, że ‘dusi’ ją o powiedzenie choćby kilku zdań  o życiu pozaakademickim, prywatnym. O eksponowanie siebie - Kazimiery Szczuki - w całej swojej obcesowości, co przecież nie przystoi. Mowa jest przecież o ‘papieżycy’ polskiego literaturoznawstwa! Wszystkie te zarzuty panie świetnie ogrywają i rozbrajają, bawiąc się tematem specjalnych rosołków gotowanych przez Szczukę dla Janion, czy 'wścibstwem' Szczuki, jak w tym dialogu:

- A bale, reduty, romanse? Sama sobie przypominam z dzieciństwa, że życie towarzyskie opozycji i jej sympatyków kwitło.
- Coś tam kwitło, na pewno, ale ja nie bardzo miałam na to czas. Już te dowcipki Pani robiła w poprzednim tomie.

Trzymajmy się jednak faktów. Oto fakt: na koniec wywiadu wspomniana jest księga pamiątkowa na 80. lecie urodzin profesor. Wyrysowane jest tam drzewo jej osiągnięć dydaktycznych – 418 magistrantów i doktorantów w Warszawie i Gdańsku!

Było to możliwe dzięki świadomie wybranej postawie życiowej, tak opisanej:

Byłam jak ci pracownicy morza Wiktora Hugo. Wieczna praca. Nieskończona.


Znalazłam w tej książce dla siebie mnóstwo ciekawych wątków. Np. bibliofilstwo posunięte do granic manii. Profesor Maria Janion, czyli prof. Misia (nazwy nadane sobie wzajemnie),  prof. Henryk Markiewicz, czyli prof. Henio, Alina Witkowska, czyli Alina, oraz Maria Żmigrodzka, czyli Maryna byli zdaje się największymi odbiorcami literatury humanistycznej w Polsce. Jak wspomina sama profesor, kiedy wchodziła do księgarni PAN w Pałacu kultury i Nauki, tzw. ‘wzorcówki ‘ ( my mówiliśmy ‘wzorcowni’) słychać było pomruk wśród księgarzy: Wykładamy książki. Wiadomo było, że kupi te spod lady, najcenniejsze (kiedyś tak myślano o książkach). Zdjęcie mieszkania prof. Misi, nazywane ‘pieczarą gotycką’ nieodmiennie budzi szok niedowierzania. Jak mury mieszkania na Niemcewicza zdołały utrzymać te wszystkie papiery? Pani profesor sama zdaje sobie już sprawę, że to silne dziwactwo, sama zastanawia się, czemu do robiła i konstatuje w końcu:

[…] Na pewno fakt, że zgromadziłam tyle książek i papierów, jakoś pomaga mi trwać, rzeka czasu została w ten sposób… no, może nie zamulona, może pogłębiona czy jakoś zmeandrowana. Nie wiem. Jest mi łatwiej trwać wśród tych wszystkich tekstów i śmieci.

W ten właśnie mocno metaforyczny, ale jednocześnie odarty z patosu i sentymentalizmu sposób, opowiada Kazimierze Szczuce o swoich najlepszych latach, najbardziej płodnych latach pracy akademickiej, kiedy zrezygnowała z pisania tylko o swojej wąskiej specjalności, jaką byli „romantyczni poeci krajowi” - czy wszyscy oprócz Mickiewicza, Krasińskiego, Słowackiego i Norwida. Zaczęła pisać z większym rozmachem, ukuła kilka istotnych dla humanistyki polskiej pojęć: fantazmat i transgresja. Będąc wierną wyznawczynią myśli Marksa – czyli krytyki kapitalizmu i mieszczańskiej odsłony pozytywizmu -  czytała na nowo wielkie teksty romantyczne, poddając je rewizji (kolejne słowo ‘janionowskie’). Wielbiła nowoczesność Mickiewicza, drażnił ją narodowy patos Norwida.

