Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 września 2014

Literatura na Świecie 'Luzo Afryka'


Literatura na Świecie Luzo Afryka
nr 5-6/2012  [490-491] 
Tłum. Michał Lipszyc, Renata Diaz-Szmidt, Zofia Stanisławska, Jakub Jankowski, Jakub Jaroszewicz, Monika Świda, Marta Machowska


Wczoraj spędziłam wspaniały wieczór z Literaturą na Świecie poświęconą literaturom afrykańskim języka portugalskiego. Długo się to mówi. Prościej mówiąc, chodzi o literaturę mozambicką, angolańską, kabuwerdiańską, santomańską (Wyspy Św. Tomasza i Książęca) oraz gwinejską (Gwinea Bissau). Sięgnęłam po Literaturę na Świecie nr 5-6 z 2012 roku wypatrzoną w 2013 na stoisku na Warszawskich Targach Książki. Skłoniła mnie do tego książka Izy Klementowskiej Samotność Portugalczyka. Dużo w Samotności historii o repatriantach (uciekających z  Afryki do Portugalii - najczęściej białych) i imigrantach z (przyjeżdżających z Afryki – czarnych - oraz o emigrantach - wyjeżdżających z powrotem do coraz bogatszych Angoli i Mozambiku – najczęściej białych). Ale misz masz, prawda?

Dawno nie odczułam tylu bodźców intelektualnych. Tak mocne uderzenie do głowy daje mi tylko kontakt z czymś zupełnie nowym. Bo ja, choć wykształcona portugalistka, nie znałam dotąd nic z tej literatury. Może poza poezją śpiewaną (kabuwerdiańska morna) Cesarii Evory i powieści Taras z uroczynem Mii Couto. Skromnie. Couto uznaję za doskonałego autora, za którym nie przepadam, ale o nim napiszę osobno przy okazji komentarza do jego Lunatycznej krainy.

Mia Couto

No, ale teraz jestem zadowolona. Nadrabiam braki. Znam już więcej rzeczy pisanych po portugalsku przez Afrykańczyków. Największe wrażenie zrobiła na mnie poezja Conceicao Limy (ur. 1961) z Wyspy San Tome.

Conceicao Lima


Gdy pewnego dnia się pochylisz
Nad łonem gleby
Nie ścinaj krzewu w barwie ognia
Nie kalecz krzewu w barwie ognia
Nie zrywaj krzewu w barwie ognia
Krzew w barwie ognia ma sekrety
Krew w barwie ognia jest sekretem
Jest sekretem.
Przybyszu, nie budź krzewu w barwie ognia
Nie wyrywaj z ziemi krzewu w barwie ognia.
(Tłum. Michał Lipszyc)

Niesamowicie to sensualne i takie ‘blisko ziemi’. Nawiązujące do istoty tamtej prymitywnej kultury chłopskiej. Bliska mi metaforyka.

Ponadto fantastycznie przetłumaczony, nowoczesny kawałek prozy Ondjakiego  (ur. 1977) Ile świtów ma noc (Tłum. Michał Lipszyc).


Oraz wspaniała prosta i naturalna, bardzo kobieca – w jak najlepszym sensie – proza Pauliny Chiziane (ur. 1955) z Mozambiku w tłumaczeniu Renaty Diaz-Szmidt.

Paulina Chiziane

Oboje Ci tłumacze: Renata Diaz Szmidt i Michał Lipszyc związani są z moją rodzimą warszawską portugalistyką. Michał Lipszyc, jako należący do redakcji Literatury na Świecie, odegrał tu, podejrzewam, kluczową rolę. Najwięcej przetłumaczył, zamieścił też swoją - bardzo ciekawą – rozmowę z dr. Eugeniuszem Rzewuskim. Brakuje mi tylko informacji, kto jest autorem opublikowanych w tym tomie zdjęć. A szkoda, bo są dobre - jednorodne stylistyczne, takie „trochę brudne”, bardzo dalekie od stylu pocztówkowego. Świetnie uzupełniają przegląd literatur, które, powiedzmy to wprost, są zaledwie in statu nascendi.

Literackie teksty pisane przez autorów z tego rejonu świata pojawiały się i w czasach kolonialnych, w języku kolonizatora. Jednak niezależna literatura rodzi się tutaj w bólach dopiero od 1975. A trzeba pamiętać, że w latach 70.  w takim Mozambiku czy Angoli ponad 90% społeczeństwa była niepiśmienna. W ogóle większość tamtejszych ludzi mieszka na wsi i mówi w językach lokalnych takich jak kimbundu i szangana. Do niedawna nie były to języki pisane. Obecnie dzieci obowiązkowo uczą się pisać w języku urzędowym – portugalskim -  oraz dobrowolnie w swoim rodzimym.

Z takiego punktu startu do literatury wysokiej jest daleko. Nie ma tam żadnej Bogurodzicy. Literatura luzoafrykańska narodziła się z gniewu i wściekłości. Wystarczy wspomnieć tytuł jednego z mozambickich tekstów założycielskich: Zabiliśmy parszywego psa  (1964) (Nos matamos o cao tinhoso L.B. Honwany). Pierwsza powieść napisana przez kobietę ukazała się zaledwie w 1990 roku .
Ale w końcu, pomimo krwawej – straszliwie krwawej – wojny domowej, powstały tam zalążki klasy inteligenckiej. Pojawiły się uniwersytety. I tu ciekawostka - pierwszym rektorem uniwersytetu w Mozambiku został Fernando Ganhao – dawniej lektor języka portugalskiego z UW. Zresztą nawet moja pierwsza  (w 1982 roku) lektorka ‘falante nativa’– Isabel - była białą repatriantką z Mozambiku.

A dziś czytam sobie w LnŚ wywiady ze współczesnymi intelektualistami angolańskimi i widzę, że myślenie intelektualistów jest wszędzie, także tam, takie samo. Potępienie dla tendencji antyinteligenckich,konsumeryzmu i unifikacji kulturowej na skalę światową martwi także ich. Zachęcają do czytania. Żeby pisać, trzeba przede wszystkim czytać! Ach, jak przyjemnie to widzieć na piśmie :)

Polecam.
________________________
Z półki

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Co czytali sobie, kiedy byli mali?