Jeśli czegoś w życiu żałuję, to właśnie tego, że nigdy nie byłam słuchaczką seminariów prof. Janion. Dwa razy miałam okazję słyszeć jej referaty na konferencjach naukowych, miałam szczęście być uczennicą jej uczniów i współpracowników, studiując podyplomowo w Instytucie Badań Literackich, ale niestety nigdy nie przeżyłam horroru intelektualnego (kiedy się czegoś nie wie, nie przeczytało, albo nie pojmuje) i zarazem skrajnej przyjemności intelektualnej (kiedy jakaś myśl odkrywa nam nagle oczy), z jaką kojarzą mi się jej zajęcia w IBL.  Pamiętam, że kiedy chciałam wrócić na Uniwersytet, po tym, jak go porzuciłam dla biznesu 10 lat wcześniej, bardzo pragnęłam dostać się do środowiska PAN. Niestety było za późno. Miałam już 40 lat, byłam spoza środowiska akademickiego, bez promotora, sama wyważałam wszystkie drzwi… Pamiętam, jak na egzaminie wstępnym Agnieszka Graff była na tak, a prof. Stefan Amsterdamski na nie. I w ten oto sposób nie udało mi się dostać do Szkoły Nauk Społecznych na studia. Po dzień dzisiejszy brakuje mi tego sposobu myślenia, tych tematów. Sztuki (myślenia) dla sztuki (myślenia). Zajmowania się heurystyką (której zasady są tu świetnie opisane) i interpretacją.

O tym, co czysta humanistyka wnosi do życia społecznego mówi w tym wywiadzie prof. Janion wiele, zawsze bez egzaltacji. O sobie mówi, że zawsze interesowała ją problematyka zła i obroną innych, obcych, zbuntowanych, odszczepieńców, prześladowanych. W tej chwili kojarzy się przede wszystkim z wprowadzeniem na uniwersytety Gender Studies, choć w rzeczywistości zrobiła to nie ona, lecz jej uczennice i uczniowie. Miała bowiem bardzo inspirujące , otwierające działanie na innych. I. jak sama wprost mówi, nigdy nie znosiła epigonów i tych, którzy prawią banały.

Poza tym dowiemy się z tych wspomnień o tym, jak po tłumaczenie Ulissesa stało się w kilkudziesięciometrowej kolejce na Foksal, o technice zbierania nocnych okruchów życia przez jej przyjaciela Mirona Białoszewskiego, oraz o jej fascynacji kinem Wernera Herzoga – przeciekawe! - sztuką Diane Arbuse oraz także odniesienia do drobnomieszczańskiego oburzenia w wykonaniu dzisiejszych pseudopatriotów. Mamy kilka pozytywnych słow o Księgach Jakubowych Olgi Tokarczuk- o riserczu, do którego Tokarczuk naprawdę się przyłożyła, docierając aż do rodziny Mickiewicza.

Jest też zajawka następnego tomu wspomnień: w okolicach 1989 roku ta silna, silniejsza niż skała, Maria Janion zachorowała na depresję, proszę państwa.












czwartek, 22 maja 2014

Japoński wachlarz

Joanna Bator Japoński wachlarz. Powroty

seria Terra Incognita, [W.A.B], 2013

“Smacznego! Łódź podwodna. Dwie góry biec!” Taki napis, po japońsku, widniał, jak się pewnego dnia okazało, na tiszercie autorki zakupionym w USA pod wpływem jej fascynacji japońszczyzną. Joanna Bator zdołała go odczytać dopiero po latach, także po wielu latach zsumowanego mieszkania w Japonii, kiedy to w końcu odważyła się na naukę japońskiego. 

Doskonale to pokazuje wiele typowych zjawisk związanych z Krajem Wschodzącego Słońca: naszą fascynację nim, naszą nieznajomość choćby podstaw tej kultury i języka. Także nieuniknioną egzotyzację Japonii i Japończyków – chętne godzenie się z tą obcością i niezrozumiałością, połączone z mieszanką podziwu, lęku, a bywa, że i pogardy.

Nietrudno o to. Sama Bator opisuje swoje poznawanie świata Kraju Kwitnącej Wiśni otwarcie, bez silenia się na nadmierny intelektualizm, ale jednocześnie bez banalizacji i uproszczeń. Także bez wstydu, że różne zjawiska ją rażą, brzydzą lub śmieszą. Lub może raziły, brzydziły i śmieszyły… Bo książka jest o tym, jak rośnie jej upodobanie do tego kraju. Jego zrozumienie.

Bator pojechała do Tokio jako antropolog, badaczka, na stypendium naukowe. Skądinąd wiemy, że przeszła tam metamorfozę, która sprawiła, że zaczęła pisać i to nie tylko eseistyczne wspomnienia - czyli Japoński wachlarz, ale i pełnoprawną powieść – Piaskową Górę. Sama podkreśla, że to właśnie konfrontacja ze sobą prawdziwą i inne niesamowicie silne doznania, których zaznała w na wyspach japońskich upewniły ją, że nie chce zostać doktorem habilitowanym, lecz pisarką powracającą  wciąż do Wałbrzycha, krainy swojego dzieciństwa.


Czytałam niedawno Tatami kontra krzesła Rafała Tomańskiego (wyd. 2013) i mogę powiedzieć, że Bator w swoim Wachlarzu – napisanym zresztą wcześniej (I wyd. 2004), zrobiła lepszą rzecz, choć w podobnym stylu. Dowcipnie, nawet bardzo dowcipnie, ujęła różne aspekty życia w mieście japońskim. Może to być czytane – po prostu - jako świetny, bo nienużący poradnik dla turysty. Np. jak skorzystać z rysowanych mapek niezbędnych do zlokalizowania jakiegokolwiek miejsca w Tokio, gdzie należy bez dyskusji zdejmować buty oraz co wypada kobiecie w męskim świecie…

Z kolei odpowiednio chętny czytelnik z przyjemnością zanurzy się w jej antropologiczne wyjaśnienia tych zjawisk. Np. skąd się bierze brak nazw ulic, dowolność w numerowaniu domów oraz ogólnie krótki żywot dowolnego adresu; dlaczego tatami to świętość oraz skąd wziął się model kobiety, który za Amelie Nothomb można nazwać ” Z pokorą i uniżeniem”…

W książce znajdą się więc zarówno porady, kiedy  i jak można zapytać o drogę tubylca, żeby nie przyprawić go o zawał serca oraz wyjaśnienia tych nakazów kulturowych, a nawet bywa, że i lektury dodatkowe dla zapaleńców chcących zgłębić temat, np. alfabetów japońskich.


Niesamowite są historie o modzie na bycie kawaii („fajniusie, słodziusie”), przebierankach mężczyzn za kobiety, kobiet za mężczyzn i kobiet za mężczyzn udających kobiety; mandze; estetyce jedzenia i dlaczego liczy się wygląd, podczas, kiedy smak jest drugorzędny;  wszechobecnej, akceptowanej powszechnie pornografii dla mężczyzn i kobiet; o hotelach miłości; systemie edukacji; narzuconej skrajnej odpowiedzialności matek za synów; czy o syndromie paryskim (szaleństwie ogarniającym czasami Japończyków na obczyźnie, kiedy nie mają oni oparcia we wspólnocie i gubią się, co wolno, a co nie).


Dla mnie osobiście ważne było zrozumienie leżącej u podstaw myślenia Japończyków podstawowej zasady: mono no aware, czyli wrażliwości na kruchość i przemijanie świata.
Genialna jest też analiza języka japońskiego, jego wersji męskiej, żeńskiej, jego sensów, konstrukcji, zapisu i warstwy dżwiękowej. Np. Bator tłumaczy znane pojęcie świata/dzielnicy prostytucji jako "wodny świat", a nie "świat ułudy" jak zrobił to tłumacz klasycznej książki "Malarz świata ułudy" Kazuo Ishiguro.


Fantastyczna książka.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Co czytali sobie, kiedy byli mali?

Co czytali sobie, kiedy byli mali? 
Rozmawiali Ewa Świerżewska i Jarosław Mikołajewski

Gdy byłem maleńkim bobasem –
lat miałem siedem czy osiem –
pamiętam: na łące pod lasem
czytałem :”Jasia i Małgosię

To wierszyk napisany przez ojca Wiktora Osiatyńskiego – Leonidasa. Ojciec i syn Osiatyńscy podobnie kochali książki – od dziecka. Teraz Wiktor Osiatyński i 23 innych znanych i lubianych osób wspomina tamte czasy. Czasy, kiedy zaczęli czytać książki. Czasy, kiedy ktoś im czytał. Pierwszą samodzielnie przeczytaną książkę. Ważne książki z dzieciństwa.

Najbardziej mi bliskie i jakoś podobne do moich wspomnień są wspomnienia Krystyny Jandy. Choć mnie raczej nikt nigdy nie czytał… Tak czy owak najważniejsze było to, że gdzieś w pobliżu była biblioteka. Biblioteki były w latach 50. -70.  XX wieku dobrze zaopatrzone i łatwo dostępne. Czy to w szpitalach dla dzieci (Janka Ochojska) czy na wsiach (Robert Korzeniowski) czy po prostu na parterze domu, w którym się mieszkało (Krystyna Janda).