Co czytali sobie, kiedy byli mali? 
Rozmawiali Ewa Świerżewska i Jarosław Mikołajewski

Gdy byłem maleńkim bobasem –
lat miałem siedem czy osiem –
pamiętam: na łące pod lasem
czytałem :”Jasia i Małgosię

To wierszyk napisany przez ojca Wiktora Osiatyńskiego – Leonidasa. Ojciec i syn Osiatyńscy podobnie kochali książki – od dziecka. Teraz Wiktor Osiatyński i 23 innych znanych i lubianych osób wspomina tamte czasy. Czasy, kiedy zaczęli czytać książki. Czasy, kiedy ktoś im czytał. Pierwszą samodzielnie przeczytaną książkę. Ważne książki z dzieciństwa.

Najbardziej mi bliskie i jakoś podobne do moich wspomnień są wspomnienia Krystyny Jandy. Choć mnie raczej nikt nigdy nie czytał… Tak czy owak najważniejsze było to, że gdzieś w pobliżu była biblioteka. Biblioteki były w latach 50. -70.  XX wieku dobrze zaopatrzone i łatwo dostępne. Czy to w szpitalach dla dzieci (Janka Ochojska) czy na wsiach (Robert Korzeniowski) czy po prostu na parterze domu, w którym się mieszkało (Krystyna Janda).


Niektórzy z rozmówców pamiętają nawet nazwiska bibliotekarzy, którzy zachęcili ich do przeczytania „Serca” Amicisa. I pamiętają pierwsze ważne książki w swoim życiu. Jakże mnie cieszy, że nawet „O wróbelku Elemelku” Hanny Łochockiej z ilustracjami Zdzisława Witwickiego, „O kotku, który szukał czarnego mleka” Heleny Bechlerowej ilustrowanej przez Józefa Wilkonia ktoś wspomniał. Bardzo kochałam te książeczki. Były to pierwsze książeczki, które posiadłam na własność. Otrzymałam je jako nagrody na zakończenie roku w pierwszej i drugiej klasie. Innych książek niż te, które dostawaliśmy z bratem jako nagrody, nie mieliśmy w domu, niestety.



Wspaniale się czyta wywiady Świerżewskiej i Mikołajewskiego. Śledziłam z uśmiechem na ustach czasami zwyczajne, czasami niełatwe losy naszych bohaterów. Zabawne, ale najwięcej dowiadujemy się o nich na podstawie tego, jak reagowali jako dzieci na ”Chłopców z Placu Broni”, książki Niziurskiego, komiksy o Tin Tinie czy Tytusie i czy przeczytali do końca „Nad Niemnem”. A są tacy, zapewniam Was :)

Kolejną wyjątkową zaletą przedstawianego przez mnie zbioru jest staranne wydanie, z indeksem, i przedstawianie okładek i ilustracji książeczek wymienianych przez bohaterów wywiadów w ich oryginalnych wersjach, często pierwszych wydaniach! To jest absolutny hit! Niemal antologia dziecięcej ilustracji książkowej: Szancer, Siemaszkowa, Stanny, Butenko, Wilkoń, Uniechowski, Walentynowicz, Gintowt, Wytwicki, Rychlicki, Lutczyn i dawno niewidziany Józef Marek (ten od serii "Przygód Tomka", wyd. Śląsk z lat 50.) oraz genialni Leon Kudła i Alfred Ledwig - o ile dobrze pamiętam twórcy filmów animowanych z Baltazarem Gąbką, wydanych potem przez Wyd. Literackie w latach 70.

Sa to cuda. Najwyższa jakość estetyczna, intelektualna i emocjonalna.

W moim przypadku, bez wątpliwości, mogę powiedzieć, że przygody z książkami to najwspanialsze przygody w moim życiu. Nauczyłam się czytać wbrew niesprzyjającym okolicznościom z Expressu Wieczornego, w wieku pięciu lat. Od tamtej pory wszyscy wiedzą, że: „Agnieszka musi czytać”. Czytanie to zawsze było dla mnie przenoszenie się w inny świat. Nie raz, nie dwa wspominałam tu już pierwszą książkę, którą miała w ręku „Baśnie z dalekich mórz i oceanów” Markowskiej i Wolskiej z ilustracjami Bachtin-Kryłowskiej. To był cud - zobaczyć to i dotknąć, przewracać strony, z których aż kipiał kolor, smak i zapach egzotycznych krain. 

Albo najcudowniejsze możliwe wprowadzenie w świat pure nonsensu i absurdu "Ele-mele-dudki" rumuńskiego pisarza Octava Pancu-Iasi, wydane u nas w 1964 roku z ilustracjami Marii Mackiewicz. 




Może pisałam też już o mojej pierwszej traumie związanej z książką – zbiorem rycin angielskich róż, które pożyczyłam od koleżanki z zamożnego domu, a mama kazała mi ją odnieść w te pędy, z obawy, że książka mogłaby się u nas zniszczyć, a nigdy nie byłoby nas stać na jej odkupienie… Wtedy niemal pękło mi serce, tak bardzo chciałam popatrzeć na te obrazki znów i znów. Wtedy jeszcze nawet nie umiałam czytać. 

Pewnie dlatego przez resztę życia kupowałam dużo książek. Rzadko i z trudem potrafiłam sobie odmówić. Ostatnio jednak przeżywam dziwny czas. Przez dwa miesiące nic nie czytałam i nie kupiłam ani jednej książki. Aż mąż zaczął się o mnie martwić, takie to było dziwne. Czułam jakąś pustkę w środku, a myśl, że mój i tak ogromny księgozbiór miałby znowu się powiększyć, sprawiała mi... ból, bo przypominała o przemijaniu. Non omnis moriar… Cha, cha… Pewnie. Zostaną po mnie tony papieru w postaci czy to przeczytanych, czy zaledwie przejrzanych książek.

Jednak, kiedy czytałam książkę Co czytali,  kiedy byli mali – nie mam wątpliwości, że książki uszczęśliwiały mnie miliony razy i że było warto!!!

niedziela, 1 grudnia 2013

Pierwsza rocznica bloga


Coś takiego! 27 listopada minęła rocznica mojego pierwszego wpisu na blogu.