Niektórzy z rozmówców pamiętają nawet nazwiska bibliotekarzy, którzy zachęcili ich do przeczytania „Serca” Amicisa. I pamiętają pierwsze ważne książki w swoim życiu. Jakże mnie cieszy, że nawet „O wróbelku Elemelku” Hanny Łochockiej z ilustracjami Zdzisława Witwickiego, „O kotku, który szukał czarnego mleka” Heleny Bechlerowej ilustrowanej przez Józefa Wilkonia ktoś wspomniał. Bardzo kochałam te książeczki. Były to pierwsze książeczki, które posiadłam na własność. Otrzymałam je jako nagrody na zakończenie roku w pierwszej i drugiej klasie. Innych książek niż te, które dostawaliśmy z bratem jako nagrody, nie mieliśmy w domu, niestety.



Wspaniale się czyta wywiady Świerżewskiej i Mikołajewskiego. Śledziłam z uśmiechem na ustach czasami zwyczajne, czasami niełatwe losy naszych bohaterów. Zabawne, ale najwięcej dowiadujemy się o nich na podstawie tego, jak reagowali jako dzieci na ”Chłopców z Placu Broni”, książki Niziurskiego, komiksy o Tin Tinie czy Tytusie i czy przeczytali do końca „Nad Niemnem”. A są tacy, zapewniam Was :)

Kolejną wyjątkową zaletą przedstawianego przez mnie zbioru jest staranne wydanie, z indeksem, i przedstawianie okładek i ilustracji książeczek wymienianych przez bohaterów wywiadów w ich oryginalnych wersjach, często pierwszych wydaniach! To jest absolutny hit! Niemal antologia dziecięcej ilustracji książkowej: Szancer, Siemaszkowa, Stanny, Butenko, Wilkoń, Uniechowski, Walentynowicz, Gintowt, Wytwicki, Rychlicki, Lutczyn i dawno niewidziany Józef Marek (ten od serii "Przygód Tomka", wyd. Śląsk z lat 50.) oraz genialni Leon Kudła i Alfred Ledwig - o ile dobrze pamiętam twórcy filmów animowanych z Baltazarem Gąbką, wydanych potem przez Wyd. Literackie w latach 70.

Sa to cuda. Najwyższa jakość estetyczna, intelektualna i emocjonalna.

W moim przypadku, bez wątpliwości, mogę powiedzieć, że przygody z książkami to najwspanialsze przygody w moim życiu. Nauczyłam się czytać wbrew niesprzyjającym okolicznościom z Expressu Wieczornego, w wieku pięciu lat. Od tamtej pory wszyscy wiedzą, że: „Agnieszka musi czytać”. Czytanie to zawsze było dla mnie przenoszenie się w inny świat. Nie raz, nie dwa wspominałam tu już pierwszą książkę, którą miała w ręku „Baśnie z dalekich mórz i oceanów” Markowskiej i Wolskiej z ilustracjami Bachtin-Kryłowskiej. To był cud - zobaczyć to i dotknąć, przewracać strony, z których aż kipiał kolor, smak i zapach egzotycznych krain. 

Albo najcudowniejsze możliwe wprowadzenie w świat pure nonsensu i absurdu "Ele-mele-dudki" rumuńskiego pisarza Octava Pancu-Iasi, wydane u nas w 1964 roku z ilustracjami Marii Mackiewicz. 




Może pisałam też już o mojej pierwszej traumie związanej z książką – zbiorem rycin angielskich róż, które pożyczyłam od koleżanki z zamożnego domu, a mama kazała mi ją odnieść w te pędy, z obawy, że książka mogłaby się u nas zniszczyć, a nigdy nie byłoby nas stać na jej odkupienie… Wtedy niemal pękło mi serce, tak bardzo chciałam popatrzeć na te obrazki znów i znów. Wtedy jeszcze nawet nie umiałam czytać. 

Pewnie dlatego przez resztę życia kupowałam dużo książek. Rzadko i z trudem potrafiłam sobie odmówić. Ostatnio jednak przeżywam dziwny czas. Przez dwa miesiące nic nie czytałam i nie kupiłam ani jednej książki. Aż mąż zaczął się o mnie martwić, takie to było dziwne. Czułam jakąś pustkę w środku, a myśl, że mój i tak ogromny księgozbiór miałby znowu się powiększyć, sprawiała mi... ból, bo przypominała o przemijaniu. Non omnis moriar… Cha, cha… Pewnie. Zostaną po mnie tony papieru w postaci czy to przeczytanych, czy zaledwie przejrzanych książek.

Jednak, kiedy czytałam książkę Co czytali,  kiedy byli mali – nie mam wątpliwości, że książki uszczęśliwiały mnie miliony razy i że było warto!!!

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

...brzydkie miasteczka stają się piękne, gdy zaczynamy je wspominać


Michał Głowiński Kładka nad czasem. Obrazki z Miasteczka

Opowieść o miejscu urodzenia, dzieciństwa i wczesnej młodości Głowińskiego – Pruszkowie. Choć nazwa ta ani razu w tomie się nie pojawia, zastąpiona uniwersalizującym słowem Miasteczko, jest łatwo rozpoznawalna dla czytelnika, szczególnie mieszkańca Mazowsza. A to za sprawą pojawiającego się słynnego na całą Polskę szpitala psychiatrycznego w Tworkach, obecnie dzielnicy P., także z powodu wspomnień o obozie przejściowym stworzonym w P. na terenach Warsztatów (kolejowych) w 1944 r. Obóz ten trwale zapisał się w pamięci wielu warszawiaków, bo trafili tam praktycznie wszyscy mieszkańcy miasta po jego poddaniu się po Powstaniu. Np. moja teściowa, mieszkanka Koła na Woli trafiła z rodzicami i siostrą przez P. do Berlina do obozu pracy, mając zaledwie 8 lat. Kolejny trop to kolejka WKD oraz druga linia - dawniej kolej warszawsko-wiedeńska. No i Utrata, dawniej słynna jako „rzeka-smródka”…

Ale zgódźmy się z autorem, że miasteczko P. można było przed wojną uznać za archetypowe polskie „Miasteczko”.  O dziwnym planie, pocięte drogami i kolejowymi torami, z neogotyckim kościołem, targowiskami, zakładami produkującymi ołówki, tartakiem (jednym z właścicieli takiego tartaku był żydowski dziadek Głowińskiego), z dobrym i słabym liceum oraz biblioteką, w której przyszły wyśmienity polonista znalazł przedwojenne wydanie Ferdydurke i Braci Karamazow – swoje najważniejsze młodzieńcze lektury. Był tam także, tak jak w większości miasteczek na Mazowszu także kirkut oraz dziś już zapomniane ślady po Żydach.

Głowiński, już po napisaniu słynnych „Czarnych sezonów”, w których wraca pamięcią do okresu wojny i wspomnień o byciu „dzieckiem  Sendlerowej” zapragnął przerzucić też kładkę wspomnień do czasów, kiedy jako dziecko chętnie przesiadywał przy oknie i obserwował ulicę 3 maja, jedną z kilku głównych ulic Miasteczka. Opisał to, korzystając z niezwykłej pamięci do szczegółów i do ludzi oraz tego, że obserwowanie, stanie z boku to jego prawdziwa natura. Znajdziemy więc tu opowiadanie o romansach Pani hrabiny, o znanej wszystkim prostytutce Andzi Przysmak, o głupim Zdzisiu, podmiejskim amancie Józefie Jelitko i Pani w czerni jeżdżącej co tydzień na groby powstańcze.

Kładka nad czasem to trochę prawda i trochę fikcja. To opowiadania, trochę legendy, trochę gawędy, trochę wspomnienia. Dla zwolenników wolno płynących opowieści o czasach minionych. Dla mnie ma dodatkowy urok, bo ja też przez 12 lat mieszkałam „nad torami”, w podwarszawskim Rembertowie i chodziłam czarną, żużlową drogą do szkoły…


___________________________
Wyzwania: Z literą w tle oraz Z półki

piątek, 1 marca 2013

...chcę dowiedzieć się czegoś o "żołnierzach wyklętych"

Żołnierze wyklęci upamiętniani są w w Polsce w dniu 1 marca   świętem państwowym od niedawna, bo od 2011 roku. To żołnierze zbrojnego poziemia antykomunistycznego, którzy albo nie złożyli broni po II wojnie światowej, jak np. stosunkowo znany "Łupaszka", albo uczestniczyli -  przynajmniej nominalnie  - w tajnych  grupach oporu przeciw władzy Polski Ludowej, jak np. 16-letni wówczas Andrzej J. Jaczewski, były harcerz szarych Szeregów (a po latach zasłużony dla edukacji seksualnej w Polsce profesor medycyny i pedagogiki). 


Prof. Jaczewski poświęcił chwilę wspomnień tamtym czasom, kiedy to trafił do piwnicy UB. Złożona to jest historia, niejednoznaczna - jak tamte czasy. To własnie jego historia zainspirowała mnie do napisania posta. Więcej TU.