Po roku istnienia w blogosferze jestem bardzo zadowolona z tego, co udało mi się osiągnąć. Blog był pomyślany jako pamiętnik lektur. I tak był do niedawna prowadzony, że zapisywałam w nim wszystkie swoje większe lektury. Dzięki tamu wiem, że przeczytałam  w tym okresie 111 książek, których listę umieszczam w zakładce Autorzy A-Z. Dopiero od miesiąca zdecydowałam się na inną taktykę. Część książek, które nie są porywające, ciekawe albo wartościowe, po prostu godne wyróżnienia, pozostawaim poza listą i poza blogiem. Szczególnie te, które porzucam w trakcie lektury.

Staram się w swoich postach wspominać też przyczyny, te poważne i te mniej, dla których sięgam po te, a nie inne książki. Uważam bowiem, że lektura to wybuchowa interakcja pomiędzy czytelnikiem a książką, z czego zmienną pośredniczącą o kluczowym znaczeniu są okoliczności, w których czytelnik sięga po daną pozycję. 

To jest właśnie prywatna historia czytania, pokazująca bardziej czytelnika niż "czystą" literaturę. A to było zawsze moją intencją blogerską.

Wspaniałym doświadczeniem okazał się udział w kilku wyzwaniach czytelniczych. Moje podejście ewoluowało od niezrozumienia sensu wyzwań, przez zachłanne rzucenia się w wir, aż po eliminację tych, które mnie zbyt ograniczały. Najbardziej pouczające okazało się dla mnie wyzwanie Z półki 2013. Dzięki niemu przeczytałam 30 książek kupionych przed 1 stycznia 2013. Dzięki wyzwaniu Z literą w tle co miesiąc musiałam przejrzeć moje półki jeszcze dokładniej. A to doprowadziło mnie do dostrzeżenia osiągnięć niektórych wydawnictw, których książki były dla mnie bardziej pociągające niż inne. W ten sposób wpadłam na myśl o czytaniu seriami. Stworzyłam swoje własne wyzwanie Czytamy serie wydawnicze..., które znalazło grono zwolenników. 

Generalnie wniosek jest jeden. Czasu jest coraz mniej, a książek... nie ubywa. W moim przypadku wręcz przybywa. W tym roku kupiłam ponad 150 nowych. W tym czasie około 200 oddałam do bibliotek. Sprzątając mieszkanie teściowej - polonistki - dotarła do mnie niechciana prawda, że książki, które  gromadzimy... OK, ktorę ja gromadzę... poza mną nie znajdą już nigdy innego czytelnika. Never ever... Dlatego będę systematycznie wyrzucać i ja.

Na koniec coś pozytywnego i mniej bulwersującego. Uwielbiam buszować po Waszych blogach. Z czasem coraz rzadziej komentuję, bo nie zawsze mam coś istotnego do powiedzenia. Ale jestem bardzo wdzięczna blogerom, pozwalającym zajrzeć mi w swój świat. Blogi skupiające się na promowaniu książek w necie odpuszczam sobie.

Na koniec pragnę podziękować moim czytelnikom. Zaglądajcie do mnie w wolnej chwili :)

sobota, 3 sierpnia 2013

Co pani, czyta pani o wielorybach?

A przecież jakieś znaczenie musi się kryć we wszystkich rzeczach, gdyż inaczej wszystkie one byłyby mało warte, zaś cały ten krągły świat – jedynie pustą cyfrą, chyba żeby go sprzedawać na wzory dla zasypania bagien na Mlecznej Drodze, podobnie jak się sprzedaje wzgórza w pobliżu Bostonu.
Herman Melville "Moby Dick"
Wchodzę do biblioteki gminnej. O, widzę okres urlopowy... Sama szefowa wydaje książki...
- Dzień dobry, czy macie "Moby Dicka"?
- "Moby..." co? 
?!
- "Moby Dick" Melvilla?
- Nigdy nie słyszałam...? A co to jest?
Pytanie niby proste, ale jakoś trudne...
- Wie pani, klasyka dziewiętnastowieczna...
- Eee, tego to u nas nikt nie czyta... Zaraz sprawdzę w komputerze. O, proszę... Jest!
Pani kierowniczka idzie między półki. Słyszę głos i prawie widzę, jak kiwa głową...
- No tak, nikt tego u nas nigdy nie wypożyczał... 
Wraca do biurka i czyta:
- "Moby Dick czyli biały wieloryb". Co pani, czyta pani o wielorybach?! U nas nikt takich rzeczy nie czyta.
Zaczynam się więc tłumaczyć:
- Czasami czytam klasykę. Ale to nie jest tylko o wielorybie...
Na szczęście pani Małgosia mi odpuszcza.
- Taaak, u nas nikt  tego jeszcze nie czytał. Pani patrzy, to jest z tej serii Gazety Wyborczej. Mamy ją całą. Jakiś bank nam ją podarował. Ale wie pani, toto można teraz za grosze kupić. Nikt tego nie czyta, proszę pani. 
- To macie całą tę serię? Cieszę się. Dziękuję! 
I myślę sobie, co na to klasycy? Chyba:
<I wtedy ona zaniosła się pustym śmiechem...>


środa, 29 maja 2013

"Korzystaj z dnia" Saul Bellow seria Nike 1978



Korzystaj z dnia Saul Bellow

Sięgnęłam po tę małą książeczkę (zaledwie 163 strony małego formatu), żeby pocieszyć się po zawodzie związanym z lekturą pierwszych 200 stron Roberto Bolano 2666. Potrzebowałam na gwałt czegoś sensownego…

Kupiłam ją w niedawno otwartym antykwariacie niedaleko mnie. [Zamierzam, na tyle, na ile się da, wspierać to miejsce – jedno z niewielu miejsc pełnych kultury w mojej podwarszawskiej wiosce-miasteczku.] Książeczka Bellowa jest także pierwszą z moich lektur prezentujących serię Nike wydawnictwa Czytelnik. 




Mój egzemplarz pochodzi z 1978 roku, kiedy to seria miała już wygląd nadany jej przez Andrzeja Heidricha. Poszarpane, niestarannie przycięte krawędzie stron przypominają mi  aż nadto dobrze końcówkę lat 70. w Polsce. Czas Gierka, ośmiogodzinnych kolejek do mięsnego, spodni dzwonów, inwazji dżinsu i bistoru oraz moich pierwszych poważnych lektur. Jest to ważny dla mnie rok także dlatego, że właśnie wtedy, we wrześniu  1978 r., poznałam i zakochałam się od pierwszego wejrzenia w moim mężu :)




Bellow kolejny raz uratował mnie przed zwątpieniem. Dzięki niemu znowu sobie przypomniałam, że jest możliwa literatura, która mnie porusza, nie pozostawia obojętną, pochłania mnie i zmusza do myślenia. Wszystko to dotyczy maleńkiej powieści z 1951 roku opowiadającej o bardzo nieudanym dniu z życia nowojorczyka Wilhelma Adlera alias Tommy’ego Wilhelma. Człowieka pechowca, człowieka dokonującego złych wyborów, czterdziestoczterolatka pragnącego, żeby ktoś podjął się opieki nad nim, żeby ktoś  zabronił mu robić głupstwa…

Pejzaż tej powieści wciąga. Postaci są autentyczne, nawet jeśli ich postępowanie jest irracjonalne, rozumiemy czy też czujemy, skąd się biorą takie a nie inne zachowania. Język bogaty - szepczący i krzyczący prosto do nas, bez ironii, bez dystansu, w sposób zaangażowany. Ironiczny wydaje się tylko tytuł powieści nawiązujący do nowego w latach 50. w Nowym Jorku trendu - koncentracji na byciu tu i teraz, osiąganiu doraźnej przyjemności. Bellow pokazuje to zjawisko jako kolejny krok w kierunku egoistycznej dbałości tylko o siebie. Dziś wiemy, że jest to znacznie bardziej skomplikowane, ale i tak jest o czym pomyśleć... Bohaterowie są pełnowymiarowi, a ich problemy istotne i uniwersalne. Narysowany problem dotyczy braku granic psychologicznych, życia tak, żeby spełniać oczekiwania innych, nieszanowania swoich odczuć i pragnień. 
Czytam i nie pozostaję obojętna. Po odłożeniu książki jestem poruszona, a nie pusta jak wydmuszka, jak w przypadku lektury Bolano... Bellow nie bez powodu  jest laureatem nagrody Nobla. A na obwolucie napisane jest, że jest jednym z najinteligentniejszych pisarzy amerykańskich. Ciekawe, że teraz już się tak nie pisze  o autorach...

To wszystko znalazłam w tej małej książeczce Saula Bellowa. To wszystko, czego za diabła nie mogę znaleźć u Bolano.


Korzystaj z dnia Saul Bellow, seria Nike [Czytelnik], 1978

·        Tytuł oryginalny: Seize the Day
·        Język oryginalny: angielski
·        Tłumacz:  Andrzej Nowicki
·        Kategoria: Literatura piękna
·        Gatunek: literatura współczesna zagraniczna
·        Forma: powieść
·        Rok pierwszego wydania: 1951
·        Rok pierwszego wydania polskiego: 1969
·        Serie wydawnicze: Nike
________________________________
Wyzwanie Z literą w tle i Czytamy serie wydawnicze





środa, 22 maja 2013

Mimikra powieści – Kasper Bajon "Klug"

Kasper Bajon Klug 

W
Klugu wszystko jest akuratne, a wszystko jest nieprawdą. I o tym jest chyba ta powieść, nazywana przez narratora raz esejem, raz biografią tajemniczego (nawet bardzo - bo nieistniejącego) Jakuba Kluga, dziewiętnastowiecznego, europejskiego formatu mistrza szachowego, pochodzącego z Polski zaborowej.

Klug to perfekcyjnie przemyślana atrapa biografii, imitacja kryminału, sztuczna rzeczywistość wymyślona na potrzeby tej książki. Czytelnik mając kontakt z tak doskonałymi pozorami prawdziwej historii czuje się zaskoczony, lekko zdezorientowany - zastanawia się, co tu jest prawdą? Czy kwerenda archiwalna autora naprawdę miała miejsce? A tak szczegółowo opisywane pojedynki szachowe z rozpisanymi ruchami bierek – czy one się wydarzyły? A liczne grono znajomych Kluga – czy to postacie historyczne? Stowarzyszenie Skarabeusza przecież mogło istnieć, choć o nim dotąd nie słyszeliśmy - w końcu było supertajne? Autor cały czas wodzi nas za nos i zbija z tropu.




Podziwiam świetnie całościowo pomyślany projekt pojawienia się Kluga na rynku książki w Polsce. Bo musicie wiedzieć, że podejrzewam, że funkcjonujące na portalach książkowych streszczenie Kluga, w którym autor tego marketingowego blurba sugeruje, że jest to pasjonujący kryminał, wyszedł zdaje się spod ręki samego Bajona... Wszystko w nim jest kpiną z czytelnika uwielbiającego kryminały. Tak to brzmi:

To nie było zwykłe morderstwo – raczej precyzyjny komunikat, ostrzeżenie wysłane światu.
Jakub Klug, genialny szachista, zwycięzca rekordowej liczby turniejów.
Pokonani przeciwnicy sugerowali, że w ogóle nie istniał.
Podobno na zawodach grywał w weneckich maskach, a na co dzień krył się za ciemnymi okularami.
Mówiono, że swoją najsłynniejszą partię rozegrał za pomocą telegrafu.
Podejrzewano, że był wielką mistyfikacją, zakrojonym na szeroką skalę oszustwem.
Jego zmasakrowane ciało znaleziono nad Tamizą w 1888 roku. Kości miał pogruchotane, twarz doszczętnie spaloną, a na pobliskim murze ktoś namalował jego krwią symbol żuka. Ostateczny szach i mat.


Wierzcie mi - ta książka nie jest oparta na intrydze kryminalnej, a zbrodnia na Klugu jest tam wspomniana zaledwie raz i to z odległości innego kontynentu…

Czym jest więc Klug Kaspra Bajona? Imitacją powieści, jaką powinien napisać młody polski autor, który chce zyskać miano pisarza. 

Powieść Bajona znajduje się w tym samym nurcie sztuki współczesnej, co niezwykłe realizacje Roberta Kuśmirowskiego w obrębie sztuk wizualnych i performance'u. Czymś w rodzaju imitacji znaczka pocztowego, wagonu towarowego, pracowni szalonego naukowca doktora Verniera czy bunkra z czasów II wojny światowej, które 'wytworzył' Kuśmirowski.

Kiedy w 2006 roku weszłam do gabinetu doktora Verniera (chyba w Zachęcie lub CSW) i zobaczyłam szafy pełne książek, szuflady katalogów, witrynki z retortami miałam wrażenie, że śnię… To niemożliwe, żeby ktoś współcześnie odtworzył, zrekonstruował z absolutną wiernością przedmioty, ba! całe przestrzenie mieszkalne sprzed 200 lat!!! 