Żołnierze wyklęci to także tytuł książki Jerzego Ślaskiego na ten sam temat, ale nie wiem, czy to on jest twórcą tego określenia. Jego emocjonalnie nacechowanie świadczy o tym, jak ważny musi to być temat dla niektórych, i jaki nieprzepracowany ból się za nim kryje. 

Ze swej strony chciałabym na pewno poznać historię rotmistrza Pileckiego zastrzelonego strzałem w tył głowy albo 17-letniej Inki zakatowanej na UB... 

Historia walki zbrojnej nigdy nie była mi zbyt bliska, ale historia ludzi wciągniętych w wir historii, historia niewinnych ofiar zbrodniczych systemów - tak.

wtorek, 26 lutego 2013

…z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie, dwie tylko: poezja i dobroć… To o Różewiczu

Tadeusz Różewicz Matka odchodzi

Ta niewielka książeczka w połowie zapełniona prozą, w połowie poezją, stała u mnie na półce już kilka lat. A ja bałam się po nią sięgnąć. Bałam się słusznie. Już dawno tak bardzo się nie wzruszyłam, jak czytając ten ‘tren żałobny’ Różewicza o matce. 

Stefania Różewicz zmarła dawno temu, bo w 1957r.  Ale pisarski zwyczaj notowania, zapisywania, przekuwania zdarzeń i uczuć w słowa pozwolił poecie bez trudu w 1999 roku odtworzyć historię wyjątkowej i jednocześnie zwyczajnej matki i jej trzech synów.

Jaka to niezwykła musiała być kobieta, skoro dała życie aż trzem artystom! Bo to nie tylko Tadeusz – poeta, dramaturg, pisarz, ale i Stanisław – reżyser, a także niespełniona nadzieja - najzdolniejszy z braci, Janusz – zamordowany przez gestapo w 1944 r.

Jaka to niezwykła była dziewczynka, skoro, pochodząc z zapadłej wsi, nie zrezygnowała z samodzielnego myślenia i chęci wyrwania najpierw siebie, a potem swojej rodziny z kręgu zabobonu i ciemnoty! A dysponowała tylko własnymi siłami, intelektem, powagą i kursem gospodarstwa domowego we dworze państwa Kozarskich w Konopnicy. Jej mąż, a ojciec braci, którego słabości tolerowała, był lekkoduchem. Przeżył ją o 20 lat. Ona zmarła w 1957 r. Do końca pozostawała, taka jaka była przez całe życie: ‘przytomna, porządna, czysta’. I nade wszystko uważna… 
Ona jedna od zawsze wiedziała, że Tadeusz jest poetą. Jej jednej to nie dziwiło.

Wspaniały jest fragment, w którym Różewicz przytacza wspomnienie swojego pierwszego spotkania z poetyckim powołaniem, bo tak odbieram wspomnienie o wazonie, który któregoś razu matka spontanicznie kupiła i ustawiła na stole. Nawet bez kwiatów - po prostu jako piękny przedmiot. Dla małego Tadzia było to przeżycie o charakterze olśnienia: […] ten piękny wazon był nieużyteczny. Nigdy nie był niczym innym. […] Był piękny sam w sobie.

Wygląda, jakby matka wydając pieniądze, których rodzinie Różewiczów zawsze brakowało, na ten piękny przedmiot, dała błogosławieństwo życiowemu powołaniu Tadeusza – tworzeniu, pisaniu poezji, czegoś co jest ‘piękne samo w sobie’ i tak bardzo ‘nieużyteczne’. Odtąd już zawsze pisał w przekonaniu, że 'oczy matki spoczywają na nim.'

Matka odchodzi jest także medytacją o własnym odchodzeniu autora. Poeta miał 78 lat, kiedy pisał epitafium swojej matki, dzieciństwa, młodości i wreszcie swoich własnych marzeń.

Ta rzecz płacze
wyjęta ze mnie
na światło

PS. Różewicz jest najpowszechniej znanym pisarzem polskim na świecie - jego utwory przetłumaczono na 49 języków.

Zbiory opowiadań[edytuj]

Zbiory wierszy i poematy[edytuj]

_________________________
 Przeczytane w ramach wyzwania Trójka e-pik (książka posiadana na własność, która na półce czeka już zbyt długo), a także wyzwanie Z półki 
i wyzwanie Z literą w tle