To uczucie dezorientacji było bezcenne. Wybicie z pewności, że to, co widzę, jest prawdziwe. Co jest prawdziwe? Potem pytanie, po co Kuśmirowski to zrobił? Odpowiedź ukazała mi się, kiedy spróbowałam otworzyć jedną z szuflad. Ona była nieotwieralna, to była atrapa. Doskonała atrapa. Sama forma, zero treści. Włączyło mi się myślenie, o tym co jest ważne z perspektywy czasu. Czyli motyw vanitas...

Polecam Wam sztukę Kuśmirowskiego. On dostarcza niezwykłych, wyrafinowanych przeżyć.

Inaczej z Bajonem. Jego najlepsze fragmenty to... wtrącenia: kiedy nazwisko Kluga „pokazuje się” gdzieś w gazetach jako Gluck, Kulig, Kubalaj, itp. Coś nagle zaczyna „bąblować”, nowotworzyć się. Jakby autor, który tą atrapą powieści szczelnie się zasłonił, nagle nieco się odsłonił i pokazał czytelnikowi. Zabawne są też wprawki stylistyczne w postaci „pięciu pomysłów na tytuł tej książki”, krótkich recenzji 5 nieistniejących książek, „z którymi niniejsza będzie bić się o miejsce na liście bestsellerów”, czy 6 równie nieistniejących filmów, które „warto obejrzeć w nadchodzącym tygodniu”, a nawet 2 przepisy kulinarne „z zeszytu kucharza przygotowującego potrawy dla widzów spektaklu Immortal Game w rezydencji pana Legranda, z których wart skorzystać w przerwach pomiędzy kolejnymi rozdziałami książki” – każdy napisany w innym stylu. Bajon pokazuje, że już teraz posiadł sprawność stylistyczną, która pozwala mu napisać właściwie wszystko w obrębie wybranej konwencji. Cały czas pozostaje jednak pytanie: po co? Klug nie daje niestety na to odpowiedzi.

Jak rozumiem jest to debiut pisarski młodego Bajona. Wykształconego, naczytanego chłopaka z dobrej, artystycznej rodziny. Widać, że chłopak umie gładko i elegancko formułować słowa - naprawdę nie słychać ani jednego zgrzytu. Studia musiał ukończyć chyba kulturoznawcze, tak wiele tu ukrytych odniesień do wiedzy o kulturze. Bajon ma potencjał. Tylko musi pisać o czymś!
__________________________
 Z literą w tle 
seria Czytelnia Polska, wyd. Wielka Litera
e-book

sobota, 26 stycznia 2013

…co mam zrobić, że lubię czytać książki, które mam na własność


Czy Wy też pamiętacie pierwszą książkę, którą mieliście ręku?

W moim domu rodzinnym długo, bo aż do mojego 12. roku życia nie było w ogóle książek, oprócz książek szkolnych. Dlatego pamiętam doskonale, jak pierwszy raz zobaczyłam książkę z bliska. 
Odwiedziłyśmy z mamą sąsiadkę, która miała dzieci w zbliżonym wieku, 3-4 lata. One miały na półce książeczki dla dzieci. Największe wrażenie zrobiła na mnie taka z ilustracjami o morzach, wyspach i czarodziejskich ptakach. Oczywiście nie rozumiałam wtedy żadnego z tych słów. Potem odszukałam tę książkę. To były Baśnie z mórz i oceanów Markowskiej i Milskiej… Kolejną rzeczą którą pamiętam, jest to, niedługo potem nauczyłam się czytać, podglądając starszego brata i podczytując Express wieczorny – jedyne słowo pisane u nas w domu.

Ale odkąd skończyłam 5 lat, już nikt, nigdy, przenigdy nie mówił mi, co mam czytać albo nie czytać. Ta część życia stała się na zawsze ponad wszystko moja. To pewnie trochę tłumaczy, dlaczego mam taki poważny stosunek do czytania i jeżeli czymś się martwię, to spadkiem czytelnictwa :)

Przez lata czytałam tylko książki z biblioteki i książki, które mi podarowano jako szkolne nagrody. Jako nastolatka zaczęłam zarabiać korepetycjami, i oczywiście kupować wreszcie swoje własne książki. Od tej pory mam przemożną potrzebę posiadania na własność coraz to nowych książek.

Jednak ostatnio moja postawa zaczęła się zmieniać. Wpłynęło na to kilka rzeczy. Przede wszystkim policzyłam (mniej więcej), ile liczy mój księgozbiór. Potem policzyłam (mniej więcej), ile jest w nim książek do przeczytania. Wyszło, że około... połowa, może 40%. To mną wstrząsnęło.







Potem zobaczyłam na yt filmik (po ang.) pt. Ile jesteśmy w stanie przeczytać książek w życiu? 



Przy moim tempie czytania i możliwościach czasowych, to będzie maksimum 5 tys. książek w życiu. Czyli przede mną szansa na ok. 2 tysiące lektur, zakładając, że mam przed sobą jeszcze ok. 30 lat czytania. Potem popatrzyłam na wolne miejsce w domu. Popatrzyłam na księgozbiór mojej teściowej Zofii, która straciła zdolność czytania, a jej biblioteczka została...

Dzięki temu wszystkiemu ni stąd ni zowąd, zupełnie niespodziewanie dla siebie pogodziłam się z faktem, że nie przeczytam wszystkiego, co powinnam. Jakim sposobem? Po prostu przedefiniowałam pojęcie tego, „co powinnam przeczytać”. 

I podjęłam decyzję. 1. Przechodzę już marcu na czytnik. To powinno załatwić temat literatury pięknej. 2. Czytam przede wszystkim książki ze swojej półki. 3. Na papierze kupuję tylko klasykę i ew. literaturę faktu niedostępną inaczej. 4. Mocniej korzystam z bibliotek. 5. Wyprzedaję, co się da z półek.

I… Jeszcze nie wiem, co jeszcze, ale na pewno coś wymyślę…

Urealniłam moje plany. Niesamowita jest myśl, że dzięki temu jest szansa, że jeszcze przeczytam większość swojego dotychczas zgromadzonego  księgozbioru. To mój cel. Dlaczego przede wszystkim to, a nie nowości? A dlaczego nie? Współczesny czytelnik i tak nie ma szans przeczytania wszystkich wartościowych nowości. Musimy wybierać. Ja, Ty… Ja wybrałam to, co mam na półce, plus trochę nowości.

To jest kolejny, po zainicjowaniu bloga, ważny moment dla mojej prywatnej historii czytania.


sobota, 19 stycznia 2013

Z biblioteczki Zofii

Wczoraj byłam w mieszkaniu mojej kochanej teściowej Zofii. Była polonistką w Technikum Samochodowym na ul. Stawki w Warszawie. Jedną z najbardziej szanowanych i lubianych nauczycielek...
Teraz ma alzheimera.

Postanowiłam jakoś oddać jej hołd. Czytanie książek z jej księgozbioru będzie moim hołdem. Oczywiście nie zamierzam przeczytać wszystkiego. Nie jest to też możliwe. Przeczytam troszkę. Dam sobie na pewno spokój z opowiadaniami Sienkiewicza i Dziadami w dziesięciu wydaniach. Te pożółkłe książeczki, obłożone w szary papier już prawdopodobnie nigdy nie zostaną otwarte.

Liczę, że przy okazji tych lektur uda mi także się powspominać moją teściową, tę cudowną osobę, którą była.


A oto pierwszy zestaw, który przytargaliśmy z mężem do domu:


Jarosław Iwaszkiewicz Podróże do Włoch
Bogdan Suchowolski Irena Wojnar Humanizm i edukacja humanistyczna
Jarosław Iwaszkiewicz opr. Janusz Rohoziński
Jarosław Iwaszkiewicz Petersburg
Simone Weil Wybór pism. Przekład i opracowanie Czesław Milosz
Anna Kamieńska Od Leśmiana
Antoni Słonimski Poezje
Julian Krzyżanowski Mądrej głowie dość dwie słowie
Andre Maurois W poszukiwaniu Prousta
Stanisław Bortnowski Jak uczyć poezji?
Stanisław Lem Eden
Poeci rosyjscy w przekładach Artura Sandauera
Anegdoty, facecje i sensacje obyczajowe XVII i pierwszej poł. XVIII wieku. Opr. Zbigniew Kuchowicz
A.S. Puszkin Jewgienij Oniegin (po ros.)

poniedziałek, 7 stycznia 2013

...i piszę, bo dostałam drugie życie blogowe


Mój blog zniknął z sieci na długie 2 dni. Po bezowocnym oczekiwaniu przez cały weekend, w poniedziałek rano dostałam wreszcie drugie życie blogowe – blog znowu zaistniał w sieci. A wszystko z powodu, w ramach i dzięki Google.

Trzeba jednak przyznać, że do samego zdarzenia doszło bez wątpliwości w wyniku głupoty & braku wyobraźni z mojej strony. Chciałam skorzystać z oferty Google i założyć galerię zdjęć na Picassa Web, żeby później zaprezentować ją jako pokaz slajdów na blogu. Wpisałam trzykrotnie błędną datę urodzenia. Nie sądziłam, że ma to jakiekolwiek znaczenie. Ale nie doceniłam maszyn Googla. Moje konto Google zostało zablokowane, a wraz z nim adres mailowy – aktywny od wielu lat – i znany Wam blog książkowy. Wszystko to zostało zablokowane w celu „wyegzekwowania zasad Google’a.”  Musiałam udowodnić, że mam prawo do posiadania u nich konta. Doradzono mi, że wystarczyłby drobny przelew na ich konto z karty kredytowej, ale że jej nie mam, musiałam przesłać zdjęcie mojego dowodu osobistego. Pierwsza „próba udowodnienia mojego prawa” została odrzucona – bez podania przyczyny, drugie przesłanie tego samego wniosku zaakceptowano – bez podania przyczyny…

Tyle faktów. I’m back! 

Teraz będzie o uczuciach, które mną nieznośnie targały przez ten niezapomniany weekend. Dużo tego było, ale będę się streszczać.

Najpierw zalała mnie fala złości i oburzenia. Ktoś ukradł MÓJ blog. Jednak okazało się to nieprawdą. To nie jest mój blog. Dzięki temu zdarzeniu mogłam pozbyć się tej iluzji. Ja nie jestem właścicielką mojego bloga. Google pozwala mi nazywać go tak, ale w rzeczywistości ja go tylko wypożyczam. Niespełnienie jakiejkolwiek „zasady Google’a” może spowodować jego utratę, bo on nie jest mój. To straszne.
Potem się uśmiałam. Jakiej to zasady nie spełniłam? Okazało się, że mogę być 111 letnią blogerką (mam głupi zwyczaj wpisywać jako datę urodzenia 01.01.1901 J), ale nie mogę być 11 letnią blogerką  i posiadaczką galerii na Picassa Web (pomyliłam się i wpisałam 01.01.2001) ;-)
Potem mąż uspokoił nieco mój śmiech, który stawał się już nieco histeryczny, przypominając, że zasadniczo mówimy nie o Wielkim Bracie tylko o Internecie, produkcie, kupowaniu i w związku z tym mogę liczyć, że zadziałają prawa rynku. Google na pewno życzy sobie, żebym korzystała dalej z jego produktu, jakim jest blog na blogspot.com, bo na tym zarabia. Więc na pewno umożliwi mi znowu korzystanie z tzw. ‘mojego bloga’.
Wtedy trochę się zdziwiłam… Jeśli ja korzystałam dotąd z produktu G. na prawach rynkowych, to czym ja za to zapłaciłam…?
I tu nastąpiła iluminacja. G. wypożycza mi ‘mojego bloga’ w zamian za stworzenie mojego konta. Do jego stworzenia niezbędne jest udzielenie co jakiś czas pewnych informacji o sobie, potem ujawniamy te informacje na każdym kroku: pisząc mejle, blogując, komentując, wyszukując. Informacje te zostają następnie przetworzone przez maszyny i programy i stanowią pożywkę dla rynku wtórnego, że się tak wyrażę eufemistycznie.
W następstwie tej iluminacji poczułam się oszukana. Kupiłam coś, co i tak do mnie nie należy, zapłaciłam, nie wiedząc o tym i to czymś cenniejszym nawet niż pieniądze – bo przecież nie mogę wykupić mojego bloga, choćbym nawet chciała płacić ‘in cash’. To jest „wbrew zasadom G.”
Potem nadeszło zdziwienie. Mój mąż stwierdził, że chyba jednak dostrzegam, że  G. zrobił to w gruncie rzeczy dla mojego dobra. Nie pozwolił podszyć się pode mnie nawet... mnie. To chyba dobrze?
Na koniec mój drogi mąż powiedział: 'Ale przecież nikt cię nie zmuszał do zakładania bloga na bloggerze… Możesz przecież w każdej chwili się wycofać.' Spowiła mnie mgła... No, to było już kopanie leżącego. Niemniej… skopana, czy nie, poleżałam chwilę, i tak sobie leżąc, przestałam tragizować.

Zamiast tego zastanowiłam się, dlaczego tak mi na tym blogu zależy, że pomimo wszelkich zastrzeżeń pozostanę klientką G.
I to było dla odmiany przyjemne olśnienie. Uświadomiłam sobie, ze prowadzenie bloga książkowego sprawia mi frajdę, przyjemnie bodźcuje intelektualnie. Narzuca pozytywną (bo mało bolesną, a bardzo nagradzającą) samodyscyplinę. Pozwala na kontakt z podobnymi do mnie ludźmi. Pozwala coś kreować, a taka drobna twórczość przynosi dużą radość. Blog książkowy pozwala także opowiedzieć się za wyznawanymi przez mnie wartościami, poprzeć cenne dla mnie idee. Także uczyć się ciągle nowych rzeczy.
Wiecie, czego najbardziej mi brakowało przez te dwa dni?  Po pierwsze przetwarzania zdarzeń, opinii, wrażeń na tekst – a więc nadawania im formy, a po drugie strasznie brakowało mi szybkiego podglądu na inne blogi.  Kontaktu z tym, co inni napisali. Od tego zwykle zaczynam przeglądanie MOJEGO BLOGA.


I będę robić to dalej, jeśli tylko pan pozwoli, panie Google…

niedziela, 30 grudnia 2012

2012 - co mi zostało w pamięci?


Jaka szkoda, że dopiero od niedawna prowadzę bloga. Na pewno zapomniałam o wielu ciekawych książkach, które wpadły w tym czasie w moje ręce...

Po dokonaniu tego spisu zdałam sobie też sprawę z tego, że:
- nie wymieniłam żadnego z kryminałów, które przeczytałam w tym czasie, a było ich na pewno powyżej 30 sztuk... Jaki stąd wniosek? Chyba taki, że najwyższy czas alokować swój czas roztropniej
- najcenniejsze rzeczy odnajduję ostatnio w literaturze faktu
- potrzebuję więc więcej dobrej literatury pięknej oraz eseistyki.

Oto moi faworyci za rok 2012:

1. Michel Houellebecq Mapa i terytorium
Nareszcie mogłam przeczytać powieść współczesną, nie krzywiąc się z powodu różnych dysonansów, przeskoków, niedopasowania jednego do drugiego. Na pewno jest to rzecz bardzo jednorodna. Oparta na serwowanym mimochodem, cichutko, ale bez ustanku... zgrzycie. Wygląda na to, że nie da się dziś inaczej.  Bo jakżeż stosowniej (?) opowiadać o czasach dzisiejszych niż poprzez kicz, kryminał, przemoc, brzydotę, szarganie wszystkich świętości, pustkę emocjonalną i opowieść o sztuce kopiowania... Brak kontaktu z tu i teraz - oto diagnoza choroby współczesnego człowieka pokazana w przewrotny sposób przez Houllebecqa. Aplauz dla tego autystycznego artysty, uosobienia naszych czasów!


2. Michał Głowiński Kręgi obcości. Opowieść autobiograficzna
Pan profesor przestał być profesorem i stał się człowiekiem. Przeciekawe popatrzeć na środowisko IBL w czasach PRLi obecnych,  a na tym tle na tak długo i niepotrzebnie osamotnionego człowieka - erudytę i mola książkowego, zasymilowanego Żyda i wreszcie homoseksualistę. O tym, jak jednocześnie trudne i zarazem bardzo konieczne jest pogodzenie się ze sobą, nawet gdy świat wokół nie pomaga.




3. David Mitchell Atlas Chmur
6 opowieści o tym, jak łatwo jest zabrać komuś wolność, jak często poprawiamy sobie samopoczucie kosztem innych, jak ciągle chcemy więcej, jak nie wolno się poddawać tym presjom. Niesamowity atut w  postaci pełnokrwistych bohaterów, niebywale plastycznych scenerii, zróżnicowanego języka i doskonałych, dowcipnych dialogów.
Więcej tutaj…



4. Christopher McDougall Urodzeni biegacze
W pewnym sensie reportaż poetycki. Autor opisuje w dziennikarskim stylu swoje poszukiwanie św. Graala. Tylko, że jest to „Graal” odnoszący się nie do duchowości, lecz fizyczności człowieka. McDougall zapragnął odnaleźć odpowiedź na nurtujące go pytanie: „jak biegać długo, bez zmęczenia i kontuzji”. Autor wierzy bowiem, że człowieka można zdefiniować jako jedno ze zwierząt biegających. Co więcej jest przekonany, że możliwość długotrwałego biegu zapewniła nam prymat w świecie i w którymś momencie umożliwiła rozrost mózgu homo sapiens, co z kolei zaprowadziło nas tu, gdzie teraz jesteśmy – czyli przed ekran komputera... McDougall postanowił wrócić do natury, do biegania naturalnego. W tym celu udał się do Meksyku i odnalazł po wielu przygodach Indian Tarahumara, najbardziej wytrwałych biegaczy świata. A także innych, podobnych do siebie i równie szalonych biegaczy jak on sam: Caballo Blanco czy Scotta Jurka. Dla pragnących poznać życie inne niż „życie biurowe”. Nie tylko o bieganiu. 

5. Janusz Głowacki Good Night Dżerzi
Głowacki na poważnie z 2010 r. Trzeba mieć odwagę, żeby tknąć temat Jerzego Kosińskiego. Pokazać go takim, jakim go się znało, wiedząc, co zrobił dobrego(?) i złego(?). Książka, jak to u Głowackiego naszpikowana świetnymi dialogami, a wśród nich jest i ten:
- Cześć Żydzie, myślałeś, że się schowasz? Otóż w życiu, i jeszcze długo nie.
O wyzwaniu, jakim jest ukrywanie się w świetle reflektorów.



6. Ewa Kuryluk Frascati
Ilekroć zapędzę się teraz w okolice ul. Frascati, nigdy już nie myślę, jak tam pięknie – na wiślanej skarpie, w parku, w cieniu drzew w samym środku miasta. Kuryluk sprawiła, że myślę tylko o jej rozpaczliwym dziecięcym wołaniu z ‘małej Italii’.  Książka z 2009 r. jest równie poruszająca co poprzedzająca ją książka Goldi. To pogłębiona, choć spisana urywanymi równoważnikami zdań, niejasna i niewyprostowana, spiralna autobiografia malarki, pisarki i eseistki, której matka (ocalona z Holokaustu) cierpiała na paranoję, brat na schizofrenię, a ojciec - w domu zwany nieodmiennie i raczej groteskowo Łapką - był komunistyczną szychą. Poruszający krzyk z trzewi. Czy wrażliwość musi aż tak boleć?

7. Henryk Grynberg Pamiętnik
Słodko-gorzka autobiografia człowieka naznaczonego Holokaustem – strażnika pamięci swoich bliskich. Występy sceniczne, rozpaczliwe romansowanie, poszukiwanie grobu ojca zabitego przez sąsiada już po zakończeniu wojny, walka o byt w Stanach, pisarstwo. Wszystko to prawdziwe, odsłaniające odważnie cienie i blaski człowieczeństwa. Zachęta, żeby być sobą, za wszelką cenę. 




8. Jan Sztaudynger i Anna Kalisiewicz-Sztaudynger Chwalipięta czyli rozmowy z tatą
Cudowne, lekkie wspomnienia ujęte w dialog pomiędzy córką a sławnym ojcem. Nie do uwierzenia, że spisane w ostanich miesiącach życia poety, fraszkopisarza, autora bon motu: 'Myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia, ani godziny'. Skąd ten człowiek miał takie pokłady optymizmu i dobroduszności? Jak to dobrze , że przedwojenna erudycja nie musi oznaczać koturnu. Wspaniała forma refleksji nad światem, który, obawiam się, minął bezpowrotnie. Na pocieszenie.



9. Maria Siemionow Twarzą w twarz
Wszystko wyjaśnia podtytuł: Moja droga do pierwszego pełnego przeszczepu twarzy. Książka wydana w USA w 2009 r., rok po tej epokowej operacji wykonanej pod kierownictwem polskiej profesor. Możemy zobaczyć zdjęcia pacjentki dr Semionow w Internecie. Warto poszukać świeższych niż te pierwsze, jeszcze z nadmiarami skóry, niedługo po przeszczepie. Książka opisuje cud, tak…, ale cud benedyktyńskiej pracy! Opartej o krystalicznie czyste intencje. Dla mnie najciekawsze były rozważania etyczne dotyczące przeszczepów. Proste i bezpretensjonalne wspomnienia kobiety spełnionej. Inspirujące do zastanowienia się nad swoimi wartościami i ich związkiem z pracą.

10. Stefan Klein Czas. Przewodnik użytkownika
Wymagająca lektura dla każdego, kto chciałby poznać lepiej naturę czasu, w tym także naszego „czasu wewnętrznego”. Autor (niemiecki fizyk i filozof) wydał tę pracę w 2006 r., a udostępniło ją polskim czytelnikom WAB  w bezcennej serii z Wagą z 2009. Autor przygląda się czasowi – a może człowiekowi w czasie? - z perspektywy psychologicznej, fizycznej, a także fizjologicznej. Autor nazywa wiele rzeczy, które zaledwie przeczuwamy, a na koniec proponuje ‘nową kulturę czasu’, która ma sprawić, że staniemy się jego panami. Wyzwanie pod każdym względem.

11. Remigiusz Grzela Bagaże Franza K. Podróż, której nigdy nie było
Wydana w 2004 roku powieść jest grą wyobraźni. Skonstruowana jest wokół faktów związanych z biografią Franza Kafki. Grzela pragnie zbliżyć się do niego, ale okrężną drogą, opowiadając o ludziach, którzy zetknęli się z Kafką i przez jakiś czas pełnili pewną rolę w jego życiu (aktorzy teatr jidysz z okresu fascynacji Kafki tym teatrem, jego siostry, Dora Diamant) Autor (rocznik 1977) korzysta umiejętnie z listów Kafki oraz innych dokumentów epoki. ‘Risercz’ wykonany przez autora imponuje, ale nie ciąży. Wciągająca zabawa w oświetlanie reflektorem tego, co zwykle pozostaje w cieniu.

12. Reif Larsen Świat według T.S. Spiveta
Wydana w 2009 r. w stanach Zjednoczonych przez 29-letniego absolwenta Columbia University książka inna niż wszystkie, które wcześniej widziałam i czytałam. Niezwykłe połączenie fikcji literackiej i jedynych w swoim rodzaju ilustracji (częściowo autorstwa samego Larsena!). Opowieść o chłopcu, który był genialnym kartografem i w ogóle rysownikiem wszelkiego typu schematów. Z powodu niezwykłego analitycznego talentu oraz dziwacznego w gruncie rzeczy daru patrzenia na świat poprzez  schematy, grafy, listy i wykresy zyskuje uznanie na skalę kraju. Naturalnie nikt nie przypuszcza, że tak precyzyjne dzieła wychodzą spod ręki dziecka. Potraktowany zostaje więc w korespondencji z Instytutem Smithsona jak dorosły. Kiedy dostaje zaproszenie, żeby wygłosić prelekcję akademicką, ucieka z domu – małej farmy w Montanie - i wyrusza przez całe Stany do Waszygtonu. Czytając tę powieść, miałam uczucie, jakbym nagle znalazła się w głowie kogoś, który żywi przekonanie, że naprawdę wszystko da się opisać, zmierzyć i wyjaśnić schematycznie. Ale czy wszystko? Zupełnie bezwiednie zacząłem rysować niewielką ilustrację na marginesie jej notatnika. Wiem, wiem – to straszne. Ten zeszyt należał do innej osoby, ale nie mogłem się powstrzymać. Ilustracja 'szaleństwa katalogowania' Umberto Eco. Jedyne w swoim rodzaju. Końcówka nieco zawodzi